Padało od wielu dni.

Gdziekolwiek się nie ruszę, dźwięk kropel uderzających o szybę towarzyszy mi na każdym kroku. Zawsze cicho spadają na dach, na ziemię. Uderzają o okna i grube ściany Hogwartu. Mokre i ciężkie krople deszczu.

Lubię deszcz, zwłaszcza w lato, lecz teraz jest udręką. Te wszystkie uderzenia kropel są jak tykanie wskazówek zegara. Cholernego zegara, który odlicza czas. Czas, jaki pozostał do rozpoczęcia roku szkolnego, lecz co ważniejsze – czas, jaki pozostał do procesu Malfoya.

To już dziś.

Sam zastanawiam się, dlaczego w ogóle mnie to obchodzi. To w końcu Malfoy, mój odwieczny wróg. Jego wrogość do mojej wrogości, jego złość do mojej złości. Lata nienawiści dosięgły swojego kresu, gdy nieprzyjaciel stał się sprzymierzeńcem.

I tak właśnie jestem – sam, patrzący na stos ksiąg, do których wcale nie chcę zaglądać. Nie chcę ich czytać, są czarno-magiczne. Nie chcę nawet na nie patrzeć, nie chcę ich dotykać. Lecz wiem, że ich dotknę, wiem, że na nie spojrzę. Jestem pewny, że przeczytam. Zrobię to, choć nie muszę, bo to właśnie mu obiecałem.

Dlaczego ta jedna, głupia obietnica jest dla mnie taka ważna? On nawet się tego nie dowie, nawet nie będzie wiedział. Będzie siedział za gorzkimi ścianami Azkabanu, gdzie nie będzie miał najmniejszego dostępu do gazet, do niczego. Nie będzie wiedział co się dzieje.

Przyłapuję się na tym, że zataczam już piąte koło w dormitorium, zupełnie bez celu. Co więcej, czuję ścisk w żołądku, nerwowy. Martwię się i to doprowadza mnie do szału! Szóste koło i moje ręce zaczynają się pocić. Czuję przeraźliwą bezsilność a krople wciąż dudnią o okna, odliczając czas. Tak mało czasu!

W końcu koniec, nie zatoczę siódmego koła. Czas coś zrobić, czymś zająć myśli. Tak! Książki! Siadam na łóżku i staram się dobrać wygodną pozycję, po czym chwytam za pierwszą księgę leżącą na brzegu i otwieram ją. Pierwsze zdanie, czytam je drugi raz a jego sens i tak nie dociera do mnie ani trochę. I do tego to potwornie niewygodne łóżko z twardymi belkami. Zmieniam pozycję, lecz nie jest lepiej. Szlag!

Od niechcenia przewracam kilka stron do przodu. Czytam kilka minut zanim dociera do mnie, że nie jestem w stanie skupić się na treści książki. To nie pora na przesiąknięte czarną magią księgi.

Wyślę list.

"Kochana Hermiono" – piszę, lecz po chwili kreślę świeżo napisane słowa.

"Droga Hermiono, u mnie wszystko w porządku" – i znowu skreślam.

Skup się, mówię do siebie w myślach.

"Hermiono, u mnie wszystko okej."

Nie, to na nic! Zgniatam pergamin w kulkę i rzucam w kąt. Zrezygnowany kładę się na łóżko i wlepiam wzrok w płachty baldachimu. Błądzę wzrokiem po zagięciach materiału i wzdycham cicho, wsłuchując się w przyjemne dudnienie deszczu aż w końcu – zasypiam.

Budzę się kilka godzin później. Wstaję naglę a szybkie Tempus informuje mnie o godzinie. Oszołomiony wstaję naglę, gdy uświadamiam sobie, że została niecała godzina. Muszę coś zrobić! Nie mogę tak po prostu siedzieć tu bezradnie, gdy Malfoya skarzą na Azkaban, lub gorzej – na pocałunek dementora!

Nie, na to nie mogę pozwolić.

Ubieram się szybko w nieco bardziej odpowiednie szaty i wbiegam do łazienki by ogarnąć nieco swoje włosy oraz umyć zęby. Wykonanie wszystkich tych czynności zajmuje mi chwilę i już niedługo potem jestem gotowy do wyjścia.

Transport. Jak mam się tam dostać?

Przez kominek oczywiście było by najlepiej, lecz który komin w Hogwarcie będzie miał dostęp do Ministerstwa Magii? Gabinet dyrektorski, tak!

