O chłopaku skaczącym przez czas
Feliks był zawiedziony. Cofanie się w czasie zawsze wyobrażał sobie jako coś spektakularnego, coś, co wymagało potężnego wiru czasoprzestrzennego i w razie najmniejszego błędu powodowało, że niedzielny podróżnik kończył swoją wycieczkę wprost w erze dinozaurów. Już samo zainicjowanie podróży w czasie powinno być skomplikowanym procesem, do którego niezbędne było użycie jakiejś przepotężnej mocy lub zaawansowanej technologii. Sam znał kilka świetnych sposobów na podróż w czasie: niebieską budkę telefoniczną, ponaddźwiękowy samochód, mikrofalówkę na banany, futurystyczną miarkę czy też magiczne życzenie, spełnione przez małego, pokrętnego stworka. No dobrze, nie musiało być od razu spektakularnie. Od biedy wystarczyłby jakiś obdarzony mocą Azjata, który za pomocą woli mógłby teleportować się w czasie.
A Feliks? On po prostu stał i już, wszystko było pozamiatane. Nawet na efekty specjalne nie zasłużył. Chmury nie płynęły w przyśpieszonym tempie, słońce nie mknęło po niebie z zachodu na wschód, a ludzie nie chodzili tyłem. Cofanie w czasie jakby odbywało się samo, gdzieś na trzecim planie, a Feliks był tu potrzebny tylko z tego względu, żeby było na kim zademonstrować efekty uboczne... zresztą nawet i nie to. Jeśli kręcący się w przeciwną stronę zegarek to było wszystko, co miało wskazywać na zakrzywienie czasoprzestrzeni, to chyba bogom czasu skończył się budżet na tę produkcję.
W tym momencie Felek doszedł do jedynej słusznej konkluzji - Gilbert go oszukał. Kiedy skonfrontował teorie wybitnych fizyków oraz dziesięciolecia dorobku kulturowego w dziedzinie podróży w czasie przeciwko słowom pokręconego sierściucha, wynik wydawał się oczywisty. Właśnie. Wydawał się. Nie mógł za pomocą logicznych wywodów zrozumieć czegoś, co nie było logiczne od samego początku. A może bezpieczniej było nie widzieć? Chociaż w większości filmów podróże w czasie były szybkie, przyjemne i kończyły się happy endem, to jednak z Feliksa żaden był Michael J. Fox. Może i był głównym bohaterem swojego życia, ale nie miał żadnej gwarancji, że świat zechce nakręcić z nim kontynuację. I czy aby na pewno będzie to spokojna telenowela.
Po sto dwudziestym czwartym okrążeniu Feliks wreszcie przestał wydeptywać tajemnicze kręgi w trawie i spojrzał na koronę rosnącego w pobliżu dębu. Na jednej z gałęzi rozłożystego drzewa drzemał sobie Gilbert, cierpliwie czekając, aż blondyn przetrawi w myślach najnowsze rewelacje. Felek się wahał. Nie wiedział, od której strony ma zacząć rozmowę, ponieważ wciąż nie mógł wyzbyć się wątpliwości co do motywów postępowania Kota. Najprawdopodobniej sierściuch nie chciał źle, ale jego skłonność do zatajania informacji również powinna mieć swoje granice. No bo skoro w grę wchodziło naruszenie czasoprzestrzeni, to czemu, do jasnej Anielki, to kocisko drzemało sobie jak jakiś pospolity dachowiec po kolacji?!
- Wkręcasz mnie - zaczął wreszcie Feliks, uważnie dobierając słowa. Ręce założył na piersi i z uporem wpatrywał się w koronę drzewa, dając do zrozumienia, że Kot nie pozbędzie się go po wygłoszeniu zaledwie trzeciorzędnych ogólników. - Gdybym naprawdę cofał się w czasie, to powinienem też mówić od tyłu.
Kocur odemknął jedno oko, by spojrzeć na zadzierającego głowę chłopaka.
