Hannibal Lecter dochodził do siebie o wiele szybciej niż sugerował to Grahamowi. Oczywiście nie miał większego wpływu na to, jak szybko zrośnie się jego pęknięte żebro lub dojdzie do siebie mocno stłuczone kolano, ale fakt pozostawał jeden: dochodził do siebie szybciej niż młodszy mężczyzna mógł przypuszczać.
Przynajmniej taką miał nadzieję.
Problem z Willem polegał właśnie na tym, że Lecter (do niedawna uważał siebie za znawcę grahamowej natury) nie potrafił odgadnąć o czym myślał młodszy mężczyzna ani jakie miał plany. Optymistycznie zakładał, że jakaś część osobowości byłego policyjnego profilera nadal wzdragała się przed zadawaniem nieuzasadnionej przemocy. Ba, ta część musiała – w jakiś niepojęty dla psychiatry sposób – blokować większość agresywnych zachowań wobec niego. W końcu, wbrew temu co Will zasugerował tydzień wcześniej w swojej sypialni, nie zastosował wobec Lectera fizycznej przemocy ani razu.
Prawdę mówiąc unikał wszelkiego, zbędnego kontaktu fizycznego między nimi. Cały czas pozostawał, z jednej strony bezpiecznie oddalony a z drugiej… ciągle czaił się gdzieś z boku obserwując i czuwając. Był łagodny i obojętny, wyobcowany i nieobecny duchem.
I jednocześnie dziwnie sprawny, przewidujący, patrzący dalej.
Kiedy Hannibal odkrył, że przy odrobinie wysiłku uda mu się wyswobodzić z łańcuchów był z siebie dumny jedynie przez kilka godzin. Później dotarło do niego, że najwidoczniej Graham wcale nie chciał trzymać go na uwięzi. Przeciwnie, specjalnie wymyślił tak prosty sposób na jego zniewolenie, żeby cały czas testować cierpliwość psychiatry, żeby badać jego podatność na wpływ.
Być może uratował go przed Masonem Vergerem (Lecter nadal nie do końca wiedział jak mu się to udało), ale czy uratował go przed samym sobą?
Od razu po pierwszym oswobodzeniu się Hannibal ruszył w kierunku schodów. Chciał sprawdzić czy uda mu się po nich samodzielnie wejść. Potem chciał sprawdzić czy uda mu się otworzyć klapę, a potem…
Potem fala niepojętego obrzydzenia zaczęła zalewać jego umysł. Nie widział co działo się w salonie, ale czuł słodkawy zapach damskich perfum, słyszał przytłumione głosy Willa i jakiejś kobiety. Ba, rozpoznawał w głosie Grahama czułe, delikatne nuty…
Wściekły walczył ze sobą, żeby nie unieść pokrywy wyżej, żeby nie zobaczyć swojej przeciwniczki. Już kiedyś były policyjny profiler mówił takim tonem do innej kobiety. Czule spoglądał na Alanę Bloom, bronił jej, walczył o nią…
Czy to był powód, dla którego Graham traktował Lectera jak niechcianego kundla?
- Wszystko musisz zawsze zepsuć, co? – usłyszał dobiegający go z dołu spokojny głos.
Opanował gniew i najciszej jak potrafił przymknął klapę. Powoli zszedł po schodach. Imaginacja Willa siedziała na jego łóżku i wyglądała na mocno rozsierdzoną.
- On kogoś ma.
Zmyślony Graham parsknął i potarł z niedowierzaniem nasadę nosa.
- Jaki ty jesteś głupi – rzucił bezczelnie. – Jak wszystko trywializujesz…
- Will kogoś ma.
- Zaraz zaczniesz uważać, że cały problem z moim prawdziwym ja sprowadza się do posiadania kogoś. Wiesz, może chodzi nie o tego, kogo się ma, ale o to co się zabrało? – zapytał filozoficznie.
- Will…
- Co zrobisz? Zabijesz ją? Będzie wiedział, że to zrobiłeś. Na pewno bardzo się ucieszy z twojego postępowania. Może wreszcie wymusi to na nim fizyczny kontakt z tobą. Ja wsadziłbym ci nóż w brzuch. Czterdzieści razy – kończąc to zdanie imaginacja rozpłynęła się.
Lecter usiadł na niewygodnym krześle przy biurku i zamknął oczy. Nie potrafił określić czy agresja, którą przejawiał wyobrażony policyjny profiler należała rzeczywiście do niego, czy też była jakimś wybrykiem umysłowości psychiatry.
