Drogi ojcze

Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego sposobu na spędzanie urlopu….

Okolica jest naprawdę śliczna. Nie przypuszczałem nawet, że może mi się spodobać, mimo wyraźnych braków w wystroju tutejszych pomieszczeń.

Powierzone mi aktywa udało mi się bez problemów na granicy dowieźć do miejsca przeznaczenia. Muszę się jednak upewnić, czy tutejszy bank jest godny zaufania. Gdyby okazało się inaczej, poszukam innego miejsca do inwestycji.

Tymczasem jednak dbaj o moją drużynę. Wkrótce wrócę i chcę by wystąpili w pełnym składzie, o ile będzie to w ogóle możliwe.

Pozdrów wujka Severusa jak będziesz go widział i przekaż moje gorące całusy mamie. Wczoraj widziałem coś ślicznego, co mogłoby nieco osłabić jej zły nastrój w związku z moim wyjazdem.

Z wyrazami szacunku

D.

##

#

Lucjusz poprawił swoją szatę. Weasley obiecał mu, że minister będzie tu o piętnastej. Teraz było dwadzieścia minut później, a on się spóźniał. A jeśli się rozmyślił? Obawiał się blondyn.

Ale wtedy ogień w jego kominku pozieleniał i zjawił się w nim Shacklebolt.

- To niesłychany zaszczyt gościć pana w moich skromnych progach. – powiedział Malfoy kłaniając się z gracją. Uśmiechnął się uprzejmie. – Czy życzy pan sobie koniaku? A może mógłbym zaoferować ognistą whisky?

- Poproszę. – odpowiedział łysy mężczyzna wskazując kieliszki do koniaku. – Poinformowano mnie, że ma pan jakiś niezwykle ciekawy projekt.

- A tak. Proszę siadać. Zaraz skrzaty podadzą przekąski. Jak minął poranek? – zapytał strzelając palcami. Na stole pojawiły się różne potrawy, raczej lekkostrawne.

- Znakomicie. – odpowiedział mężczyzna sięgając po pasztecik z migdałami.

- Słyszał pan te okropne pogłoski, że aresztowano naszego drogiego Harrego Pottera? – Lucjusz obserwował dokładnie mięśnie na twarzy mężczyzny, próbując dostrzec jakieś wskazówki co do potencjalnego przebiegu rozmowy. Nie znalazł nic. – To oburzające. Jestem pewny, że zaszła jakaś pomyłka. – ciągnął dalej temat.

- Obawiam się, że to nie plotki. – odparł ten, nie spuszczając swoich ciemnych, czujnych oczu z Lucjusza. – Ale pan to już wie. Prawda panie Malfoy? Był pan przy aresztowaniu zarówno jego jak i profesora Snape'a. – spojrzał na niego przenikliwie.

- Ach, więc doniesiono panu. – Lucjusz machnął niedbale dłonią. – Tak. Miałem tą wątpliwą przyjemność obserwować jak jakiś niekompetentny kretyn okalecza mojego przyjaciela. Wystosowałem już pismo w tej sprawie. Będę żądał w jego imieniu zadośćuczynienia. Zapewne panu wiadomo, że na czas jego niedyspozycji zostałem wyznaczony, by monitorować prawidłowy przebieg tej sprawy. Z uwagi na dość okrojone umiejętności pracowników biura aurorów, zażądałem wykluczenia legilimentów z przesłuchań. Severus jest zbyt słaby w tych okolicznościach. Obawiam się, że mogłoby to tylko spowodować więcej szkód dla jego osoby…. a co się tyczy natomiast pana Pottera … cóż, chyba nie spodziewacie się, że będzie kłamał po tym wszystkim co zrobił dla nas. – powiedział spokojnie. Ciemne oczy ministra przewiercały go niemal na wylot.

- Oczywiście nie pozwolę by któremuś z nich stała się krzywda. Nie wiem czy jest pan świadomy, ale troszczę się całym sercem o dobro tego chłopca. – odparł minister po chwili ciszy, mrużąc lekko swoje lisie oczy.

- To powszechnie znany fakt, że współpracował pan z Zakonem i chłopcem. To naprawdę szlachetne z pana strony. Wierzę, że dzięki zasługom w walce z Czarnym Panem piastuje pan dziś to stanowisko. – Lucjusz skrzywił się na samą myśl, że musi być miły dla człowieka, który pomógł umieścić go kiedyś w Azkabanie.

