Tytuł oryginału: Hero Hunting

Autor: slantedknitting

Zgoda jest. Link w profilu.


Rozdział ósmy

Powód


Ron siedział na krawędzi łóżka, gapiąc się bezmyślnie na telewizor. Nic z tego nie zauważał, dlatego że był całkowicie skupiony na telefonie. Czekał już kilka godzin, wiedząc, że jeśli Emily powiedziała Harry'emu, że wyjeżdża następnego dnia, to Harry pojawi się znowu w hotelu. Musiał się pojawić znowu, powtarzał sobie Ron. Pomimo tego, co Harry myślał o tym, jak to nikt nie zauważył, że się dusi po wojnie, Ron zauważył. Nie zauważał dużo, ale zawsze zauważał Harry'ego i zawsze będzie.

Dlaczego się nie pojawia? Ron starał się bez powodzenia uciszyć głos z tyłu głowy. Minęło piętnaście lat. Oczywiście, że się zmienił, zapomniał wszystko o tobie i o wszystkim związanym z magią. Nie potrzebuje cię. Nie pojawi się.

— Kurna. — Ron opadł na łóżko i wpatrzył się w sufit. Co, jeśli Harry nie przyjdzie? Czy to on powinien iść do Harry'ego? — Kurna, kurna, kur…

Telefon zadzwonił głośno i Ron wyciągnął się, żeby go dosięgnąć, w połowie leżąc na łóżku.

— Halo? Halo? — Obrócił słuchawkę w poprawną stronę i spróbował ponownie. — Halo?

— P–pan Weasley? Jest pan tam?

— Tak, tak, jestem, tak. — Serce Rona waliło w piersi, kiedy ponownie układał się na łóżku.

— Ktoś chce się z panem widzieć.

— Przyśle… um, proszę przysłać go na górę.

— Oczywiście, proszę pana.

Ron rozłączył się i poszedł odkluczyć drzwi. Wyłączył telewizor i usiadł nerwowo na krześle obok szafy.

Kiedy już miał się poddać i iść go szukać, rozległo się pukanie. Ron podbiegł do drzwi, sprawdził przez judasza, że to on i otworzył drzwi.

Harry wszedł ośrodka, brutalnie odepchnął Rona i zamknął drzwi za sobą kopniakiem. Ron szybko wyciągnął różdżkę, ale Harry natychmiast wyciągnął mu ją z reki.

— Pozwoliłem ci to zrobić — powiedział szczerze Ron.

— Wiem — odpowiedział Harry, rzucając różdżkę na łóżko. — Żadnych różdżek, Ron.

— Zamierzasz mi powiedzieć, jak czarujesz bez niej?

— Nie.

— Zamierzaj mi powiedzieć, dlaczego odszedłeś?

— Nie.

— Dobra. — Ron skrzyżował ramiona. — To co tu robisz?

— Emily powiedziała mi, że jutro wyjeżdżasz.

Ron wzruszył ramionami.

— Planowałem to. Co ci do tego.

Harry wziął głęboki oddech i Ron patrzył, jak zawzięty wyraz znika z jego twarzy.

— Przyszedłem przeprosić — powiedział cicho. — Byłem… byłem nieco okropny i… i ta cała sprawa po prostu… po prostu spadło to na mnie z zaskoczenia, to dlatego. Nie byłem sobą w twoim towarzystwie i… czuję się źle. Nie chciałem tego zakończyć w taki sposób. Nie chciałem, żebyś… żałował, że mnie znalazłeś. Ponieważ nie jestem… nie jestem takim wielkim dupkiem. — Uśmiechnął się lekko. — Przynajmniej mam nadzieję, że nie jestem. I dotarło do mnie, że… że jesteś tutaj, teraz, i to nie powód, żeby być przez to takim głąbem. I nie chciałem, żebyś odchodził bez, no wiesz, godnego dźgnięcia… jakby, na nowo rozpalonej przyjaźni.

Ron czekał chwilę, żeby mieć pewność, że Harry skończył.

— Chcesz, żebym został? — zapytał, starając się brzmieć sceptycznie, a nie pełen nadziei.

— Ja… jeśli, jeśli chcesz. Mam na myśli… taa, jeśli… jeśli mógłbyś zostać… ja… byłoby fajnie.

Ron uśmiechnął się lekko.

— Okej.

— Okej?

Wzruszył nieco ramionami i usiadł na brzegu łóżka.

— Zostanę trochę.

— Och. D–dobrze. — Harry uśmiechnął się niepewnie i usiadł obok szafy. — Więc czym… czym dokładnie się zajmowałes?

Ron uniósł brwi.

— Co, tutaj?

— Nie, chodzi mi ogólnie. Przez ostatnie piętnaście lat.

— Och, to. — Ron położył się na łóżku, opierając o poduszki, żeby patrzeć na Harry'ego. — Cóż, sprawdźmy. Odszedłeś we wrześniu, a ja przerwałem trening na Aurora i spędziłem cały rok szukając cię, przekonany, że zostałeś jeśli nie zamordowany, to co najmniej porwany. — Przyglądał się przez chwilę zadumanej twarzy Harry'ego, po czym kontynuował: — W końcu uświadomiliśmy sobie, że sam odszedłeś, więc ponownie wstąpiłem na trening i ukończyłem go w dwa lata. Shacklebolt dawał mi prywatne lekcje, żebym nadgonił stracony czas, i… cóż, dużo mi pomógł. Spędziłem te dwa lata nadal ciebie szukając, głównie w Irlandii, Holandii i Belgii. Myślę, że potem pojechałem też do Danii. Starałem się zaliczyć jak najwięcej krajów.

— Mogę zapytać — przerwał Harry — dlaczego tak bardzo chciałeś mnie znaleźć? Znaczy, kiedy zorientowaliście się, że ani mnie nie porwano, ani nie zabito, czy nie przyszło wam do głowy, że odszedłem z jakiegoś powodu i nie chcę być znaleziony?

Ron przez chwilę patrzył na swoje kolana.

— Oczywiście, że przyszło. Ale, będąc szczerym, gówno mnie to obchodziło. — Znowu spojrzał na Harry'ego. — Opuściłem cię przedtem dwa razy i przysiągłem sobie, że więcej tego nie zrobię.

Harry zamrugał.

— Dwa razy?

— Raz podczas wojny…

— Prawda.

— I raz podczas Trójmagicznego.

Harry zmarszczył brwi.

— To nie było opuszczenie, to była tylko… nastoletnia głupota.

Ron wzruszył ramionami.

— Okej, dobra. Opuściłem cię raz i byłem głupim nastolatkiem tego drugiego razu. W każdym bądź razie, nie zamierzałem pozwolić ci uciec, jeśli mogłem temu zapobiec.

— Dlaczego? — zapytał Harry, z coraz bardziej posępną twarzą.

— Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Harry. Jesteś jedynym prawdziwym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem. Po wojnie, znaczy, kurwa, byłeś tam tego lata. To było cholernie nie do zniesienia, a ty i Hermiona byliście jedynymi normalnymi ludźmi w całym kraju! Ja… potrzebowałem cię, Harry. A ty odszedłeś i nie mogłem sobie z tym poradzić. Podejrzewam, że jeśli coś takiego wydarzyłoby się teraz, może zareagowałbym bardziej dojrzale, ale… w tamtej chwili… potrzebowałem czegoś, na czym mógłbym się skupić, aby nie myśleć o tym gównie, które było powiązane z wojną. Musiałem cię znaleźć, to był jedyny sposób… jedyny sposób, tak myślałem, żebym na nowo myślał rozsądnie, żebym był normalny.

Harry gapił się na Rona przez dłuższą chwilę, zanim spojrzał na własne stopy.

— Właśnie takie coś, że wszyscy mnie potrzebują, każdy chce, żebym był obok dla jego własnego dobra… to przez to odszedłem, Ron. Chciałem dalej pomagać, naprawdę. Nie zabiłem Voldemorta na darmo i wyobrażałem sobie siebie, jak odbudowuję Hogwart, przyłączam się do Ministerstwa i ulepszam je, i, i mam wpływ na różne rzeczy, a potem może… może bym usunął się ze stanowiska Aurora i zaczął uczyć Obrony Przed Czarną Magią w Hogwarcie. To były moje marzenia.

— Więc co się stało? — podszepnął Ron.

Harry westchnął ciężko.

— Zmieniłem się w najgorszego pieprzonego chłopaczka z plakatów i nikogo to nie obchodziło. Ani jedna osoba nie przejmowała się, że byłem rozrywany i że moje… moje potrzeby były całkowicie ignorowane. Wojna mnie kurewsko zniszczyła. Byłem wykończony i nie mogłem spać i nigdy nie byłem głodny. Byłem w przeklętej depresji… przez, przez Remusa i… i Tonks… a ich nie było, a ich syn był… i pieprzony Colin Creevy i, i… i Fred. — Harry wstrząsnął głową. — To było o wiele za dużo. Czułem się za to wszystko kurwa odpowiedzialny i jakbym nie mógł nikomu odmówić, i jakby to był mój obowiązek, reprezentowanie Ministerstwa, bo robiło dobre rzeczy, a ja po prostu…

Wziął głęboki oddech, aby się uspokoić, a Ron patrzył, jak żal zalewa jego twarz, kiedy się zorientował, jak osobista i ile ujawniająca była jego przemowa.

— Musiałem po prostu się wydostać — powiedział spokojnie. — Zdaje się, że musiałem się wydostać tak samo mocno, jak ty musiałeś mnie znaleźć. — Spróbował się uśmiechnąć do Rona. — Nie wyobrażam sobie, że inni mieli o wiele lepiej po wojnie i nie chciałem być samolubny lub… lub mówić, że tylko mój ból się liczył. Po prostu… czułem, jakbym całkowicie zgubił siebie. I nikt nie zauważył, i nie wydawało mi się, że mógłbym poprosić kogoś o pomoc, bo czułem, że w tamtym punkcie nikt mnie nie rozumiał, nikt mnie nie znał. Głównie przez to, że wtedy sam nie wiedziałam, kim jestem. Moje całe życie było budowane na celu zabicia Voldemorta, a kiedy to zostało zrobione… pogubiłem się.

Dwójka mężczyzn siedziała w ciszy przez kilka długich minut, każdy pogrążony we własnych wspomnieniach.

— Wierz lub nie — powiedział w końcu Ron — zauważyliśmy. Przynajmniej ja i Hemriona. I Ginny też. Wszyscy wiedzieliśmy, że coś jest nie tak i widzieliśmy, co oni z tobą robią, o co cię proszą. Staraliśmy się… ułatwić ci to… myślę, że nie wyszło. Myśleliśmy, że wszystko się poprawi, jak się zacznie trening na Aurorów… tylko na to czekaliśmy, żeby rzeczy ułożyły się naturalnie…

Harry wzruszył ramionami i lustrował swój kciuk.

— Umarłem, żeby wszystkich ocalić. Dosłownie oddałem wszystko, co miałem do oddania, ale to im nie wystarczało. Nikomu. Nie miałem dla nich nic więcej.

— Wiem, stary.

Harry spojrzał w górę.

— Przepraszam, że ciebie zraniłem. I wszystkich innych, zwłaszcza Ginny. Kochałem ją. A to była… to nie była łatwa decyzja, o odejściu. To… to bolało, mocno. I oczywiście, że za wami tęsknię. Tęsknota zabijała mnie przez pierwsze parę lat i bycie zdanym na siebie, i niewiedza, co wy wszyscy robicie lub czy… ale w końcu musiałem przestać o tym myśleć. Wiesz, umiejętności przetrwania. Odszedłem, żeby się znaleźć i przestać pogrążać się w smutku. Więc zostawiłem wszystko za sobą i… cóż, oto jestem. Całkiem nowy człowiek.

Ron uśmiechnął się kącikiem ust.

— Tak nawiasem, to twoje włosy wyglądają cholernie głupio.

— Co? Nieprawda!

— Tak, prawda — potwierdził Ron, śmiejąc się.

Harry wywrócił oczami.

— W każdym razie — powiedział, wstając. — Skoro skończyliśmy rozdzierać swoje serca jak dziewczyny, myślę, że pójdę do domu. Emily pewnie myśli, że się już teraz pieprzymy.

— Em. — Ron spojrzał na niego głupio.

— To był żart — powiedział Harry obojętnie.

— Och. Jasne. — Ron wstał i poszedł z nim do drzwi. — Dzięki, że wpadłeś.

— Dzięki… że mi pozwoliłeś.

Potrząsnęli ręce i Harry wyszedł z uśmiechem na twarzy. Ron położył się na łóżku i wpatrzył w sufit, powtarzając w głowie wciąż i wciąż tą rozmowę. Dobrze było, tak się na to zapatrywał, usłyszeć wyjaśnienie o nagłym zniknięciu Harry'ego. Wiedział jednak, że będzie musiał stąpać ostrożnie przy tej ich nowej „odnowionej przyjaźni". Jeśli znajdzie się za blisko, albo będzie zbyt potrzebujący, albo będzie się wydawać, że znalazł się za blisko albo był zbyt potrzebujący, to obawiał się, że Harry znowu się odetnie.