Oryginalny tytuł serii: The Progress of Sherlock Holmes

Autor: ivyblossom

Link do oryginalnego opowiadania w profilu.

Otrzymano zgodę na tłumaczenie.

Tłumaczenie z języka angielskiego: kottkvarn

Rozdział: Almost Unnoticeable

9. Niemal niezauważalnie

Niezręczne konwersacje na tematy osobiste: naprawdę nie moja działka. John: siedzi przy kuchennym stole z kubkiem kawy w ręku. Ma na sobie znoszoną koszulkę, spodenki od pidżamy i pantofle na stopach. Nie przywykł do tego, do bycia tak nieformalnym tuż po przebudzeniu. Zwykle jeszcze przed zejściem na dół brał prysznic i schodził w pełni ubrany; mokre włosy zawsze rozszczesane, buty włożone i zasznurowane, a wszelkie zagięcia wyprasowane. (Nadal nie pozbył się wojskowego nawyku szpitalnych zakładek na prześcieradle. Wciąż je niszczę.) John stał się bardziej codzienny, bardziej zrelaksowany. (Nie wliczając jego laski, jego utykania, jego ciągłej desperacji.) Ta koszulka jest tak znoszona, że podczas kolejnego prania podrze się wzdłuż brzegów. Przez jej cienki materiał widzę lekki zarys jego blizny; delikatnie nakrapiana, wściekle zaczerwieniona skóra.

(Tym więcej mogę go zobaczyć, im bardziej przetarta jest rano jego koszulka i im częściej wciska stopy w pantofle. Czy to miara jego szczęścia? Jeżeli tak: wydaje się być bardzo szczęśliwy.)

Ma przed sobą rozłożoną gazetę. (Zawsze zaczyna od wiadomości ze świata. Czyta wszystkie, nawet te, które zostały upchnięte na ostatniej stronie. Skupia się przede wszystkim na wzmiankach z Afganistanu (oczywiście) i lokalnych przestępstwach (naturalnie). Później stopniowo traci zainteresowanie. W następującym porządku przegląda pobieżnie politykę Wielkiej Brytanii, sport, nekrologi. Resztę pomija.)

W środku dzisiejszej gazety znajdzie dodatkowy artykuł. Jeden z tych, które dla niego znalazłem i rozrzuciłem po całym mieszkaniu. Liczne tezy i ich argumentacja bez werbalizacji mojego zdania, bez ogromnej kłótni powinny wyrazić mój dokładny punkt widzenia. Artykuł, który schowałem w gazecie, znalazłem w bibliotece. Skopiowałem go, zszyłem kartki, podkreśliłem słowa-klucze, zostawiłem notatki na marginesach. Treger, Wpływ seksualności i sposobu przywiązania na emocjonalne reakcje kontra niewierność, Dziennik badań seksualnych, 2010.

Zauważy go, kiedy skończy czytać raport najświeższych wiadomości i przewróci stronę. To będzie czwarty artykuł, który znajdzie tego ranka. Publikacja z pewnością doprowadzi Johna do niezbitego wniosku, że niewierność Mary jest wrodzona, stała i nieunikniona. A wszystkiego dowie się, nie zamieniając ze mną ani jednego słowa.

Pierwszy artykuł (znaleziony w bibliotece LSE – ironia losu) leżał na toalecie (Ezrar, Co terapia rodzinna ma do powiedzenia na temat obojętności dorosłych, Dziennik rodzinnej psychoterapii, 2010: autor oparł się na zbyt wielu bezsensownych teoriach i jakościowych dowodach, jednak ogólny zarys trafia w sedno). Drugi zostawiłem na stole koło fotela (Hawkins, Intymność w kulturze azjatyckiej, Research licencjacki, 2010: być może trochę nie na temat, jednak zawiera pewne istotne pomysły na temat szeroko pojętej intymności). I wreszcie trzeci, rzucony obok mikrofalówki. Wybrany żeby zaprezentować lekkość, z jaką można mówić na temat okropieństwa zdrad i udowodnić, że sam wykazuję się lekko drwiącym dowcipem (Fincham, Wierność i niewierność: Czy modlitwa w intencji twojego partnera zredukuje liczbę jego zdrad?, Dziennik psychologii i socjologii, 2010: oczywiście oklepany i nie wart papieru, na którym został wydrukowany, jednak zabawny i podkreślający bezcelowość wchodzenia w związek z niewierną osobą). Za kilka stron zauważy moje notatki i zrozumie.

