14


Ulica Śmiertelnego Nokturnu przeżywała tego dnia prawdziwe oblężenie. Bliżej jej było do gwarnego placu targowego niż miejsca załatwiania mętnych interesów. Subiekci, oszołomieni tłumem i ściskiem, naprędce osuszali bruk z kałuż i w pośpiechu rozstawiali swoje stragany. Para sędziwych czarodziejów dwoiła się i troiła, by ich stanowisko prezentowało się mniej złowieszczo niż witryna, którą mieli za plecami. Jeden z nich kończył przewiązywać wstążką wysuszone łapy pisdwaków, podczas gdy drugi poprawiał różowe kokardy na głowach wypchanych druzgotków. Tuż obok kolejny staruszek — Riddle rozpoznał w nim maga od zegarków — machał różdżką nad imponującą kolekcją magicznych mechanizmów. Musiał rzucić na nie jakieś zmodyfikowane zaklęcie czyszczące, bo gdy wsunął różdżkę w rękaw, błyszczały tak, że nie dało się na nie patrzeć. Kilka stoisk dalej ktoś uśmiechał się koślawo, prezentując niezdecydowanemu klientowi rytualny sztylet, a jego sąsiad grobowym głosem zapewniał innego czarodzieja o śmiertelnej skuteczności sprzedawanych przezeń amuletów. Grupka przejętych czarownic w średnim wieku przystanęła przy straganie z pobrzękującymi talizmanami. Wymijająca je czarownica w żółtym toczku aż zatrzymała się i rozdziawiła szeroko usta, gdy zobaczyła, ile na nie wydały. Sama sekundę później padła ofiarą ulicznego naciągacza. Ociągnięta bezceremonialnie na bok, raczej nie miała co liczyć na pozbycie się niechcianego towarzysza bez uszczuplenia zawartości swojej sakiewki. Tym właśnie na Nokturnie kończyła się chwila nieuwagi — krążący wśród tłumi drobni oszuści z precyzją hipogryfa pikującego w dół, by upolować fretkę, rzucali się na najbardziej zagubionych. Bez wyrzutów sumienia wciskali im podejrzane eliksiry o horrendalnie wysokich cenach. Magomedycy z Munga z pewnością byliby zdziwieni ile różnych lekarstw na smoczą ospę odkryto w przeciągu ostatnich dwóch dni. Riddle'a bardziej dziwiło, że byli tacy, co wierzyli w ich skuteczność. Normalnie nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyślałaby o ich zakupie, a co dopiero wypiciu, ale jak widać czas rozsądnych zachowań właśnie mijał.

Panika wisiała powietrzu. Zła sława i złowieszcza aura, dwie rzeczy do tej pory skutecznie trzymające porządnych obywateli magicznego społeczeństwa z dala od Nokturnu, okazały się niewystarczające. I nie chodziło nawet o pogłoski o domniemanym ataku Grindelwalda – te pojawiały się średnio dwa razy w miesiącu i można było do nich przywyknąć. Wszystkiemu winna była epidemia smoczej ospy – z godziny na godzinę zbierająca coraz krwawsze żniwo i coraz bardziej wymykająca się spod kontroli. Nic więc dziwnego, że Nokturn był dziś jak kociołek, w którym lada moment wybuchnie eliksir.

A Tom osobiście się do tego przyczynił.

Świadomość, że odpowiadał za tę masową histerię działała na niego dziwnie pobudzająco. Nie przeszkadzał mu nawet fakt, że na razie wiedział o tym tylko on i garstka wybranych Ślizgonów. Na resztę społeczeństwa jeszcze przyjdzie czas. Dzięki temu bez aurorów na karku mógł napawać się swoim małym osiągnięciem. Wprawiło go to w wyśmienity nastrój. Przestał przejmować się milczeniem Selwyna. Na bok odłożył myśli o zemście na Dumbledorze. Potrącający go czarodzieje okazali się mniej irytujący niż zazwyczaj; poprzestawał na dyskretnym rzucaniu w ich stronę zaklęć żądlących i czuł się tym całkowicie usatysfakcjonowany.

Mentalnie był więc przygotowany na ciężki dzień w pracy — przy takim ruchu na Nokturnie raczej nie łudził się, że Borgin czy Burke potraktują swojego nowego pracownika ulgowo.

Dlatego cisza, która zapadła, gdy drzwi sklepu zatrzasnęły się za nim z cichym kliknięciem, a dźwięk dzwonka wybrzmiał, wcale mu się nie spodobała. I natychmiast wzbudziła czujność.

Podobnie jak całkowita pustka. Stanął pośrodku i omiótł pomieszczenie wzrokiem. Ani śladu właścicieli, nie wspominając o klientach. Jedyną żywą istotą, przebywającą w sklepie poza nim, była tłusta mucha, która przysiadła na przykurzonym futerale po skrzypcach. Jej ciche, urywane bzyczenie raz po raz przełamywało panująca wokół ciszę.

Wybitnie mu się to nie podobało.

Nagle kotara za kontuarem zafalowała.

— P-pan Riddle? — padło pełne zaskoczenia pytanie. Na twarzy młodszego z właścicieli, Borgina, odmalowało się bezbrzeżne zdumienie, szybko zastąpione wymuszonym uśmiechem. Tylko Puchon mógłby wziąć go za szczery. — Nie... nie spodziewałem się pana… tak wcześnie.

Dobry nastrój Toma prysł w ułamku sekundy.

— Wcześnie? Przyszedłem zaledwie dziesięć minut przed…

— Pan Borgin chciał powiedzieć, że nie spodziewał się ciebie wcale.

Kotara ponownie się poruszyła. Z zaplecza wyszła kolejna osoba.

