Rozdział dedykowany Yazu i Shiyagi, które wspierały mnie najbardziej w tworzeniu tego opowiadania.


Dzień pierwszy, ranek

Tej nocy prawie nie zmrużył oka. Z głową pełną myśli, wiercił się i rzucał z boku na bok na szarawej pościeli, bezskutecznie usiłując zasnąć. Gdy nadeszła upragniona senność i poczucie spokoju, był już ranek.

Siedział teraz w pojedynkę przy stole i stukał paznokciami w podrapany blat, lewą dłonią rozcierając napuchnięte oczy. Nie wierzył, że spędził, a właściwie przewiercił, całą noc na nieustannym odtwarzaniu w myślach obrazów niedawnych wydarzeń i twarzy osób w nie zamieszanych, samym odtwarzaniu, bez najmniejszego pomysłu na pokojowe rozwiązanie sprawy.

Westchnął w kubek parującej, szarawej zbożowej kawy. Zrobił ją sobie chwilę temu bardziej z przyzwyczajenia niż z prostej chęci napicia się czegoś rozgrzewającego o poranku. Ta, zapewne jak jej poprzedniczki, również skończy w zlewie praktycznie nietknięta wargami. Odstawił kubek na bok i zawinął przydługie, matowe kosmyki włosów za ucho, nadając mocniejszy rytm palcom drugiej ręki.

Trzy dni... niecałe trzy dni.

Co mógłby zrobić przez ten czas? Ryzykować otwartą konfrontację? Uciekać? Zasługą dużej liczby, bo aż pięćdziesięciu ośmiu godzin, czyli czasu jaki im pozostał do wykonania ruchu, pozornie wydawało się to wystarczające na spokojne zorganizowanie ucieczki... ale Kise byłby strasznym głupcem, gdyby w to wierzył. W starciu z całą grupą z Akashim na czele był już z góry skazany na porażkę i najprostszy plan w tym przypadku nigdy nie będzie tym najlepszym, najbardziej trafionym.

Był bezsilny. Z jednej strony czuł palącą złość, chęć wparowania do ich kwatery i uciszenia ich raz na zawsze, kierowany potrzebą zachowania osobistego szczęścia. Ale z drugiej odczuwał paraliżujący strach na myśl, że w razie niepowodzenia on i Kuroko zostaną rozdzieleni. I to w znacznie brutalniejszy sposób, niż gdyby po prostu siedzieli przez ten czas w bezruchu, czekając na ich przybycie.

Z trudem przełknął ślinę, czując powracający ból brzucha. Trzy dni...

- Kise-kun?

Poczuł delikatne szarpnięcie w okolicy ramienia i machinalnie spojrzał w górę, wprost w lazurowe oczy, spoglądające na niego w zdumieniu. Przez moment poczuł w sercu ukłucie zarówno strachu jak i dziwnej nostalgii, przywołującej na myśl czasy gimnazjalne.

- Obudziłeś się? - wyszeptał, spuszczając wzrok na jego ubiór. Kuroko był boso, opatulony jedynie bladoróżową koszulą, o wiele na niego za dużą.

Jego koszulą.

Ten widok okazał się dla Kise niespodziewanym zastrzykiem energii, której od dawna tak bardzo potrzebował. Mimowolnie poczuł się lepiej i na jego usta wpłynął słaby uśmiech, pierwszy od kilku dni.

- Dzień dobry.

Uśmiech tym razem wyszedł mu nadzwyczaj dobrze, bo z błękitu zniknęły resztki zdziwienia i pojawiła się ulga. Na chwilę odrzucił wcześniejsze zmartwienia dotyczące ciążącego nad nim nieszczęścia i pozwolił sobie na długą, o wiele za długą chwilę zapomnienia, błądząc dłońmi po bladej skórze Kuroko.


Kise był czymś przygnębiony. Nie okazywał tego tak jak zwykle, wrzeszczeniem i lamentowaniem, uwieszaniem się na jego szyi przy każdej możliwej okazji, byleby tylko zwrócić na siebie uwagę. Tym razem było inaczej. Milczał przez większość chwil spędzonych razem, patrzył na niego z mniejszą radością, wręcz z bólem i uśmiechał się z trudem. Z każdą godziną złoto w jego oczach gasło.

