Za betę wielkie dzięki Iskrzakowi. Jak zawsze :D
Części postaram się dodawać w weekendy, to dla tych, których irytuje ciągłe sprawdzanie stanu opowiadania. Nic nie obiecuję, ale się postaram.
Miłego czytania.
Matty Russel dziękuję za wszelkie wyrazy uznania i mam nadzieję, że nie zawiodę cię zakończeniem tej historii :D
A już niewiele jej zostało, niedługo koniec... no może nie tak niedługo, ale koniec zbliża się nieubłaganie.
- Watsonie! – wykrzyknął, robiąc krok do przodu i chwiejąc się niebezpiecznie. Podbiegłem do drzwi i złapałem go tuż przed zawarciem przez niego bliższej znajomości ze świeżo wypastowaną podłogą. – Watsonie... – wyszeptał z ulgą, opierając się na moim ramieniu.
- Gdzieś ty się podziewał, Holmesie? – zapytałem, prowadząc go do biblioteki, gdzie mógłbym go posadzić i bliżej przyjrzeć się ranom szarpanym na jego klatce piersiowej, które wydały mi się tak straszne z daleka.
- Musisz obudzić naszego klienta, mój kochany – wydusił i zaczął kaszleć. Delikatnie opuściłem go na kanapę.
- Jesteś ranny...
- To ważne, Watsonie. Sprawa życia i śmierci – powiedział poważnie, podnosząc się na łokciach i krzywiąc z bólu.
- Ale Holmesie... – Próbowałem oponować. W końcu zdecydowałem, że pójdę po kuferek z przyrządami lekarskimi. Mój przyjaciel spojrzał na mnie jednocześnie błagalnie i groźnie.
- Nawet o tym nie myśl. Nie ma na to czasu, na Boga! Lord de Nevre musi natychmiast...
- Co panu się stało? – zapytał mężczyzna, który stanął w drzwiach. Właściciel domu podbiegł do nas szybko i przyklęknął obok mnie. Spojrzał na Holmesa ze zgrozą. Ten tylko wzruszył ramionami i ponownie się skrzywił.
- W domku na skraju lasu, jakieś dwa kilometry stąd, znajdzie pan swoją żonę, dziecko i dwóch mężczyzn. Jeden z nich to przestępca, który przetrzymywał w tamtym miejscu dwie osoby. Jedna z nich została zamordowana. Pańska żona była szantażowana właśnie przez tą personę. Drugi z mężczyzn to pana sąsiad. Pilnuje obecnie złoczyńcy. Musi pan natychmiast wezwać policję i udać się tam jak najszybciej z doktorem Watsonem – mówił Holmes spokojnym i rzeczowym głosem. Otworzyłem usta by mu przerwać, ale ten tylko machnął na mnie ręką. – Będzie tam potrzebna pomoc lekarska, ale też i osoba, która zajmie się przestępcą. Nie wiadomo, do czego jeszcze jest on zdolny i czy pański sąsiad sobie z nim poradzi. Właśnie dlatego ważne jest, byście panowie wyruszyli tam jak najszybciej.
Lord de Nevre kiwnął głową i pospiesznie wyszedł z biblioteki. Słyszałem jak rozmawia ze służącą, a później rozległo się trzaskanie głównymi drzwiami. Wychwyciłem także odgłos ciężkich kroków wchodzących po schodach. Kolejny trzask i w domu zapadła cisza.
Spojrzałem na Holmesa, który leżał nieruchomo, a oczy miał zamknięte. Oddychał ciężko, co chwilę krzywiąc się i postękując. Podniosłem się z kolan, ale złapał mnie za nadgarstek.
- Nie, zostaw. Idź z lordem, mój drogi... – Jasnym było, że nie chce, bym poszedł po lekarstwa, które mogłyby przynieść mu czasową ulgę. Przyklęknąłem.
- Holmes, wiesz, że jeśli teraz nie opatrzę cię, będziesz musiał poczekać? – zapytałem. - Może nawet kilka godzin. – Otworzył oczy. Były zamglone i wpatrzone prosto we mnie.
