Rozdział 9.
Ceremonia Przyjęcia miała odbyć się dopiero za dwie godziny, ale powozy wielu zamożnych arystokratów zdążyły już zajechać na dziedziniec. Sonea przyglądała się uważnie członkom Domu Arren zmierzającym w kierunku budynku Rady Gildii. Wielu z nich patrzyło na nią z otwartą pogardą. Starając się nie zwracać na nich uwagi, Sonea przemierzyła dziedziniec, kierując się ku Uniwersytetowi.
Przed nią stały dwie kobiety. Obie wyróżniały się bogatym strojem, który nadawał się raczej na bal niż na uroczystość przyjęcia letniego naboru studentów. Sonea zauważyła niechętnie, że każda z nich odznaczała się nietuzinkową urodą i elegancją.
- Widziałaś go? – Cichy szept młodej damy – wysokiej i szczupłej blondynki, zwrócił jej uwagę.
- Ależ on jest przystojny. – Wymamrotała druga, nieco niższa. – Słyszałam, że jeszcze się nie ustatkował.
- Czyli mamy szansę.
Obie zachichotały.
- Tylko…wydaje się taki chłodny.
- Och, jestem pewna, że można by go rozgrzać.
Sonea wywróciła oczami.
- Administrator też jest niczego sobie, ale Wielki Mistrz…
Co?
Sonea słysząc to o mały włos nie wywróciła się na prostej drodze. One nie mogły mówić o Akkarinie. To jakaś pomyłka. Spojrzała w tym samym kierunku, co dwie arystokratki. Jej serce zgubiło zdrowy rytm, gdy zobaczyła maga odzianego w czerń. Zerknęła ukradkiem na kobiety, które uśmiechały się w wyjątkowo głupi sposób. Wróciła myślami do rozmowy dwóch nowicjuszek, którą podsłuchała w bibliotece parę lat temu. Nie potrafiła wtedy pojąć, co mogło pociągać je w Akkarinie. Teraz też nie rozumiała. Może wysokie stanowisko?
Wyminęła kobiety i najszybciej jak mogła, ruszyła w stronę biblioteki dla magów. Nie miała najmniejszej ochoty stanąć teraz twarzą w twarz z Akkarinem. Na pewno był niezadowolony z powodu jej wczorajszej nieobecności. Przyspieszyła jeszcze bardziej na widok zbliżającego się w kierunku Uniwersytetu Wielkiego Mistrza. Skręciła szybko w korytarz prowadzący do biblioteki.
Tchórz.
Sonea zaczęła zagłębiać się między regałami w poszukiwaniu książek traktujących o uzdrawianiu.
Musiała zadrzeć głowę wysoko do góry, aby zobaczyć tytuły ksiąg ustawionych na najwyższych półkach. Jej uwagę przyciągnęło opasłe tomiszcze oprawione w zieloną skórę. Jest. Podeszła do regału i stanęła na czubkach palców, mocno wyciągając rękę do góry. Za wysoko. Z irytacją spojrzała na księgę znajdującą się poza jej zasięgiem. Sonea utworzyła dysk pod stopami i uniosła się do góry, mamrocząc pod nosem ciche przekleństwa pod adresem swojego niskiego wzrostu. Już miała sięgnąć po książkę, gdy usłyszała za sobą znajomy, chłodny głos:
- Ciekawa kryjówka, nie powiem.
No to pięknie.
Sonea powoli odwróciła się i spojrzała na Akkarina. Stał z założonymi rekami na piersiach i przypatrywał jej się z niezadowoleniem.
- Ja? Kryć się? – wymamrotała, robiąc niewinną minę.
Na jego ustach pojawił się krzywy uśmiech.
- Powinnaś mnie wczoraj uprzedzić o swojej nieobecności na obiedzie.
Nuta oskarżenia w jego głosie sprawiła, że Sonea poczuła rosnące rozdrażnienie. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić.
- Dostałam wiadomość od ciotki, jej syn zachorował. Prosiła mnie o pomoc. Dopiero wieczorem przypomniałam sobie o naszym wspólnym obiedzie.
Zmrużył oczy. Najwyraźniej coś jeszcze mu się nie podobało.
- Dorriena też prosiła o pomoc? – Jego oczy rozbłysły niebezpiecznie.
Nie rozumiała, dlaczego tak bardzo drażnił go młody Uzdrowiciel. Sonea zacisnęła mocno paznokcie na skórzanej okładce.
- Chciał poznać moją rodzinę. To wszystko. – Starała się wlać w swój głos tyle pewności siebie, na ile było ją stać.
