Z tym rozdziałem miałam więcej problemów niż z innymi. Nie wiem, czy to przez treść, czy może wrodzone lenistwo.

Ach, byłabym zapomniała: wprowadziłam fragment dotyczący dzieciństwa Emiyi i Lucasa. Nie jestem jednak pewna, czy jest to interesujące dla czytelnika, ponieważ i Emiya, i Lucas są moimi własnymi, wymyślonymi postaciami. Ich historia nie jest aż tak ważna dla samej fabuły i mogłaby po prostu zostać opowiedziana przez któregoś z bohaterów, dlatego chciałabym poznać wasze zdanie na ten temat :D

Miłego czytania.


Dwóch chłopców biega po rozległym, uporządkowanym ogrodzie, przylegającym do majestatycznego, kamiennego dworku. Wymachują dziecięcymi różdżkami, zataczając coraz to szersze kręgi i nie przejmując się pierwszymi kroplami nadchodzącego sierpniowego deszczu. Ten wyższy, uciekając przed swoim towarzyszem, chowa się za idealnie przystrzyżonym klombem, pnącym się swoimi zielonymi gałązkami wysoko, w stronę nieba, poza zasięg wzroku młodych czarodziejów.

- Łap mnie, Emiya! – krzyczy, zagłębiając się w przytłaczający ogromem labirynt żywopłotów. Jego brązowe włosy podskakują pod wpływem wiatru, a dwa rzędy białych zębów lśnią w słońcu niczym łańcuchy drobnych perełek.

Emiya biegnie za nim na swoich krótkich, serdelkowatych nóżkach, mocno ściskając w spoconej ręce wyślizgującą się różdżkę. Chce zawołać Lucasa, poprosić, by chwilę poczekał, ale nie jest w stanie wykrztusić ani słowa. Płuca bolą go z powodu wysiłku, a jego oddechy są krótkie i urywane. W końcu staje gwałtownie w miejscu. Jest wykończony, a na dodatek Lucas właśnie zniknął mu z oczu. Gorące łzy złości i frustracji spływają ciurkiem po jego policzkach. Kiedy się pochyla, kapią żałośnie na jego koszulkę, ściekając po okrągłym, przypominającym kartofel nosie, który jest co kilkadziesiąt sekund wycierany za pomocą rękawa.

- Luuucas! – woła rozpaczliwie, pociągając jeszcze kilka razy nosem W końcu zza jednego z klombów wybiega wyższy z chłopców. Doskakuje wtedy do Emiyi, przyciąga za ramiona do siebie i, klepiąc go niezdarnie prawą łopatkę, prowadzi go w kierunku dominującego nad okolicą dworku. Ociera dłonią mokrą od łez twarz przyjaciela, który wciąż pochlipuje cicho. Gdy Emiya się uspokaja, zaczyna nerwowo miąć rękaw szaty Lucasa. – Nie chcę iść tam bez ciebie.

Lucas jeszcze raz przeciera ręką umorusaną wymieszanym z łzami błotem twarz chłopca. – Tata mówi, że to tylko rok. A poza tym, będziesz przecież przyjeżdżać na święta!

Emiya uśmiecha się lekko, jednocześnie przygryzając wargę i przeciągając dłoń przez czarne włosy. Pada deszcz.

Miesiąc później, gdy Emiya żegna się z Lucasem i wsiada do pociągu, także pada deszcz.

~~...~~

Nim udaje mu się wreszcie dotrzeć na Pokątną, jest już ciemno. Mała apteka na rogu Pokątnej i Nokturnu wygląda niczym zasłonięta woalką mroku i tajemniczości. Choć Harry już wyrósł z lęku przed atmosferą grozy panującą w takich miejscach, i tak poczuł teraz, że włoski na karku stają mu dęba. Ruszył szybciej przed siebie, kierując się w stronę majaczącego punktu światła.

- Aurorze Potter. – Cho powitała go skinięciem głowy i poprowadziła do środka. Harry rozejrzał się po chłodnym wnętrzu apteki, zaledwie jedno spojrzenie poświęcając wysokim półkom pełnym ingrediencji, których część zapewne znajdowała się na skraju legalności, natomiast dłuższą chwilę przypatrując się ułożonym pod ścianą w pozycji siedzącej zwłokom aptekarza i wiszącemu nad jego głową obrazowi.

