Rozdział 9

Z zaciśniętymi ustami obserwowałam ulice Nowego Jorku przyprószone śniegiem. Zawsze marzyłam o mroźnej i białej zimie, takiej, jaką pokazują na filmach, jednak przez te wszystkie lata, kiedy tu mieszkałam, zima była bardzo łaskawa.

Ale w tym roku zaskoczyła wszystkich. Było naprawdę pięknie. Śnieg był biały i puszysty, a parki przypominały krainy śniegu. Było magicznie.

I przez moment, kiedy staliśmy na czerwonym świetle i obserwowałam dzieci rzucające się śnieżkami, zapomniałam o całym napięciu, które mi towarzyszyło, kiedy wsiadałam do tego samochodu.

I, że sam Niklaus Mikaelson siedzi tuż koło mnie i kieruje tym niewyobrażalnie drogim samochodem tak swobodnie, że jest to zadziwiające. I, że odwozi mnie do domu.

Westchnęłam cicho.

- Od kiedy znasz Elenę i Bonnie? - Spytał cicho.

Boże, ta cisza w tym samochodzie mnie zabijała.

Zerknęłam na niego. Skupiony, a zarazem lekko rozluźniony trzymał kierownice jedną ręką, drugą opierał na kolanie i jednym kciukiem podtrzymywał kierownice u dołu.

Czy tylko ja miałam takie dziwne uczucie będąc obok niego? Ta niewiedza? Te okropne uczucie oczekiwania, co się wydarzy.

- Od małego. - Mruknęłam.

- Musisz być z nimi bardzo blisko.

Zdziwiona przegryzłam wargę. Powiedział to tak, jakby to było zaskoczeniem roku.

- Ta, Mikaelson. Ludzie są ze sobą blisko, kiedy cały świat nie zasłaniają im pieniądze. - Stwierdziłam z gorzkim uśmiechem.

W jedną sekundę stężał i zacisnął usta. Patrzył przed siebie z większą zaciętością. Przymknęłam oczy. Byłam za ostra. Przegryzłam wargę.

- Przepraszam, nie chciałam. - Nie wyglądał na radośniejszego. - Naprawdę, dziękuje za wszystko. Za szpital i w ogóle, obiecuję wszystko spłacić.

Na jego twarzy powoli pojawił się drwiący uśmiech. Chyba nie przyjmie moich pieniędzy. No trudno, nie poddam się.

Dotknęłam skroni. Dobra, będę miła. Choć przez chwile.

- Więc, jak spędzisz święta? – Spytałam.

Święta. To był miły temat, prawda?

- W domu.

- Z rodziną?

- Nie. - Odpowiedział krótko.

Och, to już nie było miłe. Dla niego. Spędzi święta sam?

Obserwowałam go ukradkiem, kiedy spojrzał na mnie. Uśmiechnął się olśniewająco, puszczając mi oczko.

Mrugnęłam parę razy, kiedy znów, z tym samym drapieżnym uśmiechem obserwował drogę. Boże, a teraz tak nagle co mu poprawiło humor?

Nie był piękny. Nie. Był przystojny, męski i seksowny. Nie w sposób, jacy są modele na wybiegach w czerwonych spodniach. Był przystojny w ten charyzmatyczny i magnetyczny sposób. Przede wszystkim przez te błękitne oczy, które świdrowały twoje całe ciało.

W białej, zwykłej koszuli i czarnej marynarce wyglądał znakomicie. Nawet te rozczochrane włosy dodawały mu świetnego uroku.

Zerknęłam na swoje ciuchy.

Zwykłe czarne rurki, szara bluza, a na nią czarna skóra. Blond włosy związane w kitek. Zero makijażu. Co on we mnie widział? O ile w ogóle widział. Może po prostu chciał się zabawić, a ja po prostu odmówiłam i teraz dąży do tego, abym zmieniła decyzje.

Mimo to, Mikaelson jednak nie bez powodu cały czas gdzieś się ze mną nieoczekiwanie spotykał, prawda?

Uśmiechał się. Znów był zrelaksowany, nawet włączył radio i bębnił palcami o kierownice do rytmu piosenki.

To był tak normalny widok, że wydawało mi się to zadziwiające.

Teraz, albo nigdy, Care.

- Dlaczego to robisz? - Spojrzał na mnie z podniesionymi brwiami. Ścisnęłam palce. - Dlaczego ubiegasz o mnie?

A co jeśli on tego nie robi, a ja źle odebrałam znaki? Co za wstyd. Czekałam już, aby się roześmiał pobłażliwie, jednak zamiast tego, spojrzał na mnie na sekundę, uśmiechając się szeroko.

- Już ci mówiłem, Caroline. - Wzruszył ramionami. – Nie lubię, kiedy ktoś mi odmawia.

Sapnęłam cicho. No tak, czego innego miałam się spodziewać po Mikaelsonie?

- Tylko tyle? - Szepnęłam. - Zwykła chęć dążenia do swojej racji? - Zmarszczył czoło, jego uśmiech nieco zelżał. Nie odpowiedział. Zmrużyłam oczy. - No cóż, już ci mówiłam. Nie zmieniam swoich decyzji, Niklaus.

