Witam! Ten rozdział jest krótszy, ponieważ jest on właściwie kontynuacją poprzedniego. Chciałam w ten sposób zamknąć etap Denerim i rozpocząć kolejny- etap podróży. Jeśli macie jakieś sugestie, uwagi, krytykę to gorąco zapraszam do komentowania, a już teraz dziekuję za to, że jesteście i za wszystkie ciepłe słowa, które niezwykle motywują! :) Miłej lektury!


Księżyc świecił jasno tej nocy, zbliżała się pełnia. Srebrne drobinki rozsypane po czarnym aksamicie nieba migotały wesoło, jak brokat na orlesiańskich sukniach. Przez otwarte okno wpadało do komnaty chłodne, pachnące powietrze, które niosło za sobą nikły zapach ogrodowych róż. Wypełniła nim płuca, do oporu, aż zabolało.

Livia zdjęła z siebie suknię i przeciągnęła się z cichym jękiem. Poruszona wiatrem zasłona otarła się o jej gładkie ramiona i pokryła je gęsią skórką. Tak naprawdę nie była śpiąca, była wręcz pewna, że tej nocy nie zmruży oka. Przez cały wieczór myślała tylko o tym kiedy nadejdzie odpowiedni moment, by ruszyć dalej… I co to „dalej" miałoby dla niej oznaczać. Nie była pewna dokąd powinna się udać, ale kierunek „Z Dala Od Denerim" brzmiał w jej przekonaniu jak najbardziej kusząco. Przynajmniej na początek.

Założyła na siebie białą, lnianą koszulę, nie kłopotała się wiązaniem sznureczków przy dekolcie. Czerwoną suknię powiesiła na drucianym wieszaku i przyjrzała się jej z trudnym do pohamowania zachwytem. Uśmiechnęła się smutno. Być może nie będę już miała okazji założyć na siebie czegoś tak pięknego…- przeszło jej przez myśl i tym mocniej poczuła jak bardzo przytłacza ją rzeczywistość.

Cały bal starała się wyprzeć smutek ze swojej świadomości. Robiła wszystko, by nie patrzeć w stronę Alistaira i jego pięknej żony, by oderwać się od myśli, które przez ostatnie tygodnie nie odstępowały jej na krok. Musiała żyć dalej. Była człowiekiem czynu, a skoro czynem nie mogła wpłynąć na taki obrót spraw- musiała go zaakceptować.

Albo i nie. Czemu miała akceptować coś, przed czym buntowało się całe jej jestestwo? W chwilach gdy wszyscy mieli okazję obserwować jej zimne, wyprane z emocji oblicze, najbardziej chciało jej się krzyczeć z bólu i bezsilności. Czasami widząc Alistaira miała ochotę złapać go za szyję i zapytać dlaczego nie może po prostu zrobić wszystkiego, by byli razem. Czy naprawdę zniknęła ta wielka miłość, o której tak ją zapewniał? Czy naprawdę tak łatwo się poddawał, tak łatwo rezygnował z ich szczęścia? Czy naprawdę wolał TAMTĄ kobietę zamiast niej?!

Czasami miała ochotę zapytać go o to wszystko. Czasami. Rzadko. W chwilach kiedy miała wrażenie, że nie udźwignie już ani jednego smutku więcej. Ale te chwile mijały tak prędko i niespodziewanie jak i się pojawiały. Mimo wszystko była Bohaterką Fereldenu, kobietą silną i niezłomną, prawda?

Prawda?- zapytała samą siebie, patrząc na postać odbijającą się w wysokim lustrze o posrebrzanej, fantazyjnej ramie. Jej bose stopy spoczywały na jasnych, drewnianych panelach, smukłe, opalone nogi otulała księżycowa poświata. Biała, trochę za duża koszula swobodnie spoczywała na jej drobnych ramionach, zakrywając zgrabne pośladki. Odchyliła głowę do tyłu i pozwoliła swoim długim, kasztanowym włosom, opaść miękko na plecy, z lekkim ukłuciem żalu niszcząc misterne upięcie.