Chwila minęła, nim mózg Toma przetworzył to, co zobaczyły oczy, ale gdy to nastąpiło, krew w żyłach Riddle'a zawrzała.

Co on tu robi?!

— Oczywiście ujął to w bardziej dyplomatyczny sposób, ale myślę, że jest równie zaskoczony twoim widokiem, co ja. — Waft Shafiq, jak gdyby nigdy nic, zrobił kilka kroków i oparłszy niedbale łokieć na kontuarze, a brodę na zgiętej dłoni, przesłał Tomowi swój najbardziej protekcjonalny uśmieszek.

— Doprawdy? A dlaczego, jeśli mogę zapytać? — wycedził Riddle lodowato.

Nigdy — nawet w obecności Dumbledore'a, nawet w gabinecie Dippeta — nie był tak bliski utraty panowania nad sobą, jak teraz. Miał ochotę ciskać avadami na lewo i prawo, a pogrom najchętniej zacząłby od tego niekompetentnego głupca Selwyna. Był gotów z miejsca aportować się do jego rezydencji. I torturować do utraty tchu, do zdarcia gardła. Cisowa różdżka, jakby w odpowiedzi na jego myśli, wysunęła się zachęcająco. Riddle zacisnął na niej palce. I wtedy poczuł dziwne mrowienie rozchodzące się od dłoni po całym ciele — zupełnie jakby sama magia Nokturnu próbowała go uspokoić i pomóc w ujarzmieniu złości.

Podziałało.

Ślepa furia minęła jak ręką odjął. Pozostał zimny gniew.

— Panie Riddle, po co od razu ten ton? Nie ma powodu brać tego do siebie. — Shafiq już otwierał usta, ale tym razem Borgin go ubiegł. Wyczuwając napięcie pomiędzy kandydatami, wyszedł zza kontuaru i ustawił się pomiędzy nimi, schodząc jednak z potencjalnego toru lotu zaklęć. Chociaż poruszał się powoli, a ręce trzymał na wierzchu, jak człowiek próbujący udobruchać powarkującego psa, Riddle nie wątpił, że w razie czego Borgin zainterweniuje w ułamku sekundy. I na pewno nie skieruje różdżki w stronę Shafiqa. — Rano zostaliśmy z panem Burke poinformowani, że panowie Pritchard i Comstock zaniemogli i nie przybędą na dzisiejsze spotkanie. — Uwadze Toma nie uszedł pełen uznania błysk, który pojawił się w oczach subiekta, kiedy ten spojrzał przelotnie na arystokratę. Nieprzyjemna myśl, że wie, komu Borgin przypisuje nieobecność pozostałych kandydatów, zagościła w głowie Toma. Wściekłość wezbrała w nim na nowo. A w ślad za nią uspokajające mrowienie. — Biorąc pod uwagę szalejącą wokół epidemię, pomyśleliśmy z panem Burke, że pana również mogło coś podobnego spotkać…

— Jak widać nie. — Utrzymanie neutralnego tonu kosztowało Riddle'a naprawdę wiele. Mimowolnie przypomniał sobie swoje pierwsze miesiące nauki w Hogwarcie. Wtedy traktowano go z podobną wzgardliwością. Szybko pokazał wszystkim, jak bardzo była ona nie na miejscu. Teraz też miał zamiar to zrobić. — Poza tym nie przypominam sobie, bym wysyłał do panów jakąkolwiek sowę…

— Przyznaję, nie dostaliśmy żadnej, ale…

— Ale w przypadku kandydata, którego rodziny nikt nie kojarzy, założenie, że w razie poważnej niedyspozycji wspomniana sowa może nie dotrzeć… jest tylko oznaką rozsądku. — Shafiq przekrzywił opartą na dłoni głowę i posłał Tomowi kpiące spojrzenie. Palcami drugiej ręki zabębnił w blat, a kiedy lekko ją uniósł, z mankietu wysunęła się różdżka. Borgin natychmiast się nastroszył i chrząknął ostrzegawczo na Riddle'a. Tom jedynie mocniej zacisnął szczękę. — Rodzina Pritcharda jest dość liczna i znana, o matce Comstocka słyszano nawet na Kontynencie…

— Zdaję sobie z tego sprawę. — Uciął ostro Tom. Nie podobał mu się kierunek, w którym zmierzał Shafiq. — Niemniej mogę pana zapewnić, panie Borgin, że gdyby coś mi się przydarzyło, znajdą się osoby, które panów o tym poinformują.

Riddle specjalnie zaakcentował nazwisko subiekta. Z doświadczenia wiedział, że ten, kto posiada wszystko — bogactwo, pozycję i wpływy — bywa przeczulony na punkcie ignorowania własnej osoby. Do czegoś, co nie zdarza się często, ciężko się przyzwyczaić.

Ale, że coś nie zdarza się często, nie oznacza, że nie zdarza się wcale.

Zgodnie z przewidywaniami, drobny, z pozoru niewinny afront ubódł Shafiqa do żywego. Miło było popatrzeć, jak tym razem to on zaciska szczękę ze złości.

W końcu nie po to Riddle pozbył się Pritcharda i Comstocka, by byle arystokracina wodził go za nos. I bezkarnie obrażał.