Promienie słoneczne grzeją go w czubek głowy; jego błyszczące włosy. Złoto. Odrobina szarości. Chcę ich dotknąć. Sprawdzić, czy złote pasma różnią się w dotyku od siwych (są delikatniejsze? cieńsze?), jednak trzymam ręce przy sobie. Wnętrza dłoni złączone. Czekam. Przewróci strony. Zrozumie. Czubkami palców wskazujących dotykam ust, powstrzymując się przed otwarciem ich. Bierze głęboki wdech; wolny wydech. Pociąga łyk herbaty ze swojego kubka. Jego oczy przesuwają się od lewej do prawej śledząc upchnięty w kolumny drobny druczek; na dół strony, w górę, lewo-prawo, lewo-prawo.

- Czy naprawdę jestem aż tak interesujący? – pyta nie spoglądając w górę.

Przewraca stronę. Prawdopodobnie się na niego gapię. To chyba nienajlepszy pomysł. No cóż.

- Oczywiście – odpowiadam.

- Doprawdy?

Spogląda na mnie, przez chwilę wytrzymuję jego spojrzenie. Uśmiech. Spojrzenie Johna jest pełne ciepła; nie ma nic przeciwko obserwacji. Nawet mogłoby mu się to spodobać. Znów rzuca na mnie nakrapianym okiem; dziwna intymność. Przeszkoda stołu, ciężar słów i złych decyzji między nami - wszystko łatwo zepchnięte na dalszy plan. Opuszkami palców przesuwam po wargach; wyobrażam sobie, że po jego.

– Co dzisiaj ze mnie wydedukowałeś? – pyta mnie.

- Twoje lewe oko jest słabsze niż prawe – rzucam automatycznie.

Prawda, jednak wydedukowałem to wiele miesięcy temu, a nie teraz. Dlaczego kłamię? Przyszło mi zupełnie naturalnie. Chcę i nie chcę rozpoczynać tej rozmowy. Tej o Mary, którą on zaraz zacznie. Którą powinien ze mną odbyć. Trwa we mnie irracjonalny konflikt wewnętrzny na temat rozpoczęcia konfliktu otwartego. (Sumienie? Strach? Pragnienie utrzymania pokoju? Nie mam pojęcia.) Czekam.

- Naprawdę? – Sądzi, że to zabawne.

- Naprawdę. – Składam razem palce. Wciąż na mnie patrzy, jego usta wyginają się w delikatnym uśmiechu. – Co więcej, twoje włosy mają wiele różnych odcieni. Blondu, brązu, trochę szarości. Chciałbym wiedzieć, jakie są w dotyku. – Powiedziałem prawdę. Czy nie powinienem o tym wspominać?

Znów się uśmiecha. Ludzka twarz jest niezwykle plastyczna. To ewolucyjna cecha wspierająca istoty łaknące kontaktu z innym osobnikami ze swojego gatunku. Twarz Johna jest unikatowa w swojej ekspresywności (i on jest unikatowo łaknący kontaktu z innym ze swojego gatunku: czy te fakty mają ze sobą jakiś związek?). Jego uczucie wobec mnie: oczywistość. (Gorzkie uczucie w moim brzuchu zostało przeważone przez coś innego, pewien rodzaj delikatnej przyjemności, lekkości, kiedy uśmiecha się do mnie w taki sposób. Kojące; równocześnie podniecające. Ciekawe.) Lekko pochyla się naprzód.

- Nie krępuj się. Byłoby niewybaczalne z mojej strony, gdybym odmówił nauce.

Stół nie jest żadną przeszkodą. Wplątuję palce w jego włosy. Są ciepłe tam, gdzie padało na nie słońce; blond, brązowe, szare. Ciężko rozróżnić je w dotyku, jednak każdy kolor ma odrobinę inną teksturę. Blond włosy są cieńsze i delikatniejsze (oczywiście), a siwe grubsze, bardziej szorstkie. Kiedy będzie starszy, jego głowę pokryje siwizna; ilość testosteronu w jego ciele sprawia, że odczuwa silny popęd seksualny (oczywiście), jednak nie ma go w ciele tak dużo, żeby wyłysieć. Jedną dłoń przesuwam na jego kark; kciuk zakładam mu za uchem. Ciepło. Mogę wyczuć jego puls, wzrastającą temperaturę ciała. Lekko przyśpieszony oddech. Oznaki podniecenia. Czuję ukłucie zadowolenia, zamykam oczy. John pachnie snem i mydłem. Nie wyczuwam smrodu zjełczałego tłuszczu ze sklepów z kurczakami niedaleko mieszkania Mary, ani przyprawiającego o mdłości zapaszku tanich środków do czyszczenia z jej przedpokoju. Tego ranka pachnie tylko Baker Street i sobą.

