Rozdział 9.: I krew powoli stygnie.

Co mnie nie zabiję... lepiej niech zacznie uciekać. [Cassandra Clare]

Liście na koronach drzew, poruszane delikatnym wiatrem, mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni.
Przyjemnie ciepłe promienie słońca przebijały się przez gałęzie, ogrzewając twarz elfki. Biegła przez las, zdyszana, a czerwona czupryna wzburzona przez pęd sprawiała wrażenie jakby płonęła. Zgięła kolana i skoczyła prosto w ramiona chłopaka. Miał długie brązowe włosy, miodowe oczy i był dość szeroki w barkach, jak na elfie standardy. Spojrzała mu prosto w twarz, obejrzała dokładnie znajomy vallaslin Falon'Dina. Jego zapach. Elf pachniał drewnem, mokrą trawą… Wtuliła się w niego jeszcze raz, by po chwili ponownie się przyjrzeć.

– Żyjesz – wykrztusiła przez łzy. Uśmiechnął się lekko.
– Oczywiście że tak – odpowiedział zaskoczony, swoim głębokim głosem – Czemu miałoby być inaczej? – zdziwił się. Zafirka oddaliła się od Cetusa na nieznaczną odległość. Rozejrzała się po znajomym otoczeniu. Lasy nieopodal Wycome. Poderwała nerwowo lewą dłoń i dokładnie ją obejrzała, lecz ta nie miała na sobie zielonego rozcięcia.

– Dobrze się czujesz Zaf? – spytał marszcząc brwi. Elfka zadrżała, nie potrafiła zrozumieć, czy to wszystko jej się przyśniło. Stanęła na palcach i musnęła jego ciepłe usta. Był tak żywy.
– Zaf? – spytał niepewnie delikatnie unosząc jej podbródek – Coś się dzieje?

– Powiedz mi co się dzieje. Co z konklawe? – Elf uniósł brwi jeszcze wyżej. Po chwili odchrząknął.
– Wszystko dobrze, zdaliśmy raport. Ta ich shemlenka znalazła wyjście z sytuacji…– urwał nagle.- Nie pamiętasz?- widziała, że był zaniepokojony jej zachowaniem, ale wciąż nie rozumiała.
– Kiedy wróciliśmy? – zapytała. Poczuła jak grunt zaczyna osuwać jej się pod nogami.
– Tydzień temu. Może Eolla powinna sprawdzić czy na pewno jesteś zdrowa? – Zafirka opadła na ziemie. Przytuliła kolana do piersi. Czyli to wszystko, to był sen? To wszystko jej się przyśniło? Cassandra, Varric, Józefina , Cullen, Leliana? Inkwizycja? Wybuch? Poczuła dziwne ukłucie w sercu. Ten sen był tak realistyczny, że zatęskniła za towarzyszami. Bitwa na śnieżki. Żelazny Byk, Sera…

Cetus żyje! Czemu się nie cieszysz? Zapytała sama siebie. Elf kucnął tuż obok niej, ściskając ją za ramię. Martwił się. Wzięła głęboki oddech. Musi przeanalizować sen. Na spokojnie.
– Już pamiętam. Chwilowa zaćma. – Wyszczerzyła zęby. Złapał ją za rękę pomagając jej wstać, lecz mózg podesłał jej zupełnie inny obraz. Leżała na śniegu, wokół niej było niezwykle zimno, dziwny biały puch a ktoś podawał jej dłoń. Przyjemnie ciepłą dłoń. Mrugnęła szybko i poderwała się w górę. Zdecydowanie za szybko. Zakręciło jej się w głowie.

– Powinnaś wrócić na swoją trasę – polecił. Zdziwiła się. Elf parsknął krótko, odgarnął jej włosy za ucho i rzekł.
– Na trasę patrolu, niezdaro. – Skinęła głową. Tak patrol. Jaki? Dlaczego nie pamiętała nic z powrotu do klanu? Ani ostatniego tygodnia w klanie. Coś się nie zgadzało.

Przecież była wolna. Teraz wróciła do swojej klatki. Jak to się stało? Czy to było możliwe? Spojrzała wyczekującym wzrokiem na swoją rękę. Rana rozdarła się w znajomy sposób, ból ostry niczym miliony sztyletów tnących jeden punkt. Oczekiwała tego. Nawet się nie zgięła ani nie krzyknęła.

Jeśli to był sen, to czy to oznacza, że majaczy? Może zaczęła wariować i naprawdę wybuch nigdy nie miał miejsca?
Czuła na sobie wzrok, jednak pozostała nieruchomo. Przed sobą ujrzała twarz o błękitnych oczach, która mówiła do niej spokojnie. Przełknęła ślinę. Senel?