Roześmiał się cicho. Chyba naprawdę dobrze się bawił.

- A co z negocjacjami? – Spytał zaciekawiony

Machnęłam lekko ręką.

- Nie jesteś tym typem, który negocjuje. Wszystko, albo nic.

Przytaknął po chwili. Zatrzymał się tuż pod moim blokiem.

- Masz racje, nie negocjuje.

Prychnęłam, kiedy wyskoczył z samochodu i nie wiedzieć, kiedy, znalazł się już przy moich drzwiach i chciał je otworzyć. Wyprzedziłam go i szybko wyczłapałam się z tego cuda. Uśmiechnęłam się złośliwe.

Stanęłam na środku chodnika, szukając kluczy po kieszeniach.

- Caroline!

Spojrzałam przed siebie. Klaus stał na schodkach przetrzymując otwarte drzwi od kamienicy, w której mieszkałam. Koło niego przeszła moja sąsiadka, która akurat wychodziła. Oglądnęła się za nim parę razy, a potem spojrzała na mnie, nie dowierzając.

Ta, ja sama nie wierzyłam.

Wchodził do mojego bloku?

Ruszyłam do niego, wyminęłam go w drzwiach i ruszyłam do góry, po schodach. Mikaelson szedł tuż za mną.

Co on sobie myśli?

Wdrapałam się na trzecie piętro i oparłam się o drzwi od mojego mieszkania nieco zziajana. Klaus pojawił się naprzeciwko mnie już po paru sekundach, także opierając się o drzwi.

Uspokoiłam oddech, próbując udawać, że w ogóle się nie zmęczyłam. Za to Klaus wyglądał świeżo, jak nigdy.

Posłałam mu pytające spojrzenie.

- Nie wpuścisz mnie? - Spytał niewinnie, przechylając głowę na bok. Doskonale wiedział, że tego nie zrobię, ale sama gra sprawiała mu radość.

- Nie. - Odpowiedziałam głośno.

- Dlaczego? Przecież nie przypominam psychopaty.

Zachichotałam, obserwując jego naburmuszoną twarz.

- Czasami przypominasz.

Roześmiał się, kręcąc głową.

- Kiedy jesteś blisko stanu uśpienia potrafisz być bardzo miła i słodka.

Faktycznie, nie za bardzo komunikowałam. Dochodziło do mnie tylko to, że Mikaelson wygląda nadzwyczaj uroczo, kiedy się śmieje.

- Ja zawsze jestem miła i słodka, Niklaus.

Spojrzał na moje usta. Hej, nagle się obudziłam. Po chwili zerknął na mnie z błyskiem w oku.

- Dlaczego mówisz do mnie Niklaus? - Swoje pełne imię wymówił z odrazą, na co znów zareagowałam chichotem.

Wzruszyłam ramionami.

- Dziewczyna musi mieć swoje sekrety. Poza tym, ty... - Wbiłam mu w pierś swój wskazujący palec, chyba nie wiem już po raz który w czasie naszej znajomości. -... sam nie jesteś najszczerszy, co? Dziwny z ciebie facet. Zachowujesz się, jakbyś miał dwie twarze i nie mogę się zdecydować, którą wole bardziej.

Boże, co ja wygaduję?! To przez brak snu, na pewno. Bonnie mówi, że kiedy długo nie śpię to zaczynam się zachowywać, jak pijana.

Uśmiechnął się szarmancko. Z dołeczkami. O boże.

Mikaelson miał dołeczki. Nie zauważyłam tego wcześniej. Albo po prostu nigdy tak się nie uśmiechał.

- Chyba tę. - Mruknęłam bez tchu.

- Będę pamiętać.

Przełknęłam ślinę, czerwieniąc się lekko. Całe szczęście, że na klatce było jeszcze w miarę ciemno.

Uśmiechnęłam się miło.

- Śpię na stojąco. Chociaż trudno przechodzi mi to przez gardło, to dziękuje. Za wszystko. - Otworzyłam drzwi i stanęłam w nich. Spoglądał na mnie ciekawie. – Do widzenia, Niklaus.

Skinęłam na pożegnanie.

- Do zobaczenia, Caroline.

Zamknęłam drzwi, uświadamiając sobie, że w jego ustach zabrzmiało to, jak groźba.


- Przyrzeknij.

Przewróciłam oczyma, gromiąc wzrokiem moją prywatną komórkę. Po chwili znów przystawiłam ją do ucha.

Uśmiechnęłam się nonszalancko, kiedy swój środkowy palec u prawej ręki zahaczyłam o wskazujący.

- Przyrzekam. - Wysapałam nieszczerze.

- Nie wierzę ci. - Oskarżycielki ton Eleny doprowadzał mnie do szału. Wyrzuciłam swoją prawą, wolną rękę w górę, w geście rezygnacji.

- No i co ja ci na to poradzę? - Wysyczałam.

Chciałam dobrze. Tylko tyle.