- I chwała niebiosom, że tak nie jest - sapnął Gilbert, po czym przeciągnął się. - Już teraz ciężko się z tobą rozmawia.
- To nie może być takie proste. Nie masz dowodów. - Felek puścił mimo uszu oczywistą zaczepkę.
- Nie wierzysz mi. Rozumiem. - Kot zmienił taktykę. - Zróbmy w takim razie mały test. Pokaż mi dłoń, której użyłbyś, aby się podpisać - polecił, kiedy swoim starym zwyczajem zaszedł za pień jednego drzewa, a następnie pojawił się na gałęzi zupełnie innego.
Chłopak prychnął lekceważąco i bez zastanowienia podniósł rękę. Chciał powiedzieć "nie ze mną te Brunery, numer", ale zanim zdołał odciąć się futrzakowi, zerknął... w lewo...?
- Tam do licha! - krzyknął i potrząsnął ręką, chcąc się upewnić, czy przypadkiem nie poruszyła się ona z własnej woli, niczym rąsia z rodziny Adamsów. - Przecież jestem praworęczny!
Spanikowany Felek spojrzał na Gilberta, a potem znów przeniósł wzrok na swoją dłoń. Lewą dłoń. Dokładnie tę, która według jego mózgu powinna nadawać się do posługiwania długopisem i to w stopniu znacznie lepszym niż tylko jako podpórka. Kot uśmiechnął się z wyższością.
- Niech zgadnę… Tym razem nie wpadłeś do żadnej niewinnie wyglądającej dziury, a trafiłeś tu bardziej niekonwencjonalną drogą. Przeszedłeś przez lustro.
Feliks na przemian otwierał i zamykał usta, co pewnie miało być niemym odpowiednikiem pytania „Ale skąd ty o tym wiesz?".
- Powściągnij swoje zdziwienie. Przecież widać to jak na DŁONI – zachichotał Gilbert, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. – Zmiana twojego ciała to jeden z wielu wyjątkowych skutków przedostania się przez lustro. Nie tylko stałeś się leworęczny, ale również cofasz się w czasie. Nie widzisz tego, ponieważ jest to efekt długofalowy, oddziałujący tylko na twoje ciało... W skrócie, zamiast starzeć się, młodniejesz.
- Ej, to wcale nie brzmi źle - stwierdził Feliks, ostatecznie odrywając wzrok od swojej kończyny. - Tyle chorób mnie ominie! Demencja, artretyzm, sztuczna szczęka...
- Jesteś pewien, że to dobrze? Ciekawy punkt widzenia. To znaczy nie przejmujesz się tym, że zostało ci tylko tyle lat życia, ile masz obecnie? A i to za dużo powiedziane, bo tak naprawdę jako niemowlak nie będziesz już szczególnie ruchliwy i gadatliwy.
- Och.
- Istotnie. Niesamowicie odpowiedni dobór słów. Och. Zawsze umiałeś dobrze podsumować rozmowę - zakpił Gilbert, z dezaprobatą kręcąc głową. Speszony Feliks spuścił głowę. - To nie jest coś tak trywialnego jak eliksir młodości. Zrozum, wszystko zostało odwrócone: twoje ciało, twój dom, a nawet twój czas. Ciesz się z tego, że jeszcze tu stoisz.
Feliks drgnął, kiedy dotarł do niego sens słów. Nie, nie chodziło o to, że Gilbert się z niego nabijał, bo na to był uodporniony w mniejszym lub większym stopniu. Chodziło o pewien szczegół, który przypomniał mu o tym, po co właściwie chciał odnaleźć Kota.
- Nie powinieneś... wiedzieć.
Gilbert spojrzał podejrzliwie na osłupiałego Felka. Tymczasem niepokój uderzył w blondyna ze zdwojoną siłą. Wydawało mu się, że powinien o czymś pamiętać. Że odpowiedź jest blisko i jeśli tylko ubierze te chaotyczne myśli w słowa, to zrozumie, co się działo od samego początku.
- Nie powinieneś wiedzieć o tym, że mój dom też jest odwrócony - powtórzył Feliks, podnosząc nieco głos. - Nie mówiłem o tym nikomu. I to już nie pierwszy raz dzisiaj, kiedy ktoś wie wcześniej niż powinien. Nie, nie uwierzę w to, że usłyszałeś o tym przypadkiem. Przecież nie ma przypadków.
Nagle oczy Felka przygasły. Źrenice rozszerzyły się do granic możliwości, tak jakby chłopak znalazł się w całkowitej ciemności albo poza swoim ciałem... poza czasem. Kocur zwinnie zeskoczył z drzewa i pognał w kierunku blondyna. Nie podobał mu się ten wzrok. Nie zwiastował niczego dobrego.
- Ty wiedziałeś. Wiedziałeś, że przybędę, i dlatego kazałeś Ludwigowi, żeby Bliźniacy mnie uratowali. Wiedziałeś, że Jabbersmok zaatakuje. – Feliks oddychał coraz szybciej. - Gilbert! Przestań pieprzyć i gadaj! Co się tutaj dzieje? Od kogo ty to wszystko wie...
- Feliks!
Chłopak ocknął się z transu, a myśli znów rozsypały się w bezładną chmarę, pozostawiając po sobie jedynie mgliste poczucie niepewności... Feliks zamrugał kilkukrotnie, aż źrenice zmalały, a w oczach pojawiły się zielone iskierki świadomości. Kiedy wróciła mu ostrość widzenia, ze zdziwieniem spostrzegł, że Kot znajduje się tuż przed nim, z łapami zaciśniętymi na Felkowych skroniach. Blondyn wzdrygnął się i speszył, zastanawiając się, jakim cudem nie zauważył go wcześniej. Po chwili zdał sobie również sprawę, że w chwili wzburzenia zadał Gilbertowi pytanie, chociaż obiecał sobie nigdy tego nie robić. Już miał obrócić swoje słowa w żart i nie dać kocurowi szansy na wypowiedzenie jakiejś kpiny pod swoim adresem, ale w tym momencie Kot puścił jego głowę, po czym sam się odezwał.
- Nie mogę powiedzieć. Jeszcze nie - oznajmił, jakby nieco skruszony. - Mogę cię jedynie zapewnić, że wszystkie informacje otrzymałem z pierwszej ręki... Naprawdę pierwszej. Nic ci nie grozi, więc chciałbym, żebyś już więcej o tym... nie myślał.
Tak pokrętna odpowiedź wcale nie ucieszyła Feliksa, ale jeden rzut oka na Gilberta sprawił, że postanowił zastosować się do jego sugestii. Gdyby nie był kotem, chłopak mógłby powiedzieć, że wyglądał teraz bardziej jak zbity pies. Ha, czyli ma jeszcze gadzina resztki sumienia! Tylko, na świętego sękacza, mógłby przestać już wywierać na nim presję tymi swoimi czerwonymi ślepiami. Felek skrzywił się i chciał dać Gilbertowi kuksańca w bok, ale Kot na czas odskoczył.
- Brzmisz, jakby to wszystko było przez kogoś ukartowane - rzucił zgryźliwie chłopak.
Widząc, że kryzys został zażegnany, kocur pozwolił sobie na drobny uśmieszek.
- Nie patrz tak na mnie. Sam jesteś temu winien.
- Jakie sam?! Jakie sam?! Ja nic nie chciałem! Do lustra wciągnęło mnie moje odbicie...
- ...czyli ty sam. Nie widzę sprzeczności.
- Ty nigdzie nie widzisz sprzeczności! Ty tylko oznajmiasz spokojnym tonem, że zamiast się starzeć, młodnieję, a tak w ogóle to mogę samym swoim istnieniem rozwalić wszechświat i pobliskie uniwersa w piz... w drobny mak. - Feliks zawahał się. - Bo mogę?
