OMG ktoś to jeszcze czyta i nawet komentarz jakiś pozostawił :O
A już myślałam, że ludziom się znudziło czekanie aż coś skończę.
Ja mogę powiedzieć jedno...
Mamy prawie kurcze marzec, a tu dowaliło takim mrozem, że człowiekowi się żyć odechciewa a co dopiero żeby do pracy iść.
Zwłaszcza jeśli praca polega na tym, żeby co najmniej kilka godzin na polu (jak to mi napisali na bilecie pociągowym "Jestem z Małopolski, wychodzę na pole!") spędzić.
- Ziomek, patrz!
Toris odwrócił głowę w kierunku wskazywanym przez Alfreda. Na szkolnej tablicy ogłoszeń, pomiędzy ofertami z korepetycjami z różnych przedmiotów, wisiał wielki plakat informujący o zbliżającym się Halloween i mającą się odbyć z tej okazji szkolną imprezą.
- No widzę, i co w związku z tym? - zapytał Litwin z lekkim zdziwieniem. - Jeśli zaraz mi wyskoczysz z tym, że umówiłeś mnie na randkę na tej imprezie, to cię uduszę.
- Nie no, jeszcze mi życie miłe – uspokoił go Amerykanin. - Chodziło mi o samą imprezę.
- Aha… jeśli masz zamiar zapytać, czy się wybieram, to od razu mówię, że nie. Wolę się pouczyć do testu z hiszpańskiego.
- Jeśli myślisz, że w Halloween pozwolę ci siedzieć nad książkami, to chyba śnisz – oświadczył Amerykanin kategorycznym tonem. - Nie pozwolę ci wyjść na kompletnego kujona, zupełnie zniszczyć sobie opinię i zaprzepaścić szanse na znalezienie jakiejś fajnej dziewczyny.
- Mam takie dziwne przeczucie, że zamierzasz mi jakiejś poszukać na tej imprezie – stwierdził Toris, patrząc na swojego przyjaciela podejrzliwie. Przy okazji próbował jakoś rozgryźć logikę, jaką Alfred się kierował, ale jak na razie go to przerastało. - Al, co i ile razy ci mówiłem na temat szukania mi kogoś?
- Ziomuś, patrząc na to, jak ty się do tego zabierasz, to zaczynam mieć wątpliwości…
- Jakie wątpliwości? - W głosie Litwina czaiła się groźna nuta.
- Nieważne, jeszcze mi podziękujesz za moje starania, ale wracając do tematu – idziemy na imprezę halloweenową, tylko nie na tę szkolną, bo to obciach – oświadczył Alfred.
- Eee… chyba czegoś tu nie rozumiem – powiedział powoli Toris. - Pokazywałeś na ten plakat, a on informuje o szkolnej potańcówce…
- Ten plakat mi tylko przypomniał, że miałem cię poinformować, że idziemy na inną imprezę, taką organizowaną przez ludzi z naszej szkoły, a nie przez samą szkołę – wyjaśnił Amerykanin.
- Ale ja nie chcę iść na żadną imprezę, nie widzę w tym nic ciekawego. - Brunet założył ręce za siebie. Nie miał zamiaru dać się zaciągnąć na żadną imprezę. - Muzyki wolę posłuchać u siebie w pokoju, a tańczyć nawet nie umiem, więc mógłbym co najwyżej stać i podpierać ściany.
- A tam pieprzenie, że nie umiesz tańczyć, każdy umie tańczyć, to tak naturalne jak oddychanie!
- Nie dla wszystkich…
- Nie musisz od razu być mistrzem i zgarniać nagrody w konkursach, ale pobujać się chociaż trochę na pewno potrafisz! - Alfred uśmiechnął się tak, jakby oczekiwał, że Toris zaprezentuje mu swoje umiejętności na środku szkolnego holu. - Ziomuś… nie jest chyba aż tak źle – powiedział, kiedy przez dłuższą chwilę panowała dość niezręczna cisza.
