oryginał: In Blood Only (link w moim profilu)
autor: E.M. Snape (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki.
------------------------------------
Rozdział dziewiąty
Niszczenie
------------------------------------
W pierwszym odruchu Harry chciał powiedzieć szyderczo: "Rany, Snape, to się nazywa seks. Mogłem się domyślić, że nie masz o tym pojęcia." Tylko że ten gość spał z matką Harry'ego, więc cóż... To byłoby dopraszanie się o cały arsenał zniewag.
Poza tym nie był pewny, jak wiele właściwie jego ojciec zobaczył. Podczas pierwszej lekcji oklumencji nauczyciel twierdził, że widział tylko przebłyski wspomnień. Może po prostu starał się uzyskać przyznanie do winy.
- No cóż... - Szybko grzebał wśród wspomnień, unikając kontaktu wzrokowego i poszukując czegoś, co obciążałoby go tylko trochę. Nadal siedząc na podłodze, powiedział w końcu: - Eee, to był wuj Vernon zabijający deskami...
- Wiesz, które wspomnienie ma na myśli, Potter! - warknął profesor, nagłym szarpnięciem podnosząc chłopca na nogi i trzymając go w uścisku przyprawiającym o siniaki nawet wtedy, gdy Harry stał pewnie o własnych siłach. Gryfon obdarzył go spojrzeniem pełnym udawanej niewinności i zakłopotania, na co oczy Snape'a zabłysły i mężczyzna przyciągnął Harry'ego bliżej. - Wspomnienie o dorosłej osobie, co więcej będącej członkiem Zakonu, molestującej piętnastoletniego chłopca! Wyjaśnij mi to!
- Mam szesnaście lat! - zaprotestował. To prawda, że wtedy miał piętnaście, ale Snape nie musiał o tym wiedzieć. Sięgnął w górę, aby uwolnić się od mocnego chwytu; to już naprawdę zaczynało go boleć. - I ona wcale mnie nie molestowała.
Palce nauczyciela zacisnęły się z jeszcze większą siłą.
- Nimfadora Tonks jest aurorem, Potter. Do jej zadań należy dopilnowanie, aby nikt nie robił z nieletnimi tego, co ona robiła z tobą!
Harry patrzył na starszego czarodzieja z kompletnym brakiem zrozumienia.
- Co pan właściwie... Chwila, to, że Tonks może uważa, że jestem tak jakby uroczy, nie znaczy jeszcze...
- Gusta Nimfadory Tonks - warczał niezrażony profesor - a raczej ich brak, nie są przedmiotem tej rozmowy. Jej przedmiotem jest dwudziestodwuletnia kobieta wykorzystująca nastolatka!
Wybałuszył oczy na Snape'a jakby widział go pierwszy raz w życiu.
- Och, więc pan... na nią? Jest pan zły na nią?
Przez chwilę czuł nieprzyzwoitą wręcz ulgę, że to nie on był obiektem wściekłości Mistrza Eliksirów. Ale potem się opamiętał. Był przecież mężczyzną. Jej mężczyzną. Powinien bronić kobietę, którą kocha. Z lekkim zawstydzeniem Harry odwzajemnił pełne złości spojrzenie i ponowił próby wydostania się z uścisku.
- Wcale mnie nie wykorzystała - stwierdził ostro.
Szarpnął gwałtownie ramieniem, które wciąż tkwiło w nieustępliwym imadle; nie zdołał się uwolnić, a kpiący uśmieszek nauczyciela omal nie doprowadził go do szału. Doprawdy, przed tym cholernym eliksirem pewnie by mu się udało. Teraz jednak jego ciało było tak małe i słabe... Wszystko dzięki przeklętemu Snape'owi i jego przeklętym genom recesywnym!
- Ja pierwszy ją pocałowałem. Sam pan widział! To ja to zacząłem.