Kuroko wiedział, że coś jest nie tak, ale nie dawał tego po sobie poznać. Mocno zaniepokojony, a może już trochę zdesperowany, chwycił się jednego ze znanych "solidnych" sposobów na poprawienie mu humoru, czego efektem był jeden z lepiej spędzonych poranków od wspólnego zamieszkania w jednym domu.

Z cichym westchnieniem spojrzał na szkarłatne malinki, ślad po ustach blondyna. Miał je praktycznie wszędzie, nawet w takich miejscach jak wewnętrzna strona ud i ramion, nie oszczędzał przy tym szyi, obolałej od nadmiaru pieszczot. Wzdrygnął się lekko z zimna i prędko narzucił na siebie koc, podkurczając nogi niemal pod brodę.

Kise był wyczerpany. W innych okolicznościach Kuroko byłby pewien, że to po części jego zasługa, ale tym razem było inaczej. Jednego był pewien: Kise nie spał przez całą noc i nadrabiał ją teraz. Spał, nie zwracając uwagi na popołudnie, spał nawet wtedy, kiedy niebo na powrót się ściemniło. Spał, a raczej leżał i rozmyślał o czymś z zamkniętymi oczami.

- Kurokocchi...

Otworzył szeroko oczy na dźwięk swojego imienia i natychmiast je zamknął, ostrożnie uspokajając oddech. Blondyn pierwszy raz odkąd zamieszkali razem spał odwrócony do niego plecami. Nie dotykał go, nawet nie stykał się z nim biodrami. Leżał na samym krańcu łóżka, maksymalnie skurczony, obejmowany przez własne ramiona.

Po tym nastąpiła długa chwila ciszy. Kise parę razy obrócił się na łóżku, oddychając nieregularnie, jakby właśnie nawiedził go straszliwy koszmar. Następnie legł z powrotem na posłanie, dławiony cichym szlochem.

Kuroko nie miał pojęcia, jak mu pomóc. Był równie zagubiony i czuł, że cała ta sytuacja powoli zaczynała go przytłaczać. Miał nadzieję, że z upływem dni wszystko wróci do względnej normy, normy, którą przyjęli wraz ze wspólnym zamieszkaniem.


Dzień drugi, przed południem

Długie, smukłe blado-szare wzory, przecinające cienką szybkę przemykały się przez tarczę, tworząc coś na wzór pajęczyny, nachodzącej na czarne wskazówki.

Pęknięty zegarek.

Przez długą chwilę przyglądał mu się w milczeniu, a następnie w przypływie nagłej wściekłości cisnął nim w ścianę i trzasnął pięścią w podłogę z całej siły, zaciskając zęby. Nie wierzył w to, co się stało. Nie wierzył we własną głupotę. Czy gdyby zbliżał się koniec świata, ostatnie godziny na cieszenie się życiem również spędziłby w łóżku? Taki był głupi, przespał pierwszy dzień i prawie połowę drugiego, bo wcześniej dręczył się wspomnieniem niedawnej porażki i stracił siły na umartwianiu się, chociaż mógł je wykorzystać w inny, bardziej pożyteczny sposób. Jak żałosne to było.

Obrzucił przepraszającym spojrzeniem Kuroko, który właśnie kulił się na łóżku, nieświadomy powodu jego nagłej agresji w stosunku do paneli podłogowych i ściany. Przerażenie w ukochanym błękicie przemówiło mu do rozumu; przełknął ślinę i spuścił wzrok w miejsce, w które niedawno ugodziła jego pięść, czując straszny wstyd. Podniósł się z klęczek i rzucił się do progu, pospiesznie wciągając obuwie na pozbawione skarpetek stopy.

- ... Przepraszam - wychrypiał, zatrzymując się na progu. - Wrócę później, możesz spać spokojnie.

I wyszedł. Miał nadzieję, że "świeże" powietrze i uliczny zgiełk zadziałają na niego twórczo i w końcu znajdzie jakiś sposób. Twórcą był jednak marnym, ale nie widział osoby o podobnym problemie. Mijał wiele nieznanych mu z imienia i nazwiska osób, ale żadna z nich nie miała podobnego szaleństwa w oczach. Nie miał też nikogo, kto mógłby poratować go radami. Pustka w jego głowie była porażająca.