- Wiem. Idź – odpowiedział błagalnie. Westchnąłem, ale spełniłem jego prośbę.
***
W domku rzeczywiście znaleźliśmy dziecko, kobietę i dwóch mężczyzn. Jeden z nich był skrępowany, a drugi siedział pod ścianą celując w tego pierwszego strzelbą. Żona pana de Nevre skulona była w kącie. Przytulała przy tym cały czas do piersi dziecko. Było ono równie wystraszone, co ona. Ponad to, przed wejściem do domu leżał zastrzelony pies. Był ogromny, czarny i najwyraźniej sprawiał niemałe zagrożenie, skoro znajdował się teraz w zaświatach.
Mężczyzna, którego Holmes określił jako sąsiada, nie chciał nic nam wyjaśnić. Stale odsyłał nas do mojego przyjaciela, toteż, gdy policja zaczęła badać dom, a ja uznałem, że nie jestem już tam potrzebny, pospiesznie wróciłem do posiadłości lorda de Nevre. Holmesa odnalazłem tam, gdzie go zostawiłem. Drzemał lekko na kanapie w bibliotece, więc, nie chcąc ryzykować, że ten się obudzi i zabroni mi przyniesienia lekarstw, zrobiłem to zawczasu. Wbiegłem szybko po schodach i już po chwili wróciłem na parter. Przyklęknąłem przy jego posłaniu i, przeciągając skalpelem przez jego pierś, rozciąłem lekką, bawełnianą koszulę, którą miał na sobie. Zobaczyłem czerwone ślady pazurów, które rozerwały jego ciało. Przez policzek przechodziły kolejne dwie pręgi, pamiątki po starciu ze zwierzęciem.
- A więc to dlatego spotkał tego psa taki, a nie inny los – szepnąłem, dłońmi delikatnie przesuwając po wypukłych ranach. Poczułem ukłucie żalu i winy. Holmes poszedł sam i został zaatakowany, podczas gdy ja siedziałem w ciepłym fotelu, sącząc drogą herbatę i czytając książki. Rękę przeniosłem na twarz mojego przyjaciela i kciukiem przeciągnąłem po jego policzku, ścierając przy tym nieco krwi.
- Złapaliście go? – zapytał niemal bezgłośnie. Natychmiast zabrałem dłoń. Holmes spróbował podnieść się na łokciach i usiąść. Przytrzymałem go za ramiona i położyłem na powrót na kanapie.
- Poczekaj chwilę, opatrzę cię – powiedziałem. Zawołałem służącą, która po kilku minutach przyniosła mi misę z ciepłą wodą. Holmes leżał bez ruchu, wpatrując się w sufit. – Może, korzystając z okazji, opowiesz mi, co się stało?
- Później, Watsonie. Nie mam ochoty powtarzać tego kilkanaście razy. Chciałbym wyjaśnić sprawę jednocześnie tobie i lordowi – odpowiedział, a ja kiwnąłem głową. Nie zamierzałem się jednak tak łatwo poddać. Brzegi ran przemyłem spirytusem. Natychmiastowa jego reakcja zmusiła go do wydania cichego okrzyku. Uśmiechnąłem się z satysfakcją.
- Bardzo mi na tym zależy, Holmesie – dodałem, wyciągając skalpel. Mój przyjaciel spojrzał na mnie z przerażeniem.
- Dobrze już, dobrze, mój drogi. Tylko schowaj to diabelskie narzędzie – rzucił, wyjmując mi nożyk z ręki i rzucając go do pojemnika. – Opowiem ci historię punktu widzenia lady de Nevre, a ty później zadasz pytania. Tak?
- Zgadzam się, Holmesie.