Gilbert machnął ogonem, jakby odganiał od siebie natrętną muchę, jednak po krótkiej chwili milczenia odpowiedział:
- Istnieje taka ewentualność.
- No widzisz - jęknął.
- Widzę. I widzę, że ustalenie, kto jest winny, a kto nie, nie ma wpływu na to, że trzeba cię przywrócić do poprzedniego stanu.
- Co...?
Kocur nie odpowiedział od razu, lecz skinął na Feliksa i wspólnie udali się w kierunku ścieżki ciągnącej do dworku Księżnej. Kiedy znaleźli się w pobliżu barwnego domostwa, Gilbert wskoczył na pogrążony w miłym cieniu murek z czerwonej cegły, po czym usadowił się na nim wygodnie.
- Zagilbiście - zamruczał z zadowoleniem. – Teraz możemy rozmawiać na odpowiednim poziomie.
Skonsternowany Felek uniósł brew. Jedną. Na znak absolutnego rozczarowania. Przez tego egocentrycznego sierściucha znowu będzie musiał zadzierać głowę podczas rozmowy. A niech mrówka w kostkę kopnie to jego przeklęte poczucie wyższości!
- Nie mówiłem, że zostaniesz taki do końca... a raczej początku życia - westchnął Kot. - Dobrze, wyjaśnijmy sobie co nieco. W twoim domu, w pokoju, z którego dostałeś się do Krainy Czarów, poza lustrem znajdowały się jeszcze jakieś przedmioty, prawda?
- No tak. To była garderoba, ciasna, ale własna. W sumie nie udało mi się upchnąć tam zbyt wielu rzeczy, jedynie szafę, zegar na ścianę, no i to cholerne lustro. Wydaje mi się, że pochodzi z jakiegoś antykwariatu. - Feliks zamyślił się. - Założę się, że to lustro było magiczne. Pewnie ten antykwariat prowadzi jakiś walnięty staruszek, który sprzedaje magiczne rupiecie, a potem ma z tego wielki ubaw!
- Mylisz się. Lustro nie jest niczemu winne. Założę się, że było całkiem zwyczajne - powiedział, parafrazując wypowiedź Felka. - To przez zegar utworzyło się przejście.
- Ale to był zwykły zegar. Taki wiesz... za dychę, z chińskiego bazarku - dodał celem wyjaśnienia.
- Tu nie chodzi o jakieś certyfikaty czy znaki jakości - Gilbert potrząsnął głową. - Wszystko przez niewłaściwość. Niewłaściwe miejsce, niewłaściwy czas. Albo zbyt właściwy. Wskazówki po obu stronach lustra pokazały tę samą godzinę, przez co światy zlały się w jedno. Nie bez przyczyny północ jest nazywana godziną duchów. Właśnie wtedy wymiary wzajemnie się przenikają.
Feliks mimowolnie się wzdrygnął.
- Muszę zapamiętać, żeby w przyszłości nie robić już podobnych wypadów przez lustra.
- I słusznie. Gorsza jest już tylko 6:66. To prawdzie szczęście, że nie zdarza się ona za często.
Choć Gilbert rzucił wyraźną ironią, Felek zlekceważył ją, skupiony na słowach dotyczących północy.
- Czyli ten drugi Feliks był duchem? Moim własnym? – zastanawiał się głośno. - To szaleństwo! Jeśli nawet poplątało się coś w przepływie czasu, to przecież nie na tyle, żebym nie wiedział nawet, że umarłem!
- Wątpię, żeby to był duch. Duchy są tak jakby mniej... lustrzane. Północ przyciąga wszystkie nadnaturalne istoty, więc twoje odbicie mogło być czymkolwiek, łącznie z Yetim i Wróżką-Zębuszką - stwierdził kocur. - A co to dokładnie było, to już nie wiem. Nie jestem demonologiem.