Wybiegam czym prędzej, nie chcąc tracić ani chwili. Biegnę najszybciej jak potrafię. Pół godziny! Przyśpieszam, prawie potrącając po drodze jakiegoś ucznia, z trudem udaje mi się go wyminąć. W końcu docieram na miejsce, ciężko sapiąc. Hasło, jakie może być hasło?

- Żelowe misie, czekoladowe żaby, laseczki cukrowe, cytrynowe dropsy – wyrzucam z siebie nazwy słodyczy, które przychodzą mi do głowy. - Ee, serowe lizaki.

Czy jest w ogóle taki rodzaj słodyczy?

Po chwili słyszę kroki.

- Panie Potter, można wiedzieć z jakiego powodu próbuje się pan dostać do mojego gabinetu?

McGonagall stoi obok z zmarszczonymi brwiami, czekając na odpowiedź.

- Ee, ja... - waham się. - Pani profesor, muszę się dostać do Ministerstwa Magii. - Gestem dłoni pozwala mi kontynuować. W końcu decyduję się powiedzieć jej prawdę. - Chciałbym zeznawać na przesłuchaniu Malfoya.

Patrzy na mnie chwilę, lecz jej mina nie wyraża zdziwienia. Odruchowo poprawiam okulary, czekając na jej odpowiedź.

- Dyniowy mus, zapraszam – i wpuszcza mnie do środka. Po chwili jesteśmy w jej gabinecie, dłonią wskazuje mi kominek. - Pan przodem, panie Potter.

- Słucham?

- Chyba nie myślisz, że puszczę cię samego – mówi.

Podchodzę do kominka i nabieram w garść proszek Fiuu.

- Ministerstwo Magii! - krzyczę i po chwili wyskakuję z kominka już w zupełnie innym miejscu. Nie jestem pewny w jakim pomieszczeniu się znajduję, lecz nie mija kilka sekund, gdy McGonagall pojawia się przede mną.

- Zaczekaj tu, Potter – mówi i podchodzi do biurka, za którym siedzi nieznana mi kobieta. Rozmawiają chwilę, aż profesor wskazuje na mnie a szczupła kobieta wychyla się nieco i spogląda na mnie spod swoich kwadratowych okularów.

- Podejdź – mówi, a ja bez słowa wykonuję jej polecenie. Kobieta grzebie chwilę w stosie uporządkowanych dokumentów, znajdujących się na regałach za nią, zanim w końcu znajduje ten, którego szuka i podaje mi go. - Proszę się podpisać – mówi. Spoglądam na dyrektorkę pytającym wzrokiem, na co ta odpowiada mi skinieniem głowy.

Podpisuję w dwóch miejscach i po chwili wychodzimy. Podążam za McGonagall w ciszy, gdy mijamy korytarze i drzwi. Docieramy do windy, która zawozi nas do odpowiedniego piętra. Czuję stres rosnący z każdym krokiem.

Nie wiem, co powiem na procesie, gdy stanę tam jako świadek. Nie przygotowałem żadnej mowy. Zupełnie nic! A jednak wiem, że nie zrezygnuję. Idę dalej przed siebie udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, lecz wystarczy jedno spojrzenie McGonagall by wiedziała, jak bardzo niepewny jestem. Patrzy na mnie współczująco, gdy zatrzymujemy się przed drzwiami do sali.

- Musimy zaczekać tu, aż pojawi się ktoś, kto ogłosi cię jako świadka – mówi, kiwam jedynie głową w zrozumieniu. - Harry, wierzę, że sobie poradzisz.

- Dziękuję.

Kobieta chce coś jeszcze powiedzieć, lecz po chwili zza korytarza wyłania się wysoka sylwetka. Mężczyzna podchodzi do nas bliżej i po szybkim przywitaniu się, wchodzi na salę sam. Po chwili drzwi otwierają się i ten sam mężczyzna wychyla się i patrzy na mnie.

- Zapraszam – mówi i pozwala mi przejść. Sala jest nieco większa od tej, na której sam siedziałem jako przesłuchiwany zaledwie kilka lat temu. Jest wysoka i okrągła a wokół niej ustawiona są rzędy ław. Na samym środku znajduje się jedno krzesło, na którym siedzi Malfoy. Draco patrzy na mnie zszokowanym wzrokiem i wcale mu się nie dziwię. Wciąż nie patrzę na niego, skupiam swój wzrok na kobiecie, która siedzi nieco wyżej od wszystkich, na przeciwko chłopaka za ladą. Na jej twarzy też maluje się zdziwienie, podobnie jak na twarzach pozostałych zgromadzonych osobach. Widzę, że kilka osób z ostatnich rzędów nawet wstało, by upewnić się, że to faktycznie Harry Potter przybył na proces Dracona Malfoya.