Blizna na policzku nadal była lekko zaczerwieniona, ale nie wyglądała tragicznie, całkiem nieźle komponowała się z jej bladym vallaslinem. Wiele z jej dawnych znajomych pogrążyłoby się w rozpaczy wiedząc, że na ich dalijskich twarzach do końca życia pozostanie skaza, ale ona… Odczuwała niewyjaśnioną satysfakcję.

Kiedy jeszcze żyła w swym klanie, była świadoma swej nietuzinkowej urody. Raz słyszała nawet jak Tamlen rozmawiał na jej temat z innymi młodymi elfami, ale wówczas czuła tylko zawstydzenie. Niektóre Dalijki nie starały się ukrywać swej zazdrości i nie raz na własnej skórze odczuła jak silne i destrukcyjne jest to uczucie. Słyszała wiele komplementów na temat ładnej buzi, ale nigdy jej na tym nie zależało. Pragnęła bycia docenioną za to, że jest dobrym myśliwym, za to, że potrafi zestrzelić ptaka w locie z odległości kilkunastu metrów!

Potrząsnęła głową odtrącając powracające wspomnienia. Gdyby teraz powróciła do klanu może w końcu zobaczyliby jak dobrym jest wojownikiem? Może to dobry pomysł, by ich odnaleźć i wrócić z powrotem na łono natury, do swoich?

Westchnęła głęboko. Ten pomysł nie wzbudził w niej wielkiego entuzjazmu, ale zdawało jej się, że jej opcje są ograniczone.

Przede wszystkim muszę stąd uciec, później będę myśleć dokąd. Może wszystko samo jakoś się ułoży…

Nie mogła tu zostać, pod jednym dachem z Alistairem, udając, że sytuacja jej odpowiada, że z chęcią będzie mu służyła jako przyjaciółka. Nie było o tym mowy. Niedługo także reszta rozpierzchnie się na cztery strony świata, Morrigan już odeszła i być może nie był to taki głupi ruch. Dość okrutny, ale nie głupi.

No dobrze, postanowione. Opuszczam Denerim.

Ale kiedy?

Nawet nie zauważyła, że w zamyśleniu zaczęła przemierzać pokój w tę i z powrotem. Zastanawiała się co musi zrobić zanim opuści to miejsce. Nie miała wiele swoich rzeczy, a i niewiele potrzebowała do przeżycia. Król bez problemu powinien zgodzić się oddać jednego, silnego konia swojej Bohaterce, to nikła cena za to co zrobiła dla jego królestwa… Co jeszcze? Być może wypadałoby uprzedzić przyjaciół, Leliana mogłaby nie być zachwycona jej nagłym zniknięciem, Wynne również. Pewnie zmarszczka pomiędzy jej brwiami zagnieździłaby się tam na dobre… Zevran… Cóż. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, to jak zbliżyła się do niego, to jak się z nim zaprzyjaźniła i to ile dla niej zrobił… Im obu może być trudno. Jej na pewno.

Zresztą kogo ja oszukuję, będzie mi brakowało każdego z nich, każdego z osobna!

W tej jednej chwili uderzyło ją na co właśnie się decyduje. Miała zakończyć pewien etap swego życia, być może najlepszy. Czekało ją rozstanie z ludźmi, z którymi zawiązała mocne więzi, na ogromne, nierozwiązywalne supły. Nie czuła takiej rozpaczy przed rozstaniem ze swoim klanem, a teraz, kiedy miała opuścić tę cudowną, zwariowaną zbieraninę, chciało jej się wyć.

Jesteś silna. Jesteś Bohaterką Fereldenu… Mantry podobno pomagają…

Pożegnania? Rzewne chwile, które tylko sprawią, że jeszcze bardziej nie będzie chciała zrobić tego co słuszne?

Nie ma na co czekać. Albo teraz, albo nigdy.


Miała na sobie swoją najlżejszą zbroję. W małym, materiałowym tobołku, który zarzuciła na ramię, spoczywała sakiewka z monetami, ciepły koc i inne rzeczy, które uznała za niezbędne, a które była w stanie zmieścić. Na jej plecach spoczywali nieodłączni przyjaciele, którzy już stęsknili się za dobrą walką i smakiem krwi. Włosy związała w ciasny warkocz, bo nie potrafiła sama zapleść fryzury, którą codziennie robiły jej służki. Jakoś będzie musiała z tym żyć, bo wygody się skończyły.

Otworzyła drzwi od pokoju i ostatni raz spojrzała za siebie. Na niebie pojawiła się szara linia przypominająca jej, że nie ma wiele czasu, ale cóż, była trochę sentymentalna.

Na stoliku obok łóżka, które przez ostatnie tygodnie nazywała swoim, leżała biała, zapisana kartka i wąski, szklany wazon z pojedynczą różą. Nie chciała odchodzić bez słowa. Chciała, aby mieli świadomość, że zawsze pozostaną dla niej ważni i między innymi właśnie to ubrała w słowa i przelała na papier, a róża… Po prostu wróci do swojego właściciela. Nie mogła zabrać jej ze sobą, bo odchodziła, by odnaleźć wewnętrzny spokój. Spoglądanie wstecz nie było na to najlepszą metodą.

Bezszelestnie zamknęła drzwi. Zamek był cichy, wymarły, ale była pewna, że nie wszyscy śpią. Służące miały wyznaczone dyżury, strażnicy stali na warcie. Nie tak łatwo będzie wydostać się niezauważalnie. Być może jednak ucieczka w noc po suto zakrapianym alkoholem balu była bardziej dogodna niż jej się wydawało. Kierując się korytarzem w stronę spiralnych schodów prowadzących na dół, mijając niezliczoną ilość drzwi, w których spali stali mieszkańcy oraz goście ze wszystkich stron Thedas, słyszała tylko głośniejsze lub cichsze odgłosy chrapania. Z jednej z komnat dochodziły za to ciężkie oddechy i pojękiwania… Cóż, ci pewnie nie zauważyliby jej nawet gdyby weszła do ich pokoju i zeskoczyła z okna na zewnątrz. Chociaż nie miała najmniejszej ochoty tego robić, ani skakać z okna, ani w ogóle wkraczać do środka.

Pokonała schody i znalazła się na pierwszym piętrze. Zatrzymała się za węgłem i nasłuchiwała czy ktoś nie nadchodzi. W kuchni słychać było ciche pobrzdękiwanie naczyń, dźwięk szczoty szorującej o metal i stłumione śmiechy służących, które plotkowały wesoło. Kiedy nikt nie patrzył mogły sobie pozwolić na odrobinę swobody, Livia aż uśmiechnęła się pod nosem słysząc naturalność w głosie dziewcząt, które zawsze mówiły do niej tak, jakby ważyły każde słowo.

Musiała przejść obok kuchni, skręcić w korytarz po lewej, pokonać schody, hall, a później już tylko prosto do głównego wyjścia. Łatwizna.

Kiedy znalazła się obok kuchni z impetem otworzyły się drzwi. Przykleiła się do ściany za nimi, tak, by stały się jej kryjówką. Serce łomotało jej w piersi, zacisnęła usta, by nie wydawać najmniejszych odgłosów.

- Widziałaś jaki miał cudowny strój? Taki mężczyzna to marzenie…- Elfka o puszystych, czarnych włosach, która wyszła z kuchni, wycierała mokre ręce o fartuch.- Przystojny, szarmancki, bogaty…

- I nieosiągalny. Daj sobie spokój Micah, chyba znasz swoje miejsce.- Starsza kobieta o ziemistej cerze, miała zmęczenie wypisane na twarzy.

- To straszne co mówisz! Dlaczego nie mogę sobie nawet pomarzyć?

