Na początku dziękuję wszystkim, którzy komentują, czytają i/lub odwiedzają. Nawet nie wiecie jak to mnie motywuje.
Nadal nie znalazłam bety, więc jakby ktoś coś- to tutaj jestem ;)

Miłego czytania

JohannaSilver

Tego ciepłego, słonecznego dnia Ronald Weasley obudził się bardzo wcześnie rano. Przetarł zaspane oczy i jeszcze chwilę wpatrywał się w biały, oznaczony śladami przecieków sufit i myśląc, że może jeszcze mu się uda, próbował usnąć.

Bez skutku.

Wstał z łóżka i zszedł po skrzypiących schodach, kierując się do kuchni.

-Panie Weasley, zapraszam pana tutaj na chwilę- usłyszał znajomy głos dochodzący z salonu.

Dumbledore? Co on tu robi?

Bez zastanowienia wszedł do pomieszczenia. Ciężkie, pomarańczowe firany osłaniały duże okna. Albus siedział w kasztanowym fotelu i patrzył na niego spojrzeniem z rodzaju "wiem-więcej-od-ciebie-i-bacznie-obserwuję-twoją-reakcję". Naprzeciw dyrektora usadowiła się Hermiona, której wzrok utkwiony był gdzieś w bliżej nieokreślonym punkcie.

-Emmm... czekaliście na mnie?- zapytał zdziwiony chłopak.

-Tak, ale krótko... Muszę z wami porozmawiać.

Ron miał wypisaną dezorientację na twarzy, jednak starszy mężczyzna albo jej nie zauważył, albo ją zignorował, ponieważ ciągnął dalej:

-Przed niespełna miesiącem wasz przyjaciel zniknął. Pomyśleliśmy z aurorami, że jego wuj mógłby nas naprowadzić na ślad Harry'ego. Jednak okazało się, że ów mężczyzna także zaginął.

-Ale przecież oni się nienawidzą- Ron zmarszczył czoło. - Skąd Dursley miałby wiedzieć, gdzie jest Harry?

-Tak. Nie miałby o tym pojęcia. Przyznaję się do błędu, nie wiedziałem, że jego relacje z Vernonem są tak... ciężkie. Uświadomiła mi to dopiero Petunia, jego ciotka. To bardzo niepokojące. Myślę, że Potter mógł mieć dosyć i uciec z domu, a następnie... dołączyć do Voldemorta i zabić oprawcę.

Weasley ze świstem wciągnął powietrze.

Przecież to niemożliwe. Harry... on by czegoś takiego nie zrobił. Nie mógł by być...

Mordercą?

-Oczywiście, nie jesteśmy tego pewni. Szczerze mówiąc, sam nie chcę przyjąć tego do wiadomości, ale niestety nie możemy wykluczyć takiej opcji. Przecież nie istnieje coś takiego jak przypadek. Wolę dmuchać na zimne. Swoją drogą... jest coś co powinniście wiedzieć o Czarnym Panu. On...

Starzec zawahał się. Potrząsnął głową, jakby zmienił zdanie. Wręczył Hermionie książkę, po czym rzekł:

-Może lepiej będzie, jeśli sami się tego dowiecie. Zaznaczyłem strony, które koniecznie musicie przeczytać. Teraz wybaczcie, ale mam jeszcze parę spraw do załatwienia.

Wstał, wygładził szatę i wyszedł z Nory, a miejsce na któym siedział, zajął nieproszony gość- obawa o przyjaciela i strach, co będzie dalej.


Lekcja czwarta. Podstawy nekromancji.

Tego wieczoru Harry śmiał się z Filozofem, gdy ten obwieścił mu, że musi iść na lekcję. Taką, która będzie dużo trudniejsza od poprzednich.

Wtedy podszedł do nich zakapturzony mężczyzna. Miał srebrną pelerynę, spiętą srebrną broszą w kształcie klepsydry. Był niezwykle osobliwy, ale najdziwniejszy w nim był fakt, że... no cóż, z pewnością nie był duchem.

-Ave, discipulus*. Chodźmy- powiedział nieznajomy donośnym, męskim głosem.

Harry z ociąganiem oddalił się od przyjaciela i poszedł za nowo poznanym nauczycielem. Nauczył się nie zadawać pytania gdzie się kieruje, ponieważ i tak nigdy nie dostawał na nie odpowiedzi, niezależnie od osoby, która miała go uczyć.

Dotarli do ciemnego lasu, w którym jedynym światłem była słaba, księżycowa łuna, która jakimś cudem przedostawała się przez gęste gałęzie iglastych drzew.

-Zacznijmy od podstaw. Czym jest nekromancja?

Hermiona na pewno by wiedziała... zaraz przecież z Sally uczyli się łaciny i greki w czasie "wolnym".