- Więc czemu się do mnie przyczepił? Czemu zamiast mnie tam zwyczajnie zamordować, jak na jakiegoś porządnego potwora przystało, postanowił wciągnąć mnie do Krainy Czarów?
- To nie moja sprawa, co tam zaszło między wami, Feliksami - zbył go. - Wróćmy jednak do naszego przyspieszonego kursu przechodzenia przez lustra.
Gilbert odchrząknął.
- Po przejściu przez lustro trafiłeś do tej garderoby, w której wskazówki ściennego zegara poruszały się w przeciwną stronę. Dlatego ty również zacząłeś cofać się w czasie, a dokładniej rzecz biorąc tylko twoje ciało. - Kot uśmiechnął się szeroko. - Świadomość na szczęście pozostała nienaruszona, ale jak się ma pusto w głowie, to nawet odwrócenie tego wciąż będzie pustką...
- Ej - ostrzegł Feliks. - Nie wiem, do czego zmierzasz, ale prosiłbym o darowanie sobie tych dygresji. Bo twój ogon znajduje się w zasięgu mojej ręki.
- Żartowałem. - Kocur przeciągnął się, niepostrzeżenie chowając ogon za siebie. - Twoja głowa jest niczym zamknięte pudełko. Dopóki go nie otworzę, nie mogę być pewien, czy jest pusta, czy może mieszka tam jakiś kot. A ja jakoś nie mam w tej chwili ochoty na skalpowanie kogokolwiek.
- Gilbert…
- Rozumiem! Niech ci będzie. Lustra nie są od tego, aby przeinaczać to, co niematerialne, więc twoja dusza jest ocalona. Mimo to udało się odwrócić również czas, bo sam się o to postarałeś, wieszając w pokoju z lustrem całkiem mocno materialny zegar.
- Materialne, niematerialne... - mruknął chłopak. - Nie rozumiem, o co ci chodzi. Odprawiłem niechcący jakiś rytuał? Potrzeba zaawansowanej magii, żeby mnie odczarować?
- O dziwo nie. I wbrew pozorom rozwiązanie jest całkiem proste. Skoro to lustro sprawiło, że zostałeś wypaczony, to lustro cię też naprawi. Trzeba cię tylko w odpowiednim momencie przekopać przez nie na drugą stronę.
- A więc mi pomożesz?
Nie odpowiedział. Na wpół znudzony kocur przyglądał się Feliksowi z nieodgadnioną miną i najwyraźniej udawał, że nie dosłyszał ostatniej wypowiedzi. Chłopak się zirytował.
- Masz mi pomóc - stwierdził, zakładając ręce na piersi, na znak nieprzyjmowania do wiadomości odmowy.
Gilbert westchnął.
- Chyba muszę jeszcze raz zastanowić się nad tym, kiedy powinienem ignorować pytania. Przez to niektórym przychodzą do głowy absurdalne pomysły i wydają mi rozkazy - zauważył.
- Ja nie rozkazuję. Ja tylko sugeruję... przekonywująco.
Fioletowy kocur zachichotał, po czym wygiął się w tył jakby miał zamiar spaść i zniknął za murkiem. Nagle Feliks poczuł na swoim prawym ramieniu łokieć opierającego się Gilberta.
- Niech będzie. Pomogę ci. Niepomaganie byłoby o wiele bardziej kłopotliwe. Ale - zastrzegł - nie ma nic za darmo.
- To znaczy? - Chłopak rozłożył ręce, poddając się. - Jak mam ci to wynagrodzić?
- Och, no wiesz, mógłbyś mi zapłacić - powiedział powabnym głosem Kot, a potem nachylił się i wyszeptał mu wprost do ucha. - W naturze.
- Stary dowcip. Prawdziwy neandertalczyk wśród zdań z podtekstami - stwierdził Feliks, niewzruszony. - Więc co mam zrobić? Konkrety poproszę.
Usłyszał prychnięcie, a potem Gilbert odsunął się od chłopaka. Felek uśmiechnął się kpiąco, lecz w duchu wyciął trzy hołubce, bo wreszcie udało mu się utrzeć nosa temu rozbrykanemu kocurowi.
- No dobrze, dobrze. Jakiś ty stetryczały - skomentował Kot, po czym przybrał poważny wyraz twarzy i zaczął przechadzać się po dróżce. - Jak pewnie już wiesz, mieszkańcy chcą przeprowadzić atak na lodowy zamek Królowej Kier. Aby jednak maksymalnie zwiększyć szanse, trzeba zjednoczyć się pod czyimś przywództwem. Ktoś musi stanąć na czele tej prowizorycznej armii. Ktoś, kto ma autorytet podobny do Królowej Kier i będzie odpowiednią pretendentką do tronu. W ten sposób może uda się również rozwścieczyć Kier i sprowokować ją do nieprzemyślanych działań. W najlepszym wypadku część jej wojsk zdezerteruje.
- Niezły plan. Ale jaka jest w tym moja rola? Mam kogoś odnaleźć? Przywieźć? Czy tylko poprzeć? - nie zrozumiał Felek. - W sumie poznałem niedawno Czerwoną Królową i myślę, że świetnie się nadaje do tej roli, ale nie wiem, czy jestem w stanie cokolwiek zrobić. Zaprzyjaźniliśmy się zaledwie kilka godzin temu...
Gilbert machnął ogonem i zatrzymał się w pewnej odległości od Feliksa.
- Nie trzeba. Mam inny pomysł - chrząknął. - Ty będziesz naszą królową.
Przez chwilę Feliks stał, oniemiały. Przecież nie mogą go przecież zmusić, żeby... został...
Tego już było za wiele. Rozsierdzony do granic możliwości chłopak w trzech podskokach zbliżył się do Kota, po czym bezceremonialnie jedną dłonią chwycił go za fioletową koszulę, a drugą, z wyciągniętym palcem wskazującym, przystawił mu niemal pod sam nos.
- Gilbert, nie wiem, czy cię kiedykolwiek kopnąłem, ale nie prowokuj mnie, żebym zaczął to robić - syknął, ale kiedy zobaczył, że grozi mu lewą ręką, zreflektował się i puścił go. - Masz o mnie błędne mniemanie. Owszem, obiecałem pomóc w ataku na tyły zamku, ale nic więcej. Nie opuszczę swojego świata, nawet za cenę władzy. Szczególnie za cenę władzy.
Feliks fuknął, uspokajając się odrobinę, a potem z przekąsem dorzucił:
- A w ogóle to jestem chłopcem, do jasnej Anielki! Ja wiem, że w waszej krainie istnieje wieloletnia tradycja sadzania na tronie ludzi o wyzwolonej garderobie, jednak ekstrawagancja też ma swoje granice!
- Cieszy mnie to, że jesteś tak szlachetny, ale mógłbyś się trochę powściągnąć. Twój iście sarmacki temperament niemal potargał mi wnętrzności. - Gilbert poprawił zmięty kołnierz, spoglądając z niesmakiem na wzburzonego Felka. - Nie na stałe. Chcemy ci przekazać władzę na pół dnia i to bardziej w ramach dywersji niż na serio. Jesteś wyjątkowy, znany oraz masz posłuch. Tylko tyle i aż tyle.
To miała być drwina czy komplement? Felek skrzywił się. Jeśli to faktycznie ma być tylko podpucha, to chyba nie był to zły plan. Sam miał dziś okazję przekonać się, że wciąż działa na Kier niczym pierwszorzędna płachta na byka. Obwołanie go kolejnym władcą było więc całkowicie zrozumiałym posunięciem. Ale czy nie można było od razu powiedzieć, że to wszystko ma być tylko na niby? I teraz to on tu wyszedł na gbura, chama i prostaka!