- A ona w tym wzięła udział. To, Potter, jest przestępstwo - wyjaśnił profesor z okrutnym błyskiem w oczach. Bez ostrzeżenia puścił Gryfona i chłopiec upadł na podłogę. - Powinienem to zgłosić odpowiednim służbom.
Harry'ego zmroziło. Zupełnie jakby kamienna posadzka wyssała z niego całe ciepło.
- Zgłosić to?
"Och nie... Tonks..."
- Oczywiście Potter - zadrwił starszy czarodziej. - Nie sądziłeś chyba, że pozwolę tej informacji tak zwyczajnie umknąć, prawda?
Nastolatek przełknął z trudem; w ustach miał koszmarnie sucho.
- Moment - wykrztusił tonem, w którym desperacja szła o lepsze ze strachem. - To nie będzie konieczne. Pan nie... Pan nie powinien...
Wargi Snape'a wykrzywiły się złośliwie.
- Och, Potter, uważam, że to wręcz konieczne. Prawdę mówiąc, zaniedbałbym obowiązki nauczyciela albo - znacząco się uśmiechnął - twojego ojca, gdybym pozwolił na to przestępstwo.
Harry z rosnącym niepokojem uświadomił sobie, że tłustowłosy dupek naprawdę zamierzał to zrobić. Zamierzał donieść na Tonks. I ona zostanie zwolniona. Albo... Na Merlina! Aresztowana! Mogą ją posłać do Azkabanu. Kolejne życie zostanie zaprzepaszczone przez jego głupotę.
"Och, Tonks..."
- Nie pozwolę panu na to - ogłosił kategorycznie, stając na nogi. Determinacja, którą nagle poczuł, zaskoczyła nawet jego samego. - Ani mi się waż, Snape!
- Coś mi się zdaje, Potter - wysyczał Snape - że ty nie masz tu nic do gadania. Sugeruję, abyś wrócił do swojego pokoju, zanim wymyślę odpowiednią karę za twoje przewinienie. IDŹ!
Harry nawet nie drgnął. Patrzył na profesora wrogo, czując lód w żołądku, skupiając się równie mocno, jak zazwyczaj w trakcie trudnego pojedynku lub meczu quidditcha. To się nie stanie. Powstrzyma Snape'a. Nie pozwoli mu zrujnować jej życia...
- Słyszałeś mnie, chłopcze? - warknął Snape ostro i podszedł krok bliżej w tej samej chwili, kiedy młody czarodziej zrozumiał, co musi zrobić. - Powiedziałem...
Harry nagłym ruchem skierował różdżkę na Snape'a, nie zastanawiając się nad tym, co robi. Jedno słowo. Jedno zaklęcie. Potrafił to zrobić. Potrafił to zrobić. Potrafił...
- Obli...
Obliviate. Ostatnim sylabom szansę opuszczenia jego ust odebrała pięść, która trafiła go w policzek. Ból wybuchł mu w głowie, świat zatoczył się w eksplozji światła i gwiazd. Różdżka wyleciała mu z ręki, a on sam ciężko upadł na dłonie i kolana na kamienną podłogę.
Przez jedną krótką chwilę klęczał tam, w szoku, walcząc o oddech, a w następnej złapała go jakaś bezimienna siła i szarpnęła nim w górę i do tyłu, okręcając wkoło, aż wreszcie przyszpiliła go plecami do ściany. Wielki ciężar przytrzymywał go w dławiącym niewidzialnym uścisku; nogi dyndały pod nim bezwładnie.
Oszołomiony i nagle przestraszony, spojrzał na Snape'a.
Mistrz Eliksirów pojawił się przed nim w wysoko uniesioną różdżką, błyszczącymi oczyma i ustami wykrzywionymi w najbardziej wściekłym wyrazie, jaki Harry kiedykolwiek widział. Podwinąwszy wargę, Snape lekko skinął różdżką i natychmiast ciężar na piersiach Harry'ego zwiększył się dwukrotnie, podobnie jak uścisk wokół gardła. Charknął, instynktownie się szarpiąc. Miał wrażenie, jakby na jego torsie siedział mężczyzna i zaciskał ręce na jego szyi.