- Nie wiem – mruknął Litwin, odwracając wzrok. - Nie znam się – dodał po chwili, jakoś wolał się nie przyznawać, że nigdy w życiu nie tańczył, więc nie miał okazji się przekonać.
- Całe szczęście ja się trochę znam, no dalej, pokaż jak się ruszasz!
- Czego w stwierdzeniu „nie idę na żadną imprezę" nie rozumiesz? - zapytał Litwin z poirytowanym westchnieniem. - I chyba śnisz, że będę się wydurniał na środku szkolnego holu.
- No fakt, ale nie bój nic, na pewno znajdzie się jakaś pusta klasa!
- Ziom…
- Nic. Nie mów – syknął Toris, czerwony po same uszy. Zastanawiał się, dlaczego w ogóle dał się zaciągnąć do jakiejś pustej sali i zaprezentować swoje zdolności, czy też właściwie kompletny ich brak.
- Nawet gdybym chciał, to nie miałbym pojęcia co powiedzieć – stwierdził Alfred, drapiąc się po karku ze zmieszaną miną. To, czego był świadkiem, było tak żałosne, że nawet nie miał serca ponabijać się z Litwina. - Wiele już w życiu widziałem, ale… łał, to jednak możliwe, żeby kompletnie nie umieć tańczyć… Trzeba coś z tym zrobić przed imprezą.
- Ja mam świetny pomysł. Po prostu, zgodnie ze swoim wcześniejszym zamiarem, nie pójdę na żadną imprezę – oznajmił brunet.
- Nie ma opcji, ziomek, już powiedziałem reszcie chłopaków, że będziesz – odparł Amerykanin, ostro kombinując nad rozwiązaniem problemu. Do Halloween zostało niewiele czasu, a ten przypadek był wymagający i miał wątpliwości, czy podołałby temu sam.
- Alfred, błagam cię, wytłumacz mi, co jest trudnego w tym, żeby najpierw zapytać mnie o zdanie, a dopiero później „pomagać" mi ogarnąć swoje życie społeczne? - zapytał Toris z frustracją. To był jeden z tych dni, kiedy Alfred przechodził samego siebie.
- Nie ma rady, trzeba zasięgnąć pomocy ekspertów.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!
- Nie marudź, jeszcze mi będziesz za to dziękował. - Amerykanin wypchnął bruneta na korytarz i gestem nakazał mu iść za sobą. - Lepiej żebyś ogarnął w tym temacie cokolwiek, niż później żałował.
- Ciekawe czego miałbym żałować – mruknął Toris. Zastanawiał się, czy nie lepiej będzie, jeśli po prostu pójdzie sobie w drugą stronę.
- Jak masz zamiar kiedyś w przyszłości wyrwać jakąś dziewczynę, to lepiej dla ciebie, jeśli będziesz umiał zatańczyć.
- Jestem niemal w stu procentach pewny, że istnieją takie dziewczyny, które nie wymagają od potencjalnego chłopaka biegłości w tańcu.
- A jakby kiedyś przyszło ci do głowy się hajtnąć, to nie wiem jak ty, ale ja wolałbym, żeby moja luba nie zastanawiała się, czy z nią tańczę na weselu, czy raczej dostałem ataku padaczki.
W tym przypadku Litwin musiał przyznać Alfredowi punkt, ale z zastrzeżeniem, że jakby nie patrzeć wciąż był tylko uczniem szkoły średniej i w ciągu najbliższych kilku lat nie zamierzał choćby przelotnie pomyśleć o ożenku.
- To kogo zamierzasz prosić o pomoc? - westchnął w końcu Toris, uznając, że i tak nie odwiedzie Alfreda od tego pomysłu. Wolał mieć już cały ten taneczny cyrk z głowy, a jakąś dobrą wymówkę, żeby nie iść na halloweenową imprezę, zawsze mógł wymyślić później.
- Wykwalifikowany sztab ekspertów, ale na całe szczęście kilku już całkiem dobrze poznaliśmy, więc powinno pójść gładko.