- Prze-przepraszam... – wydukał blondyn.
- Proszę. Doliczę do rachunku. A skoro nie masz już więcej uwag, to uznam temat za zamknięty. Reszty dowiesz się przed samą bitwą. - Kocur okręcił się i ruszył wzdłuż murku. - Ważniejszy problem stanowi jednak twój powrót do rzeczywistości. Musimy cię przerzucić na właściwą stronę lustra zanim minie północ.
- Północ? A co ja jestem, Kopciuszek? - Felek spojrzał pytająco na rozmówcę.
- Nie. Benjamin Button - zgasił go Gilbert. - Ale żartuj dalej. Wolę jak mówisz, bo wtedy mniej wymachujesz pięściami.
Blondyn wydął policzki, naburmuszając się niczym rozeźlona rozdymka i trwał tak do czasu, aż zauważył, że Gilbert nie zwraca na niego uwagi. Kot wciąż szedł wzdłuż ceglanego murku, przyglądając mu się w skupieniu. Feliks wypuścił powietrze z cichym pyknięciem, a potem sapnął z rezygnacją i podążył za kocurem.
- To musi być najbliższa północ? - Chłopak zerknął na kieszonkowy zegarek. Jeśli dobrze myślał to pozostało jeszcze niecałe sześć godzin. - Wiesz, to trochę mało czasu, żeby załatwić Królową Kier i ratunek dla samego siebie.
- Musi.
- Dlaczego? Nie mogę ewentualnie przeczekać jeszcze jednej doby? Mieliście już podobny przypadek? Czyżby jakiś inny człowiek przede mną trafił w ten sposób do Krainy Czarów?
Gilbert przystanął i obejrzał się za siebie.
- Zadajesz stanowczo za dużo pytań, na które akurat nie chce mi się odpowiadać. Skoro przyszedłeś tu o północy, to i wyjdziesz stąd tylko o tej samej godzinie. Nie można jednak z tym zwlekać, ponieważ później... a dla ciebie wcześniej... minie już zbyt dużo czasu, żebyś wciąż pasował do swojego świata - wyjaśnił, a potem parsknął. - Resztę sekretów zostawię dla siebie, inaczej dostanę wysypki informacyjnej. Co ja w ogóle jestem, Biuro Obsługi Klienta?
- Nie patrz na mnie - Feliks pokazał język. - Spytaj swojego ego.
- Spróbuję, jak tylko znajdę jakąś wolną kozetę. Miło będzie w końcu skupić się na sobie, a nie na problemach pierwszego świata - skontrował.
- Póki co jestem tutaj, więc moje problemy są także problemami drugiego świata.
- No to gratuluję, jeśli jesteś dumny z tego, że obarczasz swoimi kłopotami wszystkie pobliskie uniwersa. Delikwent jest z ciebie nadzwyczaj wielowymiarowy.
- Dzięki, kapitanie oczywistość - sarknął Felek. - A już myślałem, że jestem rycerzem Jedi. Ty to jednak potrafisz człowieka uświa...
- Stop.
Zanim Feliks zdążył zareagować, Gilbert zatrzymał się, a jego zaaferowany czymś ogon chlasnął blondyna prosto w twarz. Chłopak jęknął, cofnął głowę i zachwiał się, dziko machając rękami. Tylko cudem tutejszej grawitacji się nie wykorpytnął. Kiedy Felek złapał równowagę, spojrzał z wyrzutem na nieostrożnego kocura.
- Co znowu?! - wrzasnął, trzymając się za nos.
- ...to tu.
Feliks przetarł lekko załzawione oczy i zauważył, że Kot wskazuje na coś w murze. Choć zbliżył się tak bardzo, że niemal szorował podbródkiem po ręce Gilberta, to Felek wciąż niczego nie dostrzegał. Kocur pokazywał palcem na jedną z wielu identycznych czerwonych cegieł, która wraz z koleżankami posłusznie tkwiła w solidarnym uścisku zaprawy murarskiej.