Odrobinę za długo trzymałem palce na jego karku, w jego włosach. Wiem o tym. Sądzę, że on także, jednak nie wydaje się temu przeciwny. Pochylam się bliżej niego i pocieram policzkiem o jego włosy. Szybko całuję go przez grzywkę w czoło i puszczam go. Lustrzane odbicie pocałunku, który dostałem od niego. W moim brzuchu wyczuwam dziwne zniecierpliwienie. Ponownie łączę palce, oddycham.

John odchyla się powrotem, bierze łyk herbaty. Bada mnie. Ma spokojny, zrelaksowany wyraz twarzy.

- I jak?

- Mogę napisać raport, jeśli chcesz.

Wybucha śmiechem. Nie przewrócił strony w gazecie i nie zobaczył artykułu. Mogę jedynie zgadywać, że to dlatego nie zrozumiał mojej dzisiejszej uwagi na temat Mary.

Wobec czego po południu próbuję jeszcze raz.

Dwa podręczniki do psychologii leżą w strategicznym miejscu na stoliku do kawy (nie daję wiary tym tak zwanym naukom, wobec czego byłem zmuszony przeprowadzić następującą procedurę: oba tytuły znalazłem w antykwariacie niedaleko Imperial; jedną otworzyłem na niezwykle ważnych fragmentach popodkreślanych przez poprzedniego czytelnika (zbyt wiele zakreśleń; studentom brak rygoru, kiedy dostaną żółty marker w swoje ręce) wraz z książką wyłącznie na temat dziwacznego, jednak znajomego połączenia problemów osobistych i niewierności. Podręczniki ułożyłem jeden na drugim, tak że róg jednego z nich z celową, pedantyczną dokładnością wskazuje konkretny akapit w tym drugim.

Za dwadzieścia minut w telewizji zacznie się film dokumentalny na temat społecznie destrukcyjnych zachowań seksualnych w Bonobos. John najprawdopodobniej niezbyt chętnie go obejrzy, jednak odkąd temat jest na rzeczy, nastawi się na niego chętniej. Siedzi na kanapie obok mnie, je jabłko, ogląda jakiś talk-show. Czytam raport na kolanach. (Podzielność uwagi: w tym samym czasie oglądam dokument i weryfikuję wyniki badań.) Wstaje żeby wyrzucić ogryzek. Wraca. Siada, częściowo na moich palcach. Poruszam nimi.

Z powrotem zaczyna oglądać program, jednak prawą ręką nieobecnym gestem łapie moją kostkę i zaczyna pocierać kciukiem sklepienie podłużne mojej stopy. Przesuwa opuszkiem palca po delikatnym miejscu między kością skokową a piętową. Łapie mnie; nie spodziewałem się tego. Osobliwie intymny dotyk. (Wdech, wydech. Wdech, wydech.) Wibracje telefonu: wiadomość. Nieważne.

Według chińskiej tradycji dotykanie tego miejsca jest uważane za osobisty, erotyczny gest. Mimo że wiem, iż stopa nie ma stref erogennych, to muszę przyznać, że połączenie tego miejsca z kroczem powstało nie bez przyczyny; powinienem przeprowadzić research na ten temat. Utrata koncentracji, lekko zamglony wzrok. Cudownie. Zachowałem wystarczająco świadomości, żeby nie zacząć się ślinić. Udaję, że jestem pochłonięty raportem. Gdy przestaje, dostrzegam, że nawet nie zauważyłem kiedy przełączył kanał. John albo widział dokument, albo nie.

Sprawdzam wiadomości: jedna od Mycrofta. Ignoruję ją (przynajmniej na razie). Niespecjalnie (znowu) musi zepsuć mi popołudnie. Ciepłe uczucie w dolnych partiach brzucha. Przyjemne. Nie sądzę, żeby John zrozumiał aluzję zawartą w czasopismach i filmie dokumentalnym. Zbyt subtelnie?