Nadzieja.

Czarne płótno przez chwilę migotało, aż wreszcie ujawniło swą prawdziwą zawartość. Obraz wciąż był ciemny, lecz można było wyraźnie dojrzeć w oddali rysy Hogwartu. Na pierwszym planie stał były więzień, wciąż umęczony, wychudzony i potargany, ale szczęśliwy, choć odwrócony do widza plecami. Harry wiedział, że więzień ten był szczęśliwy, ponieważ po raz pierwszy od dwunastu lat mógł spojrzeć na białe światło księżyca w nowiu i pomyśleć: tak, teraz jestem prawdziwie wolny.

Harry spuścił wzrok, mrugając energicznie, a następnie przyjrzał się ciału zamordowanego, by odwrócić swoją uwagę od szczypiących oczu. Wyciągnął rękę w stronę Cho, dając jej znak, by podała mu akta mężczyzny.

Był to Thomas Night, dziewiętnastoletni asystent aptekarza. Ukończył Hogwart przed dwoma laty z wybitnymi wynikami. A teraz jego kruczoczarne włosy okalały miękką ramą jego martwą twarz. Nawet Harry musiał przyznać, że chłopak był przystojny. Cho także patrzyła na twarz Thomasa z wypisanym na twarzy żalem i złością. Nie zasługiwał na śmierć, dopiero rozpoczynając życie, zdawała się mówić.

- Znaleźliśmy przy nim coś jeszcze – powiedział Nathan, wypuszczając z dłoni aparat, który zakołysał się na założonym na jego szyję sznurku. Sięgnął do kieszeni, wydobywając z niej małą, żółtą, samoprzylepną karteczkę. – Była przyklejona do jego czoła.

Harry podniósł drżącą dłoń. Przez kilka sekund patrzył Nathanowi w oczy, a potem wypuścił powoli oddech i odwrócił kartkę zapisaną stroną do góry.

Aurorze Potter, proszę przekazać moje gratulacje Adamsowi.

Zacisnął zęby, całym wysiłkiem woli powstrzymując się przed zmięciem karteczki w twardą kulkę i spaleniem jej nad płomieniem świecy.

- Bezczelny – wydusił, nie reagując na zdziwione spojrzenia, rzucane mu przez Nathana i Cho. Jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając wskazówek. Ostatnio, przy Peterze Philipsie, znaleźli smoczą krew i aptekarską fiolkę. Teraz też coś musiało być. – Przyczyna śmierci?

Cho zmarszczyła brwi i wygładziła swoje szaty – jej nerwowy gest. – Analitycy nic nie znaleźli. Powinien żyć, a jednak jego serce nie pracuje.

Harry pokiwał głową. Zgadzało się to z wcześniejszymi morderstwami. – A bębenki?

- Pęknięte – odpowiedział Nathan, obchodząc zwłoki. Harry podążył za nim. Tam, w ręce ofiary, znajdowała się ich wskazówka.

Mała, brązowa doniczka, wypełniona po brzegi ziemią. Sterczała z niej roślinka, której nikt z ich trójki wcześniej nie widział. Miała krótką, zieloną łodyżkę, z której wyrastały pnące się ku górze, żółtawe kielichy. Te na samym wierzchu przeradzały się w biało-różowe płatki.

Ot wskazówka.

~~...~~

Z samego rana Emiya wraz z Harrym udali się do szpitala, gdzie spotkali się z przytomną już Pansy. Powoli zagłębiając się w jej umysł odnaleźli cztery obręcze, skonstruowane w ten sam sposób, co te, które ominęli w umyśle Milicenty. Pod pierwszą krył się obraz wielkiego, nieznanego Harry'emu drzewa, które Emiya nazwał „Draceną Smoczą", z której w Ameryce południowej uzyskiwano „smoczą krew" – substancję używaną jako barwnik w lutnictwie.

Drugi pierścień krył wizję filigranowego sztyletu, który posłużył Harry'emu, Lucasowi i Emiyi do dotarcia do Pansy. Przełamanie trzeciego okręgu odsłoniło dużą salę z dziewięcioma obrazami, z który tym razem dwa już były odkryte i widoczne, jeden odsłonięty, lecz tonący w mroku, a płótna pozostałych zasłonięte grubymi, czerwonymi kotarami.