Niechętnie pogratulował Akashiemu doboru limitu czasowego; trzy dni wystarczyły, by nabrał nadziei, a następnie ją utracił. Limit, który miażdżył wszystkie próby, bo wymagały one zdecydowanie większej uwagi niż mógłby im jej poświęcić.

Westchnął bezgłośnie i mocniej naciągnął na uszy czapkę, nieco już poirytowany długotrwałym wysłuchiwaniem ulicznej wrzawy. Przechodził właśnie obok sklepu ogrodniczego, cukierni i niewielkiej apteki. Okrągły znaczek z plusem w centrum wyrósł dosłownie przed jego oczami, atencyjnie migając niebiesko-czerwonym światłem. Stanął jak wyryty na ścieżce pełnej ludzi, ignorując gniewne pomrukiwania i szturchanie. Stał w miejscu z szeroko otwartymi oczami do głębi przerażony własnym pomysłem. Pomysłem tak szalonym, że ciężko było uwierzyć, że coś tak złego mogło zakiełkować w jego głowie.

W końcu... czego się nie robi z miłości?

Obrzucił zaciekawionym spojrzeniem poboczne sklepy i po chwili wahania, wszedł do jednego z nich, parę minut później odwiedzając dwa pozostałe. Z cięższym bagażem i lekkim uśmiechem, wrócił do domu.


Dzień trzeci, krótko po północy

Kuroko obudził się z myślą, że od bardzo dawna nie było mu tak dobrze. Zamrugał powiekami i przeciągnął się z trudem, krępowany przez rozkoszne ciepło, stopniowo roztapiające jego ciało. Przyczynę tego magicznego stanu odgadł od razu; Kise spał, obejmując go całym sobą. Brodawki prześwitywały przez cienki materiał pidżamy, a sama koszula była podwinięta aż do pępka. Oddychał spokojnie i miarowo, czoło miał wygładzone, choć na skroniach perliły się krople potu. Czyżby znowu miał koszmar?

Lekko odurzony gorącem, przyglądał mu się w milczeniu przez pełną minutę, po której uniósł się na łokciach, próbując się wyswobodzić z uścisku. Kise wymruczał coś niezrozumiałego pod nosem i przyciągnął go do siebie, ciaśniej owijając ramiona wokół talii.

Zrezygnowany, westchnął i czując przyjemne mrowienie na policzkach, wtulił się w niego, chowając głowę pod podbródkiem. Poprzednie obawy na krótką chwilę uleciały z niego jak powietrze z przebitego balonu, pozostawiając po sobie lekki ból. Miał nadzieję, że następnego dnia pozostanie po nim tylko wspomnienie.

Pierwszy plan

Kiedy ocknął się przed południem, był już sam. Ciepło zniknęło. Lekko zdezorientowany, podniósł się na łokciu i rozejrzał po pokoju, mimowolnie szukając znajomej, żółtej czupryny. Zwrócił wzrok na poduszkę i poczuł delikatny ścisk w żołądku, gdy niespodziewanie dojrzał na niej smukłą, zieloną łodyżkę i żółte płatki, spoczywające miękko na pościeli.

- Żonkile? - pomyślał, bezwiednie wyciągając dłoń. Drobne palce delikatnie ześlizgnęły się po konturze płatków, zjeżdżając aż po łodygę. Pozwolił sobie na lekki uśmiech i ujął kwiaty w dłoniach, przybliżając je do twarzy. Ostatnio uśmiechał się częściej i choć dalej niewiele mówił, coraz bardziej otwierał się na jego uczucia.

W tym samym czasie, kiedy Kuroko rozkoszował się niespodziewanym podarunkiem, Kise biegł co sił w nogach, co chwila spoglądając na zegarek. Ten, w porównaniu do wcześniej rozbitego, był pokryty rdzą i mimo sędziwego wieku wciąż całkiem nieźle się sprawował . Blondyn biegł i przepychał się przez tłum ludzi, nie zważając na kolejki i przypadkowo znokautowanych przechodniów. Pozostały mu zaledwie dwie godziny, miał więc niewiele czasu do zrealizowania wczorajszej myśli.


- Akashiii, daleko jeszcze?

- Daleko.

Wrzask bólu jaki nastąpił po tej zimnej odpowiedzi zwrócił uwagę przychodniów; paru z nich obróciło się za siebie, ze zdziwieniem lub z rozbawieniem patrząc na trzymającego się za bok mężczyznę, który parę sekund temu otrzymał solidną sójką po żebrach.

- Nie musiałeś walić tak mocno, ty chory sadysto... - wysyczał, nachylając się nisko do Akashiego. Ten kompletnie nie przejął się jego zachowaniem i groźnym tonem, z uniesioną głową maszerując tylko w znanym sobie kierunku.

Minutę później padło pytanie:

- Daleko jeszcze, Akashi?

- Niedługo będziemy na miejscu.

- Ej! - zaprotestował Aomine, rzucając złe spojrzenie Midorimie. - Dlaczego jemu odpowiedziałeś inaczej?!

- Bo miałem taki kaprys, Daiki - odparł beznamiętnie, wywołując u niego kolejny wrzask wściekłości. - W przeciwieństwie do ciebie, Shintarou potrafi zrobić użytek z każdej informacji, tobie się tylko nudzi.

- Idziemy już pieprzoną godzinę, jak mam się nie nu... - urwał, czując brzęczenie w kieszeni spodni. Nie zdążył nawet jej dotknąć , a stało się coś dziwnego; parę sekund po nim rozdzwoniła się reszta komórek, u każdego niemal jednocześnie.

Wszyscy machinalnie sięgnęli do kieszeni, ale Akashi powstrzymał ich gestem i sam sięgnął do kieszeni, przyjmując połączenie.

- Tak? - zmarszczył nieznacznie brwi, wsłuchując się w piskliwy głos kobiety, wydobywający się z aparatu. Słuchał go przez dłuższą chwilę, a zmarszczka między jego brwiami pogłębiała się. - Co za bzdura. Moja matka odeszła dekadę temu i obawiam się, że nie grozi jej ponowna śmierć.

Głos kobiety zamarł. Kilka chwil później rozległ się trzask i miarowy sygnał zerwanego połączenia. Akashi z kamienną twarzą wsunął telefon do kieszeni, ignorując osłupiałą resztę. Niedługo po nim Midorima również odebrał telefon z podobnym rezultatem. Lekko pobladły, powoli odłożył komórkę na miejsce i załapał kontakt wzrokowy z Akashim.

- Akashi... co to miało znaczyć?

- Uspokój się, Shintarou. Jestem pewien, że twojej rodzinie nic nie grozi - odparł gorzko. Złość błyszczała w dwubarwnych tęczówkach, ale sam Akashi pozostawał spokojny. - Widocznie nasz rudzik myśli, że jakimś cudem może nas spowolnić - zauważył, krzywiąc wargi w mściwym uśmiechu. - Chodźmy.


Drugi plan i godzina do końca

Nucąc pod nosem skoczną melodię, wziął nożyk i pomagając sobie palcami, przeniósł pachnącą cytryną kostkę na talerz, układając ją idealnie na środku. Zadowolony oderwał palce i zakręcił talerzem, stawiając cytrynową tartę idealnie na drugim końcu maleńkiego stolika.

- Sorka Kurokocchi, ale nie mieli innych... - powiedział skruszałym tonem, nakładając sobie prostokąt pachnącego wanilią ciasta z kandyzowaną cytryną na wierzchu. Z lazurowej toni dał radę wyczytać, że ten nie rozumie jego zachowania. - Dlaczego? - zastukał plastikową łyżeczką w wargę, namyślając się nad odpowiedzią na nieme pytanie. - Tak ładnie wyglądało na wystawie, więc pomyślałem, że zrobię nam przyjemność i zjemy coś dobrego!

Spróbował się uśmiechnąć, ale zamiast promiennego uśmiechu wyszedł mu krzywy grymas. Natychmiast zrzucił winę na cytrynę, ze śmiechem komentując jej kwas. W rzeczywistości ani trochę nie było mu do śmiechu, bo tym samym postawił wszystko na jedną kartę i nie było już odwrotu. Jego portfel był pusty, wydał na to swoje ostatnie pieniądze.

- Chciałbyś się czegoś napić? - zapytał, próbując jakoś rozluźnić atmosferę. - Zaraz zrobię herbatki...

- Coś się stało?

Cichy szept wyrwał go z zadumy, przeszywając na wskroś jego serce. Właśnie zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili siedzi w bezruchu i wpatruje się w zegar ze zbolałą miną. Zagryzł wargi i pokręcił głową, przymykając powieki. Powinien mu to wszystko jakoś wyjaśnić, w końcu pozostały im ledwie minuty wspólnego życia.

Parę razy zamknął i otworzył usta, połykając powietrze.

- Kuro...

Ogromny huk wstrząsnął drzwiami z taką siłą, aż obaj podskoczyli. Kuroko rzucił mu pytające spojrzenie, a Kise uciekł wzrokiem w bok i spojrzał na drzwi, z nich zjeżdżając wzrokiem na wiszący obok zegar.

Byli znacznie wcześniej niż zakładał.

- Bez obaw. Jestem pewien, że zaraz przestanie... - spróbował go uspokoić, jednocześnie podnosząc się z klęczek. Nie dało się ukryć, że wyraźnie pobladł. Zerknął w stronę okna i jego źrenice rozszerzyły się w przerażeniu.

Kuroko nie miał pojęcia, co się właśnie wydarzyło. Dudnienie dochodzące od strony drzwi stawało się coraz głośniejsze, bardziej intensywne i niedługo po tym zaczęły pojawiać się gniewne krzyki. Kise starał się je zignorować, ale nie zdołał ukryć przed nim zaniepokojenia, a może nawet i strachu. Zagryzł wargi i pospiesznie ruszył do drugiego pokoju. Gdy już z niego wrócił, nie kryjąc ostrego zdenerwowania ostrożnie przykląkł przed nim, trzymając w dłoniach szkło wypełnione zawiesistą cieczą.

Trzeci plan

- Wypij to - poprosił drżącym głosem, podnosząc kubek do jego ust.

Substancja w kubku miała lawendowy kolor. W niedbale wymieszanej cieczy bujały się drobiny białego proszku, osiadając na brzegach szklanki. W pierwszej chwili nie miał bladego pojęcia, czym mogła być ta ciecz. Strach błysnął w lazurowych oczach, kiedy w końcu zrozumiał, co Kise zamierzał zrobić.

- Zaufaj mi, proszę.

Słysząc rozpaczliwy ton nie mógł zrobić nic innego jak tylko skinąć głową. Nie zrywając kontaktu wzrokowego, pozwolił wlać w siebie podany płyn i posłusznie go przełknął, nie uskarżając się na paskudny smak. Kise odetchnął z ulgą i zerknął przez ramię, przygryzając wargi. Ponownie spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko smutny grymas. Przytulił go mocno do piersi i ucałował w czubek głowy.

- Spotkajmy się w lepszym miejscu, Kurokocchi... - jęknął, patrząc jak ukochany błękit zachodzi mgłą.

Kuroko został ułożony ostrożnie na podłodze i bezlitośnie pozbawiony sekundy ciepła, które tak bardzo ukochał w ostatnich dniach. Tracąc świadomość, zdążył zarejestrować momenty, kiedy uszy wypełnił mu ryk wyważanych drzwi i krzyki osób, przebiegających przez pokój. Najmilszym z ostatnich odczuć były ciepłe dłonie, podnoszące go do siadu, najgorszym zaś okazał się zgrzyt zawiasów i rozpaczliwy krzyk. A po tym nie było już nic.


- ... Paru osobom zdążył przyłożyć, a później najwyraźniej spanikował i skoczył z okna... co za kretyn...

- Ale przeżył? Cudem, ale...

- Połamane obie nogi, pogruchotany kręgosłup... farciarz, nie ma co. A ten mały, eee... Kuroko Tetsuya?

Obaj zerknęli w stronę sali i natychmiast cofnęli się przerażeni, napotykając na gniewne spojrzenie jednego z pełniących wartę "kolorowych". Tym mianem okrzyknęli bandę, która nieustannie, dzień i noc koczowała przy ich równie kolorowym koledze już od tygodnia z nadzieją, że ten w końcu otworzy oczy.

Nikt poza wspomnianą "bandą kolorowych" i jednym z nadzorujących lekarzy nie bardzo wiedział, jak właściwie do tego doszło. Dwójka młodych chłopaków trafiła do szpitala jednego dnia, odniesione przez nich obrażenia były różne lecz obaj zasnęli równie mocnym snem i do tej pory jeszcze się nie wybudzili. Drugi z nich po krótkim czasie został przeniesiony do innej placówki, okoliczności tej decyzji pozostawały tajemnicą.