Snape nagle zamajaczył tuż przed nim, mroczny i szalejący ze złości.
- TY GŁUPI CHŁOPAKU! COŚ TY SOBIE, DO DIABŁA, WYOBRAŻAŁ?
Harry wzdrygnął się na dźwięk czystej, nieskażonej furii w jego głosie. Mina starszego czarodzieja w jakiś niemożliwy sposób stała się jeszcze paskudniejsza, gdy kolejny raz poruszył różdżką. Siła trzymająca Harry'ego przy ścianie wzrosła niewiarygodnie, ręce na gardle wzmocniły uścisk i Gryfon poczuł, że nie jest w stanie zaczerpnąć oddechu. Snape, który zdawał się nie zauważać jego walki, podszedł jeszcze bliżej, patrząc na chłopca szeroko otwartymi, czarnymi, rozwścieczonymi oczyma.
- JAK ŚMIAŁEŚ! Myślałeś, że możesz MNIE ZOBLIVIATOWAĆ? - wrzeszczał, pryskając śliną. - Mogłeś ZNISZCZYĆ MÓJ UMYSŁ tym zaklęciem!
Znowu gwałtownie przeciął różdżką powietrze i natychmiast niewidzialny człowiek zmienił się w hipogryfa miażdżącego pierś Harry'ego. Ciężar stał się wręcz morderczy. Harry bezskutecznie walczył o oddech. Był praktycznie wbity w ścianę, kompletnie unieruchomiony wisiał tuż przed Snape'em, który zdawał się myśleć tylko o daniu upustu złości.
- GŁUPI, NIEODPOWIEDZIALNY, AROGANCKI CHŁOPAK! - ryczał nieświadom ciężkiej sytuacji Harry'ego... albo mając ją gdzieś. - Jesteś dokładną kopią Jamesa Pottera! Że też moja krew stworzyła taką zakałę czarodziejskiej rasy... RZYGAĆ mi się chce! Wstyd mi! Nie wystarczy ci, że ZABIŁEŚ SWOJEGO OJCA CHRZESTNEGO, chcesz jeszcze ZAMKNĄĆ MNIE W ŚWIĘTYM MUNGU RAZEM Z GILDEROYEM LOCKHARTEM!
Harry miał wrażenie, że jego płuca za chwilę eksplodują. Próbował wierzgać nogami, nie poddawać się bezosobowej sile, która go dusiła, ale nic nie skutkowało. W odruchu desperacji sięgnął do gardła paznokciami. Rozszarpały skórę w tym samym momencie, kiedy wzrok chłopca zaczął mętnieć...
I nagle za niedbałym machnięciem różdżki Snape'a ciężar znikł.
Momentalnie bezwładnie osunął się na podłogę, jakby w ogóle nie miał kości. Drżał na całym ciele, łapczywie połykając wielkie hausty powietrza i upychając je w obolałych płucach. Wciąż dławiąc się pośpiesznymi oddechami, zaczął podnosić się na ręce i kolana, zaraz jednak ponownie padł na posadzkę.
Zbyt wyczerpany, by odkleić policzek od ziemi, patrzył spod przymkniętych powiek jak czarne szaty suną tuż nad podłogą i zatrzymują się obok niego. Nie miał pojęcia, jakim cudem zdołał spojrzeć w górę, w blade, okrutne oblicze starszego czarodzieja, obserwującego go gniewnie z góry, widział jednak, że Snape uśmiecha się złośliwie, delektując się bólem Gryfona i jego niemocą.
- Może właśnie o to z tobą chodzi, Potter - wyszeptał z nienawiścią nauczyciel. - Czego tylko się dotkniesz, to niszczysz. Wszystko i wszystkich. Czy to dlatego ci twoi mugolscy krewni tak bardzo cię nie znoszą? Widzą, co robisz innym, nawet tym, o których podobno się troszczysz? Rodzice, ojciec chrzestny, Weasley i Granger... ci twoi przyjaciele, których niemal zabiłeś tak wiele razy przez swój egoizm...