Koniec końców mogła być jednym i drugim jednocześnie. Faktycznie, ilekroć próbował swoimi metodami zbliżyć się do Willa, zawsze to kończyło się tylko coraz większą agresją, niechęcią i wściekłością młodego mężczyzny. Właściwie, Hannibal zawsze tracił na tym więcej niż zyskiwał. Jedynym, prawdziwym momentem, gdy naprawdę się do siebie zbliżyli (Lecter wciąż czuł przyjemne mrowienie w kręgosłupie na wspomnienie wspólnego krojenia mięsa) był ten, gdy to Will kierował ich relacją. A Will kierował ich relacją, kiedy uważał, że to przydatne. Rozwiązanie było proste: psychiatra musiał znaleźć jakiś sposób, by znowu stać się przydatnym dla Grahama.
Kiedy godzinę później młodszy mężczyzna przyszedł po niego Lecter nie sprawiał wrażenia złego albo zdenerwowanego. Pozwolił się rozkuć z kajdanek, które potrafił sam zdjąć i powoli (dużo wolniej niż mógł) poszedł za nim do kuchni.
Zapach kobiety nadal unosił się w salonie. Na suszarce stały świeżo umyte kubki.
- Jak z nogą? – zapytał uprzejmie Will, wskazując doktorowi miejsce przy stole.
- Lepiej – odparł zgodnie z prawdą Hannibal.
Paliła go ciekawość. Chciał wiedzieć kim ona jest. Czy jest ważna? Czy jest istotna? Czy… Przyglądał się, jak Graham wstawił do piekarnika zamarynowane mięso a potem wziął się za krojenie warzyw.
- Może ci pomogę? – zaproponował.
- Nie potrzebuję twojej pomocy – odparł zimno Will nawet nie podnosząc na niego wzroku.
- Może przynajmniej przygotuję dla nas herbatę? – nie dawał za wygraną. – Dziękuję, że zaufałeś mi na tyle, by wypuszczać mnie z piwnicy.
W końcu udało mu się przynajmniej tyle osiągnąć, że Graham przestał kroić warzywa i zwrócił ku niemu twarz. Obserwował z rozbawieniem jak Lecter kuśtyka w jego stronę a potem (starając się zachować wszelkie pozory godności i niezależności) bierze akurat te mokre kubki z suszarki i przygotowuje dla nich napój.
Hannibal odwrócił się od niego. Nalał wody do czajnika i w chwili, w której chciał wstawić go na gaz poczuł ostre ukucie w plecy. Zamarł rozpoznając czubek noża.
Will znowu nacisnął mocniej. Nie ranił doktora, bardziej dawał mu znać, że może zranić.
- Nie powinieneś był podsłuchiwać – powiedział ze złością. – Tak jak teraz nie powinieneś węszyć.
- Nie mogłem się powstrzymać.
- To co tam zacząłeś planować w swojej brudnej głowie? – sarknął, znowu naciskając koniuszkiem nożna na plecy Lectera. Z pewnością udało mu się już rozciąć materiał swetra. - Powiedziałem ci, że jeśli zrobisz coś, co mi się nie spodoba, będę musiał cię ukarać.
- Więc ukarz mnie – wychrypiał Hannibal.
Nic nie mógł poradzić na to, że chwile takie jak ta dawały mu nadzieję na przyszłość. Tak, Graham był wściekły i najwidoczniej naprawdę miał zamiar ukarać psychiatrę, ale też w takich chwilach pokazywał, że w dalszym ciągu żywi do niego jakieś emocje. Może złe i destrukcyjne, ale jednak jakieś.
Poczuł jak Will odsunął się od niego. Nóż z brzdękiem upadł na blat. Zaskoczony odwrócił się do młodszego mężczyzny akurat w tej chwili, w której pięść Grahama uderzyła go w twarz. Zatoczył się i uderzyłby plecami w kuchenkę, gdyby nie refleks byłego policyjnego profilera, który złapał go w ostatniej chwili.
- Następnym razem naprawdę uszkodzę ci kolano – wysyczał przyciągając Hannibala.
Wpatrywał się w jego oczy z furią. Od zaciskania pobielały mu place. Chwilę później zaczęła dzwonić komórka Willa. Odsunął się od psychiatry momentalnie.
– W zamrażarce masz lód. Przyłóż sobie do twarzy – rzucił jeszcze i odebrał. Przez chwilę słuchał uważnie swojej rozmówczyni, a potem powiedział – Nie płacz, Clarice.
- Clarice – wyszeptał cicho Lecter.
Więc imię jego przeciwniczki brzmiało Clarice? Zastrzygł uszami starając się zrozumieć rozmowę.
- Oczywiście. Jesteś już w drodze? – Will nie spuszczał wzroku z Hannibala. – Tak. Czekam – zakończył połączenie.
- Mam iść do piwnicy?
Graham pokręcił głową zamyślony.
- Ukryjesz się u mnie w sypialni – zaprzeczył. – I tak podsłuchujesz, a w sypialni przynajmniej nie narobisz tyle hałasu co w podnosząc klapę od piwnicy w salonie.