Mężczyzna wskazuje mi miejsce, na którym pośpiesznie siadam. Ponownie skupiam swój wzrok na kobiecie, która również patrzy na mnie. Z ulgą stwierdzam, że jej wzrok nie jest ostry, lecz zdziwiony i zaciekawiony. Po chwili z powrotem patrzy na Malfoya.

- Myślę, że możemy kontynuować. Wyznał już pan pod wpływem Veritaserum, że idąc w ślady ojca przyjął pan Mroczny Znak przed rozpoczęciem swojego szóstego roku szkolnego – mówi, a samopiszące pióro obok niej notuje każde jej słowo. - Jak mniemam było to całkowicie dobrowolne? Chciał pan go przyjąć.

- Tak, był taki krótki czas, gdy faktycznie chciałem – odpowiada szczerze.

- I kiedy to się zmieniło?

- Nie jestem pewny, wydaje mi się, że już kilka miesięcy później, dwa lub trzy.

- Co było tego powodem?

- Nigdy tak na prawdę nie chciałem zostać śmierciożercą, nie chciałem zabijać. To sposób w jaki zostałem wychowany poprzewracał priorytety w mojej głowie. Niestety zrozumiałem to zbyt późno, by dało się to jakoś odkręcić.

- Czy w trakcie swojej aktywności śmierciożerczej dopuszczał się pan do używania zaklęć niewybaczalnych, zabijania ludzi, torturowania ich w inny sposób?

- Nigdy nikogo nie zabiłem i nie torturowałem. Jednokrotnie użyłem Imperiusa.

- Dobrze. Proszę opowiedzieć o swoich stosunkach z ojcem. Czy to Lucjusz Malfoy był powodem, przez który przyjął pan Mroczny Znak?

- Głównie. Ojciec zabierał mnie na spotkania a ja się nie sprzeciwiałem, ale nigdy nie byliśmy blisko.

- W porządku, wystarczy. Zapraszam do ławy świadków, panie Potter.

Słysząc to, instynktownie wstaje i kieruję się w wyznaczone miejsce. Czuje nagły przypływ stresu i paniki zmieszany z strachem, lecz bez względu na wszystko staram się to ukryć. Przybieram neutralny wyraz twarzy, zakładam maskę.

- Ponieważ pański udział w procesie jest całkowicie dobrowolny, – zaczyna – moim obowiązkiem jest poinformować, iż nie ma pan obowiązku zeznawać pod serum prawdy. Jednakże, nie przeczę, to oczywiście znacznie polepszyło by sytuację. Rozumie pan?

- Tak – odpowiadam, starając się by głos nie zdradził mojego strachu.

- Więc jaka jest pańska decyzja?

Myślę chwilę. Veritaserum nie należy do najprzyjemniejszych eliksirów i nie będzie to dla mnie przyjemność, jeśli się na niego zdecyduję. Świadomość, że jakaś rzecz, jakiś płyn wyrywa ze mnie całą prawdę brutalnie, bezwzględnie, bez jakichkolwiek sposobów na obronę, nie należy do najbardziej pokrzepiających. Jednakże wiem, że w tym przypadku będzie to konieczne. Nikt mi nie uwierzy bez tego.

- Zgadzam się na eliksir – mówię. Dwójka mężczyzn podchodzi do mnie i każą położyć obie dłonie na blat lady. Wykonuję ich polecenia, po chwili jeden z nich wlewa mi do ust Veritaserum. Trzy krople.

- W porządku, chyba możemy zacząć. - Kobieta obok podaje jej plik dokumentów, na które jedynie rzuca okiem. - Imię i nazwisko?

- Harry James Potter – odpowiadam nagle, słowa wydobywają się z moich ust a ja nie jestem w stanie tego kontrolować.

- Proszę przedstawić swoją stronę.

- Jestem tu, by pomóc w uniewinnieniu Malfoya.

Słychać szepty i odgłosy zaskoczenia.

- Proszę o ciszę. Panie Potter, dlaczego sądzi pan, że oskarżony jest niewinny?