-Emm... nekrós to po grecku zmarły, a manteía- wróżba... wróżenie przyszłości przy pomocy zmarłych?

Potter usłyszał niezidentyfikowane prychnięcie, które mogło być zarówno wyrażeniem rozbawienia jak i dezaprobaty.

-To byłoby zbyt łatwe, młody Adepcie.

Gryfon posłał mu zdziwione spojrzenie.

-"Adepcie"?- powiedział z niedowierzaniem.

-Tak- śmiech tajemniczego osobnika zabrzmiał jakby ktoś walił w bęben. - Chyba, że nie chcesz nauczyć się nekromancji. Jeśli jednak jesteś gotów poznać tę najczarniejszą z czarnych sztuk, by obronić się przed odrobinę jaśniejszymi to do mnie masz mówić "Mistrzu". Szacunek do nekromantów i nauczycieli jest niezwykle ważny, a jeśli jedno łączy się z drugim ma być dwa razy większy.

Nastolatek poczerwieniał lekko na twarzy i wymamrotał ciche przeprosiny, natomiast jego mistrz kontynuował:

-Według mnie ta typowa "słownikowa" definicja jest zbyt... banalna, by móc funkcjonować. Wyjaśnię ci najlepiej jak potrafię. Nekromancja to praktyka utrzymywania tymczasowego lub stałego kontaktu z poszczególnymi cieniami zmarłych, w celu uzyskania wiedzy, mocy, bądź wsparcia za pomocą wzajemnej umowy bądź magicznej przemocy. Uznaje się za nią też przywoływanie nieumarłych, których potem można kontrolować- powstają wtedy inferiusy. Jednak stworzenie takiego zlepku szczątków jest dziecinnie proste, to potrafią zrobić nawet najsłabsi nekromanci. Po czym poznaje się najlepszych? Cóż... po tym, że nie są żywi, nie są martwi, nie do końca tradycyjni nieumarli tylko...

Mówca zrzucił płaszcz i Harry ujrzał ciało, składające się z samych ścięgien, mięśni i kości.

-Licze. Potęga zwykłego czarodzieja wspomaganego przez duchy jest tak wielka, że w końcu jeśli tego chce może umrzeć, a potem z pomocą uprzednich przygotowań, wraca do "życia" jako specyficzny nieumarły. Nieśmiertelny. Och... jestem Antoniusz Terawiusz byłem jednym z Rzymian, którzy najechali na Brytów dawno temu. Z pomocą dziwnej istoty z tego cmentarza stałem się potężnym magiem i skończyło się na tym, że postanowiłem zostać... czymś takim. Chciałem wiecznie rządzić światem, jednak- zawiesił głos i z ociąganiem mówił dalej- po pewnym czasie takiego bytu wolałem, by ludzie już o mnie zapomnieli. Zmęczyłem się nimi i aż do dziś nie było dla mnie żadnego wyzwania. Teraz mam nauczyć cię mojej ulubionej sztuki.

Przez chwilę stali w ciszy. Las wokół nich robił się jeszcze bardziej czarny.

-Umiałbyś wezwać ducha? Takiego którego nie znasz? To powinno być łatwe, biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy na twoim cmentarzu. W końcu zostałeś obdarzony Swobodą Miejsca.

-Spróbuję- rzekł niepewnie.

Terawiusz zademonstrował mu słowa, które ma powtarzać jak egzorcysta. Stale, bez końca.

Vivere, Mori, Dux Vocare.

Wołanie najpierw wypowiadane szeptem wraz ze zwiększaniem natężenia rosło w siłę. W końcu aż czuło się bijącą od łacińskich zwrotów moc. Młody czarodziej nie mógł przestać. Wszystkie dusze wyszły z grobów, gdy Harry zaczął skandować.

Głos chłopca powoli cichnął. Wibracje jego energii przenikały dogłębnie każdy kąt. Była wyciszona, ale raz pobudzona więcej nie zaśnie.

Mistrz spojrzał na Gryfona z podziwem i... lękiem? Chyba tak to można ująć.

-Twoja moc jest przeogromna. Nigdy jeszcze nie widziałem tak wielkiego talentu. W dodatku ta aura, która z ciebie emanowała... Była piękna, czarna i aksamitna. Jakby głaskało się ostrze miecza. Wiedziało się, że to niebezpieczne, ale również zachwycające.
Obudziłeś cały, wielki cmentarz tylko jednym z najprostszych zawołań... Wydaje mi się, że za kilka lekcji to ja będę mówił do ciebie "mistrzu", mój drogi adepcie.

Mężczyzna pokręcił z niedowierzaniem głową i już miał zamiar odejść, gdy stanął w miejscu i odwrócił się do Złotego Chłopca, jakby sobie o czymś przypomniał.

