Rozdział dziewiąty

Kiedy dojeżdżamy do Kapitolu i jesteśmy prawie u jego granic Peeta postanawia pokazać mi swoje obrazy.

Po wszystkim co zaszło w Jedenastce Peeta trzymał się ustalonego harmonogramu. Zachowywał się tak jak tego od niego oczekiwano. Ten czas był mieszaniną kolacji i bankietów urządzonych na jego cześć. W każdym kolejnym dystrykcie udawaliśmy zainteresowanie, kiedy rozmawialiśmy z tamtejszymi ważniakami. Tańczyliśmy. Całowaliśmy się przed kamerami. Raz przyłapano nas, kiedy staraliśmy się chyłkiem wymknąć i znaleźć chwilę tylko dla siebie.

Może to właśnie z powodu tych lekkich, udawanych momentów czuję jak moje serce upada z trzaskiem na podłogę, kiedy Peeta otwiera drzwi przedziału, w którym przechowywane są jego obrazy.

Wiem już dlaczego wcześniej mi ich nie pokazywał. Obrazy stworzone na płótnie precyzyjnymi ruchami pędzla pokazują mi, osobie, która przeżyła Igrzysk jak to było widzieć to naprawdę.

W rogu przedziału stoi sztaluga z niedokończonym obrazem, na którym od razu skupiam wzrok. Rozpoznaję twarz staruszka i jego wydęte podczas gwizdu usta. Peecie udało się idealnie odtworzyć wyblakłą czerwień jego koszuli oraz wyraz życzliwości emanujący z jego spojrzenia.

Nie rozmawialiśmy o tym, nie musieliśmy. Każde z nas jest oswojone z koszmarami, łatwo jest nam udawać, że naszego snu nie przerywa obraz tamtego staruszka. Wydaje mi się jednak , że Peeta wie. Po tym konkretnym koszmarze zawsze przytula mnie do siebie mocniej. Obojgu nam jest też po, nim trudniej zasnąć.

Przez chwilę wracam myślami do rysunków, które zawsze pojawiały się na marginesach zeszytów Peety. Drzewa, kwiaty, profil osoby, która akurat siedziała obok niego podczas zajęć. Obrazy wypełniające ten przedział są inne. Są pełne smutku i desperacji. Nie wzbudzają we mnie nic poza uczuciem smutku i beznadziei.

Czuję się zawstydzona tym, że muszę odwrócić wzrok. Peeta przeżył to wszystko a ja nie mogę na to patrzeć.

-Tak, wiem. - Słysząc jego głos nagle przypominam sobie o jego obecności. - Ja też ich nienawidzę.

Peeta nie chce mojego współczucia. Nie chce, żebym mówiła jaki jest dobry. Nie chce słyszeć żadnych komplementów pod adresem swoich prac. Nie mówię nic podczas, kiedy on stoi obok mnie. Po chwili wzdycha głośno i wchodzi w głąb przedziału. Widzę jak wyciąga kilka płócien zza obrazu przedstawiającego Róg Obfitości i przesiąkniętą krwią ziemię wokół niego.

-Nie mogę ich pokazać. Są zbyt...prawdziwe. Portia przekonała mnie jednak żebym zabrał je ze sobą. - Peeta wpatruje się w różnokolorowe plamy rozmieszczone na płótnie, które trzyma w dłoniach. - Pokażę i m tęcze i zachody słońca.

Kiedy przekracza próg przedziału ja kładę dłoń na jego ramieniu.

-Peeto, twoje obrazy są naprawdę okropne..., ale oboje wiemy, że to nie twoja wina.


Kapitol jest dla mnie kompletnie obcym, dziwnym i przerażającym miejscem.

Bankiet w rezydencji Prezydenta Snow'a trwa w najlepsze a Peeta jest rozchwytywany, odkąd się na, nim pojawiliśmy. Staram się mieć go na oku, ale z każdą mijającą godziną jest to coraz trudniejsze.

Kiedy kolacja, którą ja nazwałabym raczej ucztą, dobiegła końca Peeta został niemal wchłonięty przez tłum, żeby spędzić trochę czasu z najważniejszymi z obywateli Kapitolu, którzy stawili się na bankiecie.

Słyszę muzykę i patrzę na Peetę, który stoi obok otoczony z obydwu stron przez pewną parę i zbyt blisko prezydenta. Peeta splótł przed sobą ramiona a jego uśmiech jest grzeczny, ale wymuszony.

