Byłoby o wiele prościej, gdyby Dereka nie bawiły ich rozmowy. Wciąż ma wrażenie, że wilkołak trzymał w dłoniach wszystkie karty. Nie oddał mu ani jednej, więc jak ta gra miała chociaż stwarzać pozory sprawiedliwej. Jeśli Hale chciał bawić się z nim, Stiles się wypisywał z tego układu. Musiał znosić Lydię na porządku dziennym, a to już było ponad jego siły i nerwy.

Cokolwiek działo się w Rezerwacie, skutecznie wytrącało go z równowagi. Od lat polowali ze Scottem na tajemnice i nie ukrywał, że ich działalność anty-potworowa zaczęła się jeszcze w czasach, kiedy szeryfem był jego ojciec. I jego staruszek nienawidził, kiedy dorywał ich na skraju lasu z latarkami w dłoniach. A udawało mu się to częściej niż rzadziej.

- Nie jestem niczym prócz człowieka – poinformował wilkołaka.

Derek nie mrugnął nawet okiem.

- Ponieważ to normalne, aby ludzie odczuwali miejsca mocy w ten sposób, co ty. Jak sądzisz? Ilu znajdowało się w miejscu świętym elfów do tej pory i nie zauważyło niczego podejrzanego? – spytał Hale wprost.

Stiles naprawdę go nie cierpiał i przypominał sobie właśnie dlaczego. Nie miał odpowiedzi na to pytanie. Po prostu nie słyszał o nikim, kto zaszedłby tak daleko w Rezerwat. Dom watahy stał na obrzeżach miasta odkąd pamiętał i nikt nie miał powodu, aby się tak zapuszczać. Nawet ze Scottem nie dotarli tak daleko. Mówiono, że las kiedyś był o wiele mniejszy, ale drzewa zaczęły pojawiać się coraz bliżej miasta z każdym rokiem. Aż pochłonęły dom, o którym opowiadano legendy.

Dopiero Derek odnowił posiadłość i to nie stało się bez powodów. Budynek nie znajdował się teraz na granicy pomiędzy światem ludzi i magicznych istot. Stał się częścią Rezerwatu i wyrwanie go nie będzie łatwe. Stiles co prawda czuł się tam na tyle bezpiecznie, aby przespać noc, ale to miało więcej do czynienia z obecnością alfy w budynku niż z czymkolwiek innym. Derek w końcu był drapieżnikiem. Szczytowym punktem łańcucha troficznego całej magii, która zebrała się wokół Beacon Hills.

Był czas, kiedy Stiles obawiał się, iż Rezerwat pochłonie miasto albo odetnie drogi dojazdowe i będą musieli radzić sobie sami aż komuś uda się do nich przedostać.

- Irytujesz mnie – przyznał bez cienia wahania w głosie.

Derek nie wydawał się przejmować tym faktem.

- Wiem – odparł mężczyzna. – Jest jednak coś i wiesz o tym.

- Tak, wyczuwam to. Chociaż to bardziej logiczny wniosek wypływający z wydarzeń w mieście, których jestem świadkiem od ponad dziesięciu lat. Coś powstaje. Coś się dzieje – przyznał. – Jeśli jednak sugerujesz, że miastem kierują nie-ludzie, mocno się mylisz. Może wyglądać na to, że Lydia czyni cuda, ale to jedynie figura retoryczna. Nie potrafimy nic – prychnął.

- Zauważyłem, że reagujesz jak standardowy człowiek. Sprawdziłem to, pamiętasz? – rzucił Hale. – Jednak Rezerwat oddziałuje na wszystkich. Może jeden zapomniany gen został w was aktywowany, ponieważ magia jest tak blisko. Niemal na wyciągnięcie ręki.

- Mój ojciec z chęcią posłucha twoich teorii, polerując kule ze srebra – odparł.

- Chcesz, żebym poznał twojego ojca? – spytał Derek zdziwiony.