— Och, czyli jednak żyje gdzieś jakaś rodzina Riddle'ów? — zdziwił się zupełnie nieszczerze Shafiq. W jego głosie wyraźnie czuć było urazę. Przytrzymując w pionie opartą na blacie różdżkę jednym palcem, arystokrata zaczął zakreślać jej końcem okręgi. — Ostatnio rozmawiałem z pewnym naszym wspólnym znajomym, swoją drogą to bardzo szlachetne z jego strony, że tak interesuje się losami uboższych kolegów ze szkoły…. — Shafiq nie przepuścił okazji do zemsty i wyprowadzenia zgrabnego ciosu. A przy okazji wydał na siebie wyrok śmierci. O czym jeszcze nie wiedział. Ale to była kwestia czasu. Takiej zniewagi Tom nie zamierzał puścić płazem. — Gdy tak rozmawialiśmy, odniosłem wrażenie, że w naszym świecie jesteś jednym Riddle'em. A przynajmniej ja nie kojarzę żadnego innego czarodzieja o takim nazwisku…

Tom naprawdę żałował, że nie może zavadować Shafiqa już teraz. Chociaż może to i lepiej. Avada w jego przypadku byłaby zbytkiem łaski.

— Dzięki temu mam szansę sam zapracować na swojego nazwisko — wycedził, równocześnie robiąc w głowie błyskawiczny przegląd znanych sobie klątw.

Potrzebował czegoś skutecznego i niewzbudzającego podejrzeń.

— Szczerze życzę, by odbyło się to z większą samodzielnością niż do tej pory.

A przy okazji widowiskowego i upokarzającego.

— O to bym się nie martwił.

Shafiq uśmiechnął się z powątpiewaniem. Znienacka wyprostował się i zamarkował ruch różdżką. W powietrzu rozległ się świst. Spłoszona nagłym ruchem mucha poderwała się z futerału i z donośnym bzyczeniem zaczęła krążyć nad ich głowami. Riddle natomiast nawet nie drgnął. Może i przed chwilą przegrał bitwę, ale tę wygrał bezspornie. Czy Shafiq naprawdę uważał, że da nabrać się na tak prymitywną zagrywkę?

I co by zrobił z ciałem, gdyby rzeczywiście trafił go jakąś klątwą? Spopielił? Przetransmuto…

Och.

Nagle Riddle przypomniał sobie idealne zaklęcie. Powoli, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń, zaczął wysuwać różdżkę z rękawa…

— Panowie, proszę… — Borgin znowu wymownie odchrząknął i zerknął karcąco na Toma. A jakże by inaczej. — Za chwilę zaczną przychodzić do nas klienci i wtedy każdy z panów zyska okazję do wykazania się. Oczywiście kolejność pozostaje bez zmian. Ponieważ pan Comstock jest nieobecny, rozpocznie pan Shafiq. Mój wspólnik, Burke, dołączy do nas później, a do tego czasu to ja będę oceniać panów działania. W razie potrzeby służę radą, chociaż samodzielność będzie bardziej ceniona. — Czarodziej wyjął z kieszeni monokl, przetarł go i znowu zerknął przez ramię na drzwi. — Oho, chyba ktoś właśnie do nas zmierza…

Riddle odruchowo podążył wzrokiem za spojrzeniem subiekta.

To już zaszło za daleko, zawyrokował, dostrzegając przez szybę w drzwiach czarownicę w żółtym toczku, która przeciskała się przez tłum, ewidentnie zmierzając w ich kierunku. Zaczął wypowiadać w myślach inkantację klątwy wywołującej migrenę, gdy kątem oka wychwycił nagły ruch. Zareagował instynktownie. Wycelował różdżką w muchę i użył jej jak żywej tarczy, posyłając na spotkanie z pędzącym w jego stronę zaklęciem.

Zaskwierczało i trafiona klątwą mucha spopieliła się na jego oczach.

O dziwo nawet go to nie oburzyło. Co najwyżej zniesmaczyło. Czemu dał wyraz w pełnym dezaprobaty pokręceniu głową.

Shafiq naprawdę był na tyle głupi, by chcieć go spalić na środku sklepu? Takich rzeczy nie robi się publicznie. Nawet na Nokturnie.

Popatrzył z politowaniem na arystokratę. Ten w zabawny sposób wydął usta. Jak dziecko, któremu nie wyszła sztuczka. Ale kiedy wyczuł na sobie wzrok Toma, zreflektował się i uśmiechnął wyzywająco.

Druga tura? Proszę bardzo.

Shafiq nawet nie zauważył, że został czymś trafiony. Uwagę arystokraty zaabsorbowało to, co sprawiło, Borgin przegapił próbę zabójstwa we własnym sklepie.

Na zewnątrz, przed wejściem, doszło do małego zamieszania. Czarownica w żółtym toczku już chwytała za klamkę, gdy coś odepchnęło ją na bok. Tłum zafalował i rozstąpił się, a ona wpadła wprost na ulicznego naciągacza, który wyszczerzył zęby w złotym uśmiechu. Tym razem się nie dała. Bezceremonialnie zdzieliła mężczyznę torebką i wyrwała łokieć z jego uścisku, ale było już za późno. Jedyne co mogła zrobić, to bezradnie szarpać za klamkę i przyciskać nos do szyby.

Bo czarodziej, który chwilę wcześniej uniemożliwił jej wejście do sklepu, przy wtórze dzwonka skończył właśnie nakładać na drzwi czar blokujący. Kolejnym niewerbalnym zaklęciem odwrócił tabliczkę z napisem „zamknięte", a po tym, jak wskazał różdżką na żaluzję przymocowaną do futryny, ta rozwinęła się i z cichym stukotem zasłoniła oniemiałą kobietę.

— Mam nadzieję, że wybaczy mi pan tę odrobinę swobody, ale plebs na zewnątrz mnie rozprasza...

Abraxas Malfoy obdarzył Borgina wyniosłym uśmiechem i lekceważącym gestem wskazał na zamknięte drzwi. Równocześnie ledwo zauważalnie skinął głową w stronę Riddle'a. Tom wstrzymał się z odpowiedzią — i z przyjemnością odnotował, że Malfoy nieznacznie pobladł. Co w jego przypadku było bardzo wymowne; ze wszystkich Ślizgonów Toma Abraxas szczycił się najbardziej stalowymi nerwami.

Tom w mgnieniu oka rozważył swoje opcje. Pojawienie się Ślizgona nie zaskoczyło go tak, jak mogłoby się wydawać. Malfoy odznaczał się nadzwyczajną lojalnością — przede wszystkim wobec niego, ale i wobec Selwyna. Więc skoro tamten wpadł w tarapaty, Abraxas swoim zwyczajem pospieszył mu z pomocą. Ale jeśli tylko dowiem się, że go kryłeś… Riddle pozwolił, by ta niedokończona groźba odbiła się w jego oczach. Wiedział, że jeśli nie wykona żadnego gestu, Malfoy odczyta to prawidłowo i posłusznie się wycofa. Z drugiej strony, skoro już się pojawił, mógł wbić ostatni gwóźdź w trumnę Shafiqa i być tym, który złoży ją do grobu. Oczywiście nie uchroni go to przed konsekwencjami, ale z tego Abraxas musiał doskonale zdawać sobie sprawę. W końcu był jego Ślizgonem.

Postanowione.

Riddle dyskretnie odpowiedział na pozdrowienie. Wykaż się, a może okażę litość, mówiło jego spojrzenie.

Malfoy tylko na to czekał. W ułamku sekundy z powrotem przeobraził się w wyniosłego spadkobiercę swojego rodu.

— Chyba nie przychodzę nie w porę? — zagadnął z lodowatą uprzejmością Borgina, wciąż tkwiącego w głębokim stuporze.

— Nie, oczywiście, że… nie.

Subiekt wyglądał jak ktoś, komu zawalił się cały misterny plan. Obserwowanie, jak się męczy, by zachować twarz i nie zdradzić zdenerwowania, było równie zabawne, co dręczenie szlam w Hogwarcie. Po błysku w oczach Abraxasa, Tom poznał, że i jemu sprawiało to przyjemność.

— Chodzi o to, że…

Malfoy powędrował wzrokiem za spojrzeniem subiekta, które zatrzymało się na szczupłej sylwetce Shafiqa.

— Shafiq. Wybacz, nie zauważyłem cię wcześniej. — Abraxas wyminął zgrabnie Borgina. Tom zrobił krok w bok, by go przepuścić. Poluzowana deska, na którą przy tym nastąpił, zaskrzypiała nieprzyjemnie; Shafiq nie byłby sobą, gdyby nie skwitował tego wymownym grymasem. — Oczywiście zaczekam, aż załatwisz swoje sprawy. Byłeś w końcu pierwszy.

Malfoy już miał wymienić z Shafiqiem uścisk dłoni, gdy rozległo się przepraszające chrząknięcie.

— Pan Shafiq niczego nie… kupuje.

— Nie? — Abraxas zastygł w połowie ruchu. Momentalnie zignorował zmieszanego arystokratę, odwrócił się i spojrzał na Borgina, pytająco unosząc brew.

— Być może pan nie pamięta, ale jakiś czas temu wspominaliśmy panu, że szukamy nowego pracownika. Dzisiaj… dzisiaj sprawdzamy kandydatów.

— Och. To zmienia postać rzeczy.

Dłoń Shafiqa przecięła powietrze.

Tom, ukryty w cieniu wysokiego regału, z aprobatą skinął głową. Dobrze rozegrane.

Abraxas uśmiechnął się samymi kącikami ust, dając tym samym znak, że przyjmuje niemą pochwałę. Sekundę później jego twarz na powrót przybrała lekko znudzony wyraz.

— Swoją drogą, czy jest coś, o czym Selwyni powinni wiedzieć? — zagadnął konwersacyjnym tonem, opierając się elegancko o kontuar.

— To znaczy? — Shafiq dla odmiany wyprostował się jak struna. Było jasne, że wcześniejsza zniewaga dotknęła go do żywego.

Malfoy nagle zainteresował się swoimi paznokciami.

— Mój przyjaciel za kilka miesięcy żeni się z twoją kuzynką i chyba powinien wiedzieć, jeśli coś niedobrego dzieje się w waszej rodzinie… Żeby w razie czego pomóc, zainterweniować…

— Skąd taki wniosek?

— Stąd. — Abraxas posłał Borginowi całkowicie nieszczery, a w zamierzeniu zapewne przepraszający uśmiech. — Wiesz, to dość… zastanawiające, że ktoś z tak bogatej rodziny jak twoja, Shafiq, ubiega się o posadę subiekta. Nawet jeśli nie ty jesteś głównym spadkobiercą, twój najstarszy brat powinien zadbać, byś nie musiał kalać się pracą… u obcych. Ja bym tak zrobił, gdybym oczywiście miał młodsze rodzeństwo. No chyba, że wydarzyłaby się jakaś katastrofa i Malfoyom groziłoby bankructwo. Wtedy i tylko wtedy pozwoliłbym, by ktoś noszący moje nazwisko szukał zatrudnienia... poza rodzinnym biznesem.

Borgin ze świstem wciągnął powietrze.

Malfoy mógł pozwolić sobie na zagranie kartą niedostępną dla Toma i zrobił to bez zmrużenia okiem. Jak na rasowego Ślizgona przystało.

Przy okazji bezbłędnie trafił w czuły punkt przeciwnika.

— Finanse mojej rodziny mają się świetnie — wycedził Shafiq przez zaciśnięte zęby. — Niektórzy mogą mieć problem ze zrozumieniem tego, ale istnieją czarodzieje mający ambicje wykraczające poza spijanie śmietanki i zrywanie owoców czyjejś pracy.

