Przez chwilę byłem pewny, że drzewo zgniotło auto. Niełatwo było powiedzieć przez gęste opady śniegu.
- Niech to szlag! - Dean wysiadł z samochodu i po drugiej stronie Sam także otworzył drzwi. Odetchnąłem z ulgą, nie wyglądało na to, żeby coś im się stało.
- Sam, wszystko w porządku? - Brenda jako pierwsza odnalazła swój głos, a potem już wszyscy pośpieszyliśmy zobaczyć zniszczenia.
- Nic nam nie jest - uspokajał Sam, ale wymienił z bratem porozumiewawcze spojrzenia. Gdy się zbliżyliśmy mogłem ocenić skalę zniszczeń. Pień ominął samochód, ale maska zagrzebana była pod śniegiem i gałęziami.
- O, ślicznotko. - Dean przejechał dłonią po masce. Bardziej interesował go samochód niż brat, no jasne.
Drzewo porządnie zablokowało drogę. Potrzebowalibyśmy piły łańcuchowej, żeby je pociąć, a zanim byśmy skończyli śnieg i tak już by wszystko zapadał.
Sam i jego brat musieli zostać z nami, zrozumiałem.
- Cholera jasna. - Dean kopnął pień, Sam stał po drugiej stronie pojazdu z oczami utkwionymi w przeszkodzie przed nim.
- Hej, przynajmniej nie spadło na samochód - powiedział w końcu Sam próbując uspokoić brata, który rzucił mu mordercze spojrzenie.
- Jest w połowie pogrzebana pod durnym drzewem. - Dean wczołgał się pod gałęzie, żeby własnoręcznie przekonać się o zniszczeniach. - Maska jest wgięta, a lakier … Oh, maleńka. - W przeprosinach przesunął palcami po czarnym metalu.
- Wygląda na to, że jednak zostaniesz. - Brenda uśmiechnęła się do Sama i jakby po namyśle włączyła też Deana. - Obaj zostaniecie.
- Na to wygląda. - Sam nie podzielał jej entuzjazmu, a złość w spojrzeniu Deana mówiła sama za siebie.
- Mam miejsce dla jeszcze jednej osoby - pośpieszył z zapewnieniem Cole. - Nie mogę się doczekać, żeby poznać sławnego brata Sama. - Kłamał jak z nut i wszyscy to wiedzieliśmy, poza Deanem, który wyglądał jakby mu nie zależało.
- Najpierw muszę zabrać stąd mój wóz - powiedział Dean i kazał Samowi i nam zejść z drogi zanim zaczął manewrować do tyłu. Wyglądał, jakby go to fizycznie bolało kiedy samochód powoli i jeszcze mocniej drapany przez gałęzie w końcu się spod nich wydostał.
Nie wyglądało to tak źle. Tak, maska była wgięta i w czarnym lakierze pojawiły się głębokie rysy, ale to wszystko. Może obity reflektor, nic czego dobry mechanik nie mógł naprawić. Stary weteran jak ten, trzeba by znacznie więcej niż jedno marne drzewo, żeby go skasować.
Podczas gdy Dean parkował auto Cole odwrócił się do mnie.
- Myślę, że lepiej byłoby dać Samowi i jego bratu pokój dla siebie. My moglibyśmy dzielić, jeśli nie masz nic przeciwko.
Miałem. Gdybym mógł coś na to poradzić nigdy więcej nie pozwoliłbym Samowi zostać sam na sam z Deanem, ale nie wiedziałem jak temu zapobiec bez wyciągania wszystkich brudów na światło dzienne. Bo to było ostatnie czego chciałby Sam, załapałem to. Słysząc ofertę Cole'a Sam przyszpilił mnie tym swoim spojrzeniem.
- Dzięki, Cole - powiedział Sam, ale patrzył na mnie. - To byłoby super.
- Zbiorę swoje rzeczy. - Nie podobało mi się to, ale spakowałem się i wrzuciłem wszystko do głównej sypialni. Ale zostawiłem laptop.
Na schodach spotkałem Sama z bratem. Dean wciąż przeklinał pod nosem „durne drzewa".
- Cały wasz - powiedziałem z wymuszonym uśmiechem. W domu pełnym ludzi Sam powinien być bezpieczny. Taką przynajmniej miałem nadzieję.
- Dzięki, stary. - Dean miał przewieszony przez ramię worek, który wyglądał podobnie do tego Sama. Stary, wysłużony i zastanowiłem się, dlaczego miał przy sobie spakowaną torbę.
Wyjazd, przypomniałem sobie. Obaj prawdopodobnie zawsze mieli spakowane bagaże.
Lodowata dłoń ścisnęła mi wnętrzności ale mogłem tylko patrzeć jak drzwi zamykają się za braćmi.