Stojący obok niego mężczyzna jest dziwnie wysoki ma lekki garb i wystający brzuszek. Jego przefarbowane na limonkową zieleń włosy są zaczesane do tyłu i błyszczą od żelu. Zauważam, że jego brwi zostały przefarbowane pod kolor włosów i drżę, kiedy widzę w jaki sposób taksuje stojącego przed, nim Zwycięzcę wzrokiem. Kobieta jest niewiele lepsza. Jest wyraźnie starsza od mężczyzny, który najwyraźniej jest jej mężem, jest też drobniutka w każdym znaczeniu tego słowa. Jej śnieżnobiała fryzura jest, w przeciwieństwie do włosów jej męża, napuszona i sterczy w każdą stronę. Niemal czuję to, jak bardzo Peeta stara się powstrzymać drżenie, kiedy kobieta kładzie rękę na jego przedramieniu.
Nie podoba mi się to jak wyglądają ani to, co czuję, kiedy na nich patrzę.

Stopy bezwiednie kierują mnie w ich stronę, kiedy czuję dotyk dłoni na swoim ramieniu. Odwracam głowę i widzę Haymitcha, który zdaje się wyrósł u mojego boku i, który potrząsa głową. Otwieram usta aby zadać mu pytanie, kiedy w sali rozbrzmiewa ogłoszenie o pierwszym tańcu tego wieczora.

Mój oddech staje się spokojniejszy i czuję ulgę widząc jak Peetę zmierzającego szybko w moim kierunku. Natychmiast wyciąga ku mnie dłoń a ja chwytam ją i przesuwam kciukiem po jego dłoni. Rozumiejąc moje niewypowiedziane pytanie Peeta kiwa głową dając mi znać, że nic mu nie jest.

Wspinamy się po schodach w kierunku parkietu, ciemnej okrągłej platformy uniesionej nieco nad podłogą. Zmieściłoby się na, nim co najmniej pięćdziesiąt par, ale oboje wiemy, że pierwszy taniec wieczoru należy do Zwycięzcy i jego towarzyszki. Wspinamy się na schodki i trzymając się za ręce wychodzimy na sam środek parkietu. Kiedy rozbrzmiewa muzyka Peeta kładzie dłoń na moich plecach i przyciąga mnie do siebie.

Perfekcyjna synchronizacja z jaką się poruszamy kontrastuje w moim umyśle z pierwszymi lekcjami jakich usiłowała udzielić nam Effie na początku tournée. Poruszamy się naturalnie i Peeta nie musi już liczyć kroków, kiedy prowadzi mnie po parkiecie. Pochyla ku mnie twarz i szepcze, że Effie musi być z niego dumna w tej chwili. Uśmiecham się do niego promiennie a on całuje mnie w policzek. Oboje jesteśmy świadomi kamer rejestrujących każdy nasz ruch.

Ryzykuję i rzucam okiem na Prezydenta Snow'a i parę, z którą jeszcze niedawno rozmawiał Peeta. Nasze spojrzenia się spotykają a ja nagle czuję, że w moich żyłach zamiast krwi pojawiła się lodowata woda. Bez mrugnięcia okiem wpatruje się intensywnie w broszkę mojego ojca wpiętą w ramiączko mojej sukni. Na jego twarzy pojawia się leniwy uśmiech, który sprawia, że moje stopy nagle się zatrzymują. Prezydent spogląda na mnie raz jeszcze, nadal się uśmiechając i pochyla się aby powąchać różę wpiętą do klapy jego marynarki. Szybko odwracam wzrok w kierunku twarzy Peety.

-Wszystko w porządku?

-Tak. - Odpowiadam starając się przewrócić oczami z powodu mojej własnej niezdarności. - Chyba się potknęłam.

Po tym jak marszczy nos widzę, że mi nie wierzy, ale zamiast mi to wypomnieć po prostu przytula mnie mocniej. Mam ochotę znowu spojrzeć na Prezydenta, ale zamiast tego, opieram się całym ciałem o Peetę blokując w ten sposób widok na przypiętą do mojej sukni broszkę.

Piosenka dobiega końca, więc posłusznie rumienię się, kiedy Peeta delikatnie mnie całuje. Jego usta, ledwo opuszczają moje, kiedy znika w ramionach jakiejś obywatelki Kapitolu. W innych dystryktach coś takiego nigdy nie miało miejsca. Powinniśmy się spodziewać, że tutaj wszystko będzie, inaczej.

Tutejsi ludzie traktują Peetę jakby należał tylko do nich, jakby był lalką którą mogą się do woli bawić.

Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz. Znowu zerkam na tamtą parę i dostrzegam jak Prezydent podaje, im ręce.

Delikatny dotyk czyjejś dłoni na moim ramieniu wyrywa mnie z zamyślenia. Odwracam się i staję twarzą w twarz z kimś kogo zwykle widywałam jedynie na ekranie telewizora. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że przy jego wysokiej, atletycznej sylwetce nawet Gale wydałby się drobny. Leniwie przeczesuje dłonią włosy, a potem podaje mi ją w geście powitania.

-Jestem Finnick Odair. - Uśmiecha się do mnie a ja jestem zaskoczona jak blisko mnie stoi. Wpatruje się we mnie uważnie, kiedy pochyla się, by ucałować moją dłoń a jego oczy są tak piękne, jak opowiadają o tym ludzie.

Wiedząc, że oczekuje na odpowiedź przedstawiam mu się, ale nie mówię nic więcej.

-Zatańczymy? - Pyta wskazując inne pary a ja usilnie szukam Peety, odnajduję go prawie na drugim końcu sali wciśniętego zbyt mocno w ramiona jakiejś otyłej kobiety o niebieskich włosach. Przełykam ślinę. -Jeśli chcesz, pomogę ci.

Słowa te, wyszeptane szybko i gorączkowo skupiają na sobie moją uwagę. Kiwam głową a on porywa mnie do tańca, którego nie znam. Nadal zaskakuje mnie to , że jest tak blisko mnie. Przez chwilę myślę o tym, że całe rzesze mieszkanek Panem dałyby się pokroić tylko po to , żeby znaleźć się na moim miejscu.

-Nie wydaje mi się, że znam ten taniec. - Przyznaję w końcu.

-Ach. Dobrze, więc. Pozwól, że cię nauczę. - Mruczy cicho nie przestając się uśmiechać, a potem prowadzi mnie na skraj parkietu pod pretekstem tego, że potrzebujemy więcej miejsca na naszą lekcję. Po krótkim instruktażu i mocno przesadzonej lekcji poglądowej wracamy na parkiet.

-A, więc...Nie muszę ci chyba mówić, że twój Peeta jest kimś wyjątkowym. - Szepcze mi do ucha. Jego głos stracił swój oficjalny ton. Przytakuję skinieniem głowy i silę się na uśmiech. -Jestem także pewien, że nie uszło twojej uwadze to , że Snow i wszycy zebrani tutaj ludzie też tak uważają?

Cofam lekko głowę i wybucham, mam nadzieję przekonywującym, śmiechem.

-Musiałabym być ślepa, żeby tego nie zauważyć.

Finnick wybucha śmiechem a ja mam nadzieję, że nikt inny nie słyszał tego co powiedziałam. Finnick kiwa głową i szeptem zgadza się ze mną, że jedynie ślepiec nie zauważyłby tego jak bardzo wszyscy sfiksowali na punkcie Peety. Pochylam głowę bliżej.

-Posłuchaj Katniss nie mogę nie porównać sytuacji, w której obecnie znajduje się Peeta z tą, w której znalazłem się ja sam po moim własnym zwycięstwie w Igrzyskach. - Nie mówię nic. Nie jestem pewna czy w ogóle byłabym zdolna wykrztusić z siebie słowo. Ton głosu Finnicka zaczyna mnie przerażać. -Teraz, cóż...spędzam o wiele więcej czasu w Kapitolu niż bym chciał, gdyby tylko dano mi możliwość wyboru. Wiem też, o tutejszych ludziach więcej niż ktokolwiek inny chciałby wiedzieć. Moja wiedza o nich jest niezwykle rozległa i wykracza poza to jaką herbatę piją rano. Chociaż to akurat też wiem.

Cofam głowę, kiedy zaczynam rozumieć o czym mówi. Szybko orientuję się jednak , że obserwuje nas przynajmniej jedna para oczu.

-Nie...nie. - Mówi Finnick i udaje, że poprawia moją postawę. - W ten sposób.

-Dziękuję ci. - Odpowiadam i mam nadzieję, że nikt poza mną samą nie zauważył lekkiego drżenia mojego głosu. - Ta pozycja jest rzeczywiście o wiele bardziej sensowna.

Jego oczy kryją w sobie ciche przeprosiny, chociaż jego uśmiech jest nadal oślepiający. Pochyla się ku mnie aby kontynuować naszą jednostronną rozmowę.