Skinął powoli głową.
- Soneo, wiesz, że nie możesz wyjechać – powiedział stanowczo.
Dziewczyna otworzyła oczy szeroko ze zdumienia.
- A to dlaczego? – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Akkarin spojrzał na nią wyniośle.
- A dlatego, że bezpieczeństwo Kyralii jest ważniejsze od sielankowego życia na wsi.
Sonea poczuła, jak zalewa ją fala oburzenia. Jak on śmiał? Nie miał prawa dyktować jej, co ma robić i z kim być.
Jej gniew na Akkarina sprawił, że straciła kontrolę nad przepływem mocy. Dysk utrzymujący ją w powietrzu zamigotał i znikł. Z piskiem poleciała na dół. Zamrugała ze zdziwieniem, gdy nie poczuła bólu wywołanego łupnięciem o posadzkę. Dopiero po chwili zrozumiała, że Akkarin złapał ją, ratując przed bolesnym upadkiem.
Jego lewa ręka leżała na jej biodrze a prawa u podstaw kręgosłupa. Spróbowała się poruszyć, ale nie mogła. Trzymał ją mocno, tak jakby nie miał zamiaru jej puścić. Sonea ostrożnie zacisnęła rękę na jego ramieniu. W odpowiedzi wzmocnił uścisk oplatających ją ramion, tak że jej ciało całkowicie przylgnęło do niego. Poczuła, jak zalewa ją fala gorąca łącząca się z rosnącym pożądaniem, które wzmogło się na myśl, że oddziela ich od siebie tylko materiał szat. Czuła jak serce Akkarina bije co raz szybciej. Sonea zadrżała, gdy przesunął prawą dłoń na pośladki, a lewą zarysował linię jej uda. Zaczęła oddychać szybciej, kurczowo zaciskając dłoń na jego ramieniu. Mężczyzna przyciągnął ją jeszcze bliżej, o ile to było możliwe. Przytuliła policzek do jego piersi. Jego zapach otumanił ją do reszty. Poczuła ciepły oddech na swojej szyi. Odruchowo odwróciła głowę w bok, czując jak jej skóra napina się w oczekiwaniu na pocałunek. Akkarin przyciągnął jej udo do swojego biodra. Jego oddech przyspieszył, czuła go na swojej szyi. Wargi maga niemalże dotykały jej policzka. Sonea przymknęła powieki, wydając z siebie ciche westchnienie.
- Wielki Mistrzu?
Za plecami rozległ się znajomy głos. Uzdrowicielka zesztywniała w ramionach czarnego maga, który starał się przybrać na twarzy wyraz obojętności.
Tylko nie on! Tylko nie on!
- Mistrzu Reginie – Akkarin odpowiedział spokojnie.
Sonea natychmiast wyswobodziła się z objęć Akkarina, mając nadzieję, że jej twarz nie jest w kolorze ciemnego anureńskiego. Jeszcze jego tu brakowało. Popatrzyła prosto w twarz młodego Wojownika, na której malował się szok. Na Akkarina starała się nie patrzeć, chociaż czuła na sobie jego spojrzenie. Dlaczego fakt, że na nią patrzył sprawiał jej taką przyjemność? Dlaczego pod wpływem tego spojrzenia czuła się naga?
Starając się nie zwracać uwagi na dwójkę mężczyzn, schyliła się, zbierając księgę z podłogi. Powoli podniosła się jednocześnie obserwując magów, którzy wpatrywali się w nią intensywnie; Regin ze zmrużonymi oczami, jakby węszył jakiś spisek, a Akkarin z zamyślonym wyrazem twarzy i lekkim uśmiechem.
Sonea spłonęła rumieńcem.
- Upuściłam książkę. – wymamrotała cichutko.
- Coś ciężka ta książka, że aż dwie osoby się po nią schylały – zauważył złośliwie Regin. - Przepraszam Wielki Mistrzu, to było nie na miejscu. – Poprawił się natychmiast zgromiony wzrokiem przez Akkarina.
- To ja nie będę przeszkadzać. Na pewno masz coś ważnego do opowiedzenia Wielkiemu Mistrzowi, jakiś nowy, wielki plan Mistrza Regina, który jest na etapie sennych marzeń i raczej na tym się skończy, znając ciebie. – Sonea nie mogła się powstrzymać od wrednego uśmiechu.
- Wielki Mistrzu. – ukłoniła się czarnemu magowi i jak najszybciej ruszyła w kierunku wyjścia.
Na plecach czuła spojrzenie dwóch par oczu.