- Marz sobie ile chcesz, ale nigdy nic dobrego z tego nie wynika. Chodź już, ja marzę tylko o tym żeby w końcu położyć się spać. Wielcy panowie dobrze się bawią, a chlew sprzątają tacy jak my. Padam ze zmęczenia…

Micah westchnęła ciężko i ze spuszczoną głową podążyła za starszą koleżanką. Livia popatrzyła za nimi ze smutkiem, kiedy zamknęły się drzwi i jedynym co kryło ją przed spojrzeniami był słaby półmrok panujący na korytarzu. Arl Eamon i tak był dobrym pracodawcą, szanował swoje sługi, sowicie ich wynagradzał, ale nie wszyscy ludzie w zamku traktowali ich jak równych sobie, a już na pewno nikt nie przejmował się tym ile niepotrzebnych kłopotów pozostawiają im swoim zachowaniem.

Odetchnęła i odsunęła się od ściany. Mało brakowało. Musiała się pospieszyć, bo już zaczynało świtać.

Przyspieszyła kroku, wiedząc, że musi tylko pokonać zakręt i już znajdzie się na ostatniej prostej prowadzącej do wyjścia. Zaczęła biec chcąc jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Póki co wszystko układało się po jej myśli, korytarze były puste, nie słyszała żadnego dźwięku, który zdradzałby czyjąś obecność. Wbiegła w zakręt i… Wpadła na twardą, zimną masę, z którą zderzyła się z impetem. Upadłaby na ziemię gdyby nie chwyciła ją za ramiona para silnych, stanowczych dłoni. Otworzyła z przerażeniem oczy i spojrzała w twarz kryjącą się w mroku.

- Wiedziałem- usłyszała znajomy, antiviański akcent, w przecedzonym przez zęby słowie. Zevran miał ściągnięte brwi, zaciśnięte usta i ubrany był w swoją bojową, lekką zbroję, z napierśnikiem ze smoczej kości. Wyglądał jakby szykował się do walki. Przełknęła głośno ślinę.

- Zevran, ja…- zaczęła, ale nie miał zamiaru jej słuchać.

- Wiedziałem, że to zrobisz! Widziałem to w twoich oczach! To dlatego… To o to chodziło z tym pocałunkiem, przypuszczałem, że to może być pożegnanie.

Livia opuściła wzrok, czuła się winna, trochę jak dziecko przyłapane z ręką w słoiku z ciasteczkami. Choć nie powinna, jeszcze kilka godzin temu nie miała pojęcia co zrobi. To był impuls. Tak samo jak ten pocałunek…

- Zevran, przepraszam. Naprawdę. Muszę to zrobić, ja nie wytrzymam tu ani dnia dłużej, rozumiesz? Nie dam rady kiedy on jest tutaj…

Zevran puścił jej ramiona, spojrzał na nią przenikliwie, smutnymi oczami.

- Ty go nadal kochasz, co?- zapytał cicho, łagodnie, tak jak się mówi do rannego zwierzątka.

Livia otworzyła i od razu zamknęła usta. Słowa utknęły jej w gardle.

- Tak- wyjąkała w końcu z trudem, a po chwili spojrzała mu prosto w oczy i dodała- ale nie chcę tego. Chcę się tego pozbyć i dlatego muszę odejść.

Postąpiła kilka kroków do przodu wymijając go, unikając jego wzroku, ale wtedy złapał ją za rękę i zmusił do ponownego zatrzymania się. Stanął przed nią, poprawił broń, którą miał na plecach, a której wcześniej nie zauważyła w otulających ich ciemnościach. Na jego usta wypłynął charakterystyczny, znajomy uśmieszek.

- Dobrze, pomogę ci. Myślisz, że co ja tu robię? To chyba oczywiste, że idę z tobą.

W pierwszej chwili chciała mu odmówić, zapytać czy postradał zmysły, ale później pomyślała, że raźniej jej będzie wędrować z kimś jeszcze. Raźniej i bezpieczniej.

- Nawet nie wiesz dokąd się udaję…- prychnęła z rozbawieniem.

