Trochę późno dodaję ten rozdział - wybaczcie. :)
Gościu, cóż... jak widać, nie zawsze będą to soboty. :) Ale bezpiecznie będzie mi powiedzieć, że powinnam wstawiać kolejne rozdziały w obrębie weekendów. Bardzo dziękuję za miłe słowa. :)
Betowała wspaniała Panna Mi.
- O czym ty mówisz? - zapytał chłopiec, a jego czoło zmarszczyło się delikatnie.
Myśli Toma pędziły jak szalone... Czy Harry był horkruksem? Będzie musiał przeprowadzić kilka testów, by się upewnić. To był absurd, coś niemożliwego... A jednak tak wiele to tłumaczyło; wężomowę, głębokie połączenie, które odczuwał między sobą a tym dziwnym dzieckiem.
Postarał się przybrać jak najłagodniejszy wyraz twarzy, ale zarazem był ostrożny, by nie wzbudzić tą kompletną zmianą osobowości podejrzeń Harry'ego. Chwycił chłopca za ramiona. Szybko znalazł słowa - dobierając je dla całkowicie niewinnych uszu Gryfona - którymi musiał ująć to, co pragnął powiedzieć. Mógł to wykorzystać. W życiu nie spodziewał się takiego obrotu spraw ani nawet o tym nie śnił... ale dało się coś wymyślić.
Teraz nie miał już wątpliwości, nie mógł zabić chłopca.
- Myślę... - Pozwolił, aby biło od niego niepewnością i zdziwieniem, wiedząc, że prawdziwe uczucia zawsze będą silniejsze oraz że Harry, przynajmniej ten jeden raz, będzie mógł wyczuć od niego szczerość. - Myślę, że jesteś moją bratnią duszą.
Harry wpatrywał się w niego przez moment, ostrożnie i czujnie. W oczach chłopca dostrzec można było zmieszanie, szok i wiele innych emocji.
- Ale przecież obaj jesteśmy mężczyznami!
Tom przekrzywił głowę. Potrzebował chwili, by uświadomić sobie, o co chodziło Harry'emu.
- To niekoniecznie musi być coś romantycznego, jak myślą mugole – wyjaśnił. Wbrew sobie uśmiechnął się złośliwie. Harry wyglądał, jakby spadł mu kamień z serca, a Tom nie wiedział, czy właściwie powinien czuć się urażony, czy też nie. - To po prostu znaczy, że nasze dusze... pasują do siebie, są takie same.
To nie było nawet kłamstwo, a raczej tylko naiwne, uproszczone spojrzenie na zaistniałą sytuację. Harry zagryzł wargę, nagle wyglądając na młodszego, niż był w rzeczywistości. Jego oczy przypominały jaskrawe szmaragdy na tle blednącej skóry. Znów uderzyły go podobieństwa w ich wyglądzie.
- Więc, uch, jakie to ma znaczenie... dla mnie? - zapytał ostrożnie młodszy chłopiec.
- To znaczy – powiedział Tom, spotykając pewnie spojrzenie Harry'ego – że jesteś mój i zamierzam się tobą opiekować.
Jeśli Harry był horkruksem, nie mogła stać mu się żadna krzywda – a przynajmniej do czasu, kiedy Tom znajdzie sposób, by usunąć kawałek własnej duszy z ciała chłopca, wchłaniając go jednocześnie w celu wzmocnienia swojej pozycji. Był pewien, że Voldemort zgodziłby się z nim. Był teraz silny oraz żywy dzięki diecie opartej na emocjach, które były podstawą duszy Ginny Weasley, ale wciąż pragnął więcej. Chciał uwolnić się od jakichkolwiek pozostałości połączenia z dziennikiem.
Wzrok Harry'ego złagodniał na moment, zanim przepełnił się czymś ostrzejszym – zdenerwowaniem.
- Nie jestem twój! - warknął. - Należę tylko do samego siebie!