Za czwartą obręczą, tak jak się spodziewali, ukryty był wizerunek dziewiętnastoletniego chłopca, którego wieczór wcześniej znaleziono martwego w aptece „Smocza Krew".

~~...~~

- Emiya, jak długo znasz Lucasa? – spytał, gdy znajdowali się już w laboratorium w Ministerstwie. Harry przycupnął sobie na niskim krzesełku obok kociołków, a Emiya krzątał się po pomieszczeniu z dziwną miną. Andersona znów nie było.

- Hmmm? - mruknął w odpowiedzi Emiya, przelewając coś z jednej fiolki do drugiej. Harry patrzył na niego niepewnie, obawiając się wybuchu. Przy Emiyi nigdy nic nie wiadomo. – Mówiłeś coś?

- Pytam, czy można ufać Lucasowi. – Emiya spojrzał na niego sponad okularów, które w międzyczasie znalazły się na jego nosie, a które Harry widział pierwszy raz, a następnie zmarszczył brwi. Nagle podskoczył radośnie, a z flakonika, który trzymał, uniosła się delikatna chmurka różowego dymu, wyglądająca jak latająca wata cukrowa. Zatoczył w miejscu triumfalny obrót. Gdy zbliżył się do Harry'ego, bez ostrzeżenia wylał jej zawartość prosto na jego twarz. Harry zaczął prychać i pluć, jednocześnie energicznie przecierając oczy. Emiya tylko patrzył na niego z uśmiechem swoimi wielkimi, niebieskimi oczyma, czekając najwyraźniej na jakieś efekty. Nic jednak się nie stało.

Gdy Harry doszedł wreszcie do siebie, ruchem różdżki sprawiając, że ciecz zniknęła, spojrzał na Emiyę z urazą. Ten wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę blatu, odstawiając wszystkie fiolki na właściwe miejsca.

- Miałem to sprawdzić na Andersonie – powiedział w końcu. Różowa mgiełka, która wyleciała wcześniej ze szklanego pojemnika, rozpłynęła się w powietrzu. Pozostawiła po sobie silny, słodki zapach. Emiya zauważył ściągnięty nos Harry'ego i roześmiał się radośnie. – To ty tak pachniesz!

Harry powąchał materiał swojej szaty, znów się krzywiąc. Zazgrzytał zębami, kiedy wszelkie jego próby usunięcia zapachu spełzły na niczym. Emiya wciąż zanosił się śmiechem.

- Rozumiem, że to jakaś kara za podważanie wiarygodności Lucasa? – zapytał obrażonym tonem, starając się odkleić różdżkę od palców. Dopiero teraz zrozumiał, że choć różowa, gęsta ciecz zniknęła, wciąż cały się klei.

Emiya okręcił się wokół własnej osi, jego biały, laboratoryjny kitel (który Harry, tak jak okulary, widział po raz pierwszy) zatoczył koło wraz z nim. A potem, wymachując rękami, wydał z siebie głośne, piskliwe: AHA! Harry przyglądał mu się spode łba, na co Emiya przewrócił oczyma.

- Pokaż kwiatek, dam ci… - Tu urwał, starając się znaleźć rym. Ostatecznie zrezygnował i dokończył: - Całusa!

Harry parsknął, ale i tak wyczarował w powietrzu małą doniczkę z dziwnym kwiatkiem, znalezioną dzień wcześniej przy ciele zamordowanego. Emiya wpatrywał się w roślinkę dłuższą chwilę, cmokając z niezadowoleniem. Nagle skrzywił się i zmierzył ją oburzonym wzrokiem.

- No cóż, jak widać nie jestem cudotwórcą – stwierdził, wyginając usta w podkówkę i sprawiając wrażenie niezwykle niezadowolonego. – Powinieneś zobaczyć się z Longbottomem.

- Znasz Neville'a? – Emiya jedynie obruszył się na to pytanie, wciąż nie kryjąc zawiedzenia swoją nieznajomością rośliny. – To może powiesz mi, jak się tego pozbyć? – dopytywał się Harry, wskazując na klejące dłonie i pachnącą słodko szatę.

Emiya lekceważącym ruchem ręki odprawił Harry'ego bez odpowiedzi.

Koniec części IX.