9.
– A tobie co się stało?
Ron, jak zwykle pełen taktu, zauważył jej zaczerwienione oczy, co samo w sobie było wyczynem. Zignorowała go i poprosiła Mortifera o przytrzymanie jej tosta. Posmarowała powierzchnię masłem, dodała trochę dżemu, pogłaskała ptaka po głowie (który ku jej zdziwieniu się nie odsunął) i wypiła trochę herbaty. Omal się nie zakrztusiła w połowie łyku, bo koło niej, z impetem, usiadła Ginny.
– Khe! Khe! Ghi-khe!- nny! Co tu-khe robisz?
– Obaj są idiotami, ale ty nie jesteś lepsza. Co cię podkusiło, żeby uderzyć Harry'ego?
– Czy ty nie powinnaś być w tej chwili w Mungu?
– Powinnam. Odpowiedz.
Ginny coraz bardziej przypominała swoją matkę. Molly była równie apodyktyczna i żądała absolutnego posłuszeństwa. Cóż, Hermiona nie poddała się matce, to nie da się i córce.
– A może poprosisz? Nie przypominam sobie, byś mogła wydawać mi rozkazy.
Druga dziewczyna zacisnęła mocno usta, aż jej zbielały i wysyczała:
– Proszę.
– Co mnie podkusiło? Hmmm… Nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że od chwili pokonania Voldemorta zachowuje się, jakby cały świat był na jego rozkazy? A może to, że życzył śmierci człowiekowi, który cię od tego uratował? Nie, sądzę, że głównie miało na to wpływ fakt, że jestem w nim zabujana i przy okazji miałam okres. Bo to pewnie wytłumaczenie twojego braciszka i chłopaka?
– Coś w ten deseń. Nie powinnaś tego robić, wiesz?
– To Harry jest niewdzięcznym szczeniakiem, jeśli nie potrafi zrozumieć, że jedynym powodem, dla którego teraz siedzisz obok mnie, jest Snape, który zauważył, co się z tobą dzieje. Choćby z tego powodu nie potrafiłabym życzyć mu śmierci, Ginny. Podasz mi miód? Dla mnie stoi za daleko.
– Jak za daleko? Przecież sięgniesz.
– Nie uda mi się podnieść miseczki.
– Jasne. Chłopaki mówili, że…
Nagle zamknęła usta i odwróciła wzrok. Hermiona miała wrażenie, że coś ciężkiego siedzi jej na żołądku.
– Co powiedzieli? Och, daj spokój! Zaczęłaś, to skończ!
– Mówią, że się nad sobą użalasz. Twoja ręka wcale nie jest w takim złym stanie, a zachowujesz się, jakbyś nic nią nie mogła zrobić. Chcesz tylko współczucia. Przynajmniej tak sądzą. Gdzie idziesz? Przecież chciałaś…
– Nie jestem już głodna.
Zebrała książki wzięła Mortifera i zaczęła iść w kierunku sali od Eliksirów, po czym przystanęła w pół kroku.
– No, tak. Przecież już nie chodzę na Eliksiry.
Biblioteka. Tylko tam mogła być sobą. Usiadła w swojej ulubionej wnęce i wyciągnęła książkę do Eliksirów. Zagłębiła się w rozdział o wpływach faz księżyca na eliksiry lecznicze i ich skuteczność i dopiero dziobnięcie Mortifera sprowadziło ją na ziemię.
– Czego chcesz? – Dziobnął ją w zegarek. – O, rany. Jeszcze chwila i bym nie zdążyła dojść na następne zajęcia. Jesteś kochany, wiesz?
Zakrakał, najwyraźniej dumny z siebie, i zamachał kilka razy skrzydłami.
– Idzie ci to znacznie lepiej. Kilka dni i powinieneś latać bez problemów, więc na razie się nie przemęczaj, dobrze? Ej, uważaj jak chodzisz!
Wpadła prosto na Goyle'a, który spojrzał na nią tępo.
– Sama uważaj.
Od kiedy Crabbe i Malfoy zginęli podczas bitwy, Goyle był jeszcze gorszy niż zwykle. Z nikim nie rozmawiał, prawie w ogóle się nie uczył i jedynie dobra wola nauczycieli trzymała go w Hogwarcie. Prawda była taka, że nie brał udziału w bitwie. Dzień wcześniej ktoś go przeklął i całą bitwę spędził w Skrzydle Szpitalnym, nieprzytomny. Według Hermiony tylko to go uratowało. Nie był specjalnie bystry i uzdolniony, więc pewnie zginąłby równie szybko co Crabbe, który nie wytrzymał nawet kilku minut. Prawdę mówiąc, Goyle powodował u niej ciarki. Obserwował ją, gdy myślał, że ona tego nie widzi. Śledził ją wzrokiem i było w nim coś niepokojącego. Nie wiedziała dokładnie co, ale nie podobało jej się to. Teraz niby ją wyminął, ale po chwili usłyszała ciężkie człapanie za sobą.
– Szpieg z niego, jak z Hagrida baletnica – mruknęła, a Mortifer rozdziawił dziób w rozbawieniu. Skręciła w prawy korytarz i tuż za zakrętem zostawiła dla swojego prześladowcy małą niespodziankę. Była już prawie przy sali, gdy dobiegł ją ryk bólu. Chcąc nie chcąc, uśmiechnęła się i nawet widok chłopców patrzących na nią ponuro nie popsuł jej dobrego humoru. Najwyraźniej Ginny zdała im sprawozdanie i nie byli zadowoleni z efektów. Cóż, ich problem. Hermiona przeżyła trzy miesiące na samym początku Hogwartu bez przyjaciół, to poradzi sobie przez trzy ostatnie miesiące szkoły. Co prawda miała teraz mnóstwo wspomnień – dobrych i złych – ale wiedziała, że da radę. Musiała tylko zagryźć zęby, a może… Może wrócą do niej. Chociaż sądząc z ich pomruków, z których wyłapała „nieznośną kujonkę" i „brudnego mola książkowego" nie należało się tego spodziewać. Jednak, jak to się mówi, nadzieja umiera ostatnia, a Hermiona – mimo wszystko – była przywiązana do nich obu. I byłoby jej bardzo, bardzo przykro, gdyby nie odzywali się do siebie przez najbliższe lata. Na co się zapowiadało. Przy okazji zastanowiła się, po co obaj kontynuują Historię Magii, skoro i tak przesypiają lekcje.
Westchnęła, wyjęła pergamin, pióro i inkaust, by po chwili skrobać słowo w słowo to, co mówił profesor Binns. I nawet nie zauważyła ponurego spojrzenia, które Mortifer kierował na czubek jej głowy. Jeśli kiedykolwiek ptak mógł wyglądać, jakby był skołowany i jednocześnie zaniepokojony, to kruk, dokładnie w tej chwili, właśnie to robił.
vOvBvOvBvOv
– … do roku 1872, kiedy to Glorfindel Piękny pokonał Aratura Mrocznego. Hmmm… Nie, to brzmi źle.
Hermiona siedziała w Bibliotece i pisała wypracowanie na Historię Magii. Nikogo nie było w środku – kolejny weekend w Hogsmeade. Wpisała się na listę tych, którzy zostają w zamku. Chciała w spokoju napisać pracę, a przez ostatnie dwa tygodnie dzień w dzień ktoś jej w tym przeszkadzał. A to Ginny chciała porozmawiać, a to Lavender próbowała się z nią zaprzyjaźnić (mimo tego, że była dziewczyną Rona), a to Ron z Harrym przechodzili ostentacyjnie obok i rzucali złośliwe uwagi, a to Goyle obserwował ją tak, że miała wrażenie, że ktoś wypalił jej dziurę w plecach na wylot. Do tego Mortifer mógł już latać i często to robił, by nagle usiąść jej na ramieniu, czym ją zawsze straszył i miał z tego niezły ubaw. Teraz usunęła ostatnie słowa i napisała zdanie od nowa.
– Wojna elfio-gnomicka tocząca się o cła międzygatunkowe zaczęła się w roku 1830 od rzucenia packą błota przez Hllora Obrzydliwego w Juliana Cnotliwego i trwała do roku 1872. W tym roku Glorfindel Piękny, kuzyn cioteczny Juliana Cnotliwego, pokonał Aratura Mrocznego w długim pojedynku toczącym się na zdechłe ryby, co jest rytualną walką między gnomickimi klanami. O, właśnie. Tak jest lepiej.
Mortifer zakrakał i stuknął dziobem w ostatnie zdanie.
– Co? Za krótkie? – Kręcenie łebkiem. – Za długie? – Skinięcie. – Nie wydaje mi się. Są wszystkie ważne informacje. – Ruch prawym skrzydłem do tyłu. – Poprzednia wersja była lepsza? Ale ta jest ciekawsza! Jest nawet anegdotka o zdechłych rybach! Dobra, dobra. Nie patrz tak na mnie. Już wykreślam. Swoją drogą, ja tam zawsze lubię, by w moich wypracowaniach było pełno informacji i nauczyciele raczej są z tego zadowoleni. Prócz twojego pana, oczywiście. Jak za długie – źle. Jak za krótkie – też źle. Jak w sam raz – to zawsze czegoś brakuje lub coś jest nie tak. I z czego się cieszysz? Wiesz, ile czasu poświęcam na Eliksiry? Dwa razy tyle, co na inne przedmioty! I on nigdy nie jest zadowolony! Tylko i wyłącznie dlatego, że nie jestem w Slytherinie i jestem przyjaciółką Harry'ego! To jakaś porąbana logika! Słuchaj, ty masz jakieś chore poczucie humoru! Im bardziej jestem zdenerwowana, tym bardziej ty się cieszysz! I znowu!
Nagle Mortifer cały się napuszył, syknął ostrzegawczo, a po chwili usłyszała chrząknięcie tuż nad swoim ramieniem.
– Wik… Profesorze Krum! Cóż za niespodzianka. Mogę panu w czymś pomóc?
Wiedziała, że jej głos jest przesączony jadem, ale nie mogła nic na to poradzić. To przez niego nie mogła kontynuować Eliksirów. Przyjrzała mu się i westchnęła. Wyglądał naprawdę dobrze. Przystojnie. Ciemnozielona szata pasowała do jego karnacji i włosów. Usiadł naprzeciwko niej, choć w sporej odległości od wciąż wyraźnie wściekłego ptaka.
– Chciałbym porozmawiać.
– Pan wybaczy, ale muszę napisać wypracowanie.
– Może poczekać.
Zabrał jej pergamin sprzed nosa i odłożył poza zasięg jej rąk. Westchnęła ciężko i potarła prawą dłonią skroń.
– Czego chcesz, Wiktorze?
– To chyba oczywiste. Ciebie.
– W takim razie możesz uznać swój czas za zmarnowany.
– Mówię poważnie, Hermiono. Zawsze dostaję to, czego chcę. Tak samo z naukami u Snape'a. Mówisz, że mi się nie uda, ale ja wiem lepiej. Rozesłał informację w środowisku Eliksirów, że szuka asystenta.
Już nawet nie była zła. Była zmęczona i nie chciało jej się rozmawiać.
– Zapomnij o tym. Nie jestem jedną z twoich fanek, które polecą na każde kiwnięcie paluszkiem.
– Wiem. I to mi się właśnie w tobie podoba. Nie, posłuchaj. Za dwa tygodnie jest następne Hogsmeade. Spotkaj się ze mną u Madame Puddifoot w południe.
Skrzywiła się niemiłosiernie na samą myśl o przepełnionej serduszkami kawiarence i podobną minę, jeśli to było możliwe, miał jej ptasi przyjaciel.
– Nie idę do Hogsmeade. Mam sporo do nadrobienia.
– Pójdziesz. I spotkamy się tam.
Po czym wstał i, nie zważając na jej protesty, po prostu wyszedł. Zmarszczyła gniewnie czoło i zaczęła mamrotać pod nosem.
– Taaak… Już idę. Już ci przyjdę. Żebyś się nie zdziwił, kretynie. Już jak ci przyjdę, to pożałujesz. Och, pożałujesz, idioto. Za wszystko. Za wyrzucenie mnie z sali, za zajmowanie miejsca, które do ciebie nie należy, za wymuszanie, za rozkazywanie… I jeszcze śmie twierdzić, że mu na mnie zależy! – Zauważyła, że Mortifer przygląda się jej z ciekawością i zaczęła tłumaczyć cichym głosem. – Chodziliśmy z sobą cztery lata temu, jak przyjechał na Turniej Trójmagiczny. Na początku był sympatyczny, inteligentny i uprzejmy. Z czasem… Zaczął wymagać, zaczął mnie traktować, jak swoją własność. Nie podobało mi się to, więc z nim skończyłam. Pewnie zastanawiasz się, dlaczego w ogóle zaczęłam? – Skinięcie łepka. – Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale chodziłam z nim, bo jest cholernie przystojny. No, większość pewnie uznaje, że jest paskudny i obchodzi ich jedynie jego sława, ale mnie się podoba jego mroczna uroda. Tylko… Z czasem zrozumiałam, że i tak czegoś mi w nim brakuje. Brałam go za substytut twojego pana, Mortiferze. Te czarne oczy, czarne włosy, duży nos… Niby podobne, ale nie to samo. Okropna jestem, prawda? Płytka. Jednak gdyby był taki, jakiego udawał na początku, to pewnie byłabym z nim do dzisiaj. No, na szczęście zaczął dość wcześnie pokazywać swoją prawdziwą twarz. Nie jestem typem, który się umartwia.
Z tymi słowami przywołała pergamin, dopisała dwa ostatnie zdania i ruszyła z powrotem do swojego dormitorium, gdzie już czekała na nią podniecona Lavender, żeby opisać – minuta po minucie – wspaniały dzień, który spędziła z Ronem, Harrym i Ginny.
– … i wtedy, wyobraź sobie, Goyle przyszedł i spytał się gdzie jesteś! Ron stwierdził, że pewnie chciał się z tobą umówić.
Hermiona odłożyła Mortifera na biurko, po czym usiadła na łóżku i przytuliła do siebie Krzywołapa. Kot mruknął tryumfalnie na ptaka, który z kolei zaczął krakać i rozpoczęła się pomiędzy nimi pyskówka, najwyraźniej dotycząca tego, kto dzisiaj będzie przez nią głaskany. Kruk przyzwyczaił się do jej czułości i teraz zdarzały się momenty, w których sam się o nie prosił, choć zawsze miał wokół siebie tę aurę „ja-wcale-się-o-to-nie-proszę-tylko-jakoś-tutaj-zawędrowałem-ale-skoro-już-tu-jestem-to-mnie-głaskaj" i wyglądał zupełnie, jakby kosztowało go to tyle jego ptasiej dumy, że aż strach. Ale cieszyła się, że w końcu zaufał jej na tyle, by pozwolić się dotknąć bez szczególnych awantur. No, chyba, że miał zły dzień. Albo jadł. Albo bolały go żebra. Albo… Cóż, było wiele chwil, w których za nic nie pozwolił się dotknąć, ale gdy miał dobry humor mogła go zagłaskać niemalże na śmierć, a i tak przymykał oczy i – była tego pewna – gdyby był kotem, to by mruczał. Krzywołap wielokrotnie na swój sposób dawał jej do zrozumienia, że ma idealne do głaskania ręce.
– Goyle? Ze mną? Szczerze wątpię.
– A poza tym co robiłaś?
– Pisałam esej na Historię Magii, Transmutację i doczytałam rozdział o wodnikach.
„I miałam starcie z Wiktorem", ale tego już nie powiedziała głośno.
– To… eee… fascynujące. Wiesz, oni za tobą tęsknią.
– Mają śmieszny sposób okazywania tego.
– Wiesz jacy są.
– Owszem i dlatego jestem pewna, że ich przytyki są prawdziwe. Jeśli chcą mnie z powrotem będą musieli się nieźle napracować z przeprosinami. – Bliżej nieokreślony dźwięk dobiegł ze strony Mortifera i Hermiona przyjrzała mu się uważnie. – Czy ty właśnie prychnąłeś?
Ptak spojrzał na nią z miną tak niewinną, że pufek pigmejski by się nie powstydził i wyraźnie dał do zrozumienia, że on jest tylko głupim krukiem i nie ma pojęcia o czym ona, ludzka kobieta, mówi. Lavender z kolei doszła najwyraźniej do wniosku, że coś jej się tu nie podoba.
– Trochę za dużo czasu spędzasz z tym… no… Mortem.
– Mortiferem.
– Cokolwiek. On jest równie miły, co Snape. Nie przywiązuj się do niego za bardzo.
– Do Mortifera, czy do Snape'a?
– Do obu.
Hermiona zaśmiała się i wyciągnęła zdrowe ramię do ptaka, który natychmiast podleciał, patrząc wrednie na złego Krzywołapa. Samce. Przytuliła go i zza jego skrzydeł uśmiechnęła się paskudnie.
– Nie wiesz? Za Mortifera wyjdę, jak tylko znajdę sposób na to, żeby zmienić go w człowieka.
– A co ze Snape'em?
– Może dołączyć się do trójkąciku, jeśli chce.
Widząc zszokowaną minę dziewczyny i słysząc oburzone krakanie nie mogła wytrzymać i zaczęła się śmiać tak mocno, że aż rozbolał ją brzuch. Kiedy w końcu się uspokoiła, wydusiła:
– Nie wiem które z was łatwiej jest zirytować, ale powinniście przestać brać wszystko na poważnie. Daj spokój, Lavender. Co mi szkodzi spędzić trochę czasu z krukiem? To przecież nie tak, że faktycznie zmienię go w człowieka. A nawet jeśli, to i tak będzie miał ptasi móżdżek. Bez obrazy, Mortifer.
– W każdym razie – pogadasz z nimi?
– Ze Snape'em i Mortiferem?
– Nie graj głupiej. Z Ronem i Harrym.
– Nie. Poczekam, aż sami przyjdą i przeproszą. To ja tu jestem poszkodowaną stroną i mam dosyć odgrywania ofiary i kata w tym samym momencie.
– Z takim podejściem daleko nie zajdziesz.
– Trudno. I jeszcze jedno. Nie rozmawiaj więcej ze mną na ich temat. Mam sporo problemów i bez tego.
Dziewczyna westchnęła, mruknęła coś w stylu „żeby tu była Parvati", po czym wyszła – najprawdopodobniej zdać sprawozdanie. Gdy tylko zniknęła uśmiech spełzł z twarzy Hermiony i teraz siedziała ponura. Odstawiła oba zwierzaki na łóżko i wyciągnęła w ich kierunku lewe ramię. Było jej coraz ciężej. Próbowała pogłaskać Krzywołapa, ale ten co chwila wsadzał w rękę swój pyszczek i była przerażona tym, że ledwo go czuła. Zupełnie, jakby to była czyjaś inna ręka.
– Kocie, mógłbyś na razie przestać? Chcę trochę poćwiczyć.
Sięgnęła ku ptakowi, który zesztywniał, pozwalając jej na pracę. Z trudem przesunęła palce między jego gładkimi piórami, a gdy starała się delikatnie objąć ją dłonią omal się nie rozpłakała, bo palce i nadgarstek odmawiały jej posłuszeństwa. Fuknęła wściekle, wstała, zrzuciła z siebie koszulkę i podeszła do lustra, ignorując Krzywołapa i Mortifera, którzy patrzyli na nią ze zdziwieniem. Spojrzała na siebie ponuro i zaczęła mówić głośno, patrząc samej sobie w oczy.
– Masz obrzydliwą rękę, która w dodatku jest całkowicie bezużyteczna. Może od razu ją amputuj? Kikut będzie lepiej wyglądał od tej parodii. I tak nie jesteś ładna. Nie jesteś jakaś wybitna, po prostu dużo czytasz. Nic poza czytaniem cię nie wyróżnia. Pogódź się z tym. Nikt się tobą nie zainteresuje. Skończysz jako stara panna z kotem do towarzystwa. – Wpiła wzrok w rękę i westchnęła. – A może jednak pójdź z Wiktorem? Będzie tobą rozporządzał, ale przynajmniej będziesz kogoś miała, a nie goniła za marzeniem. Tak, to jest dobry p…
Nie dokończyła bo oba zwierzaki wydały z siebie wrzask – każdy na swój sposób. Obróciła się i nie mogła się nadziwić – patrzeli na nią, jak na ostatnią idiotkę.
– A wy co?
Zmitygowali się, po czym – zażenowani – jeden schował dziób za skrzydłem, a drugi mordę za ogonem. To zdecydowanie poprawiło jej humor. Jednak komuś na niej zależy.