Harry zapragnął oderwać sobie uszy. Wszystko. Wszystko, byle tylko tego nie słyszeć.
- I biedny Syriusz Black... - kontynuował Snape, tym razem z drwiącą czułością. Harry zdrętwiał w przerażającym przeczuciu tego, co miało nastąpić. - Dwanaście lat gnił w Azkabanie, usychając z tęsknoty za ukochanym chrześniakiem, tylko po to, aby zostać zabitym, bo małemu bachorowi zachciało się odgrywać bohatera. - Snape znowu się uśmiechał, choć ton jego głosu wyrażał czystą wściekłość. - Co powiedziałby Black, gdyby wiedział, że wcale nie umiera za syna Jamesa Pottera? Uważasz, że ruszyłby palcem, aby uratować twoją żałosną skórę, gdyby wiedział, że jesteś bękartem Smarkerusa?
Gładkie, złośliwe słowa Snape'a wyrażały niepewność samego Harry'ego z tak przerażającą celnością, że chłopiec zacisnął powieki, obawiając się, że wciąż znajduje się pod działaniem legilimencji. Jednak uszu na dźwięki zamknąć nie mógł.
- Och, ale ja wcale nie twierdzę, że nie powinieneś być dumny ze swoich osiągnięć. - Głos Snape'a ociekał okrutną parodią serdeczności, ale w jego oczach Harry zobaczył tylko nienawiść, gdy ośmielił się w nie zerknąć. - Taki wyczyn, zabójstwo Syriusza Blacka... Prawie czyni cię wartym rodzinnego nazwiska. Byłem bliski wybaczenia ci twego pozbawionego jakiejkolwiek wartości istnienia, gdy po raz pierwszy miałem przyjemność obejrzenia twoich wspomnień z tego wydarzenia. Cóż za niesamowity szok dla tego beznadziejnego kundla, czyż nie? Wpaść przez tę zasłonę.
Głowa Harry'ego stuknęła o podłogę, która w zetknięciu z jego czołem wydała mu się lodowata. Wlepił w nią niewidzący wzrok, czując dziwne otępienie. Nawet nie drgnął, gdy zimne palce Snape'a przeczesały jego włosy.
- Z drugiej strony Black powinien był spodziewać się, co go czeka. Ochraniał wszak drogocennego Harry'ego Pottera. A wiemy, co dzieje się z nieszczęśnikami, którzy czegoś takiego próbują...
***
Nie był do końca pewny, co się stało później. Słowa Snape'a, tak koszmarnie trafne, tak bardzo prawdziwe, raniły go niczym ostrza noży... Wszystkie te słowa kołatały w głowie Harry'ego od miesięcy, słowa, którym przeczył, które ignorował, którym przeczył... Snape nadał tym myślom realnego wymiaru, wypowiadając je na głos, ujawniając światu te mroczne prawdy, które tylko Harry znał, które Harry ukrył przed innymi, a nawet przed sobą.
Lecz nie mógł już dłużej ignorować prawdziwości tych słów. Zrobił to.
Zabił Syriusza.
Nie miał pojęcia, jak ani kiedy wrócił z tej fatalnej lekcji oklumencji. Nie był świadomy własnych poczynań dopóki nie zorientował się, że wlepia wzrok w sufit swego pokoju; jak przez mgłę uświadomił sobie, że robił to już od pewnego czasu. Okrycie przytłaczało go i dławiło, zbyt ciężkie, aby nawet je zdjąć. Opanowała go znajoma chęć wyczołgania się z własnej skóry, której w żaden sposób nie potrafił się pozbyć. Miał wrażenie, jakby obserwowały go tysiące oczu, a on leżał kompletnie obnażony przed ich badawczym wzrokiem.