- Nie sądzę, że jest niewinny. Malfoy popełnił kilka błędów, lecz nie zasłużył na wyrok w Azkabanie. Nie zabił nikogo, myślę, że to najważniejsze. Nie można uczestniczyć w wojnie i nie pobrudzić sobie rąk.

- Proszę kontynuować.

- Wydaję mi się, że Azkaban to miejsce dla ludzi złych, takich, którzy nie żałują swoich czynów. Malfoy nie należy do takich osób, co więcej, uratował mi życie i gdyby nie on, nie stałbym tu teraz, cały i żywy.

Znowu szepty i szmery, które słyszę z każdej strony.

- Co ma pan na myśli?

- W czasie wojny zostałem złapany przez popleczników Voldemorta i zaprowadzony do Malfoy Manor – mówię. - Mojej przyjaciółce, Hermionie Granger udało się co prawda nieco zdeformować mój wygląd, by zmylić śmierciożerców. Nie byli pewni, czy aby na pewno jestem Harrym Potterem a bali się wzywać swojego pana bo wiedzieli, że w razie pomyłki narażą się na jego gniew i zostaną ukarani. Malfoy był tym, który miał mnie rozpoznać i wydać. Nie zrobił tego, choć jestem pewny, że rozpoznał mnie od razu. Nie wydał mnie i dzięki temu, uzyskałem więcej czasu na wymyślenie planu.

Samopiszące pióro prędko notowało każde słowo a wszyscy obecni przysłuchiwali mi się z szokiem wypisanym na twarzy.

- Dobrze – odpowiedziała, siląc się na neutralny wyraz twarzy. - Czy ma pan jeszcze coś do dodania?

- Nie, ale uważam, że Draco nie powinien zostać ukarany tak jak inni śmierciożercy.

Odpowiada mi jedynie skinieniem głowy.

- Panie Malfoy?

- Nie, nie mam już nic do powiedzenia – odpowiada.

- W takim razie myślę, że możemy przejść do głosowania. Kto jest za tym, by oskarżony za aktywność śmierciożerczą Dracon Lucjusz Malfoy został uznany za winnego wszystkich swoich czynów i skazany na karę więzienną w Azkabanie? - Po jej słowach kilka osób unosi rękę w górę. - Kto jest przeciw?

Szepty i głosy, szmery i hałas. Ponownie kilka osób podnosi rękę, a reszta zupełnie wstrzymuje się od głosu. Patrzę zdezorientowany, nie wiedząc czego oczekiwać. Kobieta siedząca za ladą również wygląda na zdziwioną, nie wiedząc jaki werdykt wydać. W końcu mężczyzna sędziwego wieku wstaje i podchodzi do kobiety. Mówi do niej coś, lecz nie jestem w stanie usłyszeć ani słowa.

- Rada uznała – zabiera w końcu głos – Dracona Lucjusza Malfoya za niewinnego.

Czuję ulgę i kieruję swój wzrok na chłopaka. Malfoy również na mnie patrzy i uśmiecha się swoim, tak dobrze mi znanym kpiącym uśmieszkiem, lecz widzę po jego oczach, że jest wdzięczny i szczęśliwy.

- Jednakże, - kobieta mówi – zostanie ukarany karą ograniczenia magii na okres trwający dwa lata.

I po chwili chwyta w ręce sędziowski młotek i uderza w podstawkę uznając proces za zakończony. Swoją różdżka kieruje w stronę Malfoya i wypowiada zaklęcie, którego nie znam. Po chwili wszyscy pomału wstają i wychodzą. Podchodzę do Malfoya, który wciąż siedzi na krześle przesłuchiwanego. Patrzy tępo przed siebie, bez ruchu.

Podchodzę bliżej, lecz on nie reaguje na moją obecność.

- Malfoy? - mówię w końcu. - Wszystko w porządku?

Jedynie przytakuje.

- Nie wierzę, że to koniec – mówi, wciąż patrząc przed siebie. W końcu podnosi głowę i spogląda na mnie. - Byłem pewny, że...

Wzdycha.

- Ale to koniec – mówię. - Możemy wrócić teraz do Hogwartu, chodź.

Malfoy wstaje i kierujemy się do wyjścia. Zanim daję radę otworzyć drzwi, czuję dłoń na swoim ramieniu. Odwracam się i spoglądam na blondyna.

- Dzięki, Potter.