Tom patrzył na niego, zaskoczony. To... nie była odpowiedź, której się spodziewał. Czuł, że jego palce i magia mają ochotę się wzburzyć, pragnąc sprawnie i z determinacją pozbyć się wszelkiego oporu. Ciężko było kontrolować taki impuls, szczególnie w tych dniach, kiedy był tak wolny i pobłażliwy wobec siebie oraz swoich zachcianek, po tak długim okresie przebywania w nicości. To oczywiste, że Harry był jego. Kim on myślał, że był, mówiąc inaczej? Był jego horkruksem, jego duszą – Gryfon należał do niego. Ostrożnie złagodził wyraz swojej twarzy.
- Oczywiście – odpowiedział po chwili. - Nie miałem tego na myśli.
Harry zmierzył go podejrzliwie wzrokiem.
- Właśnie, że miałeś.
Po raz kolejny zdziwił się, ale przymknął na to oko, uśmiechając się złośliwie.
- Tak, masz rację, miałem. Ale chciałem ci pozwolić, żebyś żył w złudzeniu.
- To miłe z twojej strony – powiedział sarkastycznie Harry. Jego uśmiech poszerzył się, ale szybko zniknął, gdy chłopiec znów się zawahał. - Co znaczy, że masz zamiar „opiekować się mną"? - zażądał odpowiedzi Gryfon z nutką bezradności w głosie. - Nie potrzebuję, żebyś się mną opiekował. Wypuścisz mnie?
Tom przez chwilę obserwował go beznamiętnie.
- Nigdy cię nie wypuszczę – powiedział bardzo powoli i bardzo wyraźnie. Oczy Harry'ego rozszerzyły się.
- Nie możesz mnie tu tak po prostu trzymać! - odparł wściekle i słabo chłopiec, zaciskając pięści wokół swojej koszulki.
Uniósł brwi, nie racząc udzielić odpowiedzi.
- Wal się! - wysyczał Harry, odwracając się od niego. - Nienawidzę cię, słyszysz? NIENAWIDZĘ CIĘ!
Dwunastolatkowie.
Tacy melodramatyczni.
Albus Dumbledore siedział przy swoim biurku, próbując przegnać narastający ból głowy. Czuł się wykończony.
Wciąż nie udało mu się znaleźć Harry'ego, a do tego wszystkiego Syriusz zbiegł z więzienia. Tom prawdopodobnie znowu zbierał siły.
Był pewien, że Lord Voldemort w jakiś sposób powrócił i bał się, czego ten potwór chciał od Harry'ego. Czy Gryfon był martwy? Nie mógł być! Bez Chłopca, Który Przeżył, bez wybrańca świat był skazany na mrok i cień.
Obawiał się tego, co Riddle mógł zrobić z dzieckiem, jak mógł je wypaczyć niczym lalkę, aby zaspokoić własne potrzeby. Harry był silny, a także ponoć równy Czarnemu Panu. To dlatego tak bardzo lękał się faktu, że Tom, właśnie teraz, gdy chłopiec był jeszcze młody i łatwo ulegał wpływom, miał szansę, by zatopić w nim swoje pazury. Kto wiedział, jaka mogła zostać wyrządzona przez to szkoda?
Harry nie za bardzo miał pojęcie o tym, jak działa świat. Mugole traktowali go na tyle źle, że Tom mógł to wykorzystać, jeśli był wystarczająco przebiegły. A był. Ten młody mężczyzna zawsze był genialny, tak jak Gellert i tak jak on sam.
Może właśnie dlatego tak bardzo go nienawidził.
Obawiał się, że jeśli Tomowi uda się przeciągnąć na swoją stronę jedyną równą mu osobę, niewiele będą mogli już zrobić. Wiedział, że Czarny Pan, kiedy chciał, potrafił być czarujący. Ssał cytrynowego dropsa nasączonego eliksirem uspokajającym. Fawkes zahuczał żałośnie.
Wszystkie jego plany zostały... zrujnowane. Absolutnie zrujnowane. Tyle lat ciężkiej pracy, tyle lat męczarni, którą musiał znieść Harry. Wszystko na nic, bo gra nie chciała toczyć się już dłużej wedle ustalonych przez niego zