Przepraszam za długą przerwę, ale miałam masę roboty w szkole. Enjoy sweethearts!
IX
You have come here
in pursuit of
your deepest urge,
in pursuit of
that wish,
which till now
has been silent,
silent . . .
Szklanka uderzyła o podłogę rozbryzgując się na miliony kawałeczków. Mleko chlusnęło na szafki, tworząc ściekające smugi.
- Rebekah? – zapytała, czując się jakby jeszcze śniła. Caroline nie spodziewała się zobaczyć Pierwotnej tego ranka. Ani nikogo innego. Tymczasem wampirzyca opierała się nonszalancko o oparcie antycznego fotela z firmową, złośliwą minką. – Co ty tutaj robisz?
- Wydaje mi się, że powinnam zadać to pytanie tobie – odparła Rebekah, podkreślając jadowicie ostatnie słowo i rzucając Caroline równie zdziwione spojrzenie. Dziewczyna dopiero teraz zdała sobie sprawę, że bluza Klausa, którą narzuciła schodząc na dół, szczelnie zakrywa piżamę tworząc iluzję, jakby nie miała nic pod spodem. Z resztą, jakakolwiek część ubrania hybrydy, jaką miałaby na sobie z samego rana, byłaby dość dwuznaczna.
- Mi również miło ciebie widzieć, Caroline. – Usłyszała dźwięki dochodzące z głębi salonu.
- Elijah? – wyksztusiła, jednak przez jej głos przebijała się nutka ulgi. Elijah, z całej rodziny Mikaelsonów, był jedną z bardziej uprzejmych osób. Z początku budził w wampirzycy strach, lecz z czasem przekonała się do niego. Poza tym, to tłumaczyło, w jaki sposób Rebekah dostała się do domu.
- Co wy tutaj, do cholery, robicie? – Klaus schodził po schodach wyglądając, jakby dopiero co się obudził.
- Nik! – wykrzyknęła Rebekah, nagle zmieniając swój stosunek. W jej głosie kryła się radość. – W końcu udało ci się zauroczyć Caroline? Mówiłam, trzeba było przejść do rzeczy już dawno temu.
- Zauroczyć? – Dziewczyna rzuciła Klausowi pytające spojrzenie. Pierwotny wyglądał na zmieszanego.
- Nikt nie musiał na nikogo rzucać uroku, Rebekah – odparł Klaus, starając się kontrolować emocje. Siostra wyglądała na zbitą z tropu.
- Niklaus – wyszeptał Elijah, nie przejmując się rozgrywającą przed jego oczami scenką. Podszedł do brata, po czym wymienili porozumiewawcze spojrzenia. – Wybacz to nagłe najście. Nie wiedzieliśmy, że dom jest aktualnie okupowany.
- Dom jest na tyle spory, aby pomieścić nas wszystkich. Możecie mi tylko wytłumaczyć, co tu robicie?
- Przyjechaliśmy na bal cieni – odparł Elijah, wprowadzając jeszcze większe zamieszanie.
- Przepraszam, bal czego? – zapytała milcząca dotąd Caroline powodując, że Rebekah parsknęła śmiechem.
- O proszę, wszystkowiedząca Caroline w końcu czegoś nie wie – zaśmiała się złośliwie wampirzyca, rozkładając się na kanapie. Z reguły, zaczepki Rebeki, spływały po niej jak po kaczce. Teraz, będąc otoczona najstarszymi wampirami na świecie, czuła się jak idiotka.
- Rebeko, proszę. Twoje głupie docinki w niczym nie pomagają. Poza tym, wprowadzasz Caroline w zakłopotanie – odpowiedział Elijah. O dziwo, jego siostra zamilkła, tylko wywracając oczami. – Bal cieni odbywa się co roku, w Wiedniu. To taka ekskluzywna impreza dla, powiedzmy…Świata podziemnego. Wampirów, wilkołaków i wiedźm.
- Co masz na myśli mówiąc ekskluzywna? – zapytała, zaciekawiona wydarzeniem.
- Cóż, można to po prostu nazwać imprezą zamkniętą. Wejście tylko za zaproszeniem, a zaproszenie dostają tylko nieliczni. Z reguły są to stare, liczące się w świecie stworzenia.
- Oczywiście, jak zwykle dostaliśmy zaproszenia – odparła z triumfalnym uśmiechem Rebekah. – Co prawda, nie wiem, jak było przez ostatnie sto lat, lecz skoro dostałam zaproszenie, chyba nie wypadłam z obiegu – westchnęła bawiąc się włosami. Caroline rzuciła Klausowi pytające spojrzenie.
- Nie byłem zaproszony od przeszło trzystu lat. Nie wydaje mi się, aby ta sytuacja miała ulec zmianie. – Pierwotny wzruszył ramionami, nie będąc specjalnie wylewnym.
- Niklaus ma drobny konflikt z gospodarzem. – Elijah odpowiedział na rodzące się wątpliwości w głowie Caroline. – Cóż, nie będziemy jeszcze bardziej naruszać waszego poranka. Tymczasem, pójdę się odświeżyć.
- Och, fantastycznie, koniec tej całej dramaturgii. – Wstała leniwie z kanapy, idąc w stronę schodów. – Elijah, zanieś walizkę do mojego pokoju.
- Rebeko, twoja sypialnia jest aktualnie zajęta – chrząknął Klaus. Rebekah rzuciła zdziwione spojrzenie w stronę hybrydy, po czym spiorunowała nim Caroline. Dziewczyna nagle wszystko zrozumiała.
- Dlaczego nie powiedziałeś, że śpię w jej pokoju? – podniosła głos Caroline. To by tłumaczyło dziewczęce dekoracje. Nieważne, jak dobrze owa sypialnia by się prezentowała, myśl, że należy do Rebeki Mikaelson sprawiała, że przeszedł jej dreszcz po plecach.
- Kochanie, nie denerwuj się – odparł miękko Klaus.
- Pójdę zebrać swoje rzeczy – mruknęła wampirzyca. Klaus zatrzymał ją chwytając za dłoń.
- W tym domu jest wystarczająco dużo pokoi. Rebekah może spać w każdym z nich. – Pierwotny rzucił siostrze twarde spojrzenie. Oczy dziewczyny zrobiły się dwa razy większe, widząc zaistniałą sytuację. Przez chwilę stała nieruchomo w miejscu, po czym wypuściła głośno powietrze.
- Niewiarygodne – prychnęła, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła w korytarzu. Gdy tylko znaleźli się sami w pokoju, Caroline zdała sobie sprawę, że stoi nad rozbitą szklanką, półnaga, z trzęsącymi się ze złości rękami. Uświadomiła sobie, że mężczyzna ma na sobie tylko spodnie od piżamy, a jego włosy układają się w niekontrolowany nieład. Cała sytuacja musi wyglądać co najmniej dwuznacznie.
- Uwierz mi, sam chciałbym ich wyrzucić – wymruczał, obdarzając Caroline ciepłym uśmiechem. Dziewczyna wywróciła oczami i schyliła się, aby pozbierać potłuczone szkło. Pierwotny natychmiast do niej dołączył. To było urocze z jego strony, że po prostu chciał jej pomóc. Jednak wampirzyca nie chciała, by ktokolwiek się do niej zbliżał. Była wściekła. Nienawidziła Rebeki oraz nie planowała spotykać jej w najbliższym czasie. Jej poranna wizyta, gdy Caroline miała ochotę na smaczne śniadanie na słonecznym tarasie, była co najmniej nieoczekiwana. Owszem, teoretycznie był to jej dom. Elijah również był jego właścicielem, ale on, w porównaniu do swojej siostry, nie zachowywał się jak złośliwe, rozkapryszone i rozpuszczone dziecko. Z resztą, Caroline i Rebekah, miały za sobą wiele sporów, co nie miało miejsca z bratem Pierwotnej. Oliwy do ognia dolewał jeszcze fakt, że rezydowała w pokoju jej wroga numer jeden. Było to za dużo emocji jak na jeden poranek. Pragnęła chwili spokoju, wytchnienia i samotności.
- Zostaw – warknęła, a ich palce zetknęły się ze sobą przewodząc napięcie elektryczne. Ich spojrzenia się skrzyżowały, nie mogąc się od siebie oderwać. W oczach Klausa kryło się lekkie zakłopotanie i skrucha. Przynajmniej nie udaje już twardego, zimnego kamienia. Coś odwróciło uwagę Caroline od jego magnetycznego wzroku. Pewna niesamowita woń przyciągała całe skupienie wampirzycy. Nagle odnalazła źródło zapachu. W miejscu, gdzie Klaus zgniatał dłonią kawałek szkła, leciała krew, spadając w kałużę rozlanego mleka. Dziewczyna poczuła nieodpartą chęć skosztowania płynu. Miała wrażenie, że smak tak dobrze znanej cieczy jeszcze tkwi na jej języku, przyjemnie rozpływając się po nim, delikatnie przelewając się po jej gardle. Kap. Spadła kolejna kropla powodując, że Caroline szybciej zabiło serce. Przywołała wspomnienie silnych ramion wampira obejmujących ją, gdy rozkosznie wbiła się w jego szyję. Kap. Jego zapach przepełniał ją całą, jakby oddychała samym Klausem. Kap. Chwyciła krwawiącą dłoń i delikatnie przyciągnęła ją w swoją stronę. Tak bardzo chciała jeszcze raz poczuć smak jego krwi. Jeszcze raz odczuć, jakby Pierwotny krążył po jej myślach. Wampiry wpatrywały się w siebie jak zahipnotyzowane. Caroline czuła, że on pragnie tego samego. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale w tym momencie była pewna jego myśli. Trzymając jego dłoń tuż przy swojej twarzy, mogła wyczuć upojny zapach wampira. Pierwotny mocniej chwycił kawałek szkła, aby spod jego skóry wypłynęło jeszcze więcej płynu. Kap. Kap. Kap. Lecące kropelki działały na Caroline jak płachta na byka. Dotknęła lekko językiem drobnej stróżki na jego dłoni bojąc się, że mogłaby ją sparzyć. Jej kły zaczęły się wysuwać, a oczy zmieniać swoją barwę. Nawet drobny kontakt z krwią był lawiną doznań. Klaus rzucił dziewczynie porozumiewawcze spojrzenie. Ciężko oddychał, a jego usta były lekko rozwarte. Dziewczyna nie przejmowała się tym, że siedzą na środku kuchni, a w domu znajdowało się jeszcze dwóch domowników. Świat zewnętrzny już nie istniał. Została zamknięta w magicznej krainie. Tylko ona i Klaus. Przysunęła jego dłoń w stronę swojego policzka upajając się zapachem i jego obecnością. Rozluźniła ją, aby kłujący kawałek szkła bezwolnie spadł do kałuży mleka. Kiedy jej usta znalazły się na wewnętrznej stronie ręki, lekko musnęła nimi krwawiącą rankę, zataczając językiem kółeczka dokoła. Chwila ta była torturą, której tak bardzo pragnęła.