Poczuł dreszcze. Lekkie, nieopanowane drżenie. Dlaczego...?
Coś wyrwało go z szoku i odrętwienia... Blizna go kłuła.
Po raz pierwszy od miesięcy, po raz pierwszy od tak dawna, kłuła go. Voldemort znów sobie o nim przypomniał. Z jakiegoś powodu niepewna bariera, która blokowała połączenie między nimi, została przerwana.
Jego dziwną apatię przełamał nagły wybuch furii. Ostrzegał Snape'a, że to się stanie, jeśli znowu zajmą się oklumencją. Ostrzegał go, do cholery!
Pomasował bliznę, na co ona odpowiedziała silniejszym ukłuciem, które przeszło w tępy, ale uporczywy ból. Zamknął oczy, próbując ją zignorować, próbując oczyścić umysł. Poskutkowało to tylko tym, że zaraz zaczął wspominać tę okropną lekcję. Tonks, Snape, Syriusz... Wnętrzności skręciły mu się z rozpaczy. Blizna zaczęła boleśnie palić.
Oplotły go macki strachu. Nie był w stanie zapomnieć tych przerażających chwil w Departamencie Tajemnic, kiedy Voldemort wdarł się do jego umysłu, roztrzaskując osłony w drzazgi i przejmując nad nim władzę. Nie mógł zapomnieć, jak bezsilny się wtedy czuł, jak słaby... Jak jego usta poruszały się zgodnie z cudzą wolą... Aż za dobrze pamiętał cierpienie, które sprawiło, że pragnął śmierci...
W ciągu tych ostatnich miesięcy o dniach składających się ze spokojnego odrętwienia i nocach cichego nacisku, gdy kulił się w najwęższym, najciemniejszym zakątku jaki zdołał znaleźć, prawie zapominał o zawsze obecnej więzi z umysłem Voldemorta; mogłoby się wydawać, że Voldemort o nim zapomniał.
A teraz ból wrócił.
Przycisnął do blizny obie dłonie z żarliwą nadzieją, że to tylko jakaś anomalia, że Voldemort wcale nie odnowił ich połączenia po tak długim okresie spokoju. Może to tylko stres. Albo strach. W końcu Snape prawie doprowadził go do szaleństwa. Praktycznie go porwał. Uwięził. Zgnoił. Obraził. Zaatakował.
Powiedział mu prawdę.
Wbrew swojej woli znów wrócił myślami do tego, jak zdradził Tonks i w dodatku nie zdołał zobliviatować Snape'a. (O czym on właściwie myślał?) Do swej bliskiej śmierci przez uduszenie cholera wie jakim zaklęciem.
Oraz słów Snape'a. Okrutnych i jakże prawdziwych.
Wreszcie ktoś to przyznał. Ktoś w końcu mu to powiedział. Wszyscy okłamywali go całymi miesiącami. "To nie była twoja wina, Harry..." Ile razy to słyszał? Ale nigdy nie dał się oszukać. Snape najwidoczniej też nie. Snape złożył odpowiedzialność tam, gdzie było jej miejsce. Wiedział, że Harry był winny. Zechciał mu o tym powiedzieć. Zadbał, by Harry cierpiał za własne grzechy.
"Taki wyczyn... zabójstwo Syriusza Blacka."
Blizna bolała teraz tak bardzo, że oczy mu łzawiły. Próbował zmusić się do niemyślenia; te jego dumania tylko pogarszały sprawę. Tylko go otwierały, czyniąc jeszcze bardziej bezbronnym...
"Ci twoi przyjaciele, których niemal zabiłeś tak wiele razy przez swój egoizm..."
Kurwa, kurwa. Co zrobił ostatnio, gdy czuł się podobnie? Tego lata, jak sobie z tym poradził? Tutaj nie było komórki, w której mógłby się schronić. Ona była jego jedyną ucieczką. Co mógł zrobić teraz?
