CHAIRO

Spoglądałem to na rozmawiającego z Gilbertem czerwonowłosego, to na rozbawionego naszym wielkim wejściem glona. On chyba nie jest świadomy tego kim jestem, prawda? Mam nadzieję, że nie. Choć jeśli ktoś czepnie się mojej sukienki, to nie ręczę za siebie. Oficjalnie przyrzekam, że jak ktoś będzie miał wąty do mojego ubioru, to jego głową będą grali w kosza. Wyrwę ją własnymi rękoma. I zrobię to tak, że przy okazji oddzielę cały kręgosłup od reszty ciała.

- Aominecchi! Znowu się spóźniłeś! Choć jak widzę, przyprowadziłeś nowego członka. - wysoki blondyn z radosnym uśmiechem podbiegł do nas. Chciał coś powiedzieć, kiedy nagle zawiesił na mnie wzrok. Oho, coś czuję, że moje słowa ziszczą się wcześniej, niż sądziłeś. – I przyprowadziłeś uroczą koleżankę! – krzyknął z jeszcze szerszym uśmiechem. Zmrużyłem groźnie oczy, co trochę zdezorientowało blondyna.

- Kolegę jak już! A jeśli masz coś do mojej sukienki, to zachowaj to dla siebie, jeśli nie chcesz, by twoja głowa posłużyła zaraz za nową piłkę. – wysyczałem. Wszyscy utkwili zszokowane spojrzenia we mnie. No… prawie wszyscy. Gilbert znów miał tego swojego pokerfejsa, Aomine już przyzwyczaił się do tego widoku, a na twarzy przewodniczącego zaskoczenie zagościło tylko na chwilę. Nagle ktoś trzepnął mnie w głowę. Spojrzałem na niebieskowłosego murzyna z wyrzutem.

- Mogłeś jednak zachować w tajemnicy swoją płeć. Wiesz co sobie ludzie teraz o mnie pomyślą? Że kumpluję się z wesołym transem. – o nie, Daiki. Teraz to mnie wkurwiłeś. I to tak maksymalnie. Zawarczałem i z całej siły uderzyłem chłopaka w brzuch. Ten się zgiął i padł na kolana. Prychnąłem obrażony i ruszyłem w kierunku sceny. Podskoczyłem i usiadłem na niej, zarzucając nogę na nogę i krzyżując ręce na piersi. Teraz do mnie bez kija nie podchodź. A jestem zdolny do tego, by ugryźć. Mocno i boleśnie. Tak, by został ślad.

- Dobra, ludzie. Koniec tego przedstawienia. Wszyscy złażą z boiska. Nasz aniołek teraz przejdzie morderczy test sprawnościowy. Przecież nie przyjmiemy go ot tak na ładne oczka. – czerwonowłosy psychopata wyraźnie czerpał radość z każdego wypowiadanego słowa. I z miny Gilberta, który pomimo prób ukrycia tego, nie wyglądał na zadowolonego. Mruczał coś pod nosem, a z ruchu jego warg mogłem wyczytać „Feliks i jego pieprzona sukienka". No wiesz ty co?! Foch.

Siedziałem obrażony i obserwowałem, jak szarooki użera się z kapitanem. Jezu, jak on może być tak opanowany, kiedy ten psychol go tak traktuje? Ja już dawno wkurwiłbym się, zasypał go inteligentnymi argumentami, w między czasie rozwalił coś i wyszedł trzaskając drzwiami. Tak. Zrobiłbym dokładnie to samo, co zrobiłem podczas rozmowy z zielonowłosym tytanem. Który na moje nieszczęście idzie w moją stronę. I chamsko obcina mnie wzrokiem. Kij ci w oko. A najlepiej dwa kije. W obie gałki oczne. Podszedł do mnie i oparł się o scenę.

- Wczoraj po lekcjach byłem sprawdzić salę… Nieładnie tak zostawiać po sobie bałagan. – stwierdził z dziwnym uśmieszkiem. Tylko prychnąłem w odpowiedzi. No, Felcio. Nie daj się temu glonowłosemu paskudowi sprowokować. Wdech i wydech, opanowanie… - Swoją drogą… Ta sukienka to jakiś przegrany zakład, tak? – spytał z uniesioną brwią. Spojrzałem na niego zdziwiony.

- Eee… Nie? Zawsze chciałem nosić sukienki. – odpowiedziałem z poważną miną. Nastolatek cofnął się o krok w szoku i zamrugał kilkukrotnie. Nawet nie wiedział, jak ma zareagować. Czy się śmiać, czy być załamanym. Jak nie wiesz, czo wybrać, wybierz oba. Proste? Jak drut. O dziwo zielonowłosy przemilczał moje słowa. Albo jest tak zszokowany, albo po prostu jest tolerancyjny. No, ale chociaż mógłbyś coś miłego powiedzieć. Albo nie, nie lubię cię. Irytujesz mnie swoją obecnością, bo jesteś wysoki i jesteś gburem. Idź sobie. Albo nie. Ja sobie stąd pójdę. Zeskoczyłem z podwyższenia i podszedłem do Daikiego i jego znajomych. Blondyn na mój widok znów się uśmiechnął.

- Przez to całe zamieszanie zapytałem spytać jak masz na imię. – zaśmiał się i pochylił się nade mną. Zasada numer jeden: nigdy, ale to nigdy nie pochylaj się nade mną i nie opieraj się o mnie. A ty, tleniona blondi, właśnie tą zasadę złamałeś. You leaned on me and now you're going to die. Chłopak pisnął, kiedy dźgnąłem go pomiędzy żebra.

