Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie niezmienionym.


Kiedy Lestrade i Booth znaleźli się na miejscu zbiórki w starym porcie, ekipa operacyjna ze Scotland Yardu była już niemal gotowa do akcji. Jeden z oficerów po krótkim powitaniu z inspektorem wskazał na pewien obszar na wyświetlanej na ekranie laptopa mapie okolicy.

- Kilku bezdomnych przyznało, że na tym terenie ostatnio dużo się działo – rzekł. – Nikt się tam specjalnie nie kręci, bo budynki są opuszczone i w sporej części przeznaczone do rozbiórki.

- Są zbudowane z gliny? – upewnił się Lestrade.

- Tak – odrzekł oficer. – Wypatrzyliśmy dość świeże ślady opon. Idzie pan z nami?

- Jasne. Agent Booth też pewnie chętnie się z nami zabierze – powiedział Lestrade, przejmując od jednego z policjantów kamizelkę kuloodporną i pistolet.

- Sir, nie sądzę, żeby... – zaczął oficer.

- Będę trzymał się z tyłu, jeśli to pana pocieszy – wtrącił Booth. – Tam jest więziona moja partnerka, nawet pan nie myśl, że zdołasz mnie powstrzymać.

Policjant nie miał innego wyboru. Skinął tylko głową. Po kilku minutach odprawy grupa składająca się z ośmiu członków grupy operacyjnej, Lestrade'a i Bootha ruszyła w stronę wskazanego budynku.

Inspektor i agent FBI, trzymający się z tyłu, nie zwracali uwagi na obecność wrogich im osób – tym zajmowało się ośmiu policjantów idących przed nimi. Obaj rozglądali się za wskazówkami – ile osób kręciło się po okolicy, ile śladów kół odbiło się w pokrytym pyłem gruncie, czy porywacze nie prowadzili własnego monitoringu. Skupili się na akcji dopiero wtedy, gdy weszli do budynku, który wyglądał na portowy biurowiec – dwa piętra, murowane ściany, długie, wąskie korytarze, odchodzące od nich liczne drzwi. Nie napotkali żadnego oporu, ale posuwali się powoli i cicho. Wiedzieli, gdzie mogą szukać Brennan – przesłane do nich zdjęcie wskazywało na piwnicę, mieli stare plany budynku, Angela mniej-więcej wskazała im lokalizację pomieszczenia, w którym zrobiono fotografię.

- Sir, to tutaj – nadał przez radio jeden z policjantów. – Czysto – poinformował.

Booth ruszył do przodu. Wbiegł do pomieszczenia, w którym miał znaleźć Brennan...

Ale jej nie znalazł.

Pomieszczenie było niemal kompletnie puste.


- Wiemy, że tam była – Booth niemal krzyczał na Lestrade'a, który przy wozie policyjnym przeglądał zdjęcia na laptopie. Inspektor, przyzwyczajony do wybuchów złości w swoim otoczeniu, nie dawał się sprowokować. – Byliśmy na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewni. Wszystko z pracy Angeli się zgadza, nie mogła się pomylić. Bones jeszcze niedawno tam była!

- Owszem, ale teraz jej tam nie ma i musimy szukać dalej – odezwał się w końcu Lestrade. – Mamy obstawiony cały obszar portu, nie ma tu kanałów, którymi można ją było ukradkiem wywieźć, więc nadal gdzieś tu jest. Nie zrobili jej krzywdy, przynajmniej nie w tym pomieszczeniu. W zamian mamy to i musimy jakoś to ogarnąć. Lepiej niech pan się uspokoi, bo z krzyczenia na mnie wyniknie tylko mój ból głowy, co niczemu nie posłuży.

„To" wskazane przez Lestrade'a było zdjęciem z aparatu cyfrowego, wydrukowanym w drukarce atramentowej na zwykłym papierze, przedstawiającym dość gruby notes w czarnej, skórzanej oprawie. Notes był zamknięty, więc bez względu na kiepską jakość zdjęcia nie udałoby się spojrzeć na przynajmniej fragment zawartości.

- Co tu robisz? – Lestrade usłyszał głos Bootha. Agent nie brzmiał zbyt przyjaźnie, ale inspektor zrzucił to na podenerwowanie związane z porażką akcji.

- Wpadłem rzucić okiem na piwnicę – rozległ się w odpowiedzi chłodny głos Sherlocka. – Zakładając, że wszystko zostało już zadeptane, mogę liczyć na jakieś zdjęcia?