– Gdzie jest opiekun? – rzuciła w powietrze, wpatrzona w szafir spojrzenia. Elfi mag. Solas. Pochylał się nad nią. Coś się wydarzyło. Kiedyś. Przyłożyła dłoń do czoła, ale nie potrafiła odróżnić, która z wizji była prawdziwa.
– W klanie – odpowiedział.
– A gdzie jest klan? – zapytała. Czuła narastający ból. Elf milczał przez dłuższą chwilę, zaciskając dłonie w pięść.
– Musimy patrolować – burknął odwracając się tyłem. Otworzyła szerzej oczy
– Klanu tu nie ma prawda?- zapytała chwytając go za ramię i obracając w swoją stronę.
Nie odzywał się. Wiedziała, że miała rację. Ból omamiał jej zmysły. Spojrzała w dół a z jej brzucha wyciekała strużka krwi. Teraz pamiętała.

– Jestem ranna, a ty nie jesteś prawdziwy. Umieram? Dlatego się pojawiłeś? – zapytała. Wpatrywał się w nią kamienną twarzą. Miała rację.
– Możesz ze mną zostać. Już na zawsze. – uśmiechnął się czule i wyciągnął do niej rękę.
– Chciałabym Cet, naprawdę. Ale myślę, że bardziej jestem potrzebna tam. – odpowiedziała ze łzami w oczach, odtrącając jego dłoń. Teraz bardziej przypominał cień wspomnień niż mężczyznę. Poszarzał, jego twarz była niewyraźna.
– Jakoś sobie poradzą. Jeśli tam pójdziesz, będziesz cierpieć bardziej. – odezwał się. Łzy spływały po policzkach, lecz cofnęła się o kilka kroków.
– Jestem dla nich Heroldem Andrasty, nadzieją, nie mogę ich teraz zostawić. Potrzebujemy siebie nawzajem. Potrzebuje ich. – wykrztusiła. Zaprzeczył i spojrzał błagalnie. – Jesteś jego duchem? – zapytała, starając się oddychać równo.
– A chciałabyś? – spytał. Odwróciła się i pobiegła, nie patrząc za siebie. Nie chciała.

Otworzyła oczy, łapiąc głęboki wdech. Leżała w namiocie i była pewna, że tym razem nie śniła. Obróciła lekko głowę, starając się wyłapać dźwięki dochodzące zza namioty. Szybkie kroki, stłumione rozmowy, stukot kopyt, szum traw targanych wiatrem. Byli na Zaziemiu.

Fala bólu w okolicy podbrzusza sprawiła, iż zerwała się gwałtownie. Instynktownie chwyciła się za bok i syknęła, wstrzymując oddech. Spojrzała w dół. Ktoś zmienił jej ubranie, kiedy leżała nieprzytomna. Delikatny, szary materiał z którego zrobiony był strój, przylegał do jej ciała. Odpięła kilka posrebrzanych guzików bluzki i spojrzała na idealnie biały bandaż. Odsłoniła większą jego część. Widziała tylko podłużną, świeżo zagojoną bliznę. Ktoś naprawdę postarał się, aby szybko ją zagoić. Nie było śladu po szyciu. Użyto do tego magii, to pewne.

Przerzuciła rozpuszczone włosy na plecy. Ktokolwiek się nią zajmował, wyplątał z jej warkocza igiełki i rozplótł go. Rozejrzała się po namiocie. Przyjrzała się zielonej, parującej papce postawionej tuż obok jej śpiwora. Wydzielała intensywny ziołowy zapach. To znak, że Uzdrowiciel dotarł do obozu.

Odetchnęła spokojnie i podniosła się bardzo powoli. Tępy ból powrócił, lecz starała się go ignorować. W jej głowie zawirowało. Wolnym krokiem przeszła do wyjścia. Odsłoniła płótno, wychylając głowę.

Na zewnątrz panował gwar. Ludzie z symbolem Inkwizycji na zbrojach, biegali pośpiesznie, każdy w inną stronę. Przy ognisku siedzieli jej towarzysze. Milczeli, wpatrując się w ogień, jakby czekając na coś. Uśmiechnęła się na ich widok. . Zrobiła kilka kroków do przodu. Gdy była niedaleko przyśpieszyła nieznacznie, ale rana zapiekła niemiłosiernie. Syknęła, kuląc się. Cassandra jako pierwsza podniosła głowę. Reszta drużyny podążyła za jej wzrokiem. Żelazny Byk podniósł się i ciężkim krokiem ruszył ku elfce, a gdy był blisko chwycił ją ostrożnie w ramiona. Pisnęła, gwałtownie oderwana od ziemi, lecz po chwili poczuła przyjemne ciepło w piersi, widząc ich wszystkich… Cassandra delikatnie uśmiechnęła się do niej. Ujrzała dziwny błysk w jej oczach. Czekała na nią. Wszyscy czekali.

