###

Poniedziałek 15 lipca 1996 roku, godzina jedenasta trzydzieści wieczorem – Hogwart, pokój wspólny Gryffindoru.

W pokoju wspólnym w Wieży Gryffindoru znów zebrało się mnóstwo ludzi. Harry zastanawiał się, dlaczego ten pokój wydaje mu się teraz zatłoczony bardziej niż w ciągu roku szkolnego, gdy przesiadywali w nim uczniowie. Może dlatego, że większość obecnych to byli dorośli? Chłopak rozejrzał się. Ginny wtulona w Deana siedziała na kanapie, za którą tkwiła potężna sylwetka Kingsleya Shacklebolta, jak obrysowana czarnym konturem. Obok Weasleyówny kulił się Neville. Jasna plama jego twarzy stanowiła ostry kontrast z czerwonym obiciem kanapy. Dziwnie cisi bliźniacy usadowili się na podłodze. Hermiona zajęła wytarty fotel, a na jego szerokim podłokietniku przysiadł Ron. Luna przysunęła się bliżej do Harry'ego, jakby szukała ciepła. Przytulił ją mocno.

Przed kilkoma minutami do Wieży Gryffindoru przybyli państwo Weasley z dwoma najstarszymi synami. Bill i Charlie stanęli przy oknie. Z rodziny Weasleyów brakowało tylko Percy'ego. Wraz z nimi pojawił się Dumbledore, a w chwilę po dyrektorze, jak ogon za kometą wpadli do salonu Gryfonów: Snape, Olaf Goldstone, Lupin pod rękę z Tonks i Alastor Moody.

Harry z najwyższym trudem powstrzymał się od zadania pytania: „Co się znowu, do diabła, stało?!"

Czuł się roztrzęsiony po „pożegnaniu" z Dursleyami i marzył tylko o tym, by wreszcie się położyć i zasnąć. Postanowił poprosić Snape'a o eliksir bezsennego snu. Miał nadzieję, że Mistrz Eliksirów da mu choć jedną dawkę. Bał się koszmarów.

Dumbledore podniósł dłoń dając znak, że chce coś powiedzieć. Nie zdążył jednak się odezwać. Przeszkodziła mu Ginny. Wstała nagle i podeszła do Snape'a. Poruszała się dziwnie, jak marionetka. Głowę trzymała sztywno i patrzyła nieruchomo przed siebie. Niesamowicie rozszerzone źrenice prawie całkowicie wypełniały jej tęczówki.

Harry z przerażeniem uświadomił sobie, że już kiedyś widział coś takiego. Trelawney... Tak wyglądała Sybilla Trelawney, kiedy... Nie dokończył tej myśli, gdyż Ginny chwyciła Mistrza Eliksirów za szatę na piersi i powiedziała bardzo głośno:

– SYN CÓRKI TWEGO OJCA WYRWIE MOC Z POTWORA!

Jej głos wibrował, a jednocześnie zabrzmiał dziwnie głucho, jakby mówiła z głębi studni.

Wszyscy zamarli. Harry miał wrażenie, że ogląda zatrzymany kadr filmu.

Ginny puściła Snape'a. Ręce opadły jej bezwładnie. Zamknęła oczy i ugięły się pod nią kolana. Najwyraźniej straciła przytomność. Na szczęście nie upadła, gdyż mężczyzna ją podtrzymał. Jej głowa chwiała się na boki. Mistrz Eliksirów wziął na ręce zemdloną dziewczynę i ostrożnie ułożył na kanapie. Następnie odwrócił się do pana Weasleya, który z przerażeniem wpatrywał się w swoją córkę.

Harry widział już, jak Snape się wścieka, ale tak straszną furię ujrzał na jego twarzy pierwszy raz. Mistrz Eliksirów jednym skokiem przebył przestrzeń dzielącą go od Arthura, złapał ojca Ginny za kołnierz i mocno szarpnął.