— Biedni, naiwni i nie znający życia — podsumował to Abraxas. A że branie jeńców nie leżało w jego charakterze, dobił arystokratę kolejnym celnym ciosem: — Słyszałem o takich. Później wracają do domu jak psidwak, z podkulonymi ogonami. No ale nie każdy jest na tyle bystry, by czerpać z doświadczenia innych, a tym samym unikać popełniania elementarnych błędów.

Krew odpłynęła z twarzy Shafiqa.

Malfoy nie dał mu jednak szansy na zrewanżowanie się. Gładko zmienił temat rozmowy, wymownie zerkając w stronę Riddle'a. Tom niemal niezauważalnie skinął głową. Niech tak będzie.

— A to drugi kandydat, jak mniemam?

— Pan Riddle. Tegoroczny absolwent Hogwartu. I tak, również stara się tutaj o pracę — pospieszył z wyjaśnieniami Borgin.

Jak na gust Toma brzmiał zbyt entuzjastycznie.

Biorąc pod uwagę, że Shafiq niemalże drżał z oburzenia, a pięć minut wcześniej posłał w stronę Toma naprawdę paskudną klątwę, może to i lepiej, że Abraxas dał mu chwilę na ochłonięcie.

Szkoda byłoby kończyć z nim tak szybko. Szczególnie że Riddle właśnie zaczynał dobrze się bawić.

— Być może nawet pan go kojarzy, podobno też był w Slytherinie… — dopowiedział tymczasem Borgin, dalej rozpaczliwie czepiający się okazji do rozładowanie atmosfery.

— Hm… Riddle… — Abraxas udał, że się zastanawia. Przytknął blady palec do ust w geście zamyślenia. — Tom Riddle? — upewnił się. Tym razem w jego wibrującym, niskim głosie słychać było tylko uprzejme zainteresowanie. — To ty w czterdziestym drugim dostałeś specjalną nagrodę za zasługi dla szkoły, zgadza się?

— Tak — potwierdził Tom, ukrywając rozbawienie.

Najwidoczniej Abraxas nie tylko postanowił pomóc mu w pozbyciu się Shafiqa, ale i podniesieniu jego własnych notowań. Ktoś tu naprawdę obawiał się kary.

— Specjalna nagroda za zasługi dla szkoły z czterdziestego drugiego? — powtórzył Borgin. Nawet Shafiq wydawał się lekko zaskoczony tą informacją. Ich reakcje mile połechtały ego Toma. — Czy to nie wtedy Hogwartowi groziło… zamknięcie?

— Owszem. Groza szalejąca po zamku, spetryfikowani uczniowie, jedna ofiara śmiertelna… Szlama — odparł Malfoy zdawkowo, jakby opowiadał o czymś należącym do hogwarckiej codzienności. Taki Hogwart śmiało mógł konkurować z Durmstrangiem. — Akurat miałem wtedy OWUTEM-y. Niewiele brakowało, a egzaminy zostałyby odwołane. Ale na szczęście Riddle odkrył, kto za to odpowiadał. Niestety później sprawę zamieciono pod dywan i jakoś tak wszystko… rozeszło się po kościach.

Borgin chciwie chłonął każde jego słowo. Nic dziwnego — swego czasu Prorok rozpisywał się na ten temat, ale kiedy Riddle znalazł kozła ofiarnego, sprawa przycichła i chyba nigdy nie podano do publicznej wiadomości, że za winnego uznano Rubeusa Hagrida. Ciekawe dlaczego…

— Dlaczego mnie to nie dziwi — prychnął Shafiq, z powrotem ściągając na siebie uwagę. Jak widać, nie mógł się bez niej obyć. Chęć zemsty za niedawną zniewagę również mogła go do tego dodatkowo motywować. — To takie brytyjskie…

— Bo w Dumstrangu wcale nie skończyłoby się w podobny sposób.

— W Durmstrangu w pierwszej kolejności uczniowie sami potrafiliby się obronić i ukarać winnego. Bez mieszania do tego kadry. No ale u nas uczą się prawdziwi czarodzieje, nie szlamy — objaśnił wyniośle Shafiq.

Żałosne. Zabłysnął jedną celną ripostą, a puszył się jak paw.

— A myślisz dlaczego u nas ofiarami padały właśnie one? — Jak widać, nie tak celną, by Malfoy nie znalazł celniejszej. — Nie przyszedłem jednak tutaj w celach konwersacyjnych. Skoro nie kupujesz, a obsługujesz, to może przejdziemy do interesów?

Abraxas zabębnił palcami o blat i popatrzył wyczekująco na Borgina. Subiekt zrobił zbolałą miną, spojrzał tęsknie w stronę drzwi. Potem najwyraźniej zebrał się w sobie, bo zapytał:

— Będzie pan sprzedawać czy…

— Kupować. Ale proszę się nie bać. Nic nielegalnego. Co najwyżej rzadkiego.

— W takim razie… — Borgin zawiesił głos, jak gdyby się zastanawiał. Minę wciąż miał nietęgą, jakby walczył ze sobą, by nie pokazać, że coś poszło nie po jego myśli. Tom poczuł na sobie jego spojrzenie, które chwilę później przeniosło się na Shafiqa. Subiekt powolnym krokiem obszedł kontuar i zatrzymał się za absolwentem Durmstrangu. Chyba chciał po ojcowsku położyć mu dłonie na ramionach, ale zreflektował się w ostatniej chwili. A szkoda, Tom z chęcią zobaczyłby, jak Shafiq by zareagował na taką poufałość; sam chyba by zavadował. — Pan Shafiq zajmie się pana zamówieniem.

— W porządku. — Malfoy krótko skinął głową, jakby było mu to całkowicie obojętne i sięgnął do wewnętrznej kieszeni szaty. Wyjął z niej zwinięty pergamin, który następnie podał Shafiqowi. Ten przyjął go bez słowa. — Szczególnie zależy mi na podkreślonej pozycji, ale jeśli pozostałe są na stanie, to też je kupię.

Odgarnął blond włosy z czoła i wciąż nonszalancko oparty o kontuar, zapatrzył przed siebie, dając Shafiqowi chwilę na zapoznanie się z listą.

Arystokrata rozwinął pergamin. Przez chwilę studiował go z nieczytelnym wyrazem twarzy. Borgin zerkał mu przez ramię i bezgłośnie poruszał ustami.

— Sproszkowana skóra buchorożca? Hmm… Dość nietypowe — mruknął, niby to do siebie. — Do eliksirów przeważnie używa się jadu, rogu, ogona...

— Bo nie każdy wie, że skóra ma równie przydatne własności — rzucił Malfoy w przestrzeń, najwyraźniej wyczuwając świetną okazję do wbicia szpilki.

— Wiedza, że wykazuje niezwykłą odporność na uroki jest dość powszechna. Nie każdy wie natomiast, że jeśli doda się skórę w stanie sproszkowanym do eliksiru, ten przejmuje część jej właściwości. Czarodziej, który taki eliksir wypije, nabywa czasowej odporności na łagodniejsze klątwy i uroki. — Shafiq brzmiał, jakby cytował jakiś podręcznik. Nie podnosił wzroku znad pergaminu, ale było jasne, że specjalnie popisuje się swoją wiedzą. Tom nawet nie musiał wyobrażać sobie zarozumiałego uśmieszku malującego mu się na twarzy; ten był aż zanadto widoczny. — W Durmstrangu uczą o tym na zaawansowanym kursie eliksirów.

— Podobnie jak w Hogwarcie. W klasach OWUTEM-owych.

— Co my tu jeszcze mamy… — Shafiq ponownie zagłębił się w dostarczoną listę. Tom ze swojego miejsca nie miał szans, by zobaczyć, jakie pozycje zawiera, ale znając Abraxasa były to rzadkie, drogie i dość wyszukane ingrediencje. W sam raz by zbyt pewny siebie absolwent europejskiej szkoły magii wyłożył się na ich nieznajomości. — Krew reema, pazury miodożera… Hmm… Czyżbyś chciał uwarzyć eliksir Śmiałości? Nie mów, że uwierzyłeś w te plotki o ataku Grindelwalda.

Tego Riddle się nie spodziewał. Czyżby dla Selwyna?

— Eliksir Śmiałości? — wyrwało się Borginowi.

— Pije się go, by dodać sobie odwagi. A raczej pito, bo dziś praktycznie się go nie warzy. Marnotrawstwo czasu i galeonów, szczególnie, że podobne efekty można uzyskać łącząc parę dostępnych od ręki eliksirów z kilkoma zaklęciami — wyjaśnił Shafiq, wpadając w nauczycielski ton. — Sam eliksir nie jest jakoś specjalnie skomplikowany czy czasochłonny, za to kłopotliwe bywa zdobycie wszystkich składników. Krew reema można dostać tylko w najlepiej zaopatrzonych sklepach. Żeby kupić pazury miodożera, ktoś musi go najpierw zabić, co wcale nie jest takie proste. Wuj Baber opowiadał mi kiedyś, jak podczas wycieczki do Afryki wybrał się na polowanie i próbował to zrobić. Gdy tylko miodożer zobaczył, że wuj wyciąga różdżkę, rzucił się na niego i niewiele brakowało, by odgryzł mu rękę. Niby niemagiczne zwierzę, ale zawzięte jak niuchacz, który zobaczył coś błyszczącego. Czarodzieje z Afryki uważają, że to najodważniejsze zwierzę świata. Podobno nawet tamtejsze hipogryfy omijają ratle z daleka, polują na nie tylko w akcie desperacji.

Teraz to już się ewidentnie popisywał. Borgin wpatrywał się w Shafiqa z cielęcym zachwytem na twarzy. Na Abraxasie monolog kontrkandydata Toma nie zrobił wrażenia. Riddle'a z kolei jedynie zniesmaczył.

— Skończyłeś? — zapytał Malfoy. Ziewnął, niby to dyskretnie, zakrywając dłonią usta. — Kiedy ostatni raz zerkałem na szyld przed wejściem, ten głosił, że to sklep, a nie siedziba Stowarzyszenia Warzycieli Eliksirów. Gdybym miał ochotę na poszerzenie wiedzy i wysłuchiwanie anegdotek, to poszedłbym tam, a nie tu.

— A nie mam racji? Skóra buchorożca zapewnia ochronę, pazury miodożera odwagę — wyliczał Shafiq z zadowoloną miną, po każdym składniku odginając palce. — No i krew z reema; nie tylko dodaje siły, ale i potęguje działanie pozostałych składników. Gdzieś się pomyliłem?

— Pomijając samo założenie, że potrzebuję tych składników do jednego eliksiru? Teoretycznie nigdzie, w praktyce wszędzie. — Na twarzy Shafiqa pojawił się protekcjonalny uśmieszek wyraźnie mówiący, że cokolwiek Malfoy by nie powiedział, on wiedział swoje. Abraxas odwzajemnił się pobłażliwym spojrzeniem i ciągnął dalej: — Skóra buchorożca nie tylko chroni przed urokami, ale też działa jako stabilizator. Co prawda jest to trochę drogi sposób na powstrzymanie wybuchu kociołka, ale jeśli mogę sobie na to pozwolić, to po co mam narażać się na niedogodności… — Malfoy wzruszył ramionami; w jego przypadku kilkanaście galeonów mniej czy więcej rzeczywiście nie robiło różnicy. — Kilka zaklęć i pazury miodożera świetnie sprawdzają się jako amulety przeganiające szkodniki z ogrodu. A jak dodatkowo pokropi się je krwią reema, to nawet najbardziej zatwardziały gnom będzie się trzymał z dala od rabatek, ale jeśli tego nie wiesz, to nie ja będę pomagać ci nadrabiać braki. Polecam księgarnię albo bibliotekę, jeśli nowe książki są dla ciebie za drogie. A teraz, skoro jednak ubiegasz się o pracę w sklepie, a nie członkowstwo u Warzycieli, może przejdziesz do realizacji mojego zamówienia? Bo ufam, że większość pozycji jest dostępna?

Ostatnie pytanie skierował wprost do Borgina. Ten potwierdzająco skinął głową, a potem odchrząknął i wymownie wskazał podbródkiem na zaplecze.

Shafiq zapowietrzył się, jakby chciał coś powiedzieć, ale najwidoczniej przemyślał sprawę, bo odwrócił się bez słowa. Z zadartą do góry głową i sztywno wyprostowanymi ramionami zniknął za kotarą.

Borgin podreptał za nim, nakazując Tomowi spojrzeniem, by pozostał na miejscu.

To by było na tyle, jeśli chodzi o samodzielność i niefaworyzowanie kandydatów, pomyślał cierpko Tom.

Gdy tylko zostali sami, z Malfoya jakby uszło całe powietrze. Przemiana była uderzająca. Gdzieś zniknął ten arogancki chłopak sypiący obelgami jak z rękawa. Teraz Riddle miał przed sobą przerażonego czarodzieja, który doskonale zdawał sobie sprawę, że wilk, do tej pory jedynie szczerzący kły, zaraz się na niego rzuci. Tom nawet nie musiał ściągać na siebie jego uwagi, bo oczy Abraxasa natychmiast go odszukały. We wzroku starszego chłopaka wyraźnie rysował się strach. I milcząca prośba o łaskę.

Riddle wyszeptał tylko jedno słowo.

Bez ostrzeżenia wtargnął do umysłu Ślizgona, bezlitośnie przebijając się przez wzniesione instynktownie bariery. Nie dał Abraxasowi nawet sekundy na ich samodzielnie opuszczenie; naparł na nie z całych sił i poczuł, jak roztrzaskują się w drobny mak. W następnej chwili zalała go kaskada naprędce podsuwanych wspomnień i uczuć.

Selwyn — spanikowany, zdyszany, w zsuwającym się szlafroku — wypadający z kominka w pokoju Abraxasa. Na pytające uniesienie brwi odpowiadający obłąkańczym śmiechem. Na wyartykułowane na głos pytanie, stwierdzeniem, że Riddle go zabije. Troska. Zaniepokojenie. Zirytowanie. Ostry ton nakazujący przyjacielowi, by wziął się w garść. Znowu wybuch histerycznego śmiechu, znowu jedynie: „Jestem już martwy". List, trzymany kurczowo w spoconej dłoni. Blade palce delikatnie wysupłujące kartę. I jedno zdanie: „Dzięki za radę, ale nie skorzystam". Pod spodem inicjały: zamaszyste W, pełne zawijasów S. Panika. Determinacja. Krótki uścisk ramienia, kiełkujące w głowie postanowienie, zalążek planu…

Riddle gwałtownie wycofał się z umysłu Malfoya. Zobaczył dość. Dość, by od nowa zapałać niekontrolowaną rządzą mordu na samą myśl o Shafiqu. Gdyby tylko miał pewność, że uda mu się to zatuszować…

Szukając ujścia dla buzującej w nim wściekłości, spojrzał gniewnie na Abraxasa. Jeszcze w Hogwarcie pokazał swoim Ślizgonom co myśli o okazywaniu słabości. Na swoje szczęście Malfoy odrobił lekcję.

Widać było, że utrzymanie się na nogach sprawia mu wiele wysiłku, a jednak dokładał wszelkich starań, by to ukryć. Wyrównał oddech i próbował nie pokazać po sobie, jak bardzo mentalna napaść go wykończyła.

Dobrze. Bardzo dobrze.

Ledwo Abraxas wyprostował się i przybrał z powrotem pozę znudzonego dziedzica, z zaplecza wyłonił się Shafiq, Przyniesienie w rękach rzeczy z zamówienia byłoby poniżej jego godności, więc lewitował je przed sobą.

— Miałeś szczęście, wszystko było na stanie — oznajmił łaskawie, jakby za sam fakt, że pofatygował się po nie aż do drugiego pomieszczenia, Malfoy miał być mu dozgonnie wdzięczny.

Nikt na poważnie traktujący swój interes nie powinien nawet pomyśleć o zatrudnieniu kogoś z takim podejściem, a jednak szybkie spojrzenie na twarz Borgina, który nie odstępował Shafiqa na krok, upewniło Toma, że tamten wciąż obdarzał arystokratę bezkrytycznym uwielbieniem.

Żałosne.

— Oczywiście wszystko najwyższej jakości — dopowiedział żarliwie subiekt.

A może jednak nie aż tak ślepym.

Rząd zakorkowanych probówek w drewnianym stojaku i metalowa puszka opadły miękko na ladę. Gdy ze stukiem dołączyła do nich zielona butelka, Shafiq skrzywił się, jakby towarzyszący temu dźwięk ranił bębenki w jego uszach.

Riddle stłumił uśmiech.

Czyżby klątwa zaczynała działać?