- Pan też współpracował swojego czasu z Severusem. Byłbym skłonny panu podziękować publicznie za pana wkład w nasza sprawę. Za dzielenie się informacjami mogącymi pogrążyć Voldemorta. To na prawdę niezwykłe, by człowiek z pana pozycją narażał się tak dla większego celu. – powiedział Kingsley. Lucjusz uśmiechnął się nieznacznie.

- Nie samą mocą człowiek żyje. – odparł enigmatycznie. Cholera, Sev, coś ty mu nagadał? Miał ochotę polecieć teraz do Munga i natłuc mu do tej jego pustej głowy. Gdyby inni Śmierciożercy dowiedzieli się o tym, byłby martwy. Dlaczego skłamał? A potem sobie przypomniał, że prawdopodobnie to uratowało go przed trafieniem ponownie do tego zapomnianego przez bogów więzienia.

- Proszę mi też wybaczyć, ale nie zrozumiałem tego absurdalnego zarzutu. Czy ministerstwo zmieniło w tajemnicy przepisy? Zabraniając zupełnie w czarodziejskiej Anglii używać czarnej magii? Ostatnio tylko trzy zaklęcia niewybaczalne były na czarnej liście. Wierzę, że ani Severus, ani tym bardziej nasz znakomity pan Potter nikogo nimi nie uraczyli. A na pewno nie po wojnie. – kontynuował tyradę Lucjusz.

- Ale też i nie o morderstwo się ich oskarża. – prychnął minister biorąc duży łyk alkoholu.

- Jaki jest więc dokładny zarzut? Jako przedstawiciel-

- Tak, tak. – machnął dłonią minister. – O wskrzeszanie zmarłych. O zatajenie tego faktu i pomoc w ukrywaniu się nielegalnym czarodziejom.

- To jakiś absurd! Wie pan doskonale, że to jest niemożliwe.

- W tej akurat dziedzinie różne źródła mówią co innego.

- Gdzie zatem jest ten czarodziej? Wierzę, że chcieliby wskrzesić dyrektora szkoły.

- Zupełnie nie o niego chodzi. Kilka miesięcy temu aurorzy zanotowali dziwne zawirowania magii w Dolinie Godryka. Świadkowie donoszą, też jakoby widziano tam panów Snape'a i Pottera.

- To chyba nie zbrodnia przebywać w domu rodzinnym, bo tam, zdaje się urodził się chłopak. – prychnął Lucjusz. Zaczynał się irytować. Jeśli ktokolwiek donosił, że widział ich, musiał widzieć też i jego. Dlaczego to zataił? W co pogrywał tajemniczy oskarżyciel? Jednak ministerstwo zdawało się wiedzieć zbyt wiele w jego skromnej ocenie.

- Dużo pan wie jak na postronnego człowieka. – zarzucił mu Shacklebolt

- Tak się składa, że mój syn zatrudnia pana Pottera w swojej drużynie quidditcha. Udzielił mi więc kilku niezbędnych informacji.

- Których oczywiście wcześniej pan nie posiadał, pracując dla Voldemorta. – mężczyzna spojrzał na niego wyzywająco. Lucjusz zacisnął szczęki. Ten gnojek śmiał go prowokować.

- Nie to należało do moich obowiązków u boku Czarnego Pana. – odpysknął.

- Panie Malfoy. – warknął zirytowany mężczyzna. Lucjusz pojął, że ich rozmowa zmierza na niewłaściwe ścieżki.

- Błyskotku, jak cudownie. Ciasteczka. Dziękuję. – powiedział do skrzata, który jak na rozkaz pojawił się z tacą gdy tylko jego imię zagościło na ustach właściciela. Lucjusz z uprzejmym uśmiechem na ustach zwrócił się w kierunku gościa. – Panie ministrze. Proszę. Najnowsza receptura wypieku. Moje skrzaty nauczyły się jej na wymianie międzynarodowej. – podał mu talerz i dolał alkoholu do kieliszka. – A teraz przejdźmy do celu pańskiej wizyty. Rozważałem ostatnio oddanie pewnej sumy na ministerstwo. Przypomniałem sobie jednak w ostatnich dniach, iż mam w centrum miasta niepotrzebny zupełnie budynek, który pańscy urzędnicy mogliby wykorzystać w odpowiedni sposób. Planowałem go sprzedać niebawem, ale doszły do moich uszu pogłoski, że ministerstwo poszukuje miejsca na salon rozrywki dla czarodziei. Miejsca, gdzie rodziny przybywające z innych miejscowości mogłyby spędzić konstruktywnie czas, nawet z dziećmi i zwierzątkami. – Lucjusz wypluł swoją ofertę licząc, że zrozumieli się dostatecznie z tym przebiegłym człowiekiem przed nim. Bał się pomyśleć jak toczyła by się wojna gdyby to on od początku był na tym stanowisku zamiast Knota, czy tego barana, który nastał po nim.