-Nie możesz pozwolić aby jego spotkało to samo.

-Jak miałabym tego dokonać?

Słowa opuszczają moje usta, zanim mam szansę je powstrzymać załamana i zdesperowana. Piosenka dobiega końca i wszyscy cofają się od swoich partnerów, Finnick i ja idziemy ich śladem i oklaskujemy zespół. Finnick po raz ostatni bierze mnie za rękę i pochyla się w moim kierunku, zanim rzucą się na niego kobiety stojące niedaleko nas.

-Gdybym wiedział, nie wahałbym się ci powiedzieć.

Zabierają go ode mnie tak jak wcześniej Peetę. To tylko umacnia podobieństwo między, nim a Finnickiem w oczach mieszkańców Kapitolu.

Przypomina mi się to co powiedział mi Haymitch przed przyjazdem Ceasara Flickermana.

-Posłuchajcie mnie uważnie.- Zaciągnął nas, wtedy w nasze miejsce spotkań i od razu wiedziałam, że co było nie tak, kiedy wyciągnął z kieszeni piersiówkę i pociągnął z niej długi łyk. - Ten wywiad musi być bez zarzutu. Musicie być idealną parą. Ludzie kochają Peetę, ale muszą pokochać go jako jedną z osób w waszym związku. Peeta nigdy nie może zostać sam.

Peeta i ja spojrzeliśmy na siebie, wtedy zaskoczeni. Wyraz twarzy Haymitcha jednakowo nas przeraził.

-Wierzcie mi. - Haymitch ponownie łyknął z piersiówki. - Ceasar Flickerman nie wpada od tak z wizytą do Zwycięzców w ich dystryktach. Ostatnim razem zrobił to dziesięć lat temu po zwycięstwie Finnicka Odair.

Myślę o tych ludziach, z którymi rozmawiał Snow i o tym jak entuzjastycznie kiwali głowami.

Zaczynam nerwowo rozglądać się po sali. Mój niepokój jedynie wzrasta, kiedy nie mogę nigdzie znaleźć Peety. Czuję jak mój żołądek robi salto, a potem czuję się chora. Kiedy znowu widzę Haymitcha, wiem, że on także wie.

-Pod żadnym pozorem nie możecie zostać rozdzieleni. - Powiedział Haymitch.

Zawiodłam.


-Jak mogłeś ukryć przede mną coś takiego?!

-Maleńka...- Haymitch próbuje złapać mnie za ramię, ale unikam jego dotyku.

-Nie. Nie mów do mne 'Maleńka' i nie wmawiaj mi, że nie zrozumiałabym sytuacji. Nie tym razem Haymitch.

Nie ma wątpliwości jak bardzo jestem wściekła i staram się, jak mogę, żeby kompletnie nie oszaleć i nie zacząć krzyczeć.

Korytarz, do którego zaciągnął mnie Haymitch jest oddalony o kilkanaście kroków od drzwi sali bankietowej. Jest pusty i słabo oświetlony zamocowanymi na ścianach świecami. Nasze sylwetki rzucają na podłogę długie cienie, które sprawiają, że jest tutaj tak samo strasznie, jak w innych częściach rezydencji.

-Posłuchaj. - Haymitch robi krok w moim kierunku a ja cofam się w odpowiedzi. - Nie byłem do końca pewien. A, jeśli nie byłem pewnien nie chciałem, żeby chłopak martwił się na zapas, przeżył już wystarczająco dużo.

Wiem, że ma rację, ale w obecnym nastroju nie potrafię zbyt logicznie myśleć.

-Mogłeś nam pomóc, Haymitch! Po tym co spotkało tamtego staruszka...-Milknę starając się przełknąć coś, co mogłoby okazać się szlochem, gdyby mi się nie udało. - Po tym co spotkało tamtego staruszka w Jedenastce...Jak mogłeś pozwolić, żeby Peeta znalazł się w tej sytuacji o niczym nie wiedząc?

Mówię coraz głośniej. Haymitch podchodzi do mnie z wyciągniętymi ramionami jak, gdyby chciał osaczyć dzikie zwierzę. Biorąc pod uwagę to, jak się w tej chwili czuję porównanie jest całkiem trafne. Znowu próbuję go odepchnąć, ale on łapie mnie za ramiona z siłą, która mnie zaskakuje.