- Brenda, potrzebuję twojego laptopa. - Bez czekania na odpowiedź wszedłem do jej pokoju i odpaliłem komputer. Może i nie mogłem być tam osobiście, ale mogłem mieć na nich oko. Tyle byłem Samowi winny.
- Co robisz? - Brenda patrzyła mi przez ramię gdy czekałem na połączenie. Wreszcie dostałem obraz.
- Szpiegujesz ich? - wyszeptała.
- Nie słyszą nas. Mikrofon wyłączony - uspokoiłem ją i czekałem co zrobi. Właściwą rzeczą byłoby zamknięcie wieka. Zamiast tego oboje patrzyliśmy co dzieje się w drugim pokoju.
Sam usiadł na swoim łóżku, a Dean wyjmował coś z torby.
- Wydają się całkiem zadowoleni, że zostajesz na dłużej - powiedział Dean patrząc z ukosa na Sama. - Nie tak bardzo, że ja też tu utknąłem. Szczególnie ten gość, Luis. Boże, myślałem że chce wypalić mi dziurę w czaszce. Zrobiłem mu coś?
Sam prychnął.
- Myśli, że ty zrobiłeś coś mnie.
Dean odłożył worek na bok i zwrócił się twarzą do Sama.
- Co to ma znaczyć?
- Zobaczył mnie bez koszulki.
- I co? Zaczął się ślinić? - drażnił się Dean najwyraźniej nie rozumiejąc. Może był tak przyzwyczajony do widoku siniaków Sama, że nie robiły już na nim wrażenia.
- Potłukłem się trochę na ostatniej robocie - przypomniał mu Sam. Brenda i ja wymieniliśmy spojrzenia. O czy on gadał?
- I co mu powiedziałeś? - spokojny i zrelaksowany, Dean wydawał się pewny, że Sam nie powiedziałby nam o tym, co mu robił.
- Że spadłem ze schodów - wzruszył ramionami Sam.
Dean mrugnął.
- Stary, wiesz, że to praktycznie kod na „ktoś używa mnie jako worek treningowy", nie?
- Hej, naprawdę spadłem z tamtych schodów.
- Zostałeś zrzucony z tamtych schodów - poprawił go Dean i potrząsnął głową nie mogąc uwierzyć w to, co słyszał.
- Wiesz, Luis ma rację w jednym. - Unosząc ramię Sam uśmiechnął się do brata. - Mam na na sobie odciski twoich dłoni.
Dean przewrócił oczami.
- Dobra, następnym razem jak będziesz wisiał dwa piętra nad ziemią to po prostu cię puszczę.
- Jasne.
Na chwilę zapadła cisza i Brenda i ja też się nie odzywaliśmy. Nie tego się spodziewałem.
- Dlatego chciałeś wyjechać? - Dean przerwał ciszę. - Bo jedno z twoich przyjaciół uważa, że się na tobie wyżywam?
Sam z powrotem oparł się na łóżku na łokciach.
- Wszyscy chcą, żebym wrócił. Mówią, że marnuję swój czas i wspaniałość na głupim wyjeździe. Z tobą. A potem Luis zaoferował mi pomóc uciec od ciebie. Wtedy zdecydowałem się wyjechać.
Dean wyraźnie przełknął ślinę, a kiedy się odezwał jego głos był ochrypły.
- A ty chcesz wrócić?
Uderzyło mnie to jak młot. Nigdy tak naprawdę nie pytałem Sama czy chce wracać i inni też tego nie zrobili. Sapnięcie Brendy tuż przy moim uchu powiedziało mi, że ona też nie pytała. No bo to Sam. Należał do Stanford, miał przed sobą wspaniałą przyszłość, oczywiście, że chciał wrócić. Powiedzmy, że odpowiedź Sama mnie zadziwiła.
- Nie! - Sam potrząsnął głową by podkreślić to słowo. - Nawet gdybym mógł wrócić, to i tak bym nie chciał.
- A czego chcesz, Sammy? - Jego brat zadał następne pytanie, o którym ja nigdy nie pomyślałem by zadać.
- Chcę znaleźć tego drania, który zamordował Jess.
/txtbreak/
limboo dziękuję ci za komentowanie! Naprawdę bardzo się cieszę za każdym razem gdy widzę, że pojawił się nowy komentarz od Ciebie! Nie martw się, bracia są bardzo blisko i łatwo można sobie dopowiedzieć tę odrobinkę, której brakuje w tekście ;) A poza tym co?! Ja?! Zabić?! Nie! Nigdy! Ja tu tylko tłumaczę :)
Dziękuję wszystkim za komentowanie, obserwowanie i dodawanie do ulubionych, nie macie pojęcia jaka jestem dzięki temu szczęśliwa! Do zobaczenia~!
