Pukanie do drzwi rozległo się równo o piętnastej dwadzieścia. Snape westchnął- kilka godzin męczarni z Granger.
- Wejść.
- Dzień dobry, panie profesorze. Chciał mnie pan widzieć- powiedziała niepewnym głosem, jednak na tyle głośno, żeby ktoś przechodzący korytarzem ją usłyszał.
- Tak, Granger. Wejdź, wejdź.
Zamknęła drzwi, a on od razu rzucił Muffliato. Skrzywił się, gdy na nią spojrzał- jak zwykle potargana, nieuczesana. Zauważyła jego wzrok i przygładziła nieco spódnicę.
- Nie miałam czasu, żeby…
- Nieważne. Chodź za mną- zaprowadził ją do pokoju dziennego i obserwował jej reakcję. Nie było tu najschludniej, ale uwielbiał tu przebywać. Granger otworzyła szeroko usta i wyjąkała:
- Och… To… to… raj- zaśmiała się wskazując palcem półki z książkami. Tak właściwie to cały pokój, dość duży, był pełen regałów i książek. Prawie trzęsła się z ekscytacji- Czy… czy…
- Tak. Możesz- parsknął. Kiedy pierwszy raz znalazł się w bibliotece w Hogwarcie jego reakcja była podobna- Nie musimy rozmawiać, więc czuj się swobodnie. Każda książka w tym pokoju jest do twojej dyspozycji. Jednakże- dodał surowym tonem- nie wolno ci nad nią pić, jeść, zaginać rogów i robić czegokolwiek, co naruszy ich stan.
Z nabożeństwem wzięła do ręki Historię numerologii i uśmiechnęła się w jego kierunku tak, że aż na chwilę zabrakło mu powietrza.
- Dziękuję, bardzo dziękuję- dodała zduszonym tonem. Odchrząknął i wziął się za sprawdzanie prac drugoklasistów, obserwując ją kącikiem oka. Chodziła od półki do półki czytając tytuły. W końcu wzięła dwie książki, ułożyła je na stoliku, rozwinęła pergamin i otworzyła pierwszą. Z lekkim uśmiechem zauważył, że to wypracowanie, które im zadał. Nigdy by tego nie przyznał, ale wiedział, że i bez pomocy jego książek napisałaby je najlepiej w klasie. Upewniwszy się, że nic mu z jej strony nie grozi (stary nawyk nie umiera) całkowicie skupił się na pracach. Bzdury, jak zwykle zresztą. Zawsze mu się wydawało, że byle idiota potrafiłby zajrzeć do podręcznika Eliksirów i znaleźć osiem zastosowań kurzej krwi, jednak najwyraźniej nie doceniał uczniów. Po raz kolejny, zresztą. Do dzisiaj pamiętał, jak cztery lata temu zaśmiewał się z bzdur, które wypisywał Weasley i Potter, gdy Granger im nie pomagała. Ze złością skreślił całą pracę i dopisał komentarz:
Strona 128 panie Mou. Jeśli ma pan problemy ze słuchem proponuję udać się do pani Pomfrey, a najlepiej do domu. Trzy razy mówiłem, w którym miejscu można znaleźć podpowiedzi. Z satysfakcją, zamaszystym ruchem wpisał tłuste O. Z westchnieniem ulgi zauważył, że to ostatnia praca. Rozluźnił kołnierzyk szat i przeciągnął się w krześle, czując ulgę w kręgosłupie. Przez cały dzień czuł lekki, niemiły uścisk mięśni po nocnych przyjemnościach. Dopiero po chwili zorientował się, że nie jest przecież sam. Zesztywniał i spojrzał w kierunku stolika. Granger umknęła wzrokiem, ale nie zdążyła zetrzeć uśmieszku, jaki czaił się w kącikach ust. Skończyła wszystkie zadania domowe i teraz czytała Historię numerologii. Przewróciła stronę i czytając zaczęła nawijać sobie kosmyk włosów na palec. Odchrząknął i spokojnie zapytał:
- Herbaty?
Granger podniosła zdziwiona głowę, ale uśmiechnęła się.
- Tak, dziękuję profesorze.
Wzruszył ramionami i po chwili lewitował filiżankę tuż obok jej łokcia.
- Nie rozlej- warknął i sam sięgnął po książkę, do której zabierał się jakiś czas. Zwykle nie fascynowała go mugolska literatura, ale na temat tej konkretnej książki słyszał wiele dobrego. Granger zerknęła na tom i wpadła w niekontrolowany śmiech, aż jej łzy poleciały.
- Cóż cię tak rozbawiło?
Chwilę zajęło jej uspokojenie się.
- Pan czyta „Małe kobietki"?
- Kilka osób mi je polecało.
- Cóż… Przykro mi to mówić, ale kimkolwiek były te osoby zdecydowanie robiły sobie z pana żarty. To jest romans z elementami dramatu. Do tego z kobiecej perspektywy- wie pan, falbanki, wstążki i takie tam.
Lekko się skrzywił i w myślach zanotował, żeby przy najbliższej okazji zabić Dumbledora.
- Nie mam zwyczaju porzucać książek, za które się zabieram- mruknął- A jeśli ci coś się nie podoba, Granger, to wiesz gdzie jest wyjście.
- Nie to, że mi się niepodoba. Nie znam mężczyzny, który chciałby to przeczytać. Ciekawe czy uda się panu przez to przejść- dodała z przekąsem. Zignorował to i zaczął czytać. Sam początek nie wyglądał obiecująco. Cztery siostry, matka, ojciec na wojnie i różne małe chwile szczęścia. Język był poprawny, ale zawierał słowa, które dotąd były dla niego obce.
- Czym, do diabła, różni się mała zielona parasolka z żółtą rączką od jedwabnej ze złotym wierzchem? I po co nosić parasolkę, gdy nie pada?- zapytał głośno i dodał ponuro- I spróbuj tylko zachichotać to mnie popamiętasz do końca życia.
W głosie dziewczyny przebijał śmiech, ale nie zachichotała.
- Właśnie to jest powód, dla którego mężczyźni nie powinni czytać tego typu książek, bo po prostu ich nie zrozumieją. Parasolki nosiło się, by mieć bladą cerę. Opalenizna była charakterystyczna dla chłopek, więc kobiety dbały o swoją cerę. A różnica jest taka, że jedwabna jest delikatniejsza, a złoty wierzch na pewno bardziej kobiecy, niż zieleń.
- Bez sensu- mruknął i czytał dalej. Jedyną osobą, którą polubił z całej tej książki była Beth i szczerze się zasmucił, gdy umarła. Szkoda jej talentu i słodyczy charakteru, chociaż pewnie przyprawiłaby go o ból zębów. Rozumiał Friedricha, który chciał uczyć i lubił to. Jednak Jo była zbyt męska, by go zainteresować, o Amy nie wspominając. Meg względnie się nadawała, ale była zbyt ograniczona w pewnych kwestiach. Biedny Brooke- ożenił się z porywu serca i teraz musiał znosić fanaberie żony. Chociaż z drugiej strony zazdrościł mu- miał się do kogo przytulić w nocy, ktoś patrzył na niego z miłością, kochał go, miał z nim dzieci. Kończąc książkę uśmiechał się- była przesłodzona i chyba jedynie kobiety i Dumbledore mogły się nią zachwycać, jednak pozostawiała pewną melancholię. Severus Snape miał uczucia, chociaż najchętniej by się ich pozbył, i objawiały się zawsze, gdy czytał coś innego niż wypracowania idiotów, elaboraty o eliksirach czy literaturę fachową. Granger parsknęła.
- Byłam pewna, że po dziesięciu stronach książka wyląduje w piecu. Jestem zdziwiona, że przeczytał ją pan, panie profesorze. Jak odczucia?
- Kobiety są głupie- powiedział prosto- Uśmiercili jedyną w miarę znośną bohaterkę, resztę wydali za mąż, jakby było to szczytem szczęścia.
- Wie pan, jak wyglądała w tamtych czasach pozycja kobiety?
- Oczywiście, że wiem- nie wiedział, ale ona nie musi zdawać sobie z tego sprawy.
- W takim razie powinien pan rozumieć podejście autorki do małżeństwa. Zresztą… kto by nie chciał brać ślubu z miłości?
- Ja.
- Teraz może tak, ale czy dwadzieścia lat temu podchodził pan do tego tak samo?
Nachmurzył się i wypił łyk herbaty.
- Nie, wtedy oddałbym za to wszystko. Teraz jednak wiem, jak bardzo się poniżałem i jaki byłem głupi.
- Poniżanie się, owszem, ale nie głupota. Człowiek już taki jest, że chce być z osoba, którą kocha- uśmiechnęła się smutno, ale po chwili odzyskała energię- Czy ja dobrze zrozumiałam, że jedyną osobą, którą pan polubił była Beth? To słodkie dziewczę, które odzywało się wyjątkowo rzadko.
- Właśnie za to ją polubiłem- powiedział głosem ociekającym jadem. Granger jedynie sapnęła i wróciła do książki. Widać było, że czyta z lubością- nie istniało dla niej nic poza tekstem. Po jakimś czasie zerknął na zegarek i powstrzymał westchnienie ulgi.
- Możesz iść. Pamiętaj, żeby wyglądać na zdezorientowaną i zamyśloną.
- Jeszcze kilka stron- mruknęła i przewróciła kartkę, jakby zapomniała do kogo mówi. Należało jej przypomnieć.
- GRANGER! Jak ty się do mnie odzywasz?!
Drgnęła i wyraźnie się zasmuciła. Zebrała swoje rzeczy wciąż spoglądając tęsknie na książkę. Znał to uczucie aż za dobrze.
- No już dobrze- warknął i wpatrywał się w biurko- Dokończ ją, ale zaraz po tym wynoś się.
- Dziękuję.
Nie musiał na nią patrzeć, by wiedzieć z jaką ochotą ponownie usiadła. Robił się miękki, gdy chodziło o nią- za dobrze ją rozumiał i wiedział, jak pewne rzeczy bolą.