- To bardzo miło z pana strony. Obawiam się jednak, że miasto nie potrzebuje wybiegu dla domowych kotów. – Lucjusza zmroziło. Śmiał odrzucić ofertę? Mimo, że chodziło jedynie o Legilimencję? Musiał przecież zrozumieć… po chwili milczenia minister dodał jednak bardzo powoli. – Ale skoro wspomniał pan o budynku… planuję założyć wydział do spraw zarządzania odwłaszczeniem skrzatów domowych. – uśmiechnął się złośliwie.

- Słucham? – zakrztusił się niemal Malfoy

- W dobie dbania o równouprawnienie wszystkich magicznych stworzeń, planuję założyć biuro pomocy maltretowanym skrzatom. Mieściłby się tam ośrodek wsparcia dla bezrobotnych i bezdomnych. Przyjaciółka pana Pottera, pani Hermiona Weasley, podała nam ten pomysł pod rozwagę już jakiś czas temu. Teraz nadarza się okazja, by zbadać ile skrzatów jest niesprawiedliwie traktowanych w swych domach. – tłumaczył minister

- To znakomity pomysł. – pochwalił Lucjusz na głos. W duchu przeklął właśnie wszystkimi znanymi epitetami, a było ich naprawdę sporo, Pottera i tą jego przyjaciółeczkę. Przypomniał sobie upokarzającą sytuację, gdy gówniarz odebrał mu podstępem jego irytującego skrzata. A żebyś zgnił w tym Azkabanie. Pomyślał. Ty i twoi koledzy. – Myślę, że budynek o którym wspomniałem nada się idealnie do pańskiego projektu.

- Znakomicie. Dobrze wiedzieć, że są w tym kraju czarodzieje skłonni walczyć o równość w społeczeństwie. – powiedział, a Lucjusz miał wrażenie jakby naigrywał się z niego.

- Nie wyobrażam sobie niczego innego, niż pomoc niesprawiedliwie traktowanym. Przyślę zatem jutro odpowiednie dokumenty. – powiedział uśmiechając się do swojego gościa. – A wracając do pana Pottera, zakładam, że mógłby odpowiadać z wolnej stopy.

- Obawiam się panie Malfoy, że to za wiele. Prasa już w tym momencie rozpętała dzikie piekło, ma pan tego świadomość. Biuro aurorów na pewno będzie chciało zabezpieczyć go do końca postępowania, w obawie przed ucieczką. Podobnie rzecz się ma z Severusem, może nie jest już szpiegiem, ale mają świadomość jak wiele kontaktów zgromadził w swoim życiu.

- Nie rozumiem, czemu mieliby uciekać. To nie tak, że znaleźliście żywego Dumbledora przecież. – prychnął z udawaną obojętnością.

- Nie, oczywiście, że nie. Albus nie żyje. Jednak mamy w areszcie pana Weasley'a.

- Artura? Słyszałem, że zbiera mugolskie śmieci, ale żeby zaraz areszt?

- Mamy jego syna, Freda. – odparł minister, uznając, że Malfoy jako obrońca w końcu i tak się o tym dowie.

- Ach, to najwyraźniej zmienia postać rzeczy. – Lucjusz spiął się w sobie, żeby się nie uśmiechnąć. Ci kretyni nadal nie domyślili się prawdy. - Czy mam przez to rozumieć, że do zakończenia procedur obaj pozostaną zamknięci? Jaki wymiar kary im grozi?

- To decyzja Wizengamotu. – odparł Kingsley – Wierzę jednak, że minister ma prawo głosu, gdyby okazało się prawdą to o czym piszą gazety. – Ach, więc połknął haczyk, ucieszył się blondyn. – Myślę, że byłbym w stanie przekonać naczelną radę czarodziei, by nie zmuszali ich do wypicia eliksiru blokującego magię, nawet gdyby miał działać tylko kilka lat.