Psychiatra kiwnął głową zachwycony tym rozwiązaniem. Will przeciwnie, pozostawał uparty i zawzięty. Sztyletował Lectera wzrokiem. A potem (czemu to zrobił?) dotknął opuszkami palców miejsca, gdzie kilka minut wcześniej uderzył psychiatrę. Gładził coraz bardziej spuchnięty policzek prawie z czułością.
- I jeszcze jedno. Jeśli Clarice wykryje, że tu jesteś… Zabiję cię – powiedział łagodnie. – Jeśli spróbujesz uciec… zabiję cię. Jeśli zrobisz cokolwiek, co wytrąci mnie z równowagi… zabiję cię. Rozumiesz?
Hannibal skinął powoli głową zachwycony dotykiem Grahama. Pozwolił się odprowadzić do sypialni, gdzie młodszy mężczyzna skuł mu ręce i nogi kajdankami policyjnymi.
Lecter zacisnął usta z bólu, ale nic nie powiedział, gdy Will trzecią parą kajdanek połączył pozostałe. Wskutek tego psychiatra musiał klęczeć, dziwnie wykręcony i napięty. Były policyjny profiler celowo skuł go w taki sposób. Pozycja była niewygodna i męcząca, w dodatku najmniejszy ruch powodował ból w kolanie.
- Przewrócę się jeśli zostawisz mnie tak zbyt długo – rzucił cicho Hannibal wpatrując prosto w oczy Grahama.
W odpowiedzi ten wzruszył ramionami obojętnie.
- Wtedy narobisz hałasu i będę musiał cię zabić – powiedział po prostu. – Dlatego nie przewracaj się.
- o o o –
Clarice przyjechała niecałe dziesięć minut później. Will przyglądał się kobiecej sylwetce z okna w sypialni. Uśmiechnął się pod nosem, co nie uszło uwadze klęczącego Hannibala, i wyszedł jej na powitanie.
Wiedział, że nie powinien tak mocno skuwać Lectera. A skoro już go skuł to powinien przynajmniej pozwolić mu się położyć. Wbrew temu co mu powiedział nie chciał go aż tak maltretować. W końcu psychiatra nadal dochodził do siebie po pobiciu przez ludzi Vergera.
Will potarł nasadę nosa. Gdyby miał jeszcze chwilę wolnego czasu faktycznie popchnąłby Hannibala, żeby nie klęczał tylko bezpiecznie leżał. Otworzył drzwi zdenerwowanej policjantce.
Clarice była zaczerwieniona. Oddychała ciężko i chyba chwilę wcześniej płakała. Bezwiednie przyciągnął ją do siebie i przytulił. Syknęła, ale nie wyrwała mu się. Jak łatwo było rozpracować jej zachowanie. Przecież chodziło tylko o bliskość.
- Buffalo Bill znowu zaatakował – jęknęła odsuwając się. – Boże, nie uwierzysz, kogo tym razem złapał...
- Kogo? – zapytał bardziej przez grzeczność niż z rzeczywistego zainteresowania Graham.
Myślami nadal błądził przy klęczącym w sypialni Lecterze. Jedna część jego osobowości chciała natychmiast tam wpaść i rozkuć go, ale druga… druga miała całkiem inne życzenia. Chciała go kopnąć w brzuch, zanurzyć dłonie w jego włosach i pociągnąć za nie, ugryźć, uderzyć… wzdrygnął się mimowolnie.
Przy Hannibalu balansował na cienkiej linie nad przepaścią. Nie wiedział czy czasem za chwilę nie spadnie z niej i nie zrobi czegoś, czego będzie potem żałował. Nie był sadystą. Chyba nim nie był.
Clarice nabrała głośno powietrza przywracając go do świadomości. Spojrzał uważnie na jej śliczną twarz. Gdyby to było takie proste… Gdyby wystarczyło tylko podejść do niej i pocałować ją, gdyby zabrało to z niego cały chłód i mrok, w którym tkwił.
Problem w tym, że oba mijały tylko w chwilach, w których był naprawdę blisko Lectera. Był wściekły, rozgniewany, czasem nawet sadystyczny, ale w jakiś sposób to był rodzaj obrony przed psychiatrą, przed zaufaniem mu i powierzeniem swojego życia w jego ręce.
Już kiedyś to zrobił.
W odwecie Lecter spreparował przeciwko niemu dowody, zamordował Abigail i bawił się nim…
- To jeszcze nie jest potwierdzona informacja, ale… - zająknęła się ze zdenerwowania. – To córka senator Ruth Martin. Catherine Martin.
- Skąd masz pewność?
Clarice pokręciła głową zrezygnowana.
