Ranek nie przyniósł nic nowego. Zerwał się szybko i prawie potrącił w drzwiach wracającego z łazienki Severusa. Niedopięta koszula odsłaniała kawałek nagiej skóry, która wciąż lśniła od wilgoci.
- Stój! – warknął mężczyzna. Mocny chwyt za ramię prawie zwalił go z nóg. – Gdzie tak pędzisz? – spytał odrobinę mniej agresywnie. – Zresztą głupie pytanie, zapewne do przyjaciół. – Harry zdobył się na pokiwanie głową. – Poczekaj na mnie w salonie dwie minuty. Zaraz się ubiorę i wyjdziemy obaj – oznajmił mu. – Chyba powinniśmy pokazywać się częściej razem – rzucił mimochodem.
Harry czekał niecierpliwie w salonie. Do tej pory spędzali tu dość dużo czasu i pamiętał jak zdziwiło go, że pomieszczenie nie jest surowe i zimne. Co prawda tradycyjność wyzierała z każdego kąta, ale z kolei wszystko było funkcjonalne. Dwa fotele, stolik, regał z książkami. Severus nie miał prawie żadnych pamiątek czy zdjęć. Nic osobistego, jakby to było tylko tymczasowe lokum, a nie miejsce, gdzie spędził ostatnie szesnaście lat życia, pracując jako nauczyciel.
- Możemy iść – rzucił mężczyzna, dopinając ostatni guzik. Jak zwykle przyczesane do tyłu włosy, układały się samoistnie opadając mu na oczy. Lśniły lekko i Harry po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że nie były tłuste, ale wilgotne i dlatego zdawały się być ciężkimi.
Ruszyli lochami do Wielkiej Sali, gdzie tak jak pierwszego dnia Severus odprowadził go na miejsce, wzbudzając niezdrowe zainteresowanie ogółu.
- Poczekaj chwilę i obserwuj – powiedział, zamiast zwykłego 'smacznego'.
Podszedł do stołu Ślizgonów i nie namyślając się długo złapał Goyle'a za rękę. Nic się jednak nie stało i Harry wtedy zrozumiał. Severus wolał sam potwierdzić swoją hipotezę nie narażając jego przyjaciół. Uśmiechnął się z wdzięczności do mężczyzny, który właśnie życzył swoim podopiecznym smacznego posiłku. Nie odwrócił się nawet w jego kierunku, ale Harry wątpił czy cokolwiek może ujść uwagi tego człowieka. Korzystając z okazji uściskał mocno Hermionę, która wydała okrzyk zdziwienia.
- Harry! – pisnęła. Nie poczuła nawet najdrobniejszego buntu magii. – Jak ja się cieszę! – krzyknęła może odrobinę zbyt głośno.
Dean wylazł jak spod ziemi i klepnął go w ramię.
- Byłem ci to winny ostatnio – wytłumaczył. – Ale obiecuję nie rzucić tobą w ścianę – dodał, mrugając do niego żartobliwie jednym okiem.
Śniadanie zdominowały radosne przekrzykiwania Gryfonów, z których chyba każdy postanowił dotknąć Chłopca, Który Przeżył. Harry był pewien, że zostaną mu siniaki. W końcu jednak jakimś cudem Ron i Neville zrobili na tyle wolnego miejsca, że udało im się wymknąć na błonia. Zajęcia zaczynali dopiero za dwie godziny od Zielarstwa, o którym Longbottom zaczął paplać już w Wielkiej Sali. Nawet nie zauważyli podążających ich tropem Ślizgonów. Usiedli pod jednym z niewielkich drzew, a rudzielec wyciągnął karty do Eksplodującego Durnia.
- Ron, potrzebny nam czwarty – zauważył Harry.
- Może ja się przyłączę – doszedł do nich dobrze znany głos.
Odwrócili się jak na komendę. Draco Malfoy stał naprzeciwko nich wraz ze swoimi dwoma gorylami. Każdy z nich trzymał wyciągniętą różdżkę. Potter dotknął swojej, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że i tak spóźni się o te kilka sekund. Popatrzył niepewnie na Rona, który wgapiał się w blondyna z oślim wyrazem twarzy, Neville tylko mu wtórował.
- Czego chcesz, Malfoy? – spytał zaczepnym tonem, który zdążył sobie wyrobić w ciągu tych kilku lat słownych przepychanek.
- Zauważyłem, że już nie jesteś… 'nietykalny', Potter. Przyszedłem sprawdzić czy to prawda… - urwał. Złośliwy uśmieszek nie schodził mu z ust.
- Na twoim miejscu sprawdziłbym czy nie ma cię gdzieś indziej… w lochach Azkabanu, czy coś – odwarknął. – Widziałem twojego ojca, Malfoy.
- Zamknij się! – wrzasnął Draco, ściskając różdżkę.
- Na cmentarzu, z białą maską i szatą Śmierciożercy… - zaczął.
- Milcz! – Jego twarz nabrała purpurowej barwy.
- … jak całował rąbek szaty Voldemorta – dokończył i wyciągnął zza paska różdżkę, rzucając wyuczone ostatnio protego maximus. Trzy zaklęcia wymówione przez Ślizgonów zatrzymały się na jego tarczy i rozpłynęły w powietrzu.
Jakby dopiero wtedy obudzeni Gryfoni, sięgnęli po swoje różdżki. Ron rozbroił szybko Goyle'a i pomagał Neville'owi z Grabble'em, który najwyraźniej wyciągnął z zajęć Obrony Przed Czarną Magią więcej, niż wszystkim wydawało się wcześniej. Kiedy tylko był pewien, że nie zablokuje któregoś z zaklęć uskakiwał jak najdalej albo wręcz przeciwnie – skracał dystans, zmuszając jednego z chłopaków do cofnięcia się.
Malfoy z Potterem natomiast wysyłali w swoim kierunku dziesiątki różnych zaklęć, blokując te, które wyszły ze strony przeciwnika. Obaj męczyli się uchylając się coraz częściej za pomocą prostego skoku, niż zaklęcia obronnego. Sytuacja wyglądał na impas, dopóki Potter nie poczuł za sobą czyjejś obecności, a uśmiech Malfoya nie poinformował go o błędzie stulecia. Ron nie odebrał ogłuszonemu Goyle'owi różdżki i, gdy tylko dryblas podniósł się na nogi, zaatakował od tyłu Nevilla i rudzielca, posyłając ich na trawę drętwotą.
Harry natomiast został otoczony przez trzech Ślizgonów. Każda droga ucieczki została mu odcięta czy przez jezioro czy przez napastników. Czuł narastającą magię inkantacji, które wypowiedzieli, gdy usłyszał nieznane expulso przecinające powietrze pomarańczowym promieniem. Ślizgoni upadli na trawę, a zanim Harry zdążył się odwrócić Ron i Neville stali na nogach gapiąc się na postać za Potterem. Nikt nie musiał mówić tego na głos. Doskonale czuł, gdy Severus podszedł bliżej.
- Widzę, że odwieczne zmagania wciąż mają swoją kontynuację – warknął. – Spodziewałem się po was czegoś więcej.
- To oni zaczęli – krzyknął Ron.
- A co mnie to obchodzi? – Brwi mężczyzny zawędrowały naprawdę wysoko. – Nie odbieram punktów, panie Weasley. Macie się rozejść natychmiast – dodał ostrzej.
Nie spojrzał ani raz na Harry'ego. Zlustrował natomiast oszołomionych Ślizgonów.
- Wstawać. Musimy panowie porozmawiać. – Jego głos był wyjątkowo nieprzyjemnie cichy. Każdy doskonale wiedział, co to znaczy, więc Pottera nie zdziwiło, gdy cała trójka skurczyła się pod naporem spojrzenia opiekuna domu. – Zresztą, panowie Grabble i Goyle są wolni. Draco, proszę za mną – rzucił przez ramię i ruszył w kierunku szkoły.
Ślizgoni popatrzyli jeszcze raz nienawistnie w stronę Harry'ego i podążyli za Mistrzem Eliksirów.
- Co to było, stary? – spytał Ron. – Albo mi się wydaje, albo Snape właśnie uratował nam tyłki – urwał.
- I nie odjął punktów… - pociągnął dalej Neville z przestrachem wgapiając się w powiewającą na wietrze czarną pelerynę.
- … i nie dał nam szlabanów – westchnął Ron. – To chyba jednak koniec świata.
Harry jednak koniec świata wyobrażał sobie całkiem inaczej. Coś podświadomie mówiło mu, że dzisiejszego popołudnia czeka go dość nieprzyjemna rozmowa.
ooo
Mistrz Eliksirów gestem zaprosił wychowanka do pustej sali eliksirów i zamknął szczelnie drzwi, obrzucając je dodatkowo zaklęciami wyciszającymi. Blondyn zadrżał, gdy zobaczył groźbę czającą się w ciemnych oczach, ale ostatkami sił starał się nie pokazać po sobie strachu.
- Przyjąłeś Mroczny Znak? – spytał mężczyzna cicho.
- Co?
- Mroczny Znak. Ogłuchłeś, Draco?
- Nie i nie. – Blondyn opanował się odrobinę.
- To dobrze – mruknął Severus i stanął za katedrą.
Kiwał się na krześle ze splecionymi dłońmi, zastanawiając się nad kolejnym ruchem.
- Jestem twoim ojcem chrzestnym Draco i wolałbym, żeby kolejna taka sytuacja się nie powtórzyła – zaczął spokojnie. – Zdaje sobie sprawę, że nie jestem już najlepszym przyjacielem Lucjusza, ale nie zmienia to faktu, iż jestem jedyną osobą, która zawsze pozostanie po twojej stronie. – Pierwszy raz spojrzał w jasnoniebieskie tęczówki chłopaka. – Na Merlina, byłoby doskonale, gdybyś ruszył swoją mózgownicą i odkrył, że możesz ze spokojem udawać dalej dobrego synka tatusia, a nie szkodzić moim planom. Jeśli wolisz, mogę cię zastraszać, ale nie pozwolę skrzywdzić ci Harry'ego. Jest zbyt ważny – urwał. – Zresztą, sam wiesz najlepiej. Dlatego, Draco, radzę ci dobrze przemyśleć wszystko i dostosować się do sytuacji, tak robi każdy Ślizgon. Ja, ty… nieważne, ale obecnie jedyne, co musimy zrobić to przeżyć – zakończył.
Blondyn poruszył się niespokojnie, ale z jego ust nie padło żadne słowo. Severus spoglądał na niego z zainteresowaniem. Twarz jego chrześniaka była bardzo młoda, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że tysiące myśli w tej chwili kłębią się w tej głowie, która nigdy nie powinna zostać wciągnięta w polityczne gierki ojca.
- Spróbuję cię nie zawieść, wuju – odpowiedział w końcu.
Tylko ramiona, które nagle opadły, pokazały jak wiele kosztowała go decyzja o lojalności.
ooo
Harry wszedł do salonu pełen niewesołych myśli. Chwilę nawet zastanawiał się czy nie uciec i nie spędzić kilku nocy w Wieży Gryffindora, ale ponieważ Severus i tak wiedziałby gdzie go szukać – nie miało to zbytniego sensu. Poza tym szalona gryfońska odwaga buzowała w jego żyłach napędzając krew. Westchnął więc tylko i przekroczył próg.
Severus siedział jak zwykle w swoim zwyczajowym fotelu pogrążony w czytaniu. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na chłopaka, który cichcem próbował przemknąć do swojego pokoju. Nie drgnął też, gdy ten wrócił półgodziny później. Harry zaczął się niepokoić. Podszedł więc i potrząsnął jego ramieniem.
- Co do… - urwał mężczyzna, wyrwany z transu. Rozglądał się wokoło zdezorientowanym wzrokiem trzymając przed sobą wyciągniętą różdżkę. – Cholera jasna! Mogłem ci coś zrobić – prawie krzyknął. Gniew zabarwił mu policzki delikatnym rumieńcem. Harry myślał nawet przez chwilę, że jest uroczy, ale myśl ta uleciała z setką innych.
Mistrz Eliksirów tymczasem wstał i poprawił szaty. Odłożył na bok księgę i popatrzywszy przytomniej na Pottera, odchrząknął.
- To był czar koncentrujący – wytłumaczył, choć w zasadzie nie musiał. – Przeczytałeś rozdziały, które dla ciebie przygotowałem dwa dni temu? – zmienił temat.
- Tak.
- Wnioski?
- Muszę pomyśleć – zaczął Potter.
- Miałeś na to dwa dni. Wnioski – zażądał.
- Skuteczność obrony zależy od mocy i rodzaju zaklęcia, którego używamy. Niektóre mają ograniczenia.
- I?
- I? – powtórzył po mężczyźnie, który zaplatał właśnie ręce na piersi.
- Coś chyba powinieneś jeszcze przyswoić z dzisiejszego dnia – podprowadził go.
Harry zaczerwienił się wściekle, ale uparcie milczał wbijając twarz w podłogę.
- Na przykład to, że Gryfonom nie można ufać. Szło ci całkiem dobrze, dopóki Weasley nie schrzanił sprawy – ciągnął dalej. Potter poderwał głowę natychmiast, napotykając krzywy uśmieszek.
- To nie była wina Rona – stwierdził z uporem.
- To Longbottoma. Nie wiem, który skrewił bardziej. Na polu walki zawsze odbiera się przeciwnikowi różdżkę – zaczął. – A przepraszam, błąd. Na polu walki nie zostawia się za sobą żywych przeciwników – zimny ton przeciął powietrze.
- Chyba nie mówisz poważnie…
- Jak najbardziej… Harry i radzę ci przyswoić wiedzę na ten temat.
Potter stał na środku salonu trzęsąc się ze złości, gdy Severus jak gdyby nigdy nic wszedł do swojej sypialni. Gryfonowi nie przyszło nic więcej niż wbiec tam za nim i znów stanąć twarzą w twarz z najbardziej przerażającą personą Hogwartu.
- Twoja… strategia polegająca na zabijaniu każdego, kogo spotkasz na swojej drodze nie prowadzi do niczego! Tak, tak po prostu nie można!
- Nie można?! Nie bądź śmieszny. To jest wojna. Na razie podjazdowa, ale kiedyś staniesz na polu walki, a pozostawiony przy życiu wróg wbije ci nóż w serce – warknął. – Ciekawe jakie ty wyznajesz strategie – sarknął.
Potter zgrzytnął zębami i popatrzył mu prosto w oczy prostując się jak struna.
- Mówiłeś, że Ślizgoni od zawsze toczą wojny z Gryfonami. Zmierzmy się – powiedział, siląc się na spokój za zaciśniętymi szczękami. – Oczywiście bez zabijania – dodał. – Wybierz grupę dziesięciu uczniów ze swojego domu, ja zbiorę swoich… - urwał.
Severus spojrzał na niego z kpiną, ale po chwili coś dziwnego i całkiem przebiegłego przecięło jego twarz.
- Zgoda, panie Potter. Od tej pory za siedem dni. Błonia. Nie używamy niewybaczalnych ani eliksirów, żeby ułatwić wam sprawę. Dowodzisz ty i ja. Umowa stoi? – spytał wyciągając prawą rękę.
Potter uścisnął ją najmocniej jak mógł.
- Umowa stoi, panie… Potter – powiedział pewnie, po czym opuścił pospiesznie sypialnię swojego męża i zabarykadował się w swoim pokoju ciesząc się w duchu najgłupszą miną Mistrza Eliksirów jaką widział kiedykolwiek.
ooo
- Co zrobiłeś?! – Hermiona krzyknęła po raz dziesiąty zakłócając ciszę w bibliotece. Pani Pince nie mogła uwierzyć, że akurat ta dziewczyna dopuszcza się czegoś takiego, więc wyprosiła prawie połowę uczniów dopóki oni sami nie znaleźli się na korytarzu.
- Umówiłem się z Severusem, że zrobimy małą bitwę. My kontra Ślizgoni. – Coraz częściej używał imienia męża i coraz łatwiej przychodziła mu wymowa go, choć Ron nieustannie krzywił się na samo wspomnienie. – Będziemy mieli okazję się odegrać. – Spojrzał na Wesley'a, który od pewnego czasu nie wymówił ani słowa, co u niego było wyjątkowo niepokojące.
Rudzielec w końcu chrząknął, patrząc wciąż w oddalony punkt, przerywając tym samym tyradę Hermiony.
- Nikt nas nie zabije, Herm. Nie mogą używać niewybaczalnych. Będzie ich dziesięciu. Założę się, że Malfoy, Zabini, Parkinson, Bulstrode, Goyle, Grabble na pewno będą obecni. Z naszej strony wystawimy Harry'ego, ciebie, mnie, Neville'a, Seamusa, Deana, pozostała czwórka pozostaje niepewna. Snape pewnie też będzie miał problem z dobraniem reszty – powiedział spokojnie, jakby planował kolejny mecz quidditcha.
- Chcesz powiedzieć, że masz plan? – spytał niepewnie Harry.
- Chcę powiedzieć, że mam cholernie dobry plan, ale musimy pogadać z resztą.
Zebranie Gryfonów w Pokoju Wspólnym zwołali w ten sam dzień. Stawił się każdy, niesiony ciekawością. Harry, podobnie jak Severus nie mówili otwarcie o przygotowaniach, ale rządek Ślizgonów przed ich pokojem wspólnym mówił sam za siebie. Potter wycofał się więc pospiesznie do Wieży Gryfindora.
- Witajcie wszyscy – zaczął Ron. – Nadeszła niesamowita okazja odegrania się na naszych najdroższych Ślizgonach. – Gdyby Harry go nie znał pomyślałby, że to sarkazm. – Harry umówił się ze swoim… - urwał – znaczy się ze Snape'em, że pokażemy im jak walczą potomkowie Godryka – znów złapał rytm. Kolejne minuty płynęły, a Ron wciąż głosił coś w całkiem nudny deseń, który powoli zaczął uspokajać zgromadzony tłumek.
Hermiona w końcu odchrząknęła, zwracając w swoją stronę uwagę wszystkich.
- Mamy sześć dni na ustalenie składu drużyny i przećwiczenie strategii, którą obmyślił Ron. –Wzięła więcej powietrza do płuc. – Ze względów bezpieczeństwa ustaliliśmy już pełną dziesiątkę, która po odczytaniu nazwisk pójdzie z nami. Tam dowiecie się wszystkiego. Każdy kto chce, może się wycofać, mamy listę zapasową – urwała. Kilka osób zmroziło ją wzrokiem, co oznaczało mniej więcej tyle, że skoro mają możliwość dokopania Ślizgonom nie zamierzają z niej zrezygnować. – Jakieś pytania?
- Gdzie się wszystko rozegra? – odezwał się jakiś cichy głos.
- Na błoniach, ale ustaliliśmy już, że nie będzie nikogo prócz bezpośrednio zainteresowanych. Względy bezpieczeństwa – usprawiedliwiła.
Starsi Gryfoni pokiwali głowami, doskonale zdając sobie sprawę, że Ślizgoni w zorganizowanej grupie są niezwykle niebezpieczni. Milczeli chwilkę, więc Harry wyjął zmięty pergamin i zaczął wyczytywać.
- Hermiona Granger, Ronald Wesley, Harry Potter, Neville Longbotton, Dean Thomas, Seamus Finningham, Romilda Vane, Colin Creevey, Lavender Brown, Parvati Patil – skończył, a wśród mieniących się czerwienią i złotem ścian rozległ się pomruk aprobaty.
Wyszli szybko zabierając ze sobą różdżki i kilka książek, po czym przemknęli eskortowani przez Mapę Huncwotów do Pokoju Życzeń, który szybko stał się salą treningową. Do Pokoju Wspólnego wrócili dobrze po północy, zmęczeni i niemal wyczerpani, ale bardzo zadowoleni.