- A ty wiesz?- roześmiał się widząc jej zakłopotanie, gdyż nie wiadomo jakim cudem, trafił prosto w sedno jej problemu.- No właśnie. Najpierw się stąd wynośmy, a później pomyślimy co dalej. Ach, już się stęskniłem za przygodą!

Livia wzruszyła ramionami i ochoczo zgodziła się na taki plan, gdyż ona nie miała lepszego. Już sięgnęła po klamkę wielkich drzwi prowadzących na dziedziniec, kiedy po ich drugiej stronie rozszedł się dźwięk brzęku zbroi. Zevran szybko chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę wąskiego korytarza. Słyszała jak otwierają się drzwi, które chwilę temu chciała przekroczyć oraz męskie głosy.

Zmiana warty, a więc straciłam więcej cennego czasu niż planowałam.

- Znam tylne wyjście, tamtędy będzie bezpieczniej.

Zgodziła się, by Zevran prowadził, trzymała się blisko i starała się nie hałasować. Po kilku chwilach Elf otworzył jakieś drzwi i owionęło ją świeże, poranne powietrze. Nie było jeszcze do końca jasno, ale słońce już nieśmiało wychylało się zza widnokręgu. Westchnęła, z lubością wdychając zapach siana. Wyjście wychodziło wprost na stajnię, a więc okazało się wielce wygodnym rozwiązaniem. Livia położyła dłoń na ramieniu Zevrana.

- Wybierz sobie konia, ale ja biorę Tenebrisa.- Jej głos nie znosił sprzeciwu.

- Tenebrisa? Tego czarnego jak smoła? Myślałem, że to ten, którego Anora kupiła dla Alistaira w prezencie ślubnym… No dobrze.

To nie był do końca akt wyrachowanej złośliwości. To nie była też kradzież, w żadnym wypadku! Alistair kiedyś powiedział, że może brać ze stajni każdego konia, który tylko jej się spodoba, a słowo króla to chyba świętość, prawda? Zresztą Tenebris był czystokrwistym, fereldeńskim ogierem, który będzie w stanie wytrzymać tempo, które planowała mu narzucić. No i oczywiście był majestatycznie piękny.

Podeszła do niego, a ten przywitał ją zadowolonym mruknięciem. Nie wiedziała z jakiego powodu, ale zwierzęta zawsze obdarzały ją zaufaniem. Może dlatego, że dorastała na łonie natury? W każdym razie często przychodziła do stajni i oporządzała konie, Tenebris spodobał jej się od razu gdy go przywieźli. Miał najczarniejsze umaszczenie jakie widziała i piękną, błyszczącą grzywę. Pogłaskała go chwilę po chrapach, a następnie założyła mu siodło i przygotowała do drogi. Kiedy wyjechała na dziedziniec, Zevran już na nią czekał, usadowiony nonszalancko na ciemnobrązowej klaczy o imieniu Duan. Livia prychnęła rozbawiona, bo nawet koń, na którym miał podróżować musiał być niezłą ślicznotką.

- No co? Chciałem wziąć tego białego, wygląda na silnego, ale trudniej na takim przemieszczać się niezauważenie po zmroku. To rozwiązanie czysto praktyczne- wytłumaczył się z uniesionym kącikiem ust, leniwie przesuwając palce po końskiej grzywie.

Livia uniosła ręce w geście kapitulacji i lekko trąciła boki konia. Przysunęła się bliżej swojego nieplanowanego towarzysza podróży. Spojrzała na niego przekrzywiając głowę.

- Na pewno chcesz jechać ze mną? Możesz się jeszcze wycofać.

Zevran ze śmiechem odchylił głowę w tył i odrzucił długie blond włosy, odsłaniając swoje tatuaże na kościach policzkowych.

- Skoro opuszczasz to miejsce, to co jeszcze mnie tu trzyma?

Powiedział to lekkim tonem, może nawet żartobliwym, ale w brzuchu Livii niekontrolowanie pojawiło się stado zdezorientowanych, natarczywych motylków. Odchrząknęła nieznacznie i wyprostowała się w siodle.