- Rzucić okiem na piwnicę? A nie sprawdzić, czy z Bones jest wszystko w porządku? – wycedził Booth przez zęby.

Lestrade spojrzał znad zdjęcia na detektywa. Sherlock był po swojemu spokojny i chłodny, wyraźne podenerwowanie większego od niego agenta FBI nie robiło na nim wrażenia.

- Domyślałem się, że zdążą ją przenieść do waszego przybycia – odparł beznamiętnie. – Prawdopodobnie domyślili się, że szczegóły na zdjęciu mogą wskazać nam lokalizację doktor Brennan, poza tym nie mieli pewności, czy w ciągu dwóch dni ktoś nie zgłosił podejrzanej aktywności. Mieli rację.

Booth nie miał w zwyczaju czerwienić się ze złości, więc Lestrade tylko instynktownie wyczuł, że jeszcze chwila, a Sherlock dorobi się złamania nosa. Inspektor zostawił w spokoju zdjęcie i laptopa, zrobił jeden mały krok w stronę Holmesa.

- Czego nie mają, to tego, o co im cały czas chodzi. Zostawili coś w piwnicy? – spytał Sherlock. Lestrade bez słowa podał mu wydruk.

- Ach – mruknął po kilku sekundach przyglądania się notesowi na zdjęciu.

- Co, „ach"? – spytał Booth.

- Sprawa Charlesa Milvertona – odparł Holmes, jakby to wszystko wyjaśniało.

Lestrade kojarzył to nazwisko.

- Jasna cholera – mruknął w końcu. – To notes z kontaktami Milvertona!

- Dokładnie tak, ten sam notes, który został skradziony z waszego magazynu – dodał Sherlock z nutką złośliwości w głosie.

- Wyjaśni mi to ktoś? – rzucił Booth.

- Milverton był jednym z najbardziej... paskudnych szantażystów w kraju – zaczął ostrożnie Lestrade. – Zniszczył życie wielu osobom. Ktoś w końcu zebrał się na odwagę i zgłosił próbę szantażu na policję. Udało nam się zdobyć bardzo ważny dowód w postaci jego notesu, ale jak Sherlock raczył wspomnieć, został on skradziony. Prawdopodobnie Milverton miał swojego kreta w policji. – Inspektor skrzywił się z obrzydzeniem. – Sprawa wyglądała kiepsko, choć w końcu zdobyliśmy dodatkowego świadka spośród jego ludzi. Milverton jednak nie dożył procesu.

- Co się z nim stało? – spytał Booth.

- Został zastrzelony w swoim biurze – wyjaśnił Sherlock, patrząc gdzieś w przestrzeń. Seeley zmarszczył brwi. Było w tym coś więcej od zwykłego odtworzenia faktu. Agent FBI postanowił jednak pozostawić tę kwestię w spokoju. Zadał inne pytanie.

- Czy coś łączy sprawę Bethersona z długopisem i Milvertona z notesem?

- Tak – odrzekł Sherlock. – W obu sprawach kluczowe były zeznania jednej i tej samej osoby, obecnie znajdującej się w programie ochrony świadków. Zanim zapytasz, co ja mam do tego: tak, brałem udział w obu śledztwach i w obu wypadkach moje nazwisko zostało podane do publicznej wiadomości. – Detektyw cedził słowa przez zęby, wyraźnie poirytowany. Zwrócił się do Lestrade'a i mówił dalej: – To również potwierdza zasadność mojego pozostawania anonimowym w waszych sprawach, bo gdyby nie to, że mój udział w obu śledztwach został upubliczniony, może nie miałbym na pieńku z FBI. – Wskazał kciukiem na Bootha – Dzięki wielkie, jakbym miał mało problemów z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości – warknął Sherlock. Inspektor dobrze wiedział, o co chodzi i nie próbował się bronić. Przy innych sprawach zgodnie z życzeniem Sherlocka nie wspominał o detektywie w swoich raportach, ale przy tamtych dwóch jego udział był tak znaczący, że nazwisko Holmesa musiało paść. Teraz być może mieli tego skutek.

- Przecież wiemy, że to nie twoja wina...

- Następnym razem przekonaj sędziego, że pisemne zeznanie z potwierdzeniem autentyczności musi mu wystarczyć – warknął Sherlock. – Na razie jestem pewny, że chodzi im o tego świadka. Jak już wyszli na wolność, to chcą się odegrać.

- Wszyscy wiemy, że nie mogą go dostać – zaprotestował Lestrade. Domyślał się, jaka propozycja padnie.

- W porwaniach najważniejsze są negocjacje, a w tym wypadku to odpada – odezwał się Booth, nieco już uspokojony. – Oni tylko wysyłają nam sygnały, nie dając możliwości odpowiedzi. A Bones nadal jest w ich rękach.

- Myślę, że jakaś mała dywersja nie zaszkodzi – mruknął Sherlock, patrząc gdzieś w przestrzeń. Zdjęcie notesu, zupełnie zapomniane, wypuszczone z jego dłoni wylądowało na ziemi.

- Sherlock... – zaczął Lestrade, uważnie przyglądając się konsultantowi. – Sherlock, znam to spojrzenie, nawet nie myśl o robieniu czegokolwiek samemu, rozumiesz?

- Hmm? – mruknął Sherlock, spoglądając na niego. Wziął głęboki wdech, jakby się obudził, pokiwał głową, machnął ręką i odwracając się z zamiarem odejścia mruknął: – Nie, skądże.


Jakże inne oczy. Booth miał ciepłe, brązowe oczy, które umiały wyrazić wszelkie jego emocje. Smutek, radość, nawet strach, choć Booth należał do najodważniejszych osób na świecie. Czujne oczy, dostrzegające wszelkie podejrzane sygnały, wszelkie ślady. Oczy strzelca wyborowego, który za swoją życiową misję uznał złapanie tylu morderców, ile osób zabił na służbie. Forma pokuty, którą wypełniał z wielką pasją. Oczy wyrażające ból, ilekroć ktoś wspomniał jego dawne obowiązki w armii. To była jego służba i ją wykonywał, tylko że teraz, kiedy miał małe dziecko, to coraz bardziej bolało.

Oczy ciepłe, miłe i często kojące, zwłaszcza w chwilach, kiedy się panicznie bała. Wtedy powoli i wyraźnie wymawiane słowa „wszystko będzie dobrze" były poparte obietnicą tego samego, zawartą w jego oczach i była pewna, że rzeczywiście, nic jej nie będzie i wszystko wróci do normy.

Śniła o tych oczach każdej nocy jej uwięzienia. Widziała je przed sobą i słyszała to „wszystko będzie dobrze".

Ostatnie oczy, jakie widziała przed porwaniem i których się nie bała, nie należały jednak do Bootha.

Tamte oczy były szarozielone, o niesamowitym, migdałowym kształcie. Należały do twarzy o ostrych rysach, z prostym, dość dużym nosem i pełnymi ustami, zwieńczonej burzą rozczochranych, czarnych loków. Posiadacz tej twarzy nie mówił i nie patrzył ciepło, nie uśmiechał się oczami. Był, jak ona, geniuszem. Miał trudną osobowość, „zmiękczenie" jego postawy wymagało od niej wiele wysiłku, ale było warto.

Miała wrażenie, że swoim zainteresowaniem nieco się wygłupiła. Posiadacz szarozielonych oczu w pewnym momencie ich rozmowy zwyczajnie stwierdził, że nie jest nią zainteresowany. „I to nie jest problem z tobą" – dodał. „Nie widzę z bliskich stosunkach z kimkolwiek niczego interesującego. Tworzenie intymnych więzi i potem ich utrzymywanie to wpadanie w rutynę. Rutyna jest nudna. Ludzie są nudni."

I ona też, domyśliła się. Mogła mieć sto tysięcy doktoratów i miliony zainteresowań, ale dla niego nadal byłaby nudna.

Ale zagadała do niego o muzykę – widziała futerał na skrzypce i nuty. Potem on ją zapytał o jej pracę dla FBI – stwierdził, że jej wiedza mogłaby przydać się też jemu. Przez cały czas ich rozmowy jego oczy pozostały zimne, czujne, analizujące.

Tamten wieczór był dziwny, ale nie uznałaby go za zmarnowany. Pozwoliłaby mu rozebrać jej psychikę i przeszłość na czynniki pierwsze – wiedziała, że byłby do tego zdolny – jeśli dano by jej szansę.

Temperance skuliła się w rogu innego pomieszczenia w innej piwnicy i słuchając syren wozów policyjnych gdzieś daleko pozwoliła łzom cicho spływać po jej twarzy.


A/N: Wiem, że ta przerwa taka trochę denerwująca, ale jak się nie ma weny, to się nie pisze. Nic nie obiecuję, choć ten fik nadal łazi mi po głowie i póki co, chcę go dokończyć.