IX. Strach i obietnica
- Deidara, do cholery, obudź się! - dziewczyna gwałtownie potrząsnęła blondynem, starając się go obudzić.
- C-co? - wymamrotał chłopak, łypiąc na nią swoimi niebieskimi oczami.
- Obudź się, idziemy dalej!
- No ale dlaczego...? - dociekał blondyn, ale widząc minę Tayuyi od razu spoważniał. Po chwili zrzędzenia wstał z łóżka i dopiero wtedy do niego dotarło, że coś jest ,,naprawdę" nie tak. Rudowłosa była czymś wyraźnie podenerwowana, ba!, ona wręcz umierała ze strachu. Jej rozbiegane spojrzenie omiotło wzrokiem cały pokój, w trakcie gdy ona sama pospiesznie pakowała swoje rzeczy.
- Tayuya, co jest? - podszedł do niej i dotknął jej ramienia. Reakcja była natychmiastowa. Dziewczyna odwróciła się, łapiąc go za rękę, drugą natomiast trzymała kunai, przytknięty do jego krtani. Po chwili zreflektowała się i odsunęła broń, co nie zmieniało faktu, że w jej spojrzeniu krył się niemal zwierzęcy strach. - Dziewczyno, co się dzieje...? - blondyn złapał ją za ramiona, przysuwając rudą do siebie. Jej zielone oczy zdawały się go nie dostrzegać, jakby myślami była zupełnie gdzie indziej. - Tayuya... Tayuya, do cholery! - jednak ona go nie słyszała, pogrążona w swoich koszmarach.
- Nie! Nie rób tego! - dziewczynka wrzeszczała, a z jej oczu trysnęła fontanna łez.
- Zamknij się, szczeniaku, albo ciebie też zabiję! - warknął wyraźnie poirytowany mężczyzna, odwracając się w jej stronę. Połowa twarzy niezasłonięta maską wygięła się w nienaturalnym uśmiechu, gdy ten dojrzał łzy w oczach dziecka. - Aż tak bardzo ci zależy na tej zapchlonej wiosce? Przecież nic cię z nią nie łączy...?
- Proszę... - wargi dziewczynki zadrżały, kiedy wypowiadała to znienawidzone przez siebie słowo. Tak bardzo nie lubiła o nic prosić. Kiedy coś chciała, po prostu to sobie brała.
- Ty mnie prosisz malutka...? - czerwone oczy zabłysły z uciechy, a machnięciem ręki mężczyzna wywołał jeszcze większy pożar. - A o co, jeśli mogę spytać...? - udawał, że nie widzi wyrazu bólu, jaki odmalował się na twarzy dziecka, gdy płonęło jej rodzinne miasto.
- Proszę... Nie nisz tego... Nie nisz mojego domu... - słowa przerwane szlochem nie pozwoliły dziewczynce dalej mówić. Zgięła się w pół i gdyby nie sznur, którym była owinięta, upadłaby.
- Dom...? - mężczyzna prychnął. - Czy ty masz w ogóle pojęcie, co to słowo oznacza...? Nie było cię tu tyle czasu, a teraz za tym tęsknisz...?
- Tak...
- No to cię rozczaruje, maleńka, ale nie mam zamiaru oszczędzić twojego ,,domu". - jego szyderczy śmiech ubódł ją, a z jej oczu popłynęła nowa fala łez. - Idziemy! - warknął, ciągnąc za koniec sznura, a rudowłosa chcąc nie chcą musiała pójść za nim, zostawiając za sobą swoje dzieciństwo.
- Tayuya! - krzyk blondyna przebił się przez jej otępienie. Dziewczyna dopiero teraz dostrzegła jego twarz i to zatroskanie, które malowało się w jego oczach. Martwił się o nią? Tak wyraźna oznaka współczucia musiała pociągnąć za sobą konsekwencje. Dziewczyna zaniosła się gwałtownym szlochem, przywierając do Deidary jak małe dziecko, które potrzebowało pocieszenia, bo i tak właśnie się teraz czuła. Zaskoczony chłopak przytulił ją do siebie, zastanawiając się, co mogło ją aż do tego stopnia wyprowadzić z równowagi.
- Już dobrze, nie martw się. - szeptał, głaszcząc ją po włosach. - Tayuya, spokojnie...
- Ja nie mogę dłużej, nie mogę... - szlochała, ale blondyn za nic nie mógł się domyślić, o co tak naprawdę chodzi. Gdyby znał prawdę...
- Tayuya! - mężczyzna wydarł się na dziewczynę, która siedziała przed chatą i czyściła swoje wachlarze. Obok niej na ziemi leżały dwa zwoje, z napoczętymi znakami na białym papierze.
- Tu jestem! - warknęła, nawet nie podnosząc głowy.
Czerwone oczy błysnęły żądzą mordu, zaraz jednak z ciała Kobury uszło całe napięcie, gdy zauważył, iż nie robi ona nic ,,strasznego".
- Czemu nie reagujesz, jak cię wołam? - wydarł się na nią, kiedy tylko rudowłosa podniosła głowę. Lubił mieć kontakt wzrokowy ze swoimi ,,ofiarami".
- No przecież wołałam, ze jestem na dworze! - warknęła, mierząc go chłodnym spojrzeniem.
- Ha! - mężczyzna sapnął z satysfakcją, gdy zauważył zwój leżący przed nogami dziewczyny. - Chcesz zapieczętować swoje wachlarze w tych zwojach, czyż nie?
- I odgadnięcie tego zajęło ci aż tyle czasu? - ironiczny głos dziewczyny zdecydowanie popsuł mu humor. - Gratulacje, Sherlocku.
- Ty mi tu nie pyskuj! Myślisz, że nie wiem o twoich planach zabicia mnie?
- Niby jak miałabym to zrobić? Czyżbyś zapomniał o tym! - dziewczyna podniosła w jego stronę lewą rękę, tak żeby mógł dostrzec metalową bransoletę, zawieszoną na nadgarstku. - Czyżbyś już zapomniał, że dałeś mi tę cholerną bransoletę posłuszeństwa i ,,zaprogramowałeś" ją tak, że nie mogę cię zaatakować, bo inaczej sama zginę? - jej szyderczy śmiech zbił go z tropu. No tak, zapomniał. Ale żeby nie wyjść na kompletnego idiotę, podniósł dumnie głowę i odparł, że owszem, nie zapomniał, tak tylko chciał ją sprawdzić, po czym wszedł do chaty.
Z ust dziewczyny zniknął ironiczny uśmiech, a głowa opadła na kolana w bezradnym geście. Tak bardzo go nienawidziła, a nie mogła sobie poradzić przez to dziadostwo na ręce. Tyle lat męczyła się z nim, to przez niego znosiła te cierpienia, których kiedyś w ogóle nie znała.
Kiedyś... Kiedyś istniało coś takiego jak jutro... ,,Jutro będzie piękna pogoda", mawiała do mamy i uśmiechała się radośnie. ,,Jutro nauczę się nowej techniki", cieszyła się, gdy lekcje dobiegały końca.
A teraz...? Teraz była tylko bezwładną marionetką w rękach Kobury. Lalką do zabijania. I nie mogła mu się przeciwstawić, mimo że miała już 15 lat.
- Cholera! - warknęła, starając się zapanować nad piekącymi łzami, które napłynęły jej do oczu.
Może łatwiej byłoby jej się z tym wszystkim pogodzić, gdyby nie ,,to". Dziewczyna miała tu na myśli swój pobyt w Wiosce Piasku i przyjaźnie, które tam zawarła. Myślała, że w końcu jest wolna, ale to była tyko iluzja. Gdy została Chuninem, nagle jej prześladowca sobie o niej przypomniał i przyszedł po nią. Nie chciała z nim iść, ale poczuła tylko uczucie błogiej nieświadomości, a kiedy się ocknęła, była już w tej chacie. A na jej ręce tkwiła ta przeklęta bransoleta!
- Kobura, nienawidzę cię. - wyszeptała, gdy jedna nieposłuszna łza spłynęła jej po policzku.
- Nie chcę! - rudowłosa przywarła do blondyna jeszcze bardziej, a jej szloch przeszedł w płacz. Pełen bólu i rozpaczy.
- Tayuya, co...?
- Nie chcę! Nie chcę! - krzyczała, nie pozwalając mu dokończyć zdania. - Nie chcę tam wracać! Nie chcę tam wracać! - powtarzała te słowa jak mantrę. Jej oczy, kiedy spojrzała na Deidarę zdawały się w ogóle nie mieć dna, tak były przepełnione strachem. - Nie pozwól mu! Nie pozwól mu mnie zabrać!
- Tayuya... - wyszeptał, wstrząśnięty tak gwałtowną zmianą w zachowaniu dziewczyny. Jeszcze nigdy wcześniej nie widział, żeby była aż tak przerażona. - Nie bój się, nic ci się nie stanie... - chłopak zaczął gładzić ją uspokajająco po włosach. - Nikt cię stąd nie zabierze, obiecuję.
- O-obiecujesz...? - zielonooka przywarła do niego, łkając, tyle że już znacznie słabiej. Poczuła się wyczerpana.
Deidara widząc co się dzieje zaniósł ją do łóżka, powtarzając przy tym, że nikomu nie pozwoli jej zabrać. Długo jeszcze po tym jak zasnęła, wpatrywał się w jej niespokojną twarz i zastanawiał się, kto ją tak skrzywdził.
- Ktokolwiek ci to zrobił pożałuje tego. - w jego oczach pojawiły się groźne błyski, zmieniając nie do poznania, zwykle tak pogodną twarz blondyna. - Zabije skurwysyna...