Zaklęcie, autorstwa Avery'ego, potrzebowało czasu, by pokazać swoje prawdziwe możliwości. Gdy Ślizgon zaprezentował je po raz pierwszy, Black parsknął śmiechem, a Dołochow i Lestrange ograniczyli do wymiany kpiących spojrzeń. Wkrótce jednak śmiech był ostatnią rzeczą, na jaką Black miał ochotę, a młody Avery mógł w końcu na kimś przetestować zaklęcie uśmierzające migrenę. Później Tom nieco je dopracował i błyskawicznie stało się ulubionym czarem jego Ślizgonów. Wpadająca w ucho formuła, oszczędny ruch różdżką, żadnych zbędnych świetlnych efektów. W zasadzie, dopóki nie zaczęło działać, ofiara nie miała szans, by zauważyć, że została czymś trafiona. A i wtedy rzadko która domyślała się, że ćmiący ból pod czaszką został wywołany nadnaturalnymi czynnikami. Wszystko zaczynało się naprawdę niewinnie i pierwsze symptomy zazwyczaj były ignorowane. Z upływem kolejnych minut dyskomfort pogłębiał się, z każdą sekundą nasilał coraz bardziej, aż ból dochodził do poziomu, w którym…

Tom z mściwą satysfakcją przeniósł ciężar ciała z lewej na prawą nogę. Obluzowana deska w podłodze zatrzeszczała donośnie.

... nawet delikatny szmer doprowadzał do szału.

— Riddle! — warknął rozeźlony Shafiq, masując sobie skronie.

— Panie Riddle! — Borgin natychmiast upomniał Toma. — Za chwilę nadejdzie pana kolej, do tego czasu proszę nie przeszkadzać panu Waftowi.

— Postaram się — zapewnił ze skruchą w głosie Tom, równocześnie podchwytując spojrzenie Abraxasa i dając mu dyskretny znak dłonią, który tłumaczył, co stało za nagłym rozdrażnieniem drugiego kandydata.

Malfoy ledwo zauważalnie skinął głową.

— Powiada pan, że najlepszej jakości? — Nie czekając na odpowiedź, Abraxas wyjął z drewnianego stojaka dwie probówki z krwią rema. Obrócił się w stronę okna i trzymając je pod światło, zaczął uważnie przyglądać się ich zawartości. Zmrużył oczy i zastukał w jedną palcem, a później uderzył nią o drugą; dźwięk ten wywołał natychmiastową reakcję Shafiqa.

— Ciszej! — wycedził przez zaciśnięte zęby arystokrata, odruchowo zasłaniając sobie uszy dłońmi.

Abraxas jedynie popatrzył na niego z udawanym zdumieniem i bez słowa odłożył jedną z probówek do stojaka. Drugą zastukał o blat.

— Tę wezmę.

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Malfoy byłby martwy.

— Rozumiem, że w tym słoiku jest sproszkowana skóra buchorożca?

— Tak — warknął niezbyt uprzejmie Shafiq.

— Jeżeli mógłbym coś doradzić — Abraxas zabrał się za otwieranie wieczka — to polecałbym zmianę nastawienia i tonu. My się znamy, więc twoja opryskliwość nie robi na mnie wrażenia, ale inny klient, mógłby poczuć się nią urażony — dokończył spokojnie, przyglądając się uważnie zawartości słoika.

Tom z satysfakcją odnotował, że śniada twarz Shafiqa jakby trochę pobladła.

Przepuszczenie tak idealnej okazji do ataku na dwa fronty byłoby błędem nie do wybaczenia. Dlatego znów mocniej nastąpił prawą stopą na obluzowaną deskę.

— Riddle! Przestań!

— Panie Riddle, proszę natychmiast tutaj podejść! — rozkazał Borgin, wskazując palcem na miejsce przy wejściu na zaplecze.

Tom bez słowa wykonał polecenie subiekta, oczywiście nie omijając felernej deski, co znów wywołało pełen oburzenia okrzyk Shafiqa. Riddle, nic sobie z niego nie robiąc, przeszedł za kontuar i ustawił tuż obok kotary.

— Widzę, że wybrałem fatalny dzień na zakupy — westchnął teatralnie Malfoy, podając Shafiqowi słoik. — Odsyp mi dwie uncje.

Shafiq wyglądał na kogoś, kto prędzej własnoręcznie zamordowałby Malfoya niż spełnił jego prośbę, ale nie miał za bardzo wyboru. Jednak kiedy po raz kolejny rozsypał cenny proszek po ladzie, bo tak trzęsły mu się ze złości ręce, Borgin nie wytrzymał i zainterweniował. Z wprawą odmierzył odpowiednią ilość i przesypał proszek do słoiczka, a następnie schował go do papierowej torby, do której włożył także probówkę z krwią reema.

— No to jeszcze zostały pazury miodożera.

Malfoy podniósł metalową puszkę, ale zamiast ją otworzyć, najpierw zagrzechotał jej zawartością. Dźwięk był tak donośny, że nawet Tom lekko się skrzywił.

— Mam tego dość! — wykrzyknął Shafiq, uderzając otwartymi dłońmi o kontura. Zaraz jednak jego twarzy wykrzywił paskudny grymas. — Mam tego serdecznie dość! — dodał, wpychając zaskoczonemu Abraxasowi pakunek z jego zamówieniem. — Masz! I idź już! Albo nie, ja stąd wyjdę. Na Merlina, nie wytrzymam już ani sekundy dłużej...

Riddle'owi nie dane było zbyt długo napawać sie widokiem oniemiałego Borgina, który zastygł w pozie z szeroko otwartymi ustami, bo w tej samej chwili, w której arystokrata bezceremonialne się aportował, Riddle poczuł dziwny ciężar na ramieniu. Odwrócił się gwałtownie, odruchowo wyciągając różdżkę z rękawa.

— Panie Riddle, myślę, że przyszedł pański klient.

Burke, który nie wiadomo kiedy pojawił się za Tomem, gestem wskazał na postać właśnie przekraczającą próg sklepu.


Betowała Delta Niris :)