– Ty bezmózgi półgłówku! – wysyczał. – Ty niedojedzony przez łabędzie patafianie! Ty niedorzecznie praworządny durniu! Oni oczywiście niczego nie wiedzą, co?! Nie powiedziałeś im! – wrzasnął, wskazując na Rona i Ginny. – Ty niedorozwoju niejasnowiedzący! Ty... Ty bezmyślny dzieciorobie! Córki ci się zachciało?! No, to teraz masz!

Śmiertelnie blady pan Weasley nawet nie próbował się wyrywać.

– Skąd... wiesz... – wychrypiał.

– Bo padłem ofiarą twego talentu, idioto! – ryknął Snape. – Razem z moją siostrą!

W tym momencie Dumbledore pierwszy otrząsnął się z totalnego odrętwienia, w jakie najwyraźniej popadli wszyscy świadkowie rozgrywających się wydarzeń.

– Severusie! Arthurze! – wrzasnął.

Obaj mężczyźni zamarli i obejrzeli się na dyrektora.

– Wyjaśnijcie – zażądał Dumbledore.

Snape puścił pana Weasleya i odwrócił się do niego plecami. Założył ręce na piersi i nie patrząc na nikogo zaczął mówić. Opowiadał historię tak fantastyczną i niewiarygodną, że jego słowa z trudem przebijały się do świadomości słuchaczy. Wystarczyło jednak spojrzeć na twarz Arthura Weasleya, żeby nie mieć żadnych wątpliwości, co do prawdziwości opowieści.

– Wszystko zaczęło się ponad dwa tysiące lat temu w Irlandii. W górach Connemara. Mieszkały tam istoty magiczne, z którymi okoliczne klany ludzi często wchodziły w konflikty. Ale nie tylko. Niektórzy łączyli się z nimi więzami małżeńskimi. Jednym z tych klanów byli magowie posiadający zdolności jasnowidzenia. Ich protoplastką i założycielką rodu była Bansidh... Łabądziewa, która poślubiła druida... – Snape potoczył posępnym wzrokiem po obecnych, zatrzymując na chwilę spojrzenie na nieprzytomnej Ginny.

Hermiona, wpatrując się z fascynacją w twarz Mistrza Eliksirów, pomyślała, że ten wstęp zabrzmiał jak początek baśni lub legendy. Ich oczy się spotkały i dziewczyna głośno westchnęła. Mężczyzna nieznacznie skinął głową, jakby potakując swoim myślom.

– Z tego właśnie klanu wywodziło się wielu druidów i wieszczów – kontynuował Snape. – A że byli naprawdę dobrzy, o tym mówią kroniki. I nie tylko. Ich niezwykłe umiejętności przeszły do legendy. Zdolność przewidywania przyszłości w większym lub mniejszym stopniu dziedziczyli prawie wszyscy w kolejnych pokoleniach. Zarówno kobiety jak i mężczyźni, tylko kobiety były o wiele lepsze. Dziś już trudno stwierdzić, ile w tych legendach jest prawdy, podejrzewam jednak, że całkiem sporo. Dowód na to mieliśmy przed chwilą – stwierdził sarkastycznie.

– Interesujące! – warknął Moody. – Jesteś niezwykle dobrze poinformowany, Snape... – dodał, przewiercając Mistrza Eliksirów podejrzliwym wzrokiem.