-Mogłeś mnie przynajmniej uprzedzić. Mogłam lepiej się zachować! Mogłam zrobić coś więcej! - Powoli tracę zdolność logicznego myślenia, ale jestem taka wściekłą, że nie potrafię przestać mówić. - Mogłeś spróbować temu zapobiec! Już raz go uratowałeś. Myślisz, że to zwalnia cię od pozostałych zobowiązań?

-Proszę uważać Panno Everdeen. Nie wiem, o czym rozmawiasz z mentorem swojego drogiego Peety, ale nie sądzisz, że powinnaś nieco spuścić z tonu?

Zamieram słysząc za sobą głos. Jego chłód ani mnie nie uspokaja ani nie zatrzymuje natłoku myśli w mojej głowie. Sprawia, tylko , że czuję się jeszcze gorzej.

Haymitch wypuszcza mnie z objęć a ja powoli się odwracam starając się nie zwracać uwagi na przechodzący mnie leniwy dreszcz. Prezydent Snow uśmiecha się do mnie lekko, kiedy zauważam, że stoi kilka metrów od nas. Potem zwraca się do stojącego obok mnie mężczyzny.

-Panie Abernathy...czy mógłby pan zostawić nas na moment?

Widzę jak Haymitch waha się przez ułamek sekundy, a potem przytakuje skinieniem głowy.

-Będę tuż za drzwiami, Mała. - Mówi na tyle głośno, by usłyszał go Prezydent. Zastanawiam się przez chwilę czy zrobił to dlatego, żeby dać drugiemu mężczyźnie do zrozumienia i, że moja nieobecność nie pozostanie niezauważona. Ale potem uświadamiam sobie, że to nie ma znaczenia. Wszyscy towarzyszący Peecie ludzie mogliby zniknąć w ułamku sekundy, gdyby Prezydent tego chciał. Prawdopodobnie ludzie zastanawialiby się co się z nami stało, ale nikt nie dociekałby prawdy.

Zajęta swoimi myślami nie zauważyłam, kiedy Prezydent Snow podszedł do mnie bliżej. Jest teraz na tyle blisko , że mógłby mnie dotknąć jednak nie mogę znaleźć powodu, dla którego miałabym to zrobić.

Zapach róży wpiętej w klapę jego marynarki jest silny, ale nie jest jedynym, który przyprawia mnie o mdłości. Zapach krwi, którego źródło pozostaje dla mnie tajemnicą, miesza się z zapachem kwiatu unoszącym się wokół nas. Jestem dumna z siebie, kiedy udaje mi się nie zakrztusić tym dławiącym zapachem.

-Gdzie jest Peeta? - Dźwięk mojego głosu zaskakuje nie tylko mnie, ale i stojącego przede mną mężczyznę.

-Jak widzę nie lubisz owijać w bawełnę. Wydaje mi się, że powinienem był się tego spodziewać. - Milknie a jego oczy znowu wpatrują się w broszkę przypiętą do mojego ubrania. - To piękna broszka, Panno Everdeen. Jak to miło ze strony Pana Mellarka, że pozwolił ci pożyczyć pamiątkę, którą miał ze sobą na arenie.

-Broszka jest moja. - Nie wiem dlaczego mu to mówię, ale nagle jest ważne, żeby on wiedział, że ta broszka nie należy do Peety. - Należała do...

-Do twojego ojca. - Prezydent Snow wchodzi mi w słowo i czuję, że moje serce na moment się zatrzymało. - Tak, wiem o tym. Przykro mi z powodu tego co się z, nim stało i mam nadzieję, że przyjmiesz moje kondolencje nawet, jeśli są spóźnione o kilka lat.

Zamieram tam, gdzie stoję i patrzę jak on odwraca się, by odejść. Nadal nie ruszając się z miejsca przypominam sobie moje pytanie i znowu się odzywam.

-Prezydencie Snow!

Mężczyzna robi zwrot i patrzy na mnie przez ramię. Ze sposobu w jaki uniósł brew wnioskuję, że czeka na oczywiste pytanie, skąd zna takie szczegóły o moim ojcu. Ale w tym momencie nie martwię się o to.

-Muszę spytać Pana jeszcze raz. Gdzie jest Peeta?

On chichocze cicho. Mój głos jest dużo silniejszy niż powinien, ale on najwyraźniej spodziewał się tego.