- Co tu?
- Tentotu.
W tym momencie wskazana cegła cofnęła się, po czym zniknęła po drugiej stronie muru. W powstałym otworze pojawiła się para na wpół przymkniętych oczu.
- Ve... Gilbuś... Buongiorno... – Z dziury dało się słyszeć senny głos.
Gilbert chrząknął znacząco.
- Tu, ogarnij się - upomniał. - Jesteś na służbie.
Bliźniak pisnął, a następnie zamrugał, ukazując wielkie, błyszczące, brązowe oczy.
- Ve! Przepraszam! - powiedział, tym razem energiczniej. - Dzień dobry panie Gilbercie! Dzień ponowny panie Feliksie! Tentotu zgłasza się na posterunku!
- Tak lepiej - zauważył z zadowoleniem Kot. - Przekazuję ci Feliksa. Zaprowadź go do Czerwonej Królowej i poproś kogo trzeba o wytłumaczenie planu nadchodzącej bitwy.
- Ve, tak jest. Już się robi.
Po tych słowach w murze pojawiła się prostokątna szczelina rozmiarów drzwi. Podobnie jak wcześniej pojedyncza cegła, część ściany cofnęła się i zniknęła w głębi kryjówki Tentotu. Felek zmrużył oczy i zlustrował mur przenikliwym wzrokiem. Podobieństwo tego przejścia do tajnych drzwi ukrytych za regałem z książkami było ewidentne, tylko na co potrzebne było takie fantazyjne rozwiązanie, żeby przejść na drugą stronę zwykłej ściany?
- A! Panie Gilbercie - przypomniało się Bliźniakowi. - Słyszałem, że Królowej towarzyszy też Jego Królewska Mość. Mam nadzieję, że to nie będzie problem…
- Nie, wszystko w porządku. Tak będzie nawet lepiej. Feliks pozna nudniejszą połowę czerwonego duetu, a przy odrobinie szczęścia może nawet uda mu się przemówić temu marudzie do rozsądku.
Blondyn podparł się rękami pod boki, patrząc zaczepnie na kocura.
- Czy ja znowu o czymś nie wiem?
- Jeśli zajdzie taka potrzeba, to zrozumiesz. To tylko bonusowa misja, więc nie zaprzątaj sobie nią głowy. Lepiej pamiętaj o swoim celu - oznajmił kocur z typową nonszalancją. - Idź już. Zobaczymy się przed północą.
Nie mając już więcej siły na tajemnicze odpowiedzi, chłopak z rezygnacją machnął na to ręką, po czym poszedł w kierunku wyprostowanego jak struna Tentotu. Kiedy jednak Felek zrobił jeden krok przez przejście w murze, zatrzymał się i zerknął przez ramię na Gilberta.
Ale Gilberta już nie było. Jak zwykle - przychodził i odchodził kiedy mu się żywnie podobało. Mimo to Feliks uśmiechnął się do siebie.
- No, to idę - rzucił w przestrzeń. - Tylko nie zapomnij, że po tym wszystkim musimy naprawdę długo porozmawiać o kilku... nastu... tajemnicach. A w ramach rekompensaty stawiasz mi kawę.
Nagle w powietrzu pojawiło się jedno z czerwonych oczu.
- Wydaje mi się, że już ci coś dziś mówiłem o rozkazach. Ale wiesz co? Tym razem przymknę na to OKO. - Chichot rozniósł się echem po okolicy. - Jeśli dożyjesz przyszłego dnia to... hm, zobaczymy.
Feliks odwrócił się i pomachał na odchodne ręką. Prawą. Na koniec chciał wyglądać naprawdę czadowo, więc skupił się na użyciu właściwej dłoni dla właściwego siebie.
- Umowa stoi.