– A żebyś wiedział, panie aurorze! – odparował zimno Snape. Odwrócił się znów do Arthura Weasleya. – Byłem w czwartej klasie, gdy dowiedziałem się, że jesteś wieszczem. Nie zapomnę tego do końca życia! Piątego grudnia... – urwał i przymknął na chwilę powieki. – Późnym wieczorem wychodziliśmy z siostrą z lochów. Mieliśmy tam ukryty azyl... No, ale to nieważne. Przemykaliśmy się pod ścianami, usiłując uniknąć przyłapania. Pochodnie w lochach ledwie się tliły, co nam oczywiście odpowiadało. Nagle, gdy przechodziliśmy przez bardzo ciemny korytarz ktoś nam zastąpił drogę. To byłeś ty! – Mistrz Eliksirów obrzucił Arthura jadowitym spojrzeniem. – Wyglądało to tak, jakbyś wyłonił się ze ściany. Chwyciłeś mnie za szatę, a moją siostrę za rękę. Twoje dłonie były lodowato zimne. I wygłosiłeś nam przepowiednię. Pochodnie rozbłysły na chwilę i wtedy zobaczyliśmy, że masz źrenice rozszerzone tak bardzo, że prawie zasłoniły tęczówkę. Potem puściłeś nas, odwróciłeś się na pięcie i zniknąłeś, jakbyś rozpłynął się w powietrzu. Przeraziliśmy się oboje okropnie. Wiedzieliśmy dostatecznie dużo o jasnowidzach, żeby nie mieć wątpliwości, co nam się przydarzyło. Żadne z nas nie uznało tego za żart, ani halucynację. Zaczęliśmy szukać informacji. W bibliotece Hogwartu i nie tylko. Wszędzie, gdzie się dało. Znaleźliśmy szybko...

– Czy... przepowiednia się spełniła? – spytał ochryple Arthur głosem pełnym napięcia.

– A jak ci się wydaje?! – warknął Snape z rozgoryczeniem. – Owszem! Co do literki, przecinka i kropki!

– O, na pióra eala... – szepnął Arthur Weasley, wyraźnie zdruzgotany. – Nie chciałem tego... Po tylu tysiącleciach przekleństwo bansidh wciąż działa...

– Jak się chowa głowę w piasek i o czymś nie mówi, to wcale nie znaczy, że tego czegoś nie ma! Myślałeś, że jak nie powiesz swoim potomkom prawdy o ich pochodzeniu, to ich szczególne zdolności się nie ujawnią?! – warknął Snape zdegustowany. – Czy wiesz, że patronusy twojej córki i najmłodszego syna mają postać łabędzia? Sam wzywasz eala...

– Przestań! – wybuchnął pan Weasley. – Bill jest najstarszy i jest jasnowidzem! Miał pięć lat gdy wygłosił pierwszą przepowiednię! Myślałem... myślałem, że jeśli najstarszy jest wieszczem, to pozostali unikną przekleństwa... – mówił szybko, jakby usilnie starał się sam siebie przekonać.

Snape obserwował go z mieszaniną wstrętu i fascynacji.

– Ach tak, MYŚLAŁEŚ... – zadrwił. – A ja wyczytałem w kronikach waszego rodu, że najpotężniejsze zdolności mają właśnie najmłodsi synowie, a jeśli urodzi się dziewczynka i będzie to SIÓDME DZIECKO, to właśnie ona będzie najlepsza!

– Arthurze! Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?! – wykrzyknęła z rozpaczą w głosie Molly Weasley.

– To nie tak... – jęknął Arthur Weasley. – Od dawna, od wielu pokoleń w naszej rodzinie najpotężniejsze talenty objawiały się u najstarszych synów...

– Ty jesteś najstarszy, a twoi dwaj bracia zmarli bezpotomnie, ale to o niczym nie świadczy – stwierdził sucho Mistrz Eliksirów. – Jesteś od kilku stuleci pierwszym Weasleyem, który odważył się mieć aż tyle dzieci. Raz na kilka pokoleń rodziły się wam córki i od kilkuset lat nigdy żadna z nich nie była siódmym dzieckiem. Tylko trzecim lub czwartym. Wcześniej zdarzało się to częściej. Przeważnie nie wychodziły za mąż, a jeśli nawet, to rzadko. Ich dzieci też miały zdolności do prekognizji, choć w bocznych liniach one czasem zanikały. Zwłaszcza, jeśli potomek Łabądziewy poślubiał osobę z bardzo odległej i niespokrewnionej rodziny, jak jedna z prapra... no, nieważne, ile tych pra... babka panny Cho Chang.

– Patronus Cho to Łabędź – powiedział nagle Dean.

Wszyscy spojrzeli na chłopaka zaskoczeni.

– Być może jest to u niej przejaw dziedzictwa genetycznego eala – stwierdził Olaf Goldstone.

– Może – podtrzymał domysł przyjaciela Snape.

– Eala? – Ron patrzył na ojca pytająco. – Co to znaczy?

– Po prostu Łabędź w języku staroirlandzkim – odpowiedział zamiast ojca Bill. – Nasz znak rodowy. I Patronus.

– Przecież twój patronus to łasica, Arthurze! – zawołała Molly Weasley. – To jak to jest?

– Patronusa można zmienić... – odpowiedział posępnie jej mąż. – Ja przejąłem patronusa od mojej matki.

– Nie tylko patronusy – powiedział bardzo głośno Mistrz Eliksirów. – Wszyscy potomkowie Łabądziewy potrafią porozumiewać się z ptakami oraz mogą bardzo łatwo i szybko przybrać postać łabędzia. Jak ich antenatka.

– CO?! – wrzasnął pan Weasley. – I to wiesz?!

– Wiem! – Snape zmierzył Arthura posępnym spojrzeniem. – Zachowałeś się jak idiota. Kompletny. Czy uświadomiłeś tylko swego najstarszego syna? A pozostałych dzieci nie?

– Nie... – wykrztusił z rozpaczą Arthur. – Tylko Billa i Charliego... Myślałem, że to wystarczy...

Snape i Goldstone jednocześnie prychnęli gniewnie.

– Dowiedz się więc, że twój najmłodszy syn też mi wygłosił przepowiednię – warknął Mistrz Eliksirów. – W czerwcu. Przyszedł do mnie w nocy. Był w transie. Oczywiście tego nie pamięta... Niestety, to co powiedział już się częściowo spełniło.

Ron zerwał się gwałtownie i stanął przed profesorem.

– Dlaczego mi pan nic nie powiedział? – jęknął. – To było... Złe?

– Częściowo tak. To, że mnie zdemaskowano jako szpiega. A reszta... Może tak, a może i nie. Nie wiem. Dowiem się, jak się spełni – odpowiedział Snape zmęczonym głosem.

– A dlaczego dostałem W z wróżbiarstwa?! – wrzasnął dziko chłopak. – Na pewno pan wie!

– Wiem – odpowiedział spokojnie Snape. – Twoja przepowiednia uratowała egzaminatorowi życie. Gdy cię zapytał, co widzisz w szklanej kuli powiedziałeś, że jego w domu...

– On się odbijał w tej kuli! – wykrzyknął z rozpaczą Ron. – Niczego nie widziałem!

– Zrobiłeś to nieświadomie. Zdolności jasnowidza to także niezwykle rozwinięta intuicja – odparł mentorskim tonem Mistrz Eliksirów. – Gdy wrócił do domu, sąsiadka powiedziała mu, że widziała go godzinę wcześniej. Okazało się, że śmierciojady przygotowały na niego zamach. Podłożono mu w mieszkaniu klątwę, która by go zabiła, gdyby tam wszedł. On też jest jasnowidzem... Choć nie tak dobrym jak ty. Przypomniał sobie twoją wróżbę i wezwał aurorów. Krótko mówiąc, potem złapano śmierciojada, który założył tą klątwę. Użył eliksiru wielosokowego i wkradł się do mieszkania twojego egzaminatora. Jako on. Egzaminator ocalał, a ty, Ronaldzie Weasley dostałeś W z wróżbiarstwa.

– Na potęgę Faerie... – Arthur Weasley objął głowę rękami. – Co ja narobiłem...

– Arthurze! – wrzasnęła wściekle Molly. – JAK! TY! MOGŁEŚ! ZATAIĆ! TO! PRZEDE MNĄ!

– Chciałem ci tego oszczędzić... – wymamrotał z rozpaczą jej mąż.