-Oczywiście. - Mówi do siebie. - Wiesz, że, dopóki nie podsłyszałem twojej kłótni z Panem Abernathym nie myślałem, że powinienem zaprzątać sobie tobą głowy. - Milknie na chwilę jak, gdyby zatracił się we własnych myślach. Myślach, które na pewno dotyczą rzeczy, o których ja nie chciałabym nawet słyszeć. Nie mogę mu jednak pokazać jak bardzo jestem skonfundowana i przerażona. Staję, więc trochę prościej i odkasłuję.

-Proszę Pana...

-Pan Mellark, prawdopodobnie wraz ze swoim mentorem, oczekuje aż pojawisz się z powrotem na sali. Mogę cię zapewnić, że twój drogi Peeta jest bezpieczny...przynajmniej tej nocy.

Znowu odwraca się, by odejść, ale potem znowu na mnie spogląda.

-Panno Everdeen, proszę przekazać moje kondolencje swojej rodzinie.

Czekam aż zniknie za zakrętem, a potem opieram się o najbliższą ścianę i zjeżdżam po niej na podłogę, gdzie siedzę tak długo aż czuję, że moje serce bije już normalnym rytmem.


Chwilę później wracam z powrotem na salę. Moje oczy znowu zaczynają gorączkowo szukać Peety i czuję niemal euforyczną ulgę, kiedy widzę tył jego blond głowy niedaleko Haymitcha.

Oczy mentora były najwyraźniej skupione na drzwiach przez cały czas, kiedy oczekiwał na mój powrót. Teraz przyglądają mi się ostrożnie jak, gdyby chciał się upewnić, że nic mi nie jest. Mam do niego mnóstwo pytań, ale w tej chwili nie są one najważniejsze.

Czuję jak moje oczy zwężają się, kiedy zauważam tamtą białowłosą kobietę przemierzającą salę w ich kierunku. Udaje mi się dotrzeć do nich szybciej i delikatnie kładę dłoń na ramieniu Peety. On odwraca się do mnie i grzeczny uśmiech na jego twarzy znika na mój widok.

-Cześć. - Wzdycha a jego uśmiech sprawia, że niemal zapominam o tym co stało się kilka minut temu.

Nad jego ramieniem widzę, że ta kobieta zbliżyła się i dołączył do niej jej obrzydliwy mąż. W tym momencie unosi dłoń aby odwrócić ode mnie uwagę Peety, ale ja nie mogę na to pozwolić.

Unoszę dłonie i obejmuję go za szyję. Peeta natychmiast obejmuje mnie w talii, żeby utrzymać mnie w pionie, ale nie pozwalam mu, inaczej zareagować tylko mocno przyciskam swoje usta do jego ust. Chwilę później on oddaje mi pocałunek, ale czuję jego zaskoczenie w tym jak jego ręce zacieśniają się na moment wokół mnie. Poruszam ustami przy jego ustach delikatnie, ale z siłą, jakiej nie było w naszych poprzednich pocałunkach.

Kiedy czuję dotyk jego języka na moich ustach przypomina mi się tamta noc w jego sypialni. Przez chwilę zapominam dlaczego go całuję i po prostu skupiam się na chłopcu, którego trzymam w ramionach. Wzdycham lekko i czuję jak jego dłonie obejmują mnie mocniej. Jedna jest nadal owinięta wokół mojej talii a druga leży między moimi łopatkami. Kiedy przerywamy pocałunek moje palce wplatają się we włosy nad jego karkiem i opieram swoje czoło o jego.

-Czymże sobie na to zasłużyłem? - Pyta Peeta na tyle głośno, żeby usłyszeli nas wszyscy wokoło.

Wzruszam ramionami i obejmuję go mocno w pasie. Przytulam policzek do jego klatki piersiowej i zamykam oczy.

-Sama nie wiem. Chyba stęskniłam się za tobą.

Peeta kołysze mną do przodu i do tyłu i nasze ciała zaczynają poruszać się w rytm muzyki. Ponad jego ramieniem spoglądam na Prezydenta Snow'a siedzącego u szczytu długiego stołu.

Mimo tego jak bardzo jestem w tej chwili przerażona, wiem, że spojrzenie jakim mu odpowiadam nie pozostawia żadnych wątpliwości. Oznajmia mu, że Peeta będzie bezpieczny nie tylko tej nocy, ale też każdej kolejnej. Ponieważ nie pozwolę, by ktoś mi go odebrał, nawet, jeśli tym kimś miałby być Prezydent Snow.

Tym razem, kiedy pochyla się, by powąchać różę w klapie marynarki, na jego twarzy nie widać uśmiechu.