- Zaraz zwymiotuję. – Doszedł ich głos ze schodów. Rebekah stała owinięta w szlafrok. Klaus i Caroline zastygli w miejscu. – Błagam, od takich rzeczy jest sypialnia, Nik. – Pierwotna wywróciła oczami robiąc minę pełną obrzydzenia. Jakby nigdy nic się nie stało, podeszła do lodówki w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Caroline wpatrywała się zaszokowana w Klausa. Pierwotny również wyglądał na zdziwionego. Dziewczyna jeszcze raz spojrzała na jego dłoń. Rana już dawno się zagoiła.
- Posprzątam ten bałagan – wyszeptał mężczyzna. Mimo zniżonego głosu, jego ton był bardzo stanowczy. Caroline posłusznie oddaliła się w stronę własnego pokoju. Będąc na schodach, odwróciła się w stronę kuchni. Klaus klęczał nad mieszaniną mleka i krwi, z nieodgadniętym wyrazem twarzy. Mimo to domyślała się, że on również nie do końca rozumie sytuację, która wydarzyła się przed chwilą.
Pomieszczenie wypełniał zapach kawy i szum głośnych rozmów. Caroline i Rebekah siedziały w Starbucksie popijając latte. Wydarzenia dzisiejszego dnia, już od samego ranka, rysowały się jak we śnie. Jednak nie skończyło się tylko na śniadaniowych niespodziankach. Klaus pozwolił wyjść Caroline na zakupy przekładając trening na jutro. Dziewczyna już miała skakać ze szczęścia na myśl o chwili wolności, kiedy dowiedziała się, że będzie mieć niechcianą obstawę w postaci Rebeki. Pierwotna, z okazji zbliżającego się balu, również postanowiła zaopatrzyć się w kilka nowych rzeczy. Caroline nie za bardzo uśmiechał się dzień spędzony z Rebeką, ale wiedziała, że jest to warunek, by opuściła mury domu. Pierwotna także miała w tym interes. Zgodziła się na towarzystwo Caroline pod warunkiem, że młoda wampirzyca będzie nosić jej torby. Dziewczyna domyślała się, że innym powodem, dla którego Rebekah tak szybko zgodziła się na „babski wypad" to fakt, iż nie za bardzo znała się na dzisiejszej modzie i najnowszych sklepach. Powoli się klimatyzowała, lecz w dalszym ciągu potrzebowała drobnej rady. Pod pozorami złości, wampirzyce razem wybrały się na zakupy. Rebekah nie przekraczała progu sklepów, w których ceny były niższe niż 500 euro. Tym sposobem, Caroline odwiedziła więcej designerskich marek niż w całym swoim życiu. Niestety, jak zwykle, nie mogła za nic sama zapłacić. Klaus wydał Rebece wyraźny rozkaz, aby płaciła za zakupy ich obu jego kartą kredytową. Mimo wszystko, nie mogła narzekać. Siedząc w kawiarni, obserwowała wielki stos toreb, z których co najmniej jedna czwarta należała do niej. Rebekah, może i była zamknięta w trumnie od lat '20, jednak wyczucie smaku miała perfekcyjne. Pierwotna służyła radą, lecz nie omieszkała wyrażać zjadliwych opinii na temat gustu Caroline, co zdarzało się często. Młoda wampirzyca również okazała się pomocna, zwłaszcza jeżeli chodziło o topografię miasta. Rebekah, kiedy ostatnim razem odwiedziła Wiedeń, nie miała okazji zaobserwować tłumów turystów i samochodów. Caroline zwiedziła Austrię zaledwie kilka miesięcy temu. Po wyczerpujących zakupach, obie kobiety marzyły o chwili spoczynku. Młoda wampirzyca liczyła na odnalezienie jakiejś ustronnej restauracji. Rebekah nalegała, aby wejść do pierwszego lepszego fast fooda z dużym zasobem hamburgerów i frytek. Z dwojga złego, Caroline zaproponowała Starbucksa. Oczywiście, gdy Pierwotna ujrzała obszerną ofertę kaw, miała ochotę zamówić każdą z nich. Dziewczyna nie kierując się sprawą kosztów, lecz czasem pracowników kawiarni, sama złożyła zamówienie za nie obie. Teraz, w ciszy popijały upragniony płyn. Caroline zamówiła swoje ulubione caramel macchiato dla nich obu. Rebekah, wpatrując się w przestronne okna, obserwowała z ciekawością pędzących mieszkańców Wiednia. Na jej twarzy malował się uśmiech, spowodowany smakiem słodkiej kawy. Z początku Caroline myślała, że wampirzyca się krzywi widząc połączenie brązu i czerni na jednym z przechodniów. Później przekonała się, że jest to jednak szczery uśmiech.