Podczas obiadu próbuję zacząć temat: szukam doboru takich słów, dzięki którym ludzie zadają pytanie nie wywołując kłótni. Szukam sposobu, w jaki mówią, nie o tym, co chcą powiedzieć, a tylko naprowadzają na wątek. Mógłbym spróbować: ,,Czy już ci powiedziała?", podczas gdy prawdziwe pytanie brzmi: ,,Czy jesteś świadomy, że twoje małżeństwo z Mary zakończy się dokładnie tak samo, jak wszystkie jej poprzednie, ponieważ nie ma innej możliwości? Czy jesteś pewien, że właśnie tego chcesz?". Nie widzę wariantu, w jakim mógłbym zadać pytanie tak, by nie wszedł w postawę defensywną. Podoba mi się jego zrelaksowana postawa, gładkość jego nastroju. Nie chcę końca ciepłych uśmiechów i pojedynczego dotyku jego rąk. Jest szczęśliwy. Rozważam tuzin alternatyw: ,,Czy to prawda, że była wcześniej zamężna?" (odgrywanie głupiego do mnie nie pasuje; wymaga tylko jasnej odpowiedzi tak lub nie), ,,Mary ma bogatą przeszłość, nieprawdaż?" (na granicy dobrego smaku, niefortunny dobór słów, oklepany tekst) albo ,,Czy Mary utrzymuje kontakt ze swoimi byłymi mężami?" (zuchwałe). Żadna z opcji nie wydaje się dobra. Nieporuszenie tego tematu wydaje się łatwe i przyjemne. Mimo to, mam zdania na końcu języka. Powstrzymuję je tam.

Sprawdzam wiadomość od Mycrofta. Prorocza, oczywiście:

Jeżeli mu powiesz, a ona okaże się niewierna, John będzie winił ciebie.

Irytujące. Nie podoba mi się sposób, w jaki potrafi śledzić łańcuch moich myśli nawet na odległość. Odpychające. Jednak działa - przestaję rozważać tę możliwość. Ma rację, nie mogę mu zaprzeczyć. Trochę czuję się tak, jakbym w jakiś sposób zawiódł Johna. Nie jestem w stanie poświęcić się (mojej relacji z nim, mojej przyszłości z nim w niezależnie jakiej formie) i zapobiec jego cierpieniu. Nie moja sprawa. Jego decyzja.

Wiadomość Mycrofta prosi się o konkretną odpowiedź:

Odpieprz się. SH

W noc przed ślubem zasypiam oparty o framugę częściowo otwartych drzwi do pokoju Johna. Przebieg zdarzeń: pamiętam jak stałem w drzwiach, patrzyłem jak śpi, czekałem na koszmary, czekałem na wyrwanie górnej, prawej zakładki jego prześcieradła. Nagle John stał nade mną z ręką na moim ramieniu. Upadłem. Musiałem być wykończony.

Bez słowa pomógł mi wstać, popchnął w stronę swojego łóżka. Opatulił mnie po prawej stronie, sam wybrał lewą (dlaczego zawsze lewa strona? Co przez to zyskuje?) i przytulił się do mnie. Jego czoło na moim karku. Położył mi rękę na biodrze i zacisnął palce, jakby próbował mi coś przekazać (ręka, biodro: prymitywna forma języka). Nie sądziłem, że mi się uda, jednak zasnąłem.

Harry i ja jesteśmy świadkami. Dwie rozchichotane przyjaciółki Mary robią zdjęcia. W ciemnym garniturze John wygląda modnie i poważnie; Mary ma na sobie zieloną sukienkę (miała wystarczająco przyzwoitości, by nie włożyć białej, ale i tak wyszło ohydnie), wygląda na szczęśliwą. Harry wydaje się podenerwowana; albo nie pochwala tego związku bardziej ode mnie (jeżeli tak: być może zyskałem kolejnego przyjaciela), albo zastanawia się, jak długo będzie jeszcze musiała wytrzymać bez kolejnego drinka. (Jest podobna do Johna; to samo inteligentne spojrzenie, ta sama plastyczna i nieskończenie łatwa do odczytania mimika.)

Coś, co tylko ja (i być może Mycroft, niech go szlag) mogę dostrzec: John właśnie rozpoczyna szczęśliwe życie małżeńskie z przyjemnym weekendem za pasem (Whistable w Kent), a kiedy wysiada z samochodu, delikatnie kuleje. Niemal niezauważalnie. Ale jednak.