- Nie mam – wymamrotała. – Godzinę temu zgłoszono jej zaginięcie. Zobaczyłam jak wygląda i… Boże, on musiał ją porwać…
- Duża dziewczyna?
- Duża, piękna dziewczyna – przytaknęła. – Zobacz – drżały jej ręce, gdy wyciągała z torebki zdjęcie Catherine Martin i jeszcze dwóch ofiar Buffalo Billa.
Will wziął od niej fotografie i rzucił na nie pobieżnie okiem. Ten sam kolor skóry, wiek i podobna masa ciała. Faktycznie wyglądało na to, że seryjny morderca znowu zaatakował i tym razem rzucił się na wyjątkowo drogi okaz. Martin miała brązowe, kręcone włosy i wyglądała na osobę, która nie pozwoliłaby sobie w kaszę dmuchać. Jakim cudem Buffalo Bill mógł ją pojmać?
- Powiedziałaś Jackowi?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie mam dowodów, że to on – westchnęła. – Tylko tę cholerną pewność w środku.
Zmarszczył brwi.
- Mamy trochę czasu – te słowa wypowiedział ostrożnie, ważąc je. – Zanim Catherine nada się do oskórowania musi minąć kilka dni. Celuję, że to około dwóch tygodni.
Starling oczy rozszerzyły się ze strachu i do Grahama dopiero wtedy dotarło, że wypowiedział te słowa całkowicie bez emocji. Nie współczuł córce senator Martin. Prawdę powiedziawszy chciał zobaczyć dzieło Buffalo Billa.
- Will, nie uda mi się jej odnaleźć w tak krótkim czasie… - wymamrotała.
- Wsiadaj w samochód i jedź wprost do domu Crawforda. Powiedz mu o swoich przypuszczeniach. Trzeba sprawdzić, gdzie ostatni raz widziano Catherine Martin.
- Na campusie akademickim.
- Więc trzeba wypytać jej znajomych, może lokatorki? Musiała mieszkać z kimś… - miał nadzieję, że mieszkała z kimś. – Może oni będą wiedzieć, gdzie szukać. Sprawdź lokalizację jej komórki. Pewnie skurwysyn już ją wyłączył, ale miejsce, gdzie ostatni raz nadawała sygnał…
Twarz Clarice rozświetliła się na moment. Chyba znowu zaczynała wierzyć w siebie. Will nie chciał jej mówić, że nawet jeśli znajdą komórkę Catherine to ona sama będzie już prawdopodobnie setki kilometrów od tego miejsca.
Obserwował Starling z pewnego rodzaju łagodnym pobłażaniem. Była jak otwarta księga. Czysta i pełna widocznych emocji.
Spojrzał na zegarek. Lecter klęczał już dobre piętnaście minut.
O ile klęczał…
W pewnym sensie Will chciał, żeby spróbował uciec. Usprawiedliwiłoby to przemoc, którą by mu w odwecie zadał.
- Jedź do Crawforda – ponaglił ją.
- Dobrze… - zawahała się jeszcze na moment. – Rozmawiałeś z Jackiem?
- Nie.
- Powinieneś.
- Wiem. Pojadę do niego – obiecał jej jeszcze, położył rękę na ramieniu i skierował młodą policjantkę w stronę wyjścia.
Dziewiętnaście minut. Lecter klęczał już dziewiętnaście minut. Z niezrozumiałych przyczyn Will zrobił się zdenerwowany. Krótko obserwował jak Clarice wsiadła do samochodu i odpaliła silnik.
Zamknął drzwi na zamek i wrócił do sypialni.
Hannibal naprawdę klęczał. Był spocony, miał mocno zaciśnięte usta, zamknięte oczy i widać było, że cierpi, ale pozostawał dokładnie w tej samej pozycji, w której Graham zostawił go wychodząc. To na swój sposób zdenerwowało go jeszcze bardziej.
Czekał aż Lecter przestanie udawać pokornego i oddanego. Z dnia na dzień czekał aż wreszcie przestanie udawać i pokaże swoje prawdziwe oblicze, to które znał tak dobrze.
Przykucnął przy psychiatrze i rozpiął kajdanki. Hannibal przechylił się niebezpiecznie w jego stronę i Will go przyciągnął do siebie. Czuł jego przyśpieszony oddech, ciężar ciała i słodkawy zapach potu.
- Przepraszam, trwało to dłużej niż myślałem – wymruczał, nadal obejmując psychiatrę.
Lecter dopiero w tym momencie otworzył oczy. Słyszał łagodny głos Grahama i bezwstydnie korzystał z bliskości, którą niespodziewanie otrzymał. Nawet jeśli znowu nadwyrężył kolano to było tego warte.
- Pomogę wam złapać Buffalo Billa – wyszeptał.