- Wiele można zarzucić wam obrzydlistw. Jednak to – Rebekah podniosła kubeczek z kawą. – jest wyśmienite. – Wzięła kolejny łyk.
- Cieszę się, że przynajmniej pod tym względem się zgadzamy – odparła Caroline. Nie mogła w to uwierzyć, ale całkiem dobrze bawiła się z Pierwotną. Brakowało jej towarzystwa kobiet i zwykłych, babskich pogaduszek.
- No dobrze, poruszmy w końcu ten temat. – Twarz Rebeki zmieniła swój wyraz na nieco bardziej poważny. Zwróciła się w stronę Caroline, zmierzając ją czujnym wzrokiem. – A więc, ty i Nik. Nie wiem, jakim cudem mogło się to w ogóle wydarzyć, ale powiedzmy, że toleruję wasz związek.
- Nasz, co? Dlaczego uważasz, że jesteśmy razem? – zapytała Caroline omal nie krztusząc się kawą.
- Cóż, mam wiele powodów, żeby tak sądzić. Po pierwsze, żadna kobieta w życiu Klausa nie przetrwała z nim dłużej niż noc. – Wampirzyca chciała jej przerwać, ale Rebekah zdawała się nie zwracać na to uwagi. – Po drugie, wpatruje się w ciebie jak cielę. Po trzecie, w mojej teorii utwierdza mnie dzisiejszy poranek, który, niestety, na długo zagości w mojej pamięci. Szczerze powiedziawszy myślałam, że ta cała komedia zakończyła się w Mystic Falls… Wychodzi na to, że sporo mnie ominęło – Rebekah zakończyła swój wykład. Caroline nie wiedziała, jak skomentować tę wypowiedź. W jej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, które pragnęła wyjawić Pierwotnej, aby sprostować całą sytuację, ale nie miała pojęcia od czego zacząć. Wzięła głęboki oddech, po czym głośno go wypuściła.
- Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, ale spróbuję najprościej jak potrafię. Nie jesteśmy razem – wydukała przeciągając każdą z sylab. – Klaus opowiedział wam o ostatnich wydarzeniach oraz z jakiego powodu tu jesteśmy. Nie ma w tym żadnego ukrytego kontekstu. Pomagamy sobie nawzajem. To tyle. Zero chemii, uczucia i tak dalej. Nie jesteśmy parą – powtórzyła Caroline zastanawiając się, czy jej słowa są do końca prawdziwe. Nie byli razem, ale z pewnością ich relacji nie można było określić jako czysto przyjacielskiej. Nie będąc pewna co do własnych uczuć miała nadzieję, że przynajmniej udało jej się przekonać Rebekę do wymówki.
- Cóż, jeżeli tak mówisz. Przynajmniej będę mogła spać spokojnie we własnym łóżku, bez groźby, że wy tam byliście. – Wampirzyca się wzdrygnęła. – Nie mniej, musi być coś na rzeczy. Nik, zachowuje się jak… nie Nik. – Zamyślona popiła kawę.
- Dziękuję, że w końcu mnie wysłuchałaś – westchnęła Caroline. – Poza tym, co miałaś na myśli z dzisiejszym porankiem?
- Ach, już nie ważne. Skoro mówisz, że między wami nic nie ma, nie mamy po co rozmawiać o dzieleniu się krwią – odparła zamyślona. Caroline tym razem naprawdę zakrztusiła się napojem. W wirze zakupów, zapomniała o dziwacznym wydarzeniu z początku dnia. To, co miało miejsce dzisiaj w kuchni między nią, a Klausem wydawało się być kolejnym elementem snu. Jeszcze nigdy nie zareagowała podobnie na krew wampira w takiej małej ilości. Na pewno również, nie tak intensywnie. Czuła, że cała sytuacja z jednej strony ją przeraża, a z drugiej pociąga. Jej podświadomość tupała wściekle na myśl, że im przerwano. Kiedy tylko odzyskała głos po sesji głośnego kaszlu, zdołała się wysłowić.
- Czego mi nie mówisz? – zapytała, trochę zbyt groźnym głosem.
- Caroline, może i sprawiasz wrażenie głupiej, ale zgaduję, że taka nie jesteś. Inaczej, mój brat już traktowałby cię jak swoją marionetkę. Nie mamy o czym mówić, jeżeli nie jesteście razem. Moje domysły opierają się tylko na starych przesądach i legendach.
- Jakie domysły? – Caroline czuła, jakby wplątała się w wir kłębiących się myśli. Wiedziała, że wampirzyca coś przed nią ukrywa. Rebekah wywróciła oczami.
- Caroline, proszę. Nik nie byłby zadowolony, gdybym nawbijała ci do głowy różnych głupot. Nie kontynuujmy już tego. – Wampirzyca wstała od stolika, aby wyrzucić pusty kubeczek do kosza. Coś musi być na rzeczy z dzieleniem się krwią. Za każdym razem jest coraz dziwniej, a najwidoczniej nikt nie zamierza mnie oświecić w tej sprawie. Informacje, których udzielił mi Klaus, były zbyt ogólne. Jak zwykle, muszę wszystko wziąć we własne ręce. Caroline odniosła swój kubek, po czym dźwignęła zakupy dołączając do Rebeki przed kawiarnią. Gdy wychodziła, jeden z idących w przeciwną stronę mężczyzn, trącił ją łokciem wytrącając jej przez przypadek torbę z ręki. Nieznajomy przeprosił w języku niemieckim, pomagając pozbierać wszystkie rzeczy. Caroline miała nieodparte wrażenie, że gdzieś już spotkała tę osobę. Może to tylko przez miły uśmiech.