- Caroline...- Mruknęła ostrzegawczo.

- Wiesz, co? Powinnaś być mi wdzięczna. Oliver cię olał, a ja chcę go przywołać do porządku, a ty, co robisz? Nie pozwalasz mi działać? A ja w ogóle potrzebuje twojego pozwolenia?

Elena westchnęła sfrustrowana.

- To będzie dziwnie wyglądało. Tak, jakbym była w desperacji.

Bo jesteś. Ale tego jej nie powiem.

- Minęło trzy dni. Wczoraj wróciłaś do domu, a od Olivera nadal ani słychu ani widu. A do pracy przychodzi, jakby nigdy nic. A, że ty nie masz wystarczająco tupetu, aby się z nim skonfrontować, w co on pogrywa, a więc w takiej sytuacji, do akcji wkracza przyjaciółka. Czyli ja.

Uśmiechnęłam się z satysfakcją, kończąc swój monolog. Dochodziła już piąta, więc zaczęłam bębnic palcami o stół z niecierpliwością.

- Tylko nie powiedz nic głupiego. Pamiętaj, że to twój szef.

Zmrużyłam oczy.

- Ta. Muszę kończyć. Pa.

Odłożyłam komórkę do torby i zabierając ją ze sobą ruszyłam do biura Olivera. Zapukałam trzy razy i otworzyłam drzwi.

Zdesperowany rozglądnął się po całym pokoju, szukając ewentualnej drogi ucieczki. Przynajmniej tak to wyglądało.

Uśmiechnęłam się słodko stając przy jego biurku.

- Jak miło cię widzieć, Ollie. Ostatnio jakoś mi uciekałeś.

Odchrząknął, patrząc na mnie spode łba.

- Tak wyszło.

Przytaknęłam powoli, mrużąc groźnie oczy.

- Nie jesteś w żadnym stopniu ciekawy? - Spytałam.

- Ciekawy, czego?

Wybałuszyłam oczy.

- Wiesz, co, Oliver? Miałam być miła i uprzejma, ale Elena jest dla mnie, jak siostra i nie mam zamiaru stać bezczynnie i patrzeć, jak kolejny facet ją rani.

Widziałam, jak pod marynarką napinają mu się mięśnie. Tym razem nie odwrócił wzroku.

Po krótkiej chwili kiwnął głową, uśmiechając się smutno.

- Elena ma szczęście, że ma ciebie, jako przyjaciółkę.

Posłałam mu gorzki uśmiech.

- A ty pecha. - Wbił wzrok w coś ponad moją głową i wyglądał, jakby udał się do krainy wspomnień. - Oliver?

Zerknął na mnie, przegryzając wargę, w jego zielonych oczach widać było wahanie. Zmarszczył brwi.

- Kiedy Elena zemdlała, tam, na tym przejęciu...- Przymknął oczy, kręcąc głową. – Widziałem, jak osuwała się na ziemie, jak zamykają jej się oczy, a po chwili nie przypominała już żywej. I poczułem się...pusty.

Zmarszczyłam nos. To zła rzecz czy dobra?

- I to było straszne. Byłem tak przerażony, że coś jej się stało, że nie wiedziałem co się dzieję. I w szpitalu uświadomiłem sobie, że coś do niej... - Westchnął cicho. -... czuję.

Alleluja!

- Dlaczego mówisz to tak, jakby to było czymś złym?

- Nie, po prostu, przestraszyłem się tego wszystkiego. Znam Elenę krótko, ale oszalałem na jej punkcie. Potrzebowałem czasu.

Uśmiechnęłam się radośnie. Oszalał na jej punkcie. Ha. Nie mogłam nie zauważyć radosnego błysku w jego oczach.

- Obyś traktował ją dobrze, Oliverze, bo potem to ja będę tą, której będziesz się musiał bać.

Roześmiał się cicho.

- Chyba za dużo ci pozwalam. Nadal jestem twoim szefem.

Wzruszyłam ramionami nonszalancko.

- I tak mnie nie zwolnisz. Jestem zbyt dobra.

- Cóż za pewność siebie. - Stwierdził rozbawiony.

- Jestem prawnikiem. To dobra cecha w tym zawodzie.

Oliver przytaknął. Wydawał się spokojniejszy. Już byłam przy drzwiach, gdy odwróciłam się i mruknęłam:

- Zrób mi przysługę i zadzwoń do niej. Jest nieznośna, nie wiedząc, na czym stoi.

Puścił mi oczko.

- Uwierz mi, zadzwonię.


No i jak? Podoba się? Czy może coś jest nie tak? Śmiało :) Mówiłam, że dodam następny rozdział wcześnie, no i proszę bardzo, mamy nowy rozdział :D Dziękuję chyba po raz dziesiąty WSZYSTKIM, którzy czytają te opowiadanie, nawet jeśli im się zbytnio nie podoba, ale nadal tracą swój czas na moje wypociny :D Dziękuję też tym, którzy piszą swoje opinie :) Doceniam to wszystko i mam nadzieję, że kolejne rozdziały spodobają się ;)