-Byłbym zapomniał, mam dla ciebie dodatkowe materiały- dał mu kilka grubych ksiąg, które w Hogwarcie z pewnością znalazłyby się w dziale ksiąg zakazanych.

Nastolatek podziękował nekromancie za całą lekcję i od razu zabrał się do czytania, tymczasem licz poszedł w stronę wyjścia. Gdy Potter znów podniósł głowę już dawno nie było przy nim nauczyciela.

Hmmm... kto by pomyślał, że będzie uczył się najczarniejszej magii? Kto by pomyślał, że znajdzie przyjaciół w duchach? Kto by pomyślał, że zamieszka na cmentarzu, a tym bardziej, że będzie na nim szczęśliwy?

Cóż, na pewno nie on sam.


W knajpie "Pod świńskim łbem" panowała nieprzyjazna atmosfera. W powietrzu unosił się zapach piwa i dymu tytoniowego. Klienci siedzieli przy drewnianych stolikach, rozmawiając ze sobą półgłosem i grając w karty lub kości.

Tylko jedna osoba nic nie mówiła.

Siedział przy jednym ze stołów, pijąc ognistą whiskey. Był to ogromny mężczyzna, o bujnej, czarnej brodzie i długich włosach tego też koloru. Wpatrywał się smętnie w krajobraz, rozciągający się za oknem.

-Witaj, Hagridzie.

Mundungus Fletcher stanął przed nim, wykręcając sobie palce, co najwyraźniej było jego tikiem nerwowym.

Hogwarcki gajowy spojrzał na złodzieja spode łba. Nie mógł ścierpieć, że nadal Dumbledore go trzyma, choć to właśnie podczas jego zmiany, Harry zaginął.

-Mam świetne wieści. Wydaje mi się, że natrafiłem na ślad Pottera. Co więcej, przypuszczam, że wiem nawet co teraz robi.

Rubeus spojrzał na niego pytająco, a w jego oczach zatliły się iskierki nadziei.

-Otóż, ostatnio na pokątnej niosłem księgi o nekromancji. Nie pytaj skąd je miałem, to tajemnica. W pewnym momencie podszedł do mnie jakiś dziwny mężczyzna i zapytał, czy są na sprzedaż. Ja na to: "Oczywiście, że są na sprzedaż, choć to zależy dla kogo." Odpowiedział, że potrzebuje ich dla ucznia. Byłem zdumiony. W końcu to wiedza, której zgodnie z prawem nikt nie może posiąść. To też mu rzekłem. Ten mówi, że je chce, ponieważ ten "adept" jak się wyraził potrzebuje ich do obrony, a najlepszą obroną jest atak. Sprzedałem mu te książki i poszedłem za nim, ciekaw gdzie się wybierze. Niestety, przepadł jak kamień w wodę.

-Cholibka, a jaki to ma związek z Harrym?

Fletcher parsknął niespokojnym śmiechem i nachylił się nad brudnym blatem, rozglądając się dokoła, czy nikt ich nie szpieguje.

-A kto uczyłby się tego dla obrony? To nie były jakieś bezwartościowe książki jak "Wzywanie duchów dla początkujących", tylko prawdziwe czarnomagiczne księgi. Przed kim miałby się bronić? Jaki czarodziej byłby tak potężny, żeby próbować obronić się przed nim na każdy sposób- nawet ten najbardziej zakazany? Właśnie. Wyłącznie Sam-Wiesz-Kto.

Z samozadowoleniem odchylił się na krześle, na co odpowiedziało cichym jękiem.

-Czyli... możemy wywnioskować kilka rzeczy. Potter żyje i ma się dobrze, przygotowuje się do potyczek z Czarnym Panem, znalazł nauczyciela i- tu Dung zrobił efektowną pauzę- wiemy, co nosi ten belfer... nie powiedziałem wcześniej, że miał ciemny płaszcz i srebrną klepsydrę, która go zapinała? Takich brosz nie robi się od tak. To była naprawdę stara błyskotka. Miała co najmniej pięćset lat. Łatwo będzie go znaleźć, z moimi kontaktami.

Z zaplecza wyszedł stary, wysoki, chudy czarodziej o siwej brodzie, a jego spojrzenie natychmiast zatrzymało się na Mundungusie.

-O nie- jęknął niski mężczyzna- mówiłem, żebyśmy spotkali się gdzieś indziej! Znowu ten stary pryk Aberforth!

Złodziej wystrzelił ze swojego miejsca jak z procy i wypadł z baru najszybciej jak się dało.

W sumie, ten dzień nie był dla Hagrida tak zły, jak się zapowiadał.

*z łaciny- witaj, uczniu