- Caroline, chcesz wracać na nogach? – ponagliła ją Rebekah.
- Chcesz stracić swoje nowe ubrania? – Pomachała torbami podchodząc do dziewczyny. Widzę, że jędzowata Rebekah powraca.
- Gdyby nie ja, nie miałabyś ani ubrań, ani wolności – wysyczała wampirzyca.
- Mnie na tym nie zależy. Prędzej czy później poszłabym z Klausem. Ciekawa jestem, z jakiego powodu to ty postanowiłaś mnie zabrać. – Caroline domyślała się, dlaczego jej towarzyszka zgodziła się na wspólne zakupy, ale pragnęła to usłyszeć.
- Zależy mi na szczęściu mojego brata. To tyle. – Ta odpowiedź zaskoczyła wampirzycę. Chciała, aby Rebekah przyznała, że po prostu jej potrzebowała. Tymczasem dowiedziała się o wiele więcej. Ona naprawdę myślała, że jesteśmy razem. Nagle usłyszała trąbienie samochodu. – Świetnie, Elijah już tu jest. – Wybawione przez Elijah. W końcu. Pierwotny wyskoczył z auta, po czym kurtuazyjnie otworzył drzwi każdej z kobiet. Kiedy wszyscy byli gotowi, wrócili do leśnej kryjówki Mikaelsonów.
Caroline rzuciła wypchane torby na łóżko. Zmęczona, zaczęła wyciągać nowe ubrania, aby schować je do szafy. Przeciągała palcami po luksusowych tkaninach zastanawiając się, jak kawałek materiału może tak dużo kosztować. Po chwili, antyczna szafa była w połowie pełna, a torby kompletnie puste. Chcąc wyrzucić papierowe torby, dostrzegła świstek leżący na podłodze. Na jednej z kopert widniał napis Caroline Lillian Forbes, na drugiej, Niklaus Mikaelson. Otworzyła tę zaadresowaną do siebie.
Pani Daphne Grace Beatrice Bellerose
ma zaszczyt zaprosić pannę Caroline Lillian Forbes
na doroczny Bal Cieni, organizowany w wiedeńskiej rezydencji państwa Bellerose, odbywający się w Dzień Mocy.
Obowiązują stroje wieczorowe oraz maski.
Po przeczytaniu całości jeszcze kilka razy, czuła jak trzęsą się jej ręce. Wiedziała, że otrzymanie zaproszenia na prestiżowe przyjęcie jest możliwe tylko dla starych oraz potężnych istot. Ona nie miała ani jednego, ani drugiego. Wiedziała również, że Klaus nie był mile widziany przez gospodarza na owym balu, dlatego zaproszenie dla niego ją zdziwiło. To nie może być zwykły przypadek. Zbiegła na dół w poszukiwaniu Pierwotnego. Dwadzieścia minut później, cała czwórka siedziała w salonie. Pomieszczenie wypełniał blask zachodzącego słońca.
- W świetle wydarzeń, które mi wcześniej przedstawiłeś, to wygląda co najmniej podejrzanie – odparł Elijah, przechadzając się z jednego kąta pomieszczenia do drugiego.
- Jedno jest pewne, na żaden bal nie idziemy – odrzekł stanowczym głosem Klaus.
- Ale dlaczego?! – pisnęła Caroline.
- Kochanie, nie będę już tego więcej tłumaczył. Nie wydaje mi się, że osoba, która chce, żebyśmy się pojawili na balu ma dobre zamiary.
- Nie mogę w to uwierzyć. Nie będziesz chował głowy w piasek. Ktokolwiek to jest, szybko nie odpuści, dlatego musimy się tam pojawić – odparła z desperacją. Caroline wiedziała, że swoim sprzeciwem irytowała Klausa. Dostrzegła w jego oczach, że robił wszystko, by nie wybuchnąć jak bomba zegarowa.
- Nie ma mowy. Twoje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. Pamiętasz, co wydarzyło się w Rzymie?
- Ja z chęcią dowiem się, co – odezwała się milcząca do tej pory Rebekah. Najwyraźniej w dalszym ciągu uważa, że coś jest między mną, a Klausem.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, droga siostro – wysyczał Klaus, zmierzając dziewczynę lodowatym wzrokiem. Rebekah nonszalancko odchyliła się na mosiężnym fotelu rzucając Klausowi wyzywające spojrzenie.
- Poczekajcie, właściwie nie jest to taki zły pomysł – odparł Elijah, zatrzymując swój marsz przed kominkiem. Klaus posłał mu ponury wzrok.
- Dzięki - westchnęła Caroline. Zaczynała lubić Pierwotnego. Wampir odpowiedział jej lekkim uśmiechem
- Jeżeli chcemy się dowiedzieć kto ma na tyle czelności, żeby zakłócać wam życie, musicie tam pójść. Jednak my będziemy sprytniejsi. – Wskazał dłonią na Rebekę. – Ty ubierzesz się tak, jak Caroline, a ja jak Klaus.
- Zwariowałeś?! Nie mam zamiaru wyglądać jak to bezguście – krzyknęła oburzona wampirzyca. Caroline usłyszała już tyle złośliwych uwag na temat swojego gustu w dzisiejszym dniu, że ta obelga brzmiała prawie jak komplement. Wszyscy inni w pokoju również nie zdawali się być zdziwieni ową reakcją i puścili ją mimo uszu.
- No dobrze, powiedzmy że tak zrobimy. Co potem? – zapytał Niklaus, zdający się być bardziej przekonany.
- Będziemy mieć maski, co tylko ułatwia nam sprawę. Osobie, która na was poluje, wręcz przeciwnie. Będziecie obserwowani, to pewne. Widząc dwie tak samo wyglądające osoby, będzie zdezorientowany, a my zyskamy więcej czasu, aby się rozglądnąć.
- Co, jeżeli będzie chciał komuś zrobić krzywdę? – Na twarzy Klausa malowała się wątpliwość.
- Cóż, jeżeli trafi na mnie lub Rebekę, sprawa jest prosta - złapiemy go, a on będzie wiedział, że to pomyłka. Jeżeli trafi na ciebie lub Caroline… - zawiesił głos. – Nie wydaje mi się, aby w ogóle zaatakował. Po co na balu? Gdzie jest mnóstwo nadprzyrodzonych, potężnych istot? Sądzę, że ktokolwiek to jest, ma zupełnie inny cel. – Gdy Elijah skończył wypowiedź, w salonie nastała cisza. Każdy wampir czekał na decyzję Klausa.
- Myślę, że jest to jedyne rozsądne rozwiązanie – odparł Klaus, natychmiast wstając z kanapy. Opuścił pokój w ponurym humorze. Zdawało się, jakby coś go trapiło. Elijah wyszedł tuż za nim. Caroline postanowiła do nich dołączyć chcąc dowiedzieć się, co wprawiło Pierwotnego w taki nastrój.
- Daj sobie spokój. Elijah sobie z nim poradzi – zawołała Rebekah siedząc w wielkim fotelu z podkurczonymi nogami.
- Dlaczego miałabym cię słuchać? – Zapytała jadowitym głosem Caroline.
- Może cię to zdziwi, ale nie wszystko zawsze dotyczy ciebie. Nie jesteś pępkiem świata.
- I kto to mówi? – prychnęła, chwytając jeszcze raz zaproszenie do ręki. Rebekah postanowiła opuścić pokój.
- Czekaj – wyszeptała Caroline. – Co to jest Dzień Mocy? – Rebekah westchnęła.
- Domyślałam się, że pewnie nie rozumiesz połowy z tych rzeczy. – Wróciła do pokoju, po czym zaczęła zbierać pieńki drewna, aby wrzucić je do kominka. – Dzień Mocy to po prostu letnie przesilenie, które wypada jutro. Noc jest wtedy najdłuższa w roku i tak dalej.
- Dlaczego akurat wtedy? – Zapytała, czując się trochę swobodniej w towarzystwie wampirzycy.
- Jest to dzień, w którym jest najwięcej energii w naturze. Z racji tego, że czarownice czerpią z niej moc, jest to dla nich ważny czas. A skoro imprezę urządza czarownica, to chyba już nie muszę odpowiadać na resztę pytań – odpowiedziała głosem, jakby pytania Caroline ją męczyły.
- Jedna od zawsze?
- Jedna od zawsze. Chociaż nie chodzi tutaj o cieszenie się mocą. Z początku, zapraszane były tylko czarownice, z czasem dołączały inne stworzenia. Im mniej było czarownic, tym bardziej całość przypominała po prostu dobrą imprezę tracąc przy tym sens celebrowania Dnia Mocy. – Na chwilę przerwała, wrzucając drewno do kominka, po czym wrzuciła do niego rozpaloną zapałkę. – A Daphne umie urządzać dobre imprezy – westchnęła z enigmatycznym uśmiechem na twarzy.
- Właśnie, Daphne. Mówiliście, że Klaus miał problem z gospodarzem, dlatego już więcej nie jest zapraszany – zaczęła Caroline, pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczej kobiecie. Instynkt podpowiadał jej, że prawda wcale jej się nie spodoba.
- To długa historia. W skrócie, Daphne chciała więcej od Nika, niż on mógł jej dać.
- Czyli się spotykali? – Dopytała, czując jak rośnie w niej znienawidzona zazdrość. Rebekah również zdawała się ją odbierać.
- Nik miał z nią burzliwy romans. Jak z każdą. Ale nie martw się, mój brat nie widzi świata poza tobą. Nie musisz się czuć zagrożona.
- Ale ja… - zawiesiła głos nie wiedząc, co powiedzieć. Była zazdrosna, fakt. Ale za żadne skarby świata nie przyznałaby tego przed Rebeką, która zdawała się mieć niesamowicie rozbudowaną intuicję.
- Nie jestem zazdrosna, bla bla bla – dokończyła za dziewczynę, przedrzeźniając ją. - Niestety nie umiesz tego ukrywać. Może i nie jesteś pępkiem świata, ale widzę, że Nik ma odmienne zdanie. Gdyby mógł, ochroniłby cię własnym ciałem przed pyłkiem kurzu co, nie powiem, jest bardzo irytujące.
- Wcale nie… - Pierwotna znów jej przerwała.