- Cóż, najwyraźniej Severus dostał swój wyrok zaocznie. Skąd pewność, że Wizengamot nie będzie starał się udowodnić jakiejkolwiek bzdury, tylko po to by usprawiedliwić nieudolność systemu ścigania. Powiedziałbym, że to wygląda tak, jakby ktoś bardzo chciał pogrążyć bohaterów wojennych. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby być większa zniewaga dla społeczeństwa niż pozwolić na takie kalanie ich dobrego imienia.

- Proszę się nie martwić, panie Malfoy. Nie pozwolę ich skrzywdzić. Proszę nie zapominać, że doskonale znałem obydwu tych panów.

- Nie wiem czy nie jest na to za późno. – odparł Lucjusz dając się ugłaskać.

- Na pewno nie. Choć wie pan, ciekawi mnie jedna rzecz… pan się aportował z posiadłości pana Snape'a. Prawda? – Lucjusz przytaknął, choć znów zaczynał czuć się niepewnie. – Zastanawia mnie, czemu tak doświadczony w boju człowiek jak Severus, nie pomyślał o tym samym.

- Doprawdy nie wiem, dlaczego miałby? Cała ta sytuacja wydawała się raczej kiepskim żartem.

- Czemu zatem pan zniknął stamtąd tak szybko? Przecież nie był pan o nic oskarżony.

- Ach, to, widzi pan, panie ministrze… Jestem człowiekiem dość towarzyskim i miałem tego dnia zaplanowanych jeszcze kilka niecierpiących zwłoki spotkań. Nie mogłem sobie pozwolić na ich opuszczenie, podczas gdy pracownicy biura aurorów marnowali by mój cenny czas na nonsensowne pytania.

- Oczywiście. – parsknął mężczyzna wpatrując się z rozbawieniem w bladą twarz Malfoya

- Czy coś pan insynuuje panie ministrze?

- Nie śmiałbym. – Uśmiechnął się drwiąco. – Na mnie już czas. Dziękuję za pańską gościnność. Nie chciałbym nadwyrężać pańskiego napiętego grafiku. Będę oczekiwał dokumentów jutro rano. A tymczasem proszę się nie martwić. Tak mądry człowiek jak Severus nie mógł przecież wplątać się w tak niedorzeczne problemy. – uśmiechnął się serdecznie. – Jednak kwestia zmartwychwstania pana Weasleya musi zostać wyjaśniona. Do zobaczenia wkrótce.

- Miło było znów pana zobaczyć. Mam nadzieję, że nasze następne spotkanie odbędzie się w radośniejszych okolicznościach. Ślub pana Pottera już za pół roku, mam nadzieje, że do tego czasu wszystko będzie już tylko gorzkim wspomnieniem.

- Na pewno wcześniej pozostanie pan poproszony o udział w uroczystym otwarciu ośrodka dla skrzatów. – uśmiechnął się i wkroczył do kominka. Gdy zielone płomienie zupełnie zniknęły Lucjusz warknął. Bydle naigrywało się z niego bezczelnie, a on musiał to znosić ze stoickim spokojem. Gdyby nie złożona kilka dni temu wieczysta przysięga, wykopałby teraz Lily za drzwi i nie myślał o tych idiotach już nigdy.

##

#

- On wie. Lujcjuszu, on wie. Wie, że Sev nie miał mocy. Zna go. – usłyszał za sobą głos kobiety. Odwrócił się i dostrzegł jak ściąga z siebie sławetną pelerynę Pottera.

- Uspokój się kobieto. – warknął wciąż zirytowany. – Jeśli nawet wyrok będzie niepomyślny, to przecież nie skażą ich na jakiś absurdalny wyrok więzienia. Nie za wskrzeszenie.

- To za mało! Sev jest w szpitalu, a ja nie mogę do niego iść. A mój syn…-

- Harremu nic nie grozi. Azkaban to najbezpieczniejsze miejsce, zaraz po banku Gringotta.

- A jednak Harry się tam włamał. – powiedziała z przekąsem kobieta

- Potter jest niezwykłym młodym człowiekiem, który wsadza nos w tyłek rogogona węgierskiego i wychodzi cało z tego spotkania. – prychnął

- Ale jest w areszcie! – krzyknęła

- I co zamierzasz z tym zrobić? Iść do niego i dać się aresztować? Myślisz, że mu to pomoże, jak będziesz w celi obok? – Lily usiadła. Wpatrywała się Malfoya wściekłym spojrzeniem.