Stiles spojrzał na niego zirytowany, a wilkołak uśmiechnął się wrednie, ewidentnie usatysfakcjonowany jego reakcją.

ooo*

Kiedy wrócili po dyżurze, rozminęli się z Ericą, która zapewne szła do pracy, jeśli Stiles dobrze pamiętał jej grafik. Na razie została przydzielona do pracy za biurkiem, na prośbę Dereka, który nie chciał wysyłać niewyszkolonej bety w teren. Parrish, partner Reyes nie miał nic przeciwko. Od dawna nie mieli czasu na wypełnienie zaległych raportów jak większość pracowników posterunku i odbębniali nadgodziny. Niewielkich incydentów pojawiało się coraz więcej i chociaż nie zawsze dochodziło do jakiegoś kontaktu. I tak musieli o tym zameldować. Stiles na specjalnej mapie zaznaczył miejsca narażone najbardziej i tam też patrole pojawiały się dwójkami.

Lydia zaparkowała swój samochód zaraz koło jego radiowozu i nie wydawało się, aby była pod wrażeniem tego, że Derek miał na sobie wyłącznie spodnie. Stiles faktycznie początkowo, kiedy zaczęły patrolować razem okolice miasta, rozpraszał się łatwo, ale Derek miał powody, aby na siebie wiele nie zakładać. I Stiles naprawdę nie miał w sobie aż takiego samozaparcia, aby protestować bardziej zdecydowanie.

- Prześwietlisz dla mnie Jennifer Blake – powiedziała Lydia.

Stiles nie mógł nie przewrócić oczami.

- Mnie też ciebie dobrze widzieć. Witaj, droga przyjaciółko. Jak minął twój dzień? – zakpił.

- Kandyduje na stanowisko dyrektora szkoły po Wilkinsonie. Nie jest stąd. Nie wiemy o niej nic – ciągnęła dalej Martin, jakby w ogóle nie usłyszała tego co powiedział.

Derek prychnął rozbawiony.

- Nie masz wpływu na jej wybór – przypomniał Lydii.

- Oczywiście, że nie. Ale to nie znaczy, że nie mogę wiedzieć kim jest ta kobieta – prychnęła Martin, jakby to było tak oczywiste, że nie powinni nawet o tym mówić.

- Nie mogę używać mojej władzy do prywatnych celów – przypomniał jej.

- To nie jest prywatne, jeśli prosi o to Rada Miasta – odparła Lydia.

Stiles westchnął jedynie, wiedząc, że jest na straconej pozycji.

*ooo

Boyda znał od dłuższego czasu. Trudno byłoby nie kojarzyć tego faceta choćby ze spotkań Rady Miasta i szkoły, do której chodzili wszyscy. Nie mógł sobie przypomnieć jednak, aby przez ostatnie dziesięć lat zamienili ze sobą chociaż zdanie. I nie inaczej było teraz, kiedy Derek siedział u szczytu stołu w jadalni, a oni zajęli miejsca, które z pozoru nie miały znaczenia. Lydia jednak ewidentnie rzucała mu porozumiewawcze spojrzenia, kiedy został posadzony po prawej alfy. Jakby nie zdawała sobie sprawy, że Derek żył po to, aby utrudniać mu życie.

- Nie miałeś żadnych kłopotów? – spytał wilkołak nagle.

Boyd momentalnie przestał jeść i spojrzał na swojego alfę z czymś we wzroku, co sprawiło, że coś w jego żołądku skręciło się nieprzyjemnie.

- Nie. Nic nowego przynajmniej – rzucił Boyd.

I ten ton nie świadczył o niczym dobrym.

- Znaczy istnieje szansa, że oni stracą panowanie nad sobą? – spytał skrajnie przerażony.

Nie chciał nowych maszyn do zabijania na terenie miasta.

Derek spojrzał na niego zirytowany.

- Każdy może stracić panowanie nad sobą – przypomniał mu alfa.

- Ale nie ze śmiertelnym skutkiem – rzucił Stiles.

- Nosisz broń i masz ADHD. Myślisz, że jeśli tobie odbije to nie będzie miało niebezpiecznych skutków? – zainteresował się Derek.

- Nie odwracaj kota ogonem. Wiesz o co chodzi. Jeśli Erica potrzebuje czasu dla siebie, będzie miała wolne z miejsca. Boyda pewnie też będzie mógł ktoś zastąpić, jeśli musicie się udać do jakiegoś obozu przetrwania dla młodych wilkołaków – powiedział całkiem szczerze.

Derek westchnął przeciągle.

- Problemem nie jest przemiana. Problemem jest fakt, że nadal myślą jak ludzie – rzucił Hale. – Muszą spojrzeć na świat w innych kategoriach. I bardzo powoli do tego dochodzą. Odcięcie ich od tego, co robią każdego dnia, nie pomoże. Muszą nauczyć się reagować na nowo w swoich własnych realiach – poinformował go całkiem poważnie.

I Stiles to w pełni pojmował. Nie chciał jednak, aby Reyes zrobiła coś, czego będzie potem żałowała.

- Alfo… - zaczął Boyd i urwał, patrząc sugestywnie na Dereka.

Hale skinął tylko głową, jakby udzielał mu głosu.

- Czy będziemy długo jeszcze gościć panią burmistrz i szeryfa? – spytał Boyd.

Stiles najchętniej sam dostałby odpowiedź na to pytanie. Chociaż powrót do własnego mieszkania, które nie wydawało mu się już tak bezpieczne jak wcześniej, wcale mu się nie uśmiechał. Przede wszystkim planował spać w bieliźnie. To był pierwszy punkt zmian, które wprowadzał na cześć nowego alfy. W końcu facet pojęcia nie miał o pukaniu.

- Tak – odparł Derek spokojnie. – Stiles zostanie w moim pokoju. Pani Martin, Lydia – poprawił się pospiesznie Hale, patrząc wymownie na kobietę. – Zajmie pokój niedaleko was. Myślę, że jeśli wszystko się ustabilizuje do końca tygodnia będziecie mogli wrócić do swoich mieszkań – dodał.

- Kocham przeprowadzki – sarknął Stiles.

- Nie wy. Erica i Boyd – prychnął Derek. – Wy zostaniecie tutaj tak długo aż rozgryziemy co jest nie tak – dodał.

Lydia wyglądała przez chwilę, jakby zamierzała się kłócić, ale potem spojrzała na niego wymownie i wróciła do swojego posiłku. Pierwszy raz widział ją tak milczącą, ale zapewne rozmowa z Derekiem tego poranka pokazała jej, że próby narzucenia alfie swojej woli nie wyjdą jej na dobre. Hale był poza jej kontrolą i musiało ją to irytować.

ooo

Powiesił swój mundur na wieszaku i spojrzał niepewnie na sporej wielkości łóżko, które było jedynym sensownym meblem z pokoju Dereka. Wiedział, że dopiero zaczął się remont domu, ale sądził, że Hale posiada więcej mebli. Warunki, w których się znajdowali, mogliby nazwać spartańskimi. Stiles jednak nie chciał obrażać mieszkańców Sparty.

Zdawał sobie sprawę, że pracowali na okrągło i Hale dodatkowo patrolował na własną rękę w te noce, w które nie mieli dyżurów. Wilkołak nie mógł mieć czasu na urządzenie domu. Mieszkanie jednak w takich warunkach wydawało mu się mocno nieodpowiednie. Nie miał nawet gdzie zawiesić swojego munduru.

- Jakiś problem? – spytał Derek nagle.

I Stiles wydał z siebie dziwny dźwięk, którego nie potrafił nawet nazwać. Wilkołak podkradł się po cichu. I to powinno być kompletnie zabronione. Żadna z desek w podłodze nie skrzypnęła, uprzedzając go o nagłym najściu.

- Tak, ty – prychnął.

- Kłamiesz – zdecydował Derek, irytując go jeszcze bardziej.

- Nie, tym razem mówię całkiem poważnie. Dlaczego nie masz mebli? Nie przywiozłeś niczego z sobą? –spytał z niedowierzaniem. – Jak zamierzasz tutaj żyć? Czy to tylko tymczasowe lokum i wracasz do rodziny, kiedy tylko nasze nudne Beacon Hills da ci w kość? – spytał.

Derek zamrugał, jakby zszokowała go ta reakcja. Jakby nie mieszkał w domu, w którym nie było prawie mebli.