- Nie zaprzeczaj, widzę jak jest. Dzięki temu, jutro będę musiała wyglądać jak ty i nastawiać za ciebie plecy – odparła, dorzucając jeszcze trochę drewna do kominka.
- Nic nie musisz – wyszeptała Caroline czując wyrzuty sumienia. Nie chciała, by komukolwiek stała się krzywda z jej powodu, co było niepotrzebne, skoro miała do czynienia z najsilniejszymi wampirami na świecie.
- Oj nie, właśnie, że muszę. Zależy mi na szczęściu mojego brata, a on… Cóż od dawna nie był szczęśliwy – westchnęła, opierając się o parapet. – Dlatego jutro ocalę ci tyłek i trochę się zbrzydzę, aby wyglądać tak, jak ty – powiedziała z przekąsem. Mimo, iż jej uwaga była złośliwa, wypowiedziała ją raczej w żartobliwym tonie.
- Możesz wybrać sukienkę – odparła Caroline, rzucając wampirzycy drobny uśmiech.
- Och, nie rozpatrywałam innej opcji. Poza tym moda, która tam panuje jest zupełnie inna niż na potańcówkach w Mystic Falls. – Nonszalancko odrzuciła włosy, po czym zaczęła się kierować w stronę kuchni.
- Ha – ha – ha. Bardzo śmieszne – Dziewczyna się roześmiała czując, że odkrywa nieznaną, miłą stronę Rebeki. Będąc w progu pomieszczenia, odwróciła się po raz ostatni.
- Zanim zapomnę, Stefan kazał cię pozdrowić. – Na dźwięk tego imienia, Caroline podskoczyło serce. Stefan był jej przyjacielem, a roczna rozłąka z nim i jego czarnym poczuciem humoru była bardzo bolesna.
- Stefan?! To znaczy, widujesz się jeszcze z nim? Wie, że tu jestem? – Zapytała czując jak na jej usta wpływa jeszcze więcej pytań.
-Nasz związek jest dość luźny. Można powiedzieć, że na razie mamy przerwę. Coś mu o tobie wspomniałam, z związku z dzisiejszą poranną niespodzianką, ale to tyle.
- Czy mogłabyś…
- Dobra, koniec zacieśniania przyjacielskich więzi jak na jeden dzień. Pogadamy o tym później. Tymczasem muszę pomalować paznokcie przed jutrem. – Kończąc zdanie, Rebekah szybko uciekła z pokoju, pozostawiając Caroline samą. Jedyne, co towarzyszyło dziewczynie, to huczący płomień w kominku. Dopiero, kiedy otoczyła ją cisza i spokój zdała sobie sprawę, jak bardzo jest wycieńczona. Tyle emocji jak na jeden dzień. Postanowiła udać się do łóżka, zanim zaśnie na stojąco. Po drodze zahaczyła o kuchnię, aby zaspokoić rosnące w niej pragnienie krwi. Otworzyła lodówkę i wyjęła jeden z woreczków. Zamykając, usłyszała głos zza pleców.
- Lillian. Piękne imię – wyszeptał Klaus. Gdy znaleźli się sam na sam, bez towarzystwa Rebeki i Elijah, poczuli się trochę swobodniej.
- Sama nie wiem, nie przepadam za nim – wyszeptała, chcąc wbić słomkę w woreczek.
- Daj mi to. – Wyrwał jej torebeczkę z ręki, po czym sięgnął po kolejną z lodówki oraz dwie szklanki. – Lillian oznacza niewinność, czystość i piękno. Moim zdaniem, imię jak najbardziej pasuje do właścicielki. – W międzyczasie przygotowywał coś na kształt krwawego drinka. Po przelaniu krwi do szklanek, dolał do niej sporą ilość whisky.
- Może i tak – wymamrotała, nie mogąc znieść, że znów prawi jej takie komplementy. Owszem były bardzo miłe, ale jakimś sposobem nie mogła w nie uwierzyć. Pierwotny po chwili wręczył jej gotowego drinka, po czym stuknęli się szklankami. Dodanie alkoholu to krwi było dobrym pomysłem. Przez gorzką nutkę, nie piła tak łapczywie, a dzięki rozluźniającym właściwościom trunku, czuła jak jej mięśnie opuszcza napięcie. Klaus spoglądał na nią wzrokiem, jakiego dawno już na sobie nie czuła. Nie pozwalał sobie na to w towarzystwie rodzeństwa. To również przypomniało Caroline o trapiącym ją pytaniu.
- Jeśli chodzi o dzisiejszy poranek i krew…
- Nie mamy o czym mówić. Skaleczyłem się, a ty pewnie nie żywiłaś się jeszcze tego ranka i to wszystko – wymamrotał, chcąc szybko zakończyć temat.
- To wszystko? – zapytała podniesionym tonem. – Nie wiem czemu, dało to tak dużo Rebece do myślenia, skoro to wszystko…
- Caroline… - wyszeptał. – Nie wiem, co moja siostra ci powiedziała oraz co o tym myśli – odparł twardym tonem, wytwarzając dystans między nimi.
- Sam mówiłeś, że dzielenie się krwią może być… Intymne, mam rację? – Wampirzyca naciskała na mężczyznę. Chciała, by ktoś w końcu powiedział jej prawdę.