Jego wzrok padł na szafę. Wyglądała na wystarczająco dużą, choć może nieco ciaśniejszą niżby chciał. Zataczając się, przeszedł na drugi koniec pokoju i drżącą ręką otworzył drzwi.
Z szafy zalatywało stęchlizną, w powietrzu unosiły się chmury kurzu. Stał w otwartych drzwiach i wahał się. Ostry, piekący ból w bliźnie zdecydował jednak za niego - wrócił szybko do łóżka i ściągnął z wierzchu okrycie, które powlókł za sobą do nowego schronienia. Owinął się kocem i wtulił w kąt, po czym zamknął za sobą drzwi.
W szafie panowały kompletne ciemności. Wyciągnąwszy przed siebie nogi, zdał sobie sprawę z tego, że nie miał dość miejsca, aby do końca je wyprostować. Prawdę mówiąc było mu dość niewygodnie. Było tak wąsko, że musiał siedzieć... jeśli jednak zdołałby upchnąć część koca za plecami... O właśnie. Znacznie lepiej.
Głowa opadła mu na zimną ścianę; skupił się na spokojnym oddechu, usiłując zignorować okoliczności, które zaprowadziły go w to miejsce, zapomnieć o bólu blizny. Musiał po prostu skoncentrować się na tym drugi miejscu... małym i ciemnym... tak bardzo podobnym do tego. Nie był już w domiszczu Snape'a. Nie był wielkim wybawcą magicznego świata. Był niczym. Nikim.
Po chwili oddychanie powolnym, naturalnym rytmem przychodziło mu znacznie łatwiej, więc wyobraził sobie Dursleyów tupiących mu nad głową w górę i w dół schodów, zapach bekonu, którego nie miał skosztować, docierający przez kratkę wentylacyjną.
Był po prostu chłopcem siedzącym w komórce pod schodami. W małej, ciemnej komórce. Był bezużytecznym świrem. Był absolutnym zerem. Nie lepszym niż brud na butach wuja Vernona.
Nigdy nikogo nie zabił. Przecież nikt nie umarłby za chłopca pod schodami. Zwykłego, ześwirowanego, nie niewartego Harry'ego.
Nikt nie oczekiwałby od niego czegokolwiek.
Zaczął się rozluźniać, czując dziwną ulgę. Ból blizny powoli słabł. Czas płynął niespiesznie. Ale to nawet dobrze. Żadnej odpowiedzialności, żadnego strachu. Niczego. Nikogo. Niczego.
Niekończący się czas mijał. Może nawet zasnął. Myśli znikały w bezruchu, gdy odprężał się w dodających otuchy ciemnościach ciasnej przestrzeni, gdy ból pomału dryfował coraz dalej od niego...
I wtedy znalazł go Snape.
------------------------------------------
KONIEC
rozdziału dziewiątego
------------------------------------------
Bardzo dziękuję za komentarz, który pojawił się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy.
Akame Chyba rzeczywiście masz :-D. I dziękuję Ci za to. Bardzo, bardzo. Bardzobardzobardzo. To skurczenie się Harry'ego miało właśnie, moim zdaniem, stanowić wątek humorystyczny - acz gdy ten temat powróci, Severusowi już do śmiechu nie będzie. Snape jest w tym tekście wybitny, takiego go jako ojca nigdzie więcej nie widziałam i uważam to za wielki plus. Owszem, jednocześnie to, że jest takim gnojem w tym opowiadaniu... i że nie jest nim w innych ;-). A synek dzielnie może nie tyle stawia mu czoło, co stawia mu się :-P. Są siebie warci, doprawdy. Tym razem prawie wyrobiłam się z harmonogramem tłumaczenia tego fanfika - czymże jest jeden dzień poślizgu w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami... Łatwiej mi będzie szło przekładanie "Jedynie poprzez krew" na polski może po tym, jak pójdę wreszcie na kurs językowy. Planuję taki od października... trzymajcie kciuki ;-).