Jeden z nich westchnął, niewątpliwie rozczarowany niekompletnym zakończeniem historii.

- Być może nigdy się nie obudzą...


Biel szpitalnych ścian, firanek, pościeli, wzmacniana przez światło słoneczne sprawiała mu dotkliwy ból. Nie był to ból fizyczny, choć mógłby nim być, gdyby tylko zmusił się do przeleżenia w kompletnym bezruchu paru kolejnych godzin, tym samym doprowadzając swoje ciało do szaleństwa.

Nie mogąc już dłużej znieść jasności, niechętnie uchylił powieki. Ku jego zdumieniu, światło zamiast zaatakować oczy jeszcze dotkliwiej, spłynęło na niego łagodnie, przyrównując to uczucie do opadających na powieki płatków śnieżnych. Znajdował się w szpitalu. Wszystko było białe, dokładnie tak, jak to sobie wyobrażał. Nawet jego koszula i dłonie, cały był biały, wszystko tonęło w bieli.

- Już nie śpimy, Kurokocchi?

Obrócił się z przestrachem w kierunku z którego dochodził głos i odruchowo zamrugał, odganiając ruchem rzęs drażniącą biel. Blondyn był cały w białych płatkach. W jego włosach pobłyskiwały refleksy, cera jaśniała zdrowiem, a wcześniej lekko zapadnięte policzki były teraz pełne i zaróżowione. Spierzchnięte usta i dłonie na powrót stały się gładkie, zupełnie jak podczas okresu, kiedy był modelem.

Kise spojrzał ze zdziwieniem na swoje ramiona i odgarnął z nich miękki biały puch, śmiejąc się przy tym perliście.

- Ale fajne, nie? - zagaił, podrzucając w dłoniach coś na kształt śnieżki. - Ulepimy bałwana?

Kuroko pokręcił głową i otworzył usta, próbując dobrać odpowiednie słowa. Właściwie nie wiedział, od czego mógł zacząć... Czy tak wyglądało niebo?

- Czy my...

Kuroko...!

Cichy krzyk odebrał mu resztę słów. Poczuł się tak, jakby niewidzialna siła zasadziła mu solidnego kopniaka w żołądek i wyrwała mu je z gardła wraz z językiem, wymachując nim triumfalnie nad ich głowami. Kise zamarł w bezruchu, jakby nasłuchiwał.

- Kuroko... w końcu się obudziłeś...

Kuroko zamrugał. Obraz Kise rozmył się jak za dotknięciem mydlanej bańki, praktycznie rozprysnął się przed jego oczami. Przez chwilę nie widział niczego innego, miał nawet problem z odgadnięciem, do kogo należał tamten głos. Czyjeś ramiona objęły go ostrożnie, a na barkach poczuł wilgoć; gorące łzy spływały po jego skórze, wsiąkając w szpitalną koszulę.

W pierwszej chwili nie wiedział, dlaczego Kagami płacze i dlaczego reszta za nim również miała łzy w oczach. Aomine w bonusie miał podbite oko, Midorima zgubił gdzieś okulary, Murasakibarze jakby ubyło włosów, Akashi... wszyscy wyglądali żałośnie.

Czuł się zbyt słaby na jakąkolwiek reakcję. Pod dłonią poczuł coś nieprzyjemnie ciepłego i jakby... zwiędniętego? Uniósł nieznacznie palce i ujrzał żółte, przechodzące już w pomarańcz płatki kwiatów. Żonkile.

Kurokocchi...

Zagryzł wargę, chowając twarz w cieniu grzywki. Mieszane uczucia, niewypowiedziana ulga i zarazem ból w piersi, słone łzy napływające do rozchylonych ust... porażka. Poczucie utraty rozrywało mu pierś, odbierało oddech i chęć do życia. Przechodził przez różne porażki i z każdej jakoś się podnosił, ale ta była najboleśniejsza z nich wszystkich. W tej chwili nie istniało nic innego poza tym uczuciem, bolesną świadomością tego, że przegrał.


KONIEC C: Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie tego chłamu i przepraszam, jeśli rozczarowałam. Przewiduję jeszcze dodatek "listy Kise"