– Heroldzie – przywitała się Poszukiwaczka. Zafirka skinęła ku niej głową. Przeniósł ją w stronę ogniska i odstawił delikatnie tuż obok blondwłosej elfki. Sera dała jej kuksańca w ramię.
– Sierota– rzekła ze śmiechem. – Nigdy więcej nas tak nie strasz – dodała z nietypową dla siebie powagą. Elfka zaśmiała się cicho, i spojrzała ponad ogień, na Varrica.

Krasnolud uśmiechnął się, podniósł z pniaka, i ruszył w jej kierunku. Obróciła głowę. Solas stał w oddali, podpierając się swoim kosturem. Przypatrywał się jej. Gdy podchwyciła jego spojrzenie, skinął do niej głową. Uśmiechnęła się szeroko. Musiała pamiętać, by później podziękować mu za pomoc. Kolejny raz. Brakowało tu jedynie Vivienne, lecz wcale się tym nie przejęła.

– Lisiczko – Varric poklepał ją po plecach. – Zostawiam cię na chwile samą, a ty mało się nie przekręciłaś.
Elfka parsknęła śmiechem.
– Heroldzie, cieszę się, że stoisz już na nogach – usłyszała za sobą. Obróciła się niemal wpadając na szpiegmistrzynię. – Pilnie potrzebujemy cię na naradzie. Mamy sprawę nie cierpiącą zwłoki – wyjaśniła ciszej.
– Daj jej odetchnąć – wybronił ją Varric – Przecież dopiero wstała. Leliana wbiła w nią naglący wzrok.
– Nic mi nie jest. – odrzekła. Cullen, który zapewne przyszedł za kobietą, zatrzymał się między nimi.
– Powinien obejrzeć ją uzdrowiciel – poparł krasnoluda. Zdziwiła się takim obrotem spraw.
– Wiesz przecież, że to pilna sprawa. Nie zajmie nam to długo – uparła się i skrzyżowała ręce na piersi.

Mężczyzna zmarszczył brwi i spojrzał raz na jedną, raz na drugą, ale się nie odezwał. Cassandra poderwała się, złapała elfkę za ramię i delikatnie popchnęła w stronę namiotów.
– Nie ma mowy. Herold musi być w pełni sprawna– rzuciła do Leliany i wolnym krokiem poszły tam, skąd przyszła.
– Wiesz co jest tak pilnego? – zapytała.
– Porozmawiamy o tym później. Najważniejsze jest to, abyś wyzdrowiała i zamknęła Wyłom – zakończyła.

Tym razem w namiocie przebywała nieznana jej dotąd, ciemnowłosa kobieta.
– Właśnie cię szukałam– rzuciła oschle. Pociągnęła ją do legowiska i dość brutalnie usadziła. Podniosła jej bluzkę i odwinęła bandaż.
– Stoisz na nogach, to znaczy, że wszystko w porządku – stwierdziła mówiąc bardziej do siebie, niż do nich. Złapała za miskę z wciąż parującą substancją i zanurzyła w niej dłoń, by posmarować ranę.
Przyjemnie chłodna substancja złagodziła ból, lecz pachniała niezwykle intensywnie.

Cassandra odkaszlnęła.
– Ile dni byłam nieprzytomna? – zwróciła się do niej.
– Będziesz zaskoczona, gdy powiem, że wczoraj miałaś wypadek? – Elfka spojrzała na nią z niedowierzaniem. – Sama jestem w szoku, że już stoisz na nogach – odpowiedziała Poszukiwaczka.
– A Leliana, co tutaj robi? Nie powinna być w Azylu?
– Leliana planuje razem z nami udać się… – zamilkła nagle spoglądając nieufnie na uzdrowicielkę. – Na naradzie. Dasz radę dojść sama do namiotu komendanta, czy kogoś podesłać? –
– Dam. Zaraz przyjdę – przytaknęła, odwracając wzrok i zamykając oczy.

Wciąż kręciło jej się w głowie. Uzdrowicielka bez ostrzeżenia otworzyła jej powiekę, spoglądając w oko. Mruknęła coś do siebie i wyciągnęła ręce dziewczyny przed siebie, sprawdzając ich reakcje.
– Miałaś dużo szczęścia – zaczęła suchym głosem. – Ostrze nie uszkodziło żadnego narządu, ale weszło głęboko pod żebra. W krótkim czasie traciłaś dużo krwi. Kolejne twoje szczęście, że miałaś ze sobą maga, choć trochę obeznanego w leczeniu. – Zafirka przytaknęła. Dobrze o tym wiedziała – Tak właściwie, większość roboty z posklejaniem cię w całość wykonał właśnie on – odrzekła chłodno. Elfka miała dziwne wrażenie że nie zaimponował tym kobiecie, a tylko ją rozdrażnił, choć nie wiedziała do końca czemu.

– Zrobił coś źle? – zapytała przechylając głowę, a włosy opadły na drugi bok.
– Oczywiście, że nie. Gdyby nie jego interwencja, nie wytrzymałabyś, aż mnie do ciebie przyprowadzą. – burknęła. – Na pewno nie powiedzieli ci też, że niósł cię przez część drogi, byśmy szybciej do ciebie dotarli, prawda? – Zafirka spoglądała na nią z szeroko otwartymi ustami. Nie, tego się nie spodziewała. Wbiła wzrok w ścianę. – Chcesz usłyszeć dobrą radę? Takich ludzi trzymaj blisko siebie. Możesz już iść. Mam dużo poważniejsze przypadki – fuknęła na pożegnanie i ruszyła, chwytając maść pod pachę. Elfka pokręciła głową z niedowierzaniem. Czyli jednak po prostu taka była. Przynajmniej nie biła się w pierś ani nie kłaniała do ziemi na jej widok.

Droga do namiotu komendanta zajęła jej dosyć długo. Nawet nie przez dokuczliwy ból, ale przez zaczepiających ją żołnierzy, radujących się na widok jej osoby. Jeden z nich, nie wiedziała który, zagrodził jej drogę. Pochylił głowę i uderzył pięścią w pierś.
– Moja pani, Andrasta naprawdę nad tobą czuwa. Nie dała umrzeć swojej wysłanniczce. Heroldzie, nich Stwórca zawsze nas tobą czuwa – rzekł i obrócił się, odchodząc kaczym chodem.

Została sama z lekko rozchylonymi ustami, zastanawiając się nad tym co usłyszała, w niemym zdziwieniu. Właśnie mężczyzna, którego widziała prawdopodobnie pierwszy raz w życiu, stwierdził, że nie żyjąca od stuleci kobieta, obdarzona szczególną uwagą jakiegoś Stwórcy, uratowała ją swoją niebiańską mocą. Shemleni wszystko opierali na swojej religii? Nawet czyny innych ludzi umniejszali na rzecz większej siły? Gdyby nie mag i uzdrowicielka, a szczególnie mag, to byłaby już zapewne martwa. Gdyby nie bardzo pilna narada już poszłaby mu podziękować. Chociaż nie wiedziała, jakie są zwyczaje u ludzi. A może jednak by nie poszła. Wiązało się to z ryzykiem nagłego zająknięcia w połowie zdania albo nie powiedzeniem niczego.

Otrząsnęła się dopiero, gdy jej uwagę przykuł jeden ze zwiadowców, wybiegający z ogromnego namiotu. Weszła do środka. Zdziwiła ją niezwykła przestrzeń wnętrza. Pośrodku stał stół, uderzająco podobny do tego z Azylu, lecz dwa razy mniejszy. Na nim leżała tak, samo podobna rozmiarem, mapa Thedas. Cassandra, Leliana i Cullen stali na swoich miejscach. Brakowało jedynie Josephine. Na pewno została w Azylu, pilnując spraw Inkwizycji. Szpiegmistrzyni uważnie studiowała mapę, lecz usłyszawszy jej kroki, podniosła wzrok w jej kierunku.
– Dobrze, że już jesteś, Heroldzie – rzekła, posyłając jej krótkie spojrzenie i wróciła do poprzedniej czynności.
– Jak się czujesz? – zapytał Cullen, spoglądając na nią z nad raportu.
– W pełnej gotowości. – Wyprostowała się zbyt gwałtownie. Złapała się za bok, sycząc z bólu.
– Nie do końca pełnej– skwitowała Cassandra.

Komendant parsknął cicho, starając się zachować powagę. Usilnie próbował zasłonić uniesiony kącik ust. Wyruszenie w teren najwidoczniej mu służyło, ponieważ przestał wyglądać na ponurego ważniaka, a zaczął w miarę sympatycznie, jak na niego. W świetle przebijającym się przez materiał, widziała wyraźniej niż w ciemnej i ponurej komnacie w Azylu. Obejrzała ukradkiem jego twarz, brązowe oczy śledzące tekst, kilkudniowy zarost, mocno zbudowaną szczękę i bliznę nad prawym kącikiem ust. Przystojny. Zauważyła i zarumieniła się lekko. Odwróciła się, próbując skupić wzrok na czymkolwiek, dopóki nie zauważyła Leliany, wbijającej w nią spojrzenie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

„Nie, to wcale nie tak, że wpatruje się pana komendanta maślanymi oczami. Po prostu ma ładną twarz" Starała się wymyśleć jakąś wymówkę, lecz ostatecznie postanowiła uparcie milczeć. W końcu kobieta opuściła wzrok na kartkę, a następnie podała ją wbiegającemu zwiadowcy.
– Kiedy będziesz gotowa do drogi? – spytała, chowając ręce za plecami. Elfka omiotła spojrzeniem mapę.
– Gotowa do Redcliffe? – zmarszczyła brwi. Wiedziała, że mieli tam niedokończoną sprawę.
– Nie. – Leliana ucięła szybko – Dostaliśmy pilne wezwanie o pomoc. Tuż po tym, jak wyruszyliście. Musiałam was zawiadomić osobiście.
– Od kogo? – zdziwiła się.
– Niemal w tym samym czasie dotarły listy z Wycome i… – zrobiła krótką pauzę. Zafirka była pewna, że specjalnie. – Klanu Lavellan. – Jej oddech przyśpieszył i zimny pot wstąpił na plecy.
– Co się dzieje? – spytała, starając się ukryć zaniepokojenie. Odpowiedział jej Cullen

– W samym środku Wycome pojawiła się szczelina. Potrzebują Herold do jej zamknięcia. Nie wiedzą jak długo zdołają bronić się przed atakami demonów. Sieją spustoszenie w niższym mieście – zakończył. Elfka skinęła mu głowę w geście podziękowania i zwróciła się do Leliany.
– Co z moim klanem? –
– Konfilkt z Wycome. Ludzie z uboższej części miasta, czyli tam gdzie pojawiła się szczelina stwierdzili, że to klątwa od Dalijczyków. –
– Nie słyszeli o Wyłomie? – wtrąciła, ale Leliana nie przestawała mówić.
– Są bezradni, demonów tylko przebywa i dopóki nie zamkniesz szczeliny, sytuacja będzie beznadziejna. Atakują klan, myśląc, że zmuszą ich do cofnięcia zaklęcia. – Elfka przestąpiła z nogi na nogę, czując jak wściekłość w niej narasta. – Komendant pokaże ci listy– zakończyła.

Szybkim krokiem podeszła do mężczyzny, całkowicie go ignorując i niemal wyrywając pergamin z jego dłoni. Uniosła papier drżącymi rękoma. Przełknęła ślinę i zaczęła czytać. Zrozumiała z całej treści tyle, że w Wycome wyższa część miasta, czyli szlachta, zamknęła bramy odgradzając się od niższego miasta i zostawiają niższych klasą na pastwę demonów.

List z klanu napisany znajomym charakterem pisma Eolli i podpisany jej imieniem sprawił, że poczuła narastającą gulę w gardle. Prosiła o pilną interwencję. Dlaczego zawołanie o pomoc napisane zostało przez Pierwszą? Gdzie był Opiekun. Gdzie był jej ojciec? Przeczytała ponownie, starając się znaleźć jakąś wskazówkę. Żadnego wytłumaczenia. Niczego.

Przez moment świat zawirował jej przed oczami, aż straciła równowagę wpadając na stół. Oparła się o niego, ciężko oddychając. Podała listy mężczyźnie i pochyliła się nad mapą, starając się zapanować nad drżącym ciałem. Wpatrzyła się w jeden punkt, jakby próbując przez niego zajrzeć do klanu. Chciała wiedzieć co się dzieje z jej ojcem, z Nanaelem i najmłodszymi elfami. Przełknęła ślinę, panika nie pomoże a tylko pogorszy sytuację. Uniosła głowę i starała się skupić na oddechu. Zauważyła, że ją obserwują. Ułożyła dłonie wzdłuż ciała. Josephine byłaby dumna z jej profesjonalizmu.
– Musimy udać się do Redcliffe. – przypomniała najspokojniejszym głosem, jaki z siebie wydobyła.
– W Redcliffe sytuacja jest stabilna i nie trwa tam inwazja demonów mordujących mieszkańców. – stwierdził z przekąsem komendant.
– Do Redcliffe wyślemy więcej naszych ludzi. Gdy sytuacja się zmieni, dadzą nam znak– uspokoiła ją szpiegmistrzyni. Przytaknęła, ale wciąż nerwowo zerkała na mapę.

– Najlepszym wyjściem będzie… – zaczął mężczyzna podchodząc obok niej i chwytając za znaczniki. Zajęła jego miejsce, ale nie odsunęła się. Przestało ją obchodzić wszystko związanego z naradą. Zrobiło jej się gorąco i poczuła, jakby miała zaraz eksplodować. Te zebranie nie miało sensu. Powinni w tej chwili ruszać, a nie tracić czas na bezsensowną paplaninę. – Załatwienie sprawy w Wycome. Za jednym razem rozwiążemy problem ze szczeliną i atakiem na klan Herold.
– Co w tym czasie z moim klanem? – wydała z siebie najspokojniejszy dźwięk, choć ogień w środku palił wszystko. Zacisnęła dłonie na krawędzi stołu. Cullen starał się jej wyjaśnić.
– Gdy szczelina zniknie, ludzie nie będą mieli powodu by obwiniać twój klan, Hero…– Zafirka czuła jak wściekłość rozlewa się po ciele. Trzepnęła dłonią w stół. Mężczyzna aż podskoczył, zaskoczony.
– Zawsze znajdą powód do atakowania elfów– zasyczała. Cassandra i Leliana spojrzały po sobie z kamiennymi twarzami.

– Możemy wysłać negocjatorów, gdy zamkniemy już szczelinę – zaproponowała siostra Słowik.
– Moja rodzina ginie! – krzyknęła drżąc ze złości – W dupie mam negocjatorów, jeśli będę musiała patrzeć jak palą ciała moich braci i sióstr.

– Mam inne wyjście Heroldzie – spróbował ponownie – Wyślemy naszych żołnierzy, aby pomogli Dalijczykom – zakończył z delikatnym uśmiechem. Popatrzyła na niego taksującym wzrokiem.

– Zaatakują każdego obcego, który wkroczy na ich teren. – wyjaśniła dość oschle – Nie rozróżnią Inkwizycji od napastników. Gdy ktoś znajdował się na naszej ziemi, nigdy nie patrzyliśmy na znaki. –poczuła dziwne ukłucie w piersi na myśl, o tym jak potraktowała komendanta. Chciał przecież pomóc jakoś rozwiązać konflikt. – Muszą im się pokazać, by nas wpuścili – zakończyła i uśmiechnęła się do niego przepraszająco. Nie potrafiła odczytać wyrazu jego twarzy. Obrócił się w stronę mapy, ostrożnie stawiając znaczniki.

– Komendancie, wraz z żołnierzami udacie się do Wycome i utrzymacie demony z dala od cywilów, do czasu przybycia Herold– zarządziła ostro Cassandra. Leliana i Cullen przytaknęli, lecz nie odezwali się słowem.
– Kiedy wyruszamy? – mruknął komendant, wyciągając kolejny pergamin i sięgając po pióro z cichym westchnięciem. Każdemu dała się odczuć nieobecność Josephine. Zawsze zajmowała się notowaniem wszelkich informacji. Przy niej wydawało się zdecydowanie mniej uciążliwe.
– Zdążymy wyruszyć jutro w południe? – zwróciła się do Cullena.
– Musisz wypocząć– naciskała Cassandra.
– Muszę zaopatrzyć się w więcej mikstur z Elfiego Korzenia. Nie mamy czasu na czekanie. Wycome nie ma czasu. Mój klan także go nie ma. – Kobieta przytaknęła.

Leliana podniosła głowę zza pergaminu, a kaptur zsunął jej się nieznacznie do tyłu, odsłaniając część rudych włosów.
– Kogo zabierasz ze sobą, Heroldzie? – spytała. Elfka zastanowiła się na moment.
– Cassandro, bardzo się przyda twoja siła. Pójdziesz ze mną? – zapytała
– Oczywiście – przytaknęła.
– Do tego wezmę Serę i Solasa. Mimo wszystko mój klan lepiej się będzie czuł w obecności kogoś z naszej rasy – wyjaśniła na spokojnie, przerzucając długie włosy na plecy.
– Weź kilku moich zwiadowców. Niebezpiecznie jest wysyłać tak małą liczbę osób na nieznaną liczebność wroga – zaproponowała szpiegmistrzyni.
– Masz rację. – Doświadczenie i piekąca rana dobrze o tym wiedziały.

Kolejne godziny spędzili ustalając trasę podróży, ilość potrzebnych żołnierzy oraz zasobów. Rozesłali także wieść o wyprawie. Gdy Zafirka opuszczała namiot żółwim tempem, na niebie widniał już księżyc. Na środku obozowiska paliło się ognisko, a wokół niego gromadzili się żołnierze i jej towarzysze. Varric, Sera i Byk. Ruszyła w ich stronę, gdy jej uwagę przykuła znajoma postać, kierująca się w stronę namiotu.

Rozchylał już płachtę w namiocie, gdy go zawołała. Zatrzymał się, spoglądając w jej stronę.
Ruszyła w jego stronę, starając się trochę przyśpieszyć. Dopiero gdy stanęła przed nim, uświadomiła sobie, że wcale tego nie przemyślała. Pragnęła zawrócić na pięcie i udać się na namiotu, ale po tym jak Solas kolejny raz uratował jej życie, zasłużył na więcej niż przelotne podziękowanie.

Spojrzała mu prosto w oczy. Nie bała się, nie miała czego.
– Hej– rzuciła. Przytaknął głową. – Chciałam tylko podziękować za ratunek, nie musiałeś…– zacięła się.
– To było konieczne. Musisz przeżyć, ponieważ jesteś potrzebna do zamknięcia wyłomu – odpowiedział. Auć. Zabolało. Przynajmniej jeden z nich był całkowicie szczery. Wiedziała, że gdyby nie znamię, już dawno byłoby po niej. Oraz wiedziała, że Inkwizycja ceni tylko jej znamię, nie jej osobę. Choć planowała to zmienić.

Skinęła głową, grzebiąc butem w ziemi
– To już kolejny raz – uśmiechnęła się. – Ma serannas Hahren – powiedziała. Przechylił głowę, zaskoczony.
– Hahren? – zdziwił się. Elfka poczuła się głupio, znów przyzwyczajenia z klanu wzięły górę. Gdyby nie fakt, że straciła dużo krwi, na pewno już by poczerwieniała.
– Jesteś starszy prawda? Przynajmniej tak mi się wydawało – zacięła się, wpatrując tępo w bliznę na czole elfa. Zdawało jej się, że dostrzegła zarys uśmiechu.
– Na pewno starszy od ciebie – odpowiedział krótko. Odgarnęła nerwowo włosy do tyłu, starając się nie okazać zaniepokojenia. Rozmowa wcale się nie kleiła, a atmosfera zrobiła się niezwykle chłodna. Usłyszała za sobą śmiech Byka. Przynajmniej oni mieli niezłą zabawę.

– Idziesz już spać? – palnęła bez zastanowienia, spojrzawszy na namiot, przy którym stał.
– Miałem taki zamiar. Jutro wyruszamy do Wolnych Marchii, czyż nie? – Wiedziała że mu przeszkodziła. Jednakże dopiero teraz poczuła, że naprawdę nie chciał jej towarzystwa. Postawiła krok w tył.
– Tak, znów podróżować przez morze – wzdrygnęła się, wpatrując w las za nim. Planowała pożegnać się i pozwolić mu wejść do namiotu, lecz z ust wyrwało jej się pytanie – Skąd pochodzisz?- boleśnie ugryzła się w język, trochę za późno.
– Dlaczego chcesz to wiedzieć? –zapytał.
– Pracujemy razem, więc pomyślałam…– zawahała się i zamilkła. Wiedziała, że była beznadziejna. Opuściła wzrok.
– Pochodzę z małej wioski na północy. Nic ciekawego. – odpowiedział. Odetchnęła z ulgą i podniosła głowę.
– Dla ciebie może nieszczególnie ciekawe – uśmiechnęła się– Ale dla kogoś, kto spędził całe życie w jednym lesie, to jest niesamowicie interesujące.
– Wszystko zależy od perspektywy, prawda? – Skinęła głową. – Cieszysz się z wyprawy do twojego klanu? – zapytał. Zawahała się na moment nad odpowiedzią, lecz nie potrafiła dobrze kłamać.
– Cieszę się, że im pomożemy. Jednak naprawdę będę szczęśliwa, gdy wrócimy do Azylu.
– Niemiłe wspomnienia? – obrócił się w stronę lasu, spoglądając na nią pytającym wzrokiem. Zaskoczył ją tą propozycją. Przed chwilą wydawał się niechętny rozmowie. Przytaknęła, wolno kierując się do przodu.

– Tak jakby. Po prostu nigdy nie nadawałam się do życia w klanie– zaśmiała się gorzko.
– A twoi rodzice, nie oczekują twojego powrotu? – Obrócił lekko głowę na nią.
– Nie jestem już dzieckiem, Hahren – parsknęła –Chociaż ojciec jedchybao tym zapominał. Cały czas się martwi – pokręciła głową z niedowierzaniem. Solas zatrzymał się na zboczu wzgórza, spoglądając na tereny pod nimi. Elfka podeszła i wstrzymała oddech. Widziała z tego miejsca całe Zaziemie. Omiotła wzrokiem cały horyzont. Odetchnęła głęboko, czując jak delikatny wiatr smaga jej twarz.
– A twoja matka? – zapytał.
– Zginęła, jak miałam pięć lat – odrzekła cicho, kucając nad krawędzią. Rana zapiekła niemiłosiernie.
– Ojciec się tobą zajmował? – Spojrzała w górę na jego chmurne oczy. Nie potrafiła odczytać z nich zupełnie nic. Dreszcz przeszedł jej po plecach.

– Nie. Opiekun musiał zajmować się klanem. Wychowywałam się zazwyczaj sama, lub z innymi młodzikami– mówiła – Ale byłam nieusłuchanym dzieckiem i ciągle uciekałam w głąb lasu, dopóki nie nastraszyli mnie opowieścią o Straszliwym Wilku, który pożera małe, zagubione w lesie elfy – Zaśmiała się. Obrócił głowę w jej stronę.
– Słucham? – uniósł jedną brew wyżej.
– Opowiedzieli mi jakąś krwawą historię o małej elfce i krwiożerczym Fen'Harelu. – Elf prychnął tak niespodziewanie, że aż podskoczyła – Przez kolejne 6 lat nie miałam odwagi wejść do lasu, dopóki nie uznałam, że to było niemożliwe.
– Dalijczycy – parsknął – jak zawsze niedobór wiedzy uzupełnią wyssanymi z palca historyjkami – zakończył wyraźnie oburzony. Obejrzała się w jego stronę z zaciekawieniem.

– Zauważyłam, że nie przepadasz za Dalijczykami, prawda Solas? – zapytała.
– Są jak dzieci, które odgrywają źle zapamiętaną i tysiące razy powtarzaną opowieść. Kiedy oni przekazywali sobie legendy, przeinaczając fakty, ja podróżowałem po Pustce. Widziałem wydarzenia, o których nie mają pojęcia – wyjaśnił. Eflka nieznacznie posmutniała. Przytuliła kolana do piersi

– Ir abelas, Hahren. Gdyby Dalijczycy wyrządzili ci krzywdę, to bym ją naprawiła – zaczęła delikatnie – W końcu…. Czy możesz im wskazać jakąś lepszą drogę, od tej jaką obecnie podążają? – zapytała. Popatrzył na nią wyraźnie zaskoczony. Westchnął cicho.
– Masz rację, oczywiście. To moja wina, że spodziewałem się po Dalijczykach, czegoś co ich przerasta. Ir abelas– zawahał się na moment, by dodać z powagą – da'len. Jeśli mogę ci coś wyjaśnić to pytaj. – Uśmiechnęła się szeroko i klepnęła ziemię obok siebie.
– Lepiej usiądź, ponieważ mam dużo pytań. – zaśmiała się a gdy zajął wskazane miejsce zasypała go lawiną pytań, na które odpowiadał wyczerpująco. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami, słuchając uważnie, zafascynowana historiami z Pustki.

Gdy wracała do obozu, niemal wszyscy już spali. Udała się w stronę tlącego się jeszcze ogniska, gdy ujrzała przed sobą znajomego mężczyznę niosącego pochodnie. Obrócił się gwałtownie słysząc jej kroki.
– Heroldzie, zaskoczyłaś mnie – wykrztusił.
– Dobry wieczór, komendancie. – skinęła głową.
– Nie masz żadnego światła. Odprowadzić cię do namiotu? – zaśmiała się głośno. Miała naprawdę dobry humor, po usłyszanych opowieściach.
– Widzę w ciemności, ale chętnie się dowiem, gdzie jest mój namiot – odpowiedziała. Cullen uśmiechnął się delikatnie.
– No tak, widzicie po ciemku – podrapał się po głowie – Jak dobrze?
– Ciężko mi porównać, bo nie wiem jak bardzo nie widzisz – zaśmiała się ponownie. Zabrzmiało to dziwniej niż chciała, by brzmiało. Pokiwał głową.
– Faktycznie ciężko by było. Nikt nie powiedział gdzie śpisz? Choć pokaże ci – zaproponował. Przytaknęła i pokuśtykała za nim.

Ogłaszam wszem i wobec, że to ostatni rozdział na
Jeśli ktoś pragnie więcej, zapraszam na wattpad i archiveofourown pod tymi samymi nazwami :)

Bardzo przepraszam za utrudnienia.