- Tak, ale… Nie masz się czym przejmować. Nie dzieliliśmy się dzisiaj krwią, więc sądzę, że cokolwiek czuliśmy, było tylko wywołane pragnieniem. - Kłamał. Kłamał, a na dodatek znów zamieniał się w sopel lodu. Wiedziała, że czegoś nie chce jej powiedzieć. Postanowiła sama dowiedzieć się czegoś na ten temat.
- Skoro tak, to chyba masz rację. Dobranoc – odparła, dokańczając swoją porcję krwi, po czym wrzuciła szklankę do zlewu. Mając zamiar oddalić się do własnej sypialni, poczuła jak Klaus chwyta ją za dłoń.
- Poczekaj jeszcze chwilę – wyszeptał. Nienawidziła, gdy to robił. Kiedy się na niego złościła, a on po prostu chwytał ją za dłoń, patrzył w oczy i wytrącał z równowagi. Siedząc przy kuchennej wyspie, bawił się jej dłonią, lekko przeciągając po niej palcami. – Wybacz mi – wymruczał, przypominając teraz Klausa, którego lubiła. Który jej nie odpychał z nieznanego jej powodu. – Za moje rodzeństwo i za stawianie cię w trudnej sytuacji. – Mówiąc to, dziewczyna miała wrażenie, że wampir wcale nie mówi o Rebece i Elijah, tylko ma coś innego na myśli.
- Ja tam bym chciała mieć rodzeństwo. – Caroline czuła, że pod jego dotykiem na swojej skórze, mrowieje jej ręka. Pierwotny wyglądał teraz tak uroczo. Miała ochotę rozburzyć jego włosy palcami, których najwyraźniej nie miał czasu uczesać od samego rana. Nie. Ten słodki obraz nie może ci przysłonić faktu, że jesteś na niego zła. Z trudem wyrwała swoją dłoń z jego czując się tak, jak wczoraj w jego sypialni. Gdy próbował ją pocałować, a ona uciekła. Jakaś jej część biegła do niego, ale rozum podpowiadał jej by odejść jak najdalej od niego.
- Będę się zbierać. W końcu jutro trening – wyszeptała. Trening? Ile razy jeszcze zastosujesz tę wymówkę?
- Tak, a jutro już ci nie odpuszczę – wymamrotał, obdarzając ją ciepłym uśmiechem. Opornie odwróciła się w stronę korytarza. Zmuszając swoje nogi do pracy, oddaliła się w stronę sypialni. Mijając jeden z pokoi, wpadł jej do głowy pewien pomysł. Otworzyła drzwi mając nadzieję, że nikogo tam nie zastanie. Z ulgą stwierdziła, że pokój jest pusty. Biblioteka była całkiem duża, po brzegi wypełniona książkami. Może tutaj znajdę odpowiedź na trapiące mnie pytania. Pół godziny później, w jej ramionach znajdowało się kilka tytułów, które w jakiś sposób ocierały się o tematykę krwi. Czeka mnie długa noc. Upewniając się, że zatarła po sobie wszelkie ślady obecności, uciekła do swojej sypialni.
Mokre włosy zaczesał do tyłu. Sięgnął po koszulę, wciągając ją przez ramiona. Przeszedł bosymi stopami po puchatym dywanie docierając do lustra. Spoglądając w odbicie, nie mógł się do niego przyzwyczaić. Kiedy uporał się z guzikami koszuli, jeszcze raz przeczesał swoje jasne włosy, nie mogąc się nadziwić ich miękkości. Wciągając koszulę do spodni zdał sobie sprawę, że potrzebuje jeszcze muszki. Wyciągnął jedną z szuflady, po czym postanowił ją zawiązać. Po trzeciej nieudanej próbie, poddał się. Usłyszał śmiech, dochodzący z głębi pokoju.
- Potrzebujesz trochę pomocy? – Zapytała piękna kobieta. Ukochana stała w progu łazienki, z wilgotnymi włosami, w samej bieliźnie. Jej kształty tak zachwycały mężczyznę, że dla niego mogła poruszać się tylko w takim zestawie. Lubił otaczać się pięknymi rzeczami. Pięknymi kobietami. A jeszcze bardziej uwielbiał ówczesne czasy, kiedy damska moda odsłaniała i opinała więcej.
- Po tylu latach chyba straciłem wprawę – westchnął, poddając się dłoniom kobiety. Gdy sprawnie wiązała muszkę, prześlizgnął palcami po jej karmelowej skórze. Kobieta szybko pocałowała go w usta.
- Gotowe. Musisz mnie puścić, jeżeli nie chcesz się spóźnić – wymruczała, wyrywając się z jego objęć.
- No tak. Zapomniałem, że czas to wróg kobiety – dodał, po czym odpłynął w świat rozmyślań. Przeglądając się w lustrze, nie mógł nadziwić się, że odzyskał swoje ciało. Czuł się jak nowonarodzony, świat z tej perspektywy wyglądał zupełnie inaczej. Jednak nie to cieszyło go najbardziej. Jego ciało było mu potrzebne przede wszystkim w jednym celu – zemsty. Sięgnął po spinki do mankietów. Będąc prawie gotowym, chwycił ostatni element – maskę. Starannie zawiązał ją na oczach, po czym jeszcze raz przejrzał się w lustrze rzucając sobie samemu szelmowski uśmiech. Zemsta na Klausie Mikaelsonie. Czekałem na to całe życie…