- Jesteś..-

- Logiczny? – zapytał marszcząc nos. – Na razie wiemy, że ministerstwo nie ma dowodów. Mają Georga i są przekonani, że mają Freda. Freda, którego jak dobrze wiesz, ukryliśmy dwa dni temu w Rumunii u jego brata. Na razie jest z tym najmłodszym. Ronaldem Weasleyem, z tego co mi wiadomo, i tą jego żonką. Draco wróci jak upewni się, że ten wskrzeszony tchórz nie zrobi tam niczego głupiego. Niech tam siedzą. Oni też byli gotowi włamywać się do tego przeklętego miejsca, jakim jest Azkaban. Co wy przeklęte Gryfy macie z tym wskakiwaniem w ogień za wszelką cenę?! Nikt was tam, w tej waszej wieży pokrytej czerwoną farbą nie uczył, że można się oparzyć? – prychnął

- Chcesz ślizgona? Podstępów? – syknęła wstając od stołu. Podeszła bardzo blisko niego i spojrzała mu w oczy. Widział jak jest wściekła. – Shacklebolt ma dwóch stałych partnerów, którzy o sobie nie wiedzą. Jak nie można z nimi po dobroci, to może przemocą i szantażem się da. A ta baba… ta Umbridge? Ona się znęca nad ludźmi. Ma w swoim domu szafę z naprawdę wymownymi narzędziami. Lepsze składowisko niż w twoich lochach.

- Skąd o tym wiesz? – spytał wpatrując się w jej zmrużone oczy. Wyglądała teraz jak żmija, która zamierza zaatakować.

- Wiem dużo Lucjuszu. – przysunęła się bliżej. Jej szept prawie pieścił jego ucho, gdyby nie ton z jakim wypowiadała te słowa, byłby urzeczony. – Wiem o twoich występkach. Wiem o twoich kłamstwach. O zdradach. Wiem o skrytce pod salonem. Wiem kto leży w trumnie w grobie Severusa.

- Powiedział ci? – zadrżał z wściekłości na Snape'a

- Nie Lucjuszu. Ja to wiem. Nie wiem czy zapomniałeś, ale przez ostatnie 20 lat byłam duchem. Wiem doskonale co się działo. Nigdy cię to nie zastanowiło czemu się tak szybko odnalazłam w tej rzeczywistości? – patrzył na nią przerażony. – Znam ludzi, którzy zbliżyli się choćby na metr do mojego syna albo Severa. Wszystkich. – spojrzała mu głęboko w oczy. Przełknął ślinę.

- Dlaczego Severa? – szepnął tylko

- Jak to? – spytała zdziwiona

- No byłaś, przy Harrym. Jest twoim dzieckiem. Ale przecież kochałaś Jamesa. Czemu szpiegowałaś Snape'a? Wiedziałaś, że jest po jego stronie. – zaśmiała się słysząc te słowa

- Nie szpiegowałam go. Ja byłam… jego patronusem. – Luciusz wciągnął z sykiem powietrze słysząc te słowa.

- To w końcu duchem, czy patronusem?

- Ciężko to wyjaśnić. Nie byłam przecież zjawą chodząca po zamku. Po prostu byłam przy nich.

- To przerażające. I obrzydliwe jednocześnie. Jak z całą tą wiedzą możesz w ogóle funkcjonować i patrzeć na ludzi i nie widzieć wszystkich wad?

- Bo ludzie składają się też z dobrych rzeczy. Nawet tacy jak ty. – szepnęła i uśmiechnęła się. Wróciła do stołu i czekała aż on spróbuje odzyskać swój dawny dystans i nonszalancję. Milczał wpatrując się przez chwilę w stół.

- Dobrze. Zatem ja się dowiem, kto będzie zasiadał w sądzie, podczas ich rozprawy. A ty sobie przypomnisz co wiesz o tych czarodziejach. – powiedział w końcu. Ona przytaknęła i przylewitowała sobie kubek z herbatą i upiła kilka łyków. Spojrzał na nią jeszcze raz i wiedział, że ciekawość zwyciężyła. – Musi być ciężko mieć tą całą wiedzę i zrezygnować z niej dla jednego człowieka.

- Dla dwóch. - Poprawiła.

- Teraz może nawet i kilku. Ale zrobiłaś to dla Harrego.

- A ty byś tego nie zrobił? Nie wróciłbyś do życia dla swojego syna? – zapytała poważnie. Lucjusz spojrzał na nią ostro.

- Zrobiłbym dla niego wszystko. – przyznał w końcu.

- Masz więc swoją odpowiedź. – Szepnęła i wyszła z salonu.