– Ach tak – odpowiedziała lodowato. – Rozumiem. Przypomnij sobie takie przysłowie o brukowaniu piekła dobrymi chęciami! To teraz pozostaje ci już tylko dopowiedzieć nam to, czego nie dowiedzieliśmy się od profesora Snape'a!

– Molly... – szepnął Arthur, patrząc na nią wzrokiem zbitego psa.

– Panie Weasley, jest takie stare powiedzenie... Jak sobie fundnąłeś babę mądrzejszą od siebie, TO JEJ SŁUCHAJ! – warknął Olaf Goldstone.

Harry poczuł się tak, jakby były w nim jednocześnie dwie osoby. Jedna obserwowała rozwój wypadków w pokoju, a druga w kółko obracała w myślach cztery słowa: „Syn córki twego ojca... Syn córki twego ojca... Syn córki twego ojca..."

Ginny jęknęła i uniosła glowę.

– Co się stało? – wymamrotała. – Wszystko mnie boli...

– Właśnie wygłosiłaś przepowiednię – powiedziała cicho Molly.

Dziewczyna usiadła i spojrzała na matkę z niedowierzaniem.

– Przepowiednię? Nic nie pamiętam! – zawołała.

– Wpadłaś w trans – wyjaśniła Hermiona.

– Jak Trelawney? – przeraziła się Ginny. – O kim? – wrzasnęła.

– O mnie – odpowiedział Harry. Poderwał się gwałtownie i wybiegł z salonu. Biegł pustymi korytarzami, pędził w górę i w dół po jakichś schodach, w jednym z tajnych przejść wytarł kurz na kawałku ściany ocierając się o nią rękawem. Wreszcie się zatrzymał. Nie zastanawiał się, gdzie jest. Stał w jakimś korytarzu. Przed sobą miał okno. Podszedł i przytknął czoło do chłodnej szyby.

###

– Harry! – usłyszał wołanie Hermiony. Chwilę później dziewczyna stanęła mu za plecami. Odwrócił się powoli. Była mocno zdyszana. Czyżby biegła za nim?

– Proszę... – jęknęła. – Wróć... Wszyscy się niepokoją...

– Wiedziałaś! – przerwał jej oskarżycielskim tonem.

Dziewczyna spuściła wzrok. Przełknęła ślinę.

– Domyśliłam się... – szepnęła prawie niedosłyszalnie.

– Kiedy? – drążył.

– Gdy Snape...

– Mój wuj! – skorygował gorzko Harry.

– Twój wuj – poprawiła się, – opowiedział o waszej rodzinie i twojej animagii – wyjaśniła.

– Domysły to jeszcze nie jest pewność! – warknął zaczepnie.

– Tak... – wybąkała. – Ja... Zapytałam go o to – przyznała się.

– I on potwierdził? – zapytał Harry z niedowierzaniem.

– Tak, i prosił mnie bym ci nie mówiła...

– A ty się potulnie zgodziłaś! – wybuchnął chłopak z goryczą. Poczuł się zraniony i zdradzony przez przyjaciółkę.

– Nie, wręcz przeciwnie! – zaprotestowała gorąco. – Powiedziałam mu, że masz prawo wiedzieć! On wtedy wyjaśnił mi, że chce byś sam na to wpadł. Obiecał mi też, że jeśli się nie domyślisz, to sam ci to powie!

– Ciekawe, jak długo zamierzał czekać! – wysyczał Harry.

– Do drugiego dnia pobytu w Snape Manor – odpowiedziała Hermiona rzeczowo. – Obiecał mi to.

– Tak się nie stało – mruknął. Nie wątpił, że dziewczyna mówi prawdę.

– To nie jest niczyja wina! – zawołała.

– No nie... – westchnął smętnie. Hermiona miała rację.

– Chodź... – powiedziała miękko, wyciągając rękę.

Podał jej dłoń i wrócili razem do Wieży Gryffindoru.