- Jak uważasz- odparła dość sztywno.- Musimy ruszać, robi się już późno.

Skinął z uśmiechem głową.

- Jestem zaraz za tobą.

Spięła boki konia i wyjechała traktem przez otwartą bramę. Słońce już oświetlało szczyty drzew, słabym, jasnym światłem, ptaki świergotały wesoło, a koń bujał łagodnie. Było pięknie i pachniało wolnością. Koniec z ciekawskimi pytaniami, koniec z „Bohaterką Fereldenu" i spontanicznym padaniem do stóp. Nie wiedziała co ta podróż konkretnie dla niej oznaczała, ale była gotowa stawić czoła wszystkiemu co czyhało na nią po drodze. Kiedy świeże powietrze krążyło w jej płucach miała wrażenie, że może wszystko.

- Przyspieszamy, Zev! W tym wyścigu nie możesz oszukiwać!- krzyknęła za siebie i dała Tenebrisowi znak, by przyspieszył. Doszedł ją perlisty śmiech i miarowy tętent kopyt.

- Brzmi jak wyzwanie, Strażniczko! A ja uwielbiam wyzwania!- odkrzyknął szybko zmniejszając dystans i zbliżając się maksymalnie do konia Livii. Następnie wyciągnął rękę i szarpnął za rzemyk, którym miała związane włosy.

- Ej!- krzyknęła.- To ma mnie niby zatrzymać?

Potargał jej włosy tak, że całe zakryły jej twarz. Zaczęła pluć kiedy weszły jej do ust, zwolniła tempo i poirytowana ściągnęła kosmyki w węzeł.

- No pięknie, nie masz za grosz honoru, to już wiedziałam wcześniej. A teraz oddaj mi rzemień, bo nie mam zamiaru całą drogę walczyć ze swoimi włosami.

Zevran zatoczył Duaną zgrabną ósemkę i zbliżył się do Livii elegancko wyprostowany.

- Musisz ją wykupić, w życiu nie ma nic za darmo.- Bardzo się starał zachować poważny wyraz twarzy.

Livia ściągnęła gniewnie brwi.

- Zaraz zacznę żałować, że nie tylko darowałam ci życie, ale też, że wzięłam cię ze sobą. Dlaczego niby mam „wykupywać" coś, co należy do mnie?

Zevran nie wytrzymał i zaśmiał się głośno.

- Po pierwsze, widocznie jesteśmy sobie przeznaczeni, a już na pewno nie możesz mi się oprzeć, a po drugie, skoro trzymam to w swojej ręce to należy to aktualnie do mnie. Proste.

Elfka przewróciła oczami, oparła łokieć o brzeg siodła, a głowę na dłoni.

- Mów o co ci chodzi.- Westchnęła z rezygnacją i cichym jękiem.

- Wystarczy, że zatrzymamy się w najbliższej tawernie, a znam taką jedną, przyjemną i niedaleko stąd, i napijesz się ze mną. Oczywiście ty stawiasz.

Fuknęła niezadowolona i odwróciła od niego głowę. Skrzyżowała ręce na piersi z obrażonym wyrazem twarzy.

- Dużo sobie życzysz za głupi rzemień, ale zgoda. Nie mam czasu na gierki.

Zevran wyciągnął rękę, a ona ostentacyjnie odebrała swoją własność. Niedbale związała włosy i wyprostowała się dumnie.

- Ruszajmy. Jak się odwrócę cały czas widzę Denerim, musimy coś z tym zrobić.

- Jak sobie życzysz.- Ukłonił się z galanterią, na tyle elegancko na ile pozwalała mu postawa jeździecka i trącił konia piętami.

Słońce grzało przyjemnie, kamienie chrzęściły pod kopytami, a na zamku arla Eamona przerażona służka właśnie wybiegała z pokoju Bohaterki, kierując się prosto do królewskiej komnaty.