- Pani Harper wyjeżdża z Ameryki wraz z ojcem i nieślubnym dzieckiem. Jej przyszłość nie rysuje się zbyt kolorowo. – Zakaszlał, a ja podałem mu szklankę czystej wody. Przyjął ją z wdzięcznością. – W Anglii, na jednym z przyjęć, na które zaprosił ją jej kuzyn, poznaje młodego, przystojnego i, co najważniejsze, bogatego mężczyznę, który wydaje się być oczarowany piękną amerykanką. Postanawia zataić swoje koligacje rodzinne i nie wspomina mu o ojcu i dziecku. Gdy bierze ślub z lordem de Nevre, wciąż boi się mu o nich opowiedzieć. Dopiero dwa lata później okazuje się, że wszystko może się wydać. Znajdują ją widma przeszłości. Ojciec chłopca zgłasza się do niej i grozi, że wyjawi jej tajemnicę. Żąda pieniędzy. Kobieta nie zgadza się na warunki mężczyzny. On sam, pragnąć uzyskać okup, postanawia zamordować jednego z jej najbliższych. Ojciec pani de Nevre ginie, następnego dnia wybiera się ona na pogrzeb. Tuż po nim spotyka się z szantażystą. Powraca z kilkoma drobnymi ranami i postanowieniem spełnienia żądań. Wyprawia więc służącą z pierścieniem, ale okazuje się, że jest to niewystarczający haracz. Pieniądze ze swojego konta każe przemieścić na konto Jonana Towarda. Następnego dnia okazuje się, że mężczyzna wcale nie zamierza przepuścić okazji do zarobienia większej ilości pieniędzy. Pani de Nevre dostaje list od syna, który prosi ją, by natychmiast spotkała się z nim w chatce, ale zamiast chłopca, znajduje tam Towarda. Zostaje złapana i przetrzymywana, a gdy wreszcie Jonanowi udaje się podrzucić żądanie okupu... wiem już wszystko – zakończył, opadając na poduszki. Oczy mu błyszczały na wspomnienie kolejnej wygranej, usta miał wykrzywione w uśmiechu, policzki natomiast blade, skórę niemal upiornie białą.
- Holmesie...
- Wiem, mój drogi, straciłem dużo krwi. Chyba czas stąd odejść, nie sądzisz? – zapytał, pochmurniejąc. Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- Znowu! – zaśmiałem się.
- Przecież za to mnie kochasz, Watsonie – rzucił, przymykając powieki. Po chwili jego oddech stał się płytki. Mogłem z całą pewnością stwierdzić, że był to najbardziej niezwykły, a jednocześnie najbardziej kochany człowiek na świecie.
***
Podejrzewałem, że Holmesa nafaszerowano w szpitalu czekoladą i posłużono wszelkimi innymi prostymi sposobami odbudowania czerwonych krwinek. Sam nie chciał się przyznać do tego, że można było go zmusić do czegokolwiek. Bo co, jak co, ale czekolady on nie lubił. Najbardziej niezwykły człowiek na świecie, bo jak tu nie lubić czekolady?
Tak więc gdy wrócił, zaszył się w swoim pokoju i nieustannie doprowadzał naszą gospodynię, panią Hudson, do szaleństwa, nie przerywając gry na skrzypcach. Doprawdy, ja też miałem tego dosyć. Postanowiłem porozmawiać z nim chwilę, równocześnie pragnąc na dobre zakończyć naszą poprzednią sprawę.
Cicho zapukałem do drzwi jego pokoju. Słysząc ciche „proszę", nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Jak zwykle ogarnęła mnie ciemność. Zatrzymałem się na moment i pozwoliłem moim oczom przyzwyczaić się do warunków w pomieszczeniu. Zrobiłem jeden krok naprzód. I kolejny. I później znów kilka. Zorientowałem się, że coś jest nie tak. Zdziwiony rozejrzałem się i zobaczyłem, że wokół panuje porządek. Przynajmniej na środku pokoju, tam, gdzie stałem. Spojrzałem na Holmesa, który siedział w rogu, przeciągając smyczkiem po strunach. Nagle przerwał, aby po chwili znów wprawić dłoń w ruch, tym razem pozwalając skrzypcom wydawać bardziej wyważone, cichsze i zdecydowanie przyjemniejsze mojemu uchu dźwięki. Melodia często przyspieszała, stawała się głośniejsza, ale już moment później powracała do swojego stonowanego brzmienia. Nie przypominała niczego, co Holmes dotychczas mi prezentował. Podszedłem do niego i osunąłem się po ścianie, by usiąść tuż obok. Dźwięki zaczęły się nasilać, mój przyjaciel dochodził powoli do końca utworu i... urwał. Zamarłem i spojrzałem na Holmesa zawiedziony.
- Czemu... dlaczego przerwałeś? – zapytałem, wpatrując się w ułożone na jego kolanach skrzypce. Zapadła cisza. Dopiero po kilku minutach Holmes poruszył się i zdecydował odpowiedzieć.
- Bo nic dalej nie ma. Nie wiem, co jeszcze zagrać – odpowiedział rozbrajająco szczerym i bezradnym głosem. Także przyglądał się instrumentowi.
- Co to właściwie było? – Drążyłem, autentycznie zainteresowany tym, co stworzył. Spojrzał na mnie i wyciągnął dłoń w moją stronę. Zrezygnował w połowie drogi. Opuścił ją na podłogę i podniósł się.
- Nie wiesz, mój drogi? Nie domyślasz się? – spytał, przypatrując się swoim palcom. - Nie wiem, co dalej, bo to się jeszcze nie zdarzyło – dodał i pomógł mi wstać.
- Historia? – Uśmiechnął się, słysząc odpowiedź. Pokręcił głową.
- Niedokładnie. Raczej nasza znajomość. Mógłbym wręcz uznać, że to nawet nie ona. Sądzę, że to ty, Watsonie – wyznał, odwracając wzrok. – Czy jest coś...? Oh, nie oszukujmy się, nawet ty nie przychodzisz do mnie bez powodu. Albo chcesz wywabić mnie na zewnątrz, jest jakaś sprawa dla mnie... lub po prostu masz jeszcze pytania.
- Nie... chociaż właściwie to tak. – Wskazał mi krzesło, a sam usiadł w drugim. Złożył ręce i oparł się wygodnie. – Skąd wiedziałeś, że lady de Nevre ma syna? Skąd wiedziałeś, gdzie znajduje się chatka? Skąd wziął się ten „sąsiad"? Właściwie to nic mi nie powiedziałeś, Holmesie.
- Napisałem do Lestrade'a, spytałem sąsiada, a mieszka tuż obok posiadłości Lorda – powiedział, odpowiadając po kolei na wszystkie pytania.
- Holmes!
- Dobrze, już dobrze. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o pani de Nevre, więc poprosiłem naszego bystrego przyjaciela ze Scotland Yardu, by był tak miły i dostarczył mi kilku informacji o niej. Miałem swoją koncepcję, gdy wyszedłem na spacer tamtego dnia. Odwiedziłem kilka domów w okolicy i natrafiłem też na ten, w którym mieszkał Gunther Missygney. Okazało się, że jest zapalonym myśliwym i zna każdy kawałek lasu. Powiedział mi o domku na jego skraju. Opisał mi mężczyznę, którego widywał często w tamtej okolicy.
- Poszedłeś tam sam?
- Nie, pan Missygney uparł się, by mi towarzyszyć. I całe szczęście. Ten pies rozszarpałby mnie bez jego pomocy.
- Jak mogłeś go nie zauważyć? – zapytałem ze złością, co nie uszło uwadze Holmesa. Spojrzał na mnie karcąco.
- Miał przecięte struny głosowe – rzucił. Jego oczy miotały gromy, gdy wpatrywał się we mnie. – W przeciwnym razie nie umknąłby mojej uwadze.
- Holmes... – powiedziałem miękko. Pochyliłem się i położyłem mu dłoń na ramieniu. Strącił ją.
- Żyję. Nic się nie stało. Następnym razem będę bardziej uważny. To wszystko... – Wstał. Popatrzyłem na niego błagalnie. Nie wzruszyło go to. Dał mi to wyraźnie do zrozumienia trzaskając drzwiami swojego pokoju. A później i drzwiami wyjściowymi. O tak, psu zdecydowanie się należało.