- Chairo Feliks. Zapamiętaj to nazwisko, bo od dziś stanę się twoim najgorszym koszmarem. – odparłem, na co złotooki trochę pobladł.

- Oi, Kise. Nie przejmuj się głupim gadaniem wesołego transika. On tylko takiego groźnego udaje. Jak poznasz go i jego słabości, to już nie będzie taki. – utkwiłem w granatowowłosym mordercze spojrzenie. Jak śmiesz? To, że jestem niski, nie znaczy, że możecie mnie traktować jak jakąś zabawkę! I niby jakie słabości? Ty nie znasz żadnej, znamy się tyle czasu, a nadal sobie ze mną nie radzisz. Daiki jednak zarechotał i objął mnie w pasie. Że co? Przecież tulenie nie jest moją słabością. – Patrz i słuchaj, jak zaraz będzie się śmiesznie miotał i piszczał.

Że co? Jakie miotał? Jakie piszczał? Przecież lubię się tulić! Jest przyjemne. A jak ktoś jest cieplutki, to nawet i mam ochotę zamruczeć. Ale nie piszczeć i się miotać! Tylko skończony debil by tak zrobił. Jednak kiedy uścisk się wzmocnił, w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. O nie… O nie, nie, nie! Ja już wiem, co on chce zrobić. Daiki, nawet nie próbuj! Kiedy nagle wzniósł mnie w powietrze, od razu spiąłem się i wydałem z siebie wysoki pisk.

- Czyś ty zmysły postradał?! – krzyknąłem i zacząłem machać rękoma. Ja chcę na dół, na dół! – Co ty sobie wyobrażasz?! Chcesz bym na zawał zszedł?! Odstaw mnie zaraz na dół, ty przeklęty wielkoludzie! – jednak ciemnoskóry nie słuchał mnie. Posadził mnie sobie na ramieniu i wyglądał na zadowolonego. Poczułem nieprzyjemne mdłości, kiedy chłopak zaczął chodzić w tę i we w tę. Jezu, ja chcę stąd zejść.

- Robiłem w życiu naprawdę wiele głupich rzeczy… Wczoraj skakałem z okna, czy wspiąłem się na drzewo, by sięgnąć torbę Gilberta. I było spoko, bo nawet jeśli pierw byłem wysoko, to potem wylądowałem na ziemi. Na ukochanej, płaskiej i niskiej ziemi! A teraz nie mam nawet jak zeskoczyć, bo mnie pieprzony murzyn trzyma! I jeszcze się porusza! – zacząłem prowadzić monolog, który bardziej kierowałem do siebie, niż do pozostałych. – Daiki, jeśli zrobisz jeszcze jeden krok, zrzygam się. – wymamrotałem i oparłem się zrezygnowany o jego granatową czuprynę. Moje słowa od razu dotarły do chłopaka, który szybko odstawił mnie z powrotem na ziemię, gdzie spokojnie mogłem upaść na kolana i odetchnął z ulgą. Po chwili chwiejnie podniosłem się z ziemi i otrzepałem kolana.

- Właśnie dlatego nienawidzę wysokich ludzi. – mruknąłem i opuściłem głowę, starając się zamaskować duże rumieńce na policzkach. No to ładne przedstawienie im tu zrobiłem. Cholera. Głupi murzyn i jego głupie pomysły. Kiedy wreszcie poczułem, jak ciepło na policzkach pomału zanika, uniosłem głowę i spojrzałem na zielonowłosego. Wpatrywał się we mnie z uśmiechem. I co się szczerzysz, marchewo?! Nigdy nie widziałeś przestraszonego chłopaka w sukience? Podparłem się pod boki i pokazałem mu język. – Tyyytan!

Uśmiech z twarzy zielonookiego zniknął i został zastąpiony przez wyraźną irytację. Poprawił okulary i prychnął. Już otworzył usta, by coś powiedzieć, kiedy nagle oberwał piłką w głowę, przez co okulary zsunęły mu się z nosa.

- Spróbuj tylko obrazić Feliksa, zboczeńcu, a sprzedam cię marchewkom! – pomimo morderczego testu, jaki dał mu czerwonowłosy, Gilbert cały czas obserwował co się dzieje wokoło.

- Uspokójcie się wy wszyscy, bo zamęt wprowadzacie! – wrzasnął kapitan, na co wszyscy od razu zamilkli. Niby niski, ale potrafi okiełznać te wszystkie olbrzymy. Szacuneczek, naprawdę szacuneczek. Chyba będę musiał go poprosić o szybki kurs tresury tytanów. Przejechałem dwoma palcami po ustach na znak, że są zamknięte na zamek błyskawiczny i poszedłem po leżące na ziemi okulary zielonowłosego, by móc mu je podać. No cóż… W końcu on zrobił to samo, zanim się posprzeczaliśmy. Pff. Ale i tak go nie lubię.

- Masz, tytanie. – warknąłem i wyciągnąłem w jego kierunku dłoń z okularami. Odebrał je ode mnie i od razu wsunął na nos, by móc je poprawić. Śmieszny ma ten nawyk. Czy gdybym mu zabrał okulary i go zezłościł, też by wykonywał ten gest? Pewnie tak. Ja też czasem w domu chcę poprawić okulary, a okazuje się, że nie mam ich na nosie, tylko leżą na szafce.

- Dzięki, krasnalu.