- Planowo zawsze urządzamy swoje domy, kiedy osiądziemy. Mógłbym równie dobrze mieszkać w lesie przez kilka kolejnych tygodni – wyjaśnił Derek. – Kiedy osiądziemy i wiemy jaki kształt ma przyjąć nasze lokum, zaczynami przebudowy i zmiany. Moja matka i tak była przyjemnie zaskoczona, iż zacząłem tak wcześnie – powiedział, patrząc na niego jakoś dziwnie.

Jakby Stiles powinien wiedzieć takie rzeczy o wilkołakach.

- Ale możesz chyba kupić jakieś meble? – spytał wprost.

Derek wydął usta.

- Nie mam czasu. Jestem zajęty pracą, a jeśli nie pracuję, uczę moje bety – wyjaśnił mu alfa i Stiles to wszystko już wiedział.

- Powiedzmy, że jutro urwiemy się godzinę z dyżuru. Jestem szeryfem, wolno mi – powiedział. – Parrish z przyjemnością zastąpi mnie przy biurku, jestem pewien. Będziesz miał odrobinę więcej czasu, żeby zacząć życ jak człowiek. To zawsze jakiś początek.

- Nie jestem człowiekiem – przypomniał mu Derek sucho, a potem przewrócił oczami. – I co widziałbyś tutaj dokładnie? Nie jestem specjalistą od urządzania wnętrz – powiedział wilkołak.

Stiles spojrzał na kilka szafek, które wyglądały, jakby ktoś składał je w pośpiechu. Pomieszczenie było czyste. Żadne rzeczy Dereka nie walały się po podłodze, ale w szufladach nie mogło być za wiele miejsca. Hale był oszczędny w słowach i ruchach. Kojarzył mu się z czymś minimalistycznym i funkcjonalnym. Ciemne barwy pasowały do niego i zieleń, która była kolorem jego oczu wtedy, kiedy akurat nie udawał na siłę alfę.

- Załatwimy to we dwóch – zdecydował Stiles. – Ale ty będziesz nosił ciężkie rzeczy – ostrzegł go lojalnie.

- Nie zakładałbym innej możliwości – odparł wilkołak. – Łóżko jednak rozumiem, że odpowiada twoim gustom – rzucił z nutką czegoś podejrzanego w głosie.

Stiles sądził, że Derek z niego kpi. Może alfa sądził, że Stiles zacznie się zapierać rękami i nogami przed spaniem w jednym pokoju, ale to nie była podstawówka. Robił w takich łóżkach rzeczy, o których się pewnie Derekowi nie śniło. Sen naprawdę nie był problemem.

- Łóżko jest w porządku. I lepiej, żebyś nie chrapał – ostrzegł lojalnie.

Derek przewrócił oczami.

- Poważnie, skopię twój wilkołaczy tyłek na podłogę i nie będę miał skrupułów – rzucił.

- Złamię ci ją w kolanie, chrapanie przestanie być problemem – prychnął Hale.

- O widzisz, mówisz do mnie same słodkie rzeczy. Wiedziałem, że jesteśmy przyjaciółmi z jakiegoś powodu – zakpił.

- Nie jesteśmy przyjaciółmi – poinformował go Derek całkiem poważnie.

- Wiem. Moi przyjaciele mnie nie irytują – prychnął.

Derek uniósł brew.

- Tak? A jak nazwiesz zachowanie Lydii? – spytał ciekawie Hale.

- Lydia jest specjalna – odparł Stiles. – To moja platoniczna bratnia dusza. Jesteśmy jak połówki tej samej pomarańczy, które odnalazły się w tym małym miasteczku – wyjaśnił.

Lydia walnęłaby go, gdyby to usłyszała. Możliwe, że brzmiało dziwnie podobnie do peanów, które wygłaszał na jej cześć jeszcze w czasach szkoły średniej. Nie przestał nawet, kiedy zdał sobie sprawy, że jest gejem. To w końcu nie była jej wina, że była prawie doskonała. Nie posiadała tylko męskich cech płciowych, chociaż metaforycznie pewnie miała większe jaja niż niejeden.

Nie wiedział jakim cudem zostali przyjaciółmi, ale może dużą rolę odgrywała w tym szczerość. Oboje cenili tę cechę u ludzi. A było o to coraz trudniej, szczególnie w świecie, w którym przyszło im żyć.

- Tak. Jesteście jak życie i śmierć – powiedział Derek, jak zawsze psując nastrój.