- I mam rozumieć, że owi eksperci przerwę na lunch spędzają w audytorium? - Toris uniósł brwi z lekkim zdziwieniem, widząc, jak Amerykanin zmierza prosto w kierunku podwójnych drzwi prowadzących do sali, gdzie odbywały się ważniejsze szkolne uroczystości. - Ono jest w ogóle otwarte?
- Chłopie, ty nie masz pojęcia, co tam się dzieje, kiedy nie ma żadnych apeli. Jest dobry powód, dla którego większość uczniów omija to miejsce z daleka.
- Co… odbywają się tam jakieś okultystyczne rytuały? - zapytał Litwin z ironią.
- Gorzej – odparł Alfred ze śmiertelną powagą. - Grupa artystyczna ma tam zajęcia.
- Ta do której należą Elizabeta i Feliks? - Litwina w sumie zastanawiało gdzie ta dwójka ma zajęcia, bo kiedy ostatnio przechodził obok sali plastycznej, wyglądała ona na nieużywaną od dłuższego czasu. - Co w tym takiego strasznego?
Zamiast odpowiedzieć, Alfred po prostu otworzył drzwi i zaprosił go gestem do środka. Po wejściu do auli Toris nie był pewny, czy trafił na jakiś koncert, konkurs karaoke, tańca, pokaz mody, studia rzeźbiarskiego… Tu się działo po prostu wszystkiego po trochę, o ile go wzrok nie mylił, to chyba nawet jeden z uczniów projektował jakiś budynek, chociaż wyglądał przy tym, jakby miał zaraz zasnąć.
- To są zajęcia? - wydusił z siebie nieco zszokowany Litwin.
- A nie mówiłem? Tylko nie pytaj mnie o nic, bo szczegółów nie znam – mruknął Amerykanin, rozglądając się po sali, jakby kogoś szukał.
- To skąd w ogóle wiedziałeś, co tu się odbywa?
- Wysłałem SMS do Lizzie, to mi powiedziała.
- A skąd masz do niej numer?
- Sama mi go dała, gdzieś tak w sobotę, jak oglądaliśmy seriale. Mówiła coś o rozszerzaniu wpływów i wartościowych znajomościach.
- Ja się chyba zacznę poważnie jej bać… Hej! - zawołał Toris, kiedy Alfred bez ostrzeżenia ruszył przed siebie, schodząc schodkami w kierunku sceny. Chcąc nie chcąc poszedł za nim i już po chwili było jasne, kogo Amerykanin szukał. W sumie to było logiczne, że zwróci się do chyba jedynych w miarę dobrze znanych mu tutaj osób, to jest do Feliksa i Elizabety. Siedzieli w fotelach kilka rzędów od sceny, Węgierka rozprawiała o czymś z zapałem, podczas gdy jej towarzysz starał się doczyścić dłonie z farby i czegoś, co wyglądało na tusz.
- Mam nadzieję, że już się na coś zdecydowałeś, do piątku mamy przedstawić pani Vautrin co wybraliśmy, nie mówiąc o przygotowaniu strojów – powiedziała Lizzie, porównując dwa skrawki zielonego materiału, lekko różniące się od siebie odcieniem.
- Waham się jeszcze pomiędzy oberkiem, mazurem i krakowiakiem… te dwa pierwsze, bo z tego co czytałem były popularne na Mazowszu, a z tego regionu pochodzę, a ten trzeci to dlatego, że pawie pióro w czapce jest kozackie – mruknął w odpowiedzi Feliks, pocierając szmatką skórę na rękach z taką werwą, jakby planował ją z nich zedrzeć.
- Hej, ludzie! - zawołał Alfred. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, ale jest sprawa i mam nadzieję, ze pomożecie mi się z nią uporać.
- Jeszcze nic konkretnego nie robimy, więc nie przeszkadzacie – odparła Lizzie. - A z czym jest problem?
- Patrząc na minę Torisa wnioskuję, że z nim – stwierdził Feliks, zerkając przelotnie przez ramię. - Zakopać go w parku, czy może raczej na plaży?
- Wolę w parku, z plaży mogłoby mnie zmyć, zwłaszcza, że pewnie nie chciałoby wam się kopać zbyt głęboko. - Toris założył ręce za siebie i ze zdziwioną miną potoczył wzrokiem dookoła. - Mam rozumieć, że to, co tu się dzieje, to jeszcze nic konkretnego?
- No nie, przecież jeszcze nie było dzwonka i naszej opiekunki w dalszym ciągu nie ma… i o mój Boże, czy ty właśnie podjąłeś żart? - zapytał Polak ze szczerym zdziwieniem.
- A czemu to takie dziwne?
- Wiesz, do tej pory sprawiałeś zdziwienie zbyt sztywnego… tamto na angielskim się nie liczy, bo to była odpowiedź na pytanie nauczyciela.
- To wracając do tematu, z czym Toris ma problem? - wtrąciła Elizabeta, zanim Feliks z Torisem zdążyli rozkręcić dysputę na temat poczucia humoru Litwina.
- No więc sprawa wygląda tak, wiecie, że za niedługo jest ta impreza z okazji Halloween, co nie? - powiedział Amerykanin takim tonem, jakby tłumaczył coś grupie małych dzieci.
- No wiemy – westchnął Feliks, podpierając głowę na ręce. Nie dało się nie wiedzieć, jeśli twoja najlepsza przyjaciółka miała zamiar cię tam zaciągnąć. - Mniemam, że mówisz o tej drugiej, nieszkolnej imprezie.
- Oczywiście, że o tej, ta szkolna to obciach… No ale nie odbiegając od tematu - jak impreza to trzeba potańczyć – kontynuował Alfred.
- Nie, nie trzeba – syknął Toris.
- Noooo… - mruknęła Elizabeta z wyraźnym zainteresowaniem, bo miała wrażenie, że już wie, o co chodzi.
- Przybyłem tutaj prosić was, abyście nauczyli tego tutaj – Amerykanin wskazał na bruneta – jakoś przyzwoicie tańczyć.
- A co? Nie umie? - zapytała Węgierka, z trudem powstrzymując uśmiech cisnący się jej na usta.
- Ni cholery.
- Jak to nie umie? To tak się da? – powiedział Polak, unosząc brwi ze zdziwieniem.
- Cóóóóż… to nie tak, że po prostu stoi jak kołek, tylko… - Alfred westchnął ciężko, stwierdzając, że i tak nie uda mu się tego przedstawić w jakoś bardziej delikatny sposób. - Na chwilę obecną to jest takie „pożal się Boże", już bezgłowy kurczak z parkinsonem rusza się lepiej niż on.
- Ha ha ha… bardzo zabawne… - burknął Toris, czerwieniejąc po same uszy, kiedy Feliks i Elizabeta wybuchnęli śmiechem.
- A-ale to się… j-jak to s-się... ja m-myślałam, że s-skoro na boisku rusza się j-jak mistrz, to na parkiecie nie będzie miał problemów – wykrztusiła Węgierka, próbując złapać oddech. - To się t-tak bardzo wyklucza!
Feliks, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie ani słowa, w którymś momencie zsunął się z zajmowanego fotela i sturlał rząd niżej, trzymając się za brzuch.
- To ja już sobie pójdę – stwierdził Toris, odwracając się na pięcie.
- Nigdzie nie idziesz, musisz się nauczyć tańczyć – powiedział Alfred, łapiąc go za ramię.
- Nic nie muszę, po prostu nie będę tańczył i tyle.
- To jak? Można liczyć na waszą pomoc? - zapytał Amerykanin, ignorując słowa Litwina.
- O-oczywiście – odparła Lizzie ocierając łzy z oczu. - To będzie piękne, nie ma mowy, że sobie to odpuszczę...
- To po prostu trzeba będzie zobaczyć – poparł ją Feliks, wynurzając się spod foteli, trzymając się jednego dla zachowania równowagi. - Jakieś podstawy pomożemy mu ogarnąć, ale najpierw…
- Musi przejść inicjację – oznajmiła Węgierka uroczystym głosem.
- Jaką znowu inicjację? - zapytał Toris, zmieniając kolor z czerwonego na biały. To naprawdę zabrzmiało jakby miał do czynienia z jakąś sektą
- Hej tancerze! Trzeba przechrzcić nowego! Nastawiajcie muzykę i zbiórka na parkiecie! - zawołała Elizabeta na całą salę. Sama ruszyła w stronę sceny, popychając przed sobą zdezorientowanego Litwina. - Idziemy idziemy! Nie ociągamy się!
Feliks ochoczo pomaszerował za nimi, a Toris nie był pewny co było bardziej niepokojące. Jego radosna mina, ożywienie, które zapanowało po ogłoszeniu Elizabety, czy fakt, że z tego co rozumiał, czekał go publiczny występ przed sporą grupą ludzi.
- Alfred, zabiję cię – syknął Litwin przez zęby.
- To wszystko dla twojego dobra, spoko, ziomek, nie będzie tak źle! - powiedział Alfred, podchodząc bliżej sceny.
- A może się dołączysz? - zapytała Lizzie, zwracając się do Amerykanina.
- Jasne! Zapowiada się zabawnie! - Alfred z entuzjazmem wskoczył na podest.
- Spokojnie, Tetris, to nie będzie nic skomplikowanego, więc powinieneś ogarnąć – powiedział Feliks, ustawiając Torisa na środku sceny i stając obok niego.
- Czemu mam przeczucie, że czeka mnie coś strasznego? - jęknął Litwin obserwując jak coraz więcej osób pojawia się na parkiecie. Chwilowo był zbyt zajęty zamieszaniem wokół, żeby zwrócić uwagę na tą irytującą ksywkę.
- Wyluzuj, przynajmniej nie będziesz musiał śpiewać… no chyba, że bardzo chcesz.
- Jak to śpiewać?!
- Wszyscy gotowi? - zawołała Elizabeta. - W takim razie muzyka poproszę! Każdy może śpiewać w swoim języku, jeśli takowa wersja istnieje!
- Ale co ja mam niby robić?! - zapytał Toris szczerze przerażony.
- Po prostu staraj się robić to samo co reszta… I lepiej staraj się nadążyć, bo inaczej w którymś momencie na ciebie wpadnę – powiedział Feliks, unosząc ręce w górę. Toris chcąc nie chcąc zrobił to samo, zastanawiając się, czemu to ma służyć. Domyślił się, jak tylko usłyszał muzykę, ta melodia była tak charakterystyczna, że nie dało się jej nie rozpoznać, jeśli chociaż raz zabłądziło się na YouTube.
- O Boże, nie…
- Czy jesteście już gotowi na taniec ten? Rączki do góry, bawimy się! - zaśpiewał Feliks, zaczynając bujać biodrami na boki w charakterystyczny sposób. - Spróbuj też! Caramell poprowadzi Cię! - Przy tych słowach Polak spojrzał na Litwina, szczerząc się przy tym jak wariat.
- Zabiję go… po prostu go zabiję – wymamrotał Toris, czując, jak po raz kolejny jego twarz oblewa się rumieńcem. Starał się jak najwierniej odwzorować ruchy pozostałych, tylko trochę ciężko mu było skupić się na tym zadaniu, kiedy kilka osób, w tym Feliks, oprócz tańczenia, śpiewało słowa piosenki w swoim własnym języku, wprowadzając jeszcze większy chaos. Nie było aż tak źle, jak się spodziewał, ale i tak kilka razy zdarzyło mu się pomylić kroki i zderzyć z Feliksem. Piosenka trwała coś około trzech minut, zdaniem Torisa o całe trzy minuty za długo, ale koniec końców jakoś udało mu się przetrwać.
- To były… najgorsze… najdłuższe trzy minuty w moim życiu – wysapał Litwin, kiedy było już po bólu.
- Co ty gadasz, chłopie, było zabawnie! - W przeciwieństwie do niego, Alfred wręcz tryskał entuzjazmem. Wyglądał jakby z miłą chęcią powtórzył to jeszcze kilka razy. - I nawet nie poszło ci aż tak tragicznie. Może poprzednio muzyka ci nie podeszła… - poskrobał się zamyślony po brodzie, po czym zeskoczył ze sceny, żeby zadać kilka pytań osobom odpowiedzialnym za podkład muzyczny.
- „A może poprzednio nie miałem nawet bladego pojęcia co robić?" - pomyślał Toris z sarkazmem. Nawet jeśli wciąż nie czuł się przekonany co do tańca, to jednak było o wiele prościej, kiedy mógł naśladować czyjeś kroki, a nie sam wymyślać, co robić.
- Dziękuje wszystkim, jak zwykle byliście świetni! - zawołała Elizabeta klasnąwszy w dłonie. - Pani Vautrin przyjdzie za jakieś dziesięć minut, więc kto ma jeszcze coś do zrobienia przed zajęciami lepiej niech się spręża! Niestety oznacza to też, że dzisiaj raczej niczego cię nie poduczymy, chyba, że masz czas po szkole – powiedziała znacznie ciszej, zwracając się do Litwina.
- Dziś nie bardzo, mam kilka spraw do załatwienia na mieście i test z historii, na który chciałbym się pouczyć – odparł Toris.
- Przecież test jest za tydzień – powiedział Feliks ze zdziwieniem.
- Niektórzy po prostu nie odkładają nauki na ostatnią chwilę – uznała Lizzie, patrząc na blondyna wzrokiem pod tytułem „też mógłbyś przestać".
- Hej, ta metoda mnie jeszcze nie zawiodła. Zamierzam udowodnić wszystkim nauczycielom, którzy twierdzą, że „jak się będziesz uczyć na ostatnią chwilę to nie zdasz", że się mylą.
- Poza tym za tydzień mam też test z hiszpańskiego – dodał Toris. - Więc chociaż jedną rzecz chciałbym w miarę ogarnąć, przed tą nieszczęsną imprezą.
- Nieszczęsną powiadasz... mam wrażenie, że niespecjalnie masz ochotę na nią iść – stwierdził Feliks.
- Spójrz na moją twarz, widzisz ten zachwyt na myśl o przedniej zabawie, która mnie czeka?
- Możesz sobie darować sarkazm, doskonale wiem co czujesz – westchnął Polak. - Mam dla ciebie takie jedno hasło: asertywność, poszukaj sobie jakiegoś kursu, jak będziesz załatwiał te swoje sprawy.
- Jesteś w stu procentach pewny, że masz prawo uczyć mnie o asertywności? - Toris uniósł brew, zerkając wymownie na Elizabetę.
- Nie, dlatego zasugerowałem ci poszukanie sobie jakiegoś kursu. I proszę mi tu bez takich insynuacji, co innego powiedzieć „nie" poczciwej, nie umiejącej wyczuć atmosfery duszy, jaką jest Alfred, a co innego spróbować tego samego z siłą wyższą.
Akurat z tym argumentem Toris nie mógł się nie zgodzić, Węgierce ciężko było odmówić… z reguły miała po prostu zbyt wiele argumentów.
- No w sumie...
- Nie mam zielonego pojęcia, o co wam chodzi, ale uznam to za komplement – powiedziała Lizzie niewinnym tonem.
- I wciąż wiszę jej… w sumie obaj wisimy jej przysługę za to, że nie znaleźliśmy się na okładce gazetki szkolnej, co z pewnością w jakiś sposób pomogło, chociaż i tak wciąż znajdują się nowi dowcipnisie – dodał Feliks, wznosząc oczy ku sufitowi.
- Znowu jakiś debil ci pomazał szafkę? - Litwin poczuł nieprzyjemne ukłucie. Poniedziałek i wtorek minęły raczej bezboleśnie, z tego, co się dowiedział od Węgierki. Wyglądało jednak na to, że zbyt wcześnie poczuł ulgę.
- Nieee, tym razem kilka zabawnych liścików. Kurczę, czy do ciebie nikt się nie przypieprza?
- Owen i jego kolesie trochę krzywo na mnie patrzą, ale to raczej dlatego, że przeszkadzam im w wyżywaniu się na tobie. Jeden typek z mojej drużyny nie chce uwierzyć, że między nami nic nie ma i stale mi dogryza, dopytując o „blondwłosą piękność", z którą się spotykam. No i też znalazłem dzisiaj kilka liścików.
- Wiem, że jestem piękny, ale swojego kolegę z drużyny możesz łaskawie strzelić ode mnie w zęby – stwierdził blondyn uprzejmym tonem. - A co ci ciekawego napisali?
- Kilka dziewczyn ubolewa nad faktem, że "jestem homo" i prosi, żebym dał im znać, jeśli jednak zmienię orientację, plus kilka osób, które są tym „faktem" delikatnie mówiąc zniesmaczone.
- Łaaaał, weź się zamień… ja dostałem kilka sugestii, że powinienem wspomóc selekcję naturalną i najlepiej się powiesić, plus prawdopodobnie te same laski, które nad tobą ubolewają, na mnie wylewają wiadro pomyj za to, że pozbawiam je możliwości zarywania do ciebie. Nie pytaj mnie, co im tak przeszkadza w nawracaniu cię na bycie hetero… może to, że jestem taki piękny i wiedzą, że nie mają ze mną szans?
- Nie rozumiem tego… - mruknął Toris.
- Już ci mówiłem, na czym to polega. - Polak wzruszył ramionami. - Chyba musicie się już zbierać – stwierdził, widząc panią Vautrin wkraczającą do sali.
- Później się zgadamy co do twoich lekcji – dodała Elizabeta.
- A naprawdę muszę je brać? - jęknął Litwin z nieszczęśliwą miną.
- Oczywiście, nie ma mowy, że odpuścimy taką zabawę – oznajmiła dziewczyna z szerokim uśmiechem. - Aż się nie mogę doczekać.
- Hej, Toris! Zdobyłem dla ciebie ten kawałek, to możesz poćwiczyć w internacie! - zawołał Alfred, machając w kierunku Litwina płytą.
- Boże, za co... - westchnął brunet, uderzając się z rozmachem w czoło, posyłając rozchichotanym Feliksowi i Elizabecie krzywe spojrzenie. - Dzięki, Alfred, naprawdę doceniam twoją troskę…
- Nie ma sprawy, ziomek, zawsze możesz na mnie liczyć. - Amerykanin wręcz promieniał z dumy. - A wam dzięki za pomoc! - powiedział, zwracając się do artystycznego duetu.
- Cała przyjemność po naszej stronie.
- Fajnie, że moje cierpienie sprawia wam wszystkim radość – mruknął Toris.
- Oj tam od razu cierpienie, nie bądź takim sceptykiem, może ci się jeszcze spodoba – powiedziała Elizabeta. - To do zobaczenia na twojej pierwszej lekcji, jak już ustalimy kiedy i gdzie się ona odbędzie.
- I zrób użytek z tej płytki od Alfreda – dodał Feliks szczerząc zęby.
Litwin nawet już wiedział, w jaki sposób jej użyje. Jako frisbee, jak tylko Alfreda nie będzie w pobliżu. Miał szczerą nadzieję, że wyląduje co najmniej w koszu na śmieci.
Od razu pozwolę sobie zaznaczyć jedną rzecz.
Ni uja nie znam się na tańcach ludowych, więc jak coś popieprzę to proszę mnie nie palić na stosie XD
W sumie w ogóle nie znam się na tańcu, nie umiem i umieć raczej nie będę, chociaż profesjonalnych tancerzy podziwiam.
Cóż, szykuje się jak na mój gust zabawna impreza... ale póki co, chyba pora zmienić fika :v
Na jakiego, czy się wrócę, czy pójdę dalej z tym czego jeszcze nie było, to jeszcze nie wiem.
O ile po drodze nie zamarznę.
Trzymajcie się ciepło, widzimy się jak zwykle w następnym rozdziale i niechaj marzec zacznie nam ocieplać klimat, bo chociaż lubię zimę, to jednak zaczynam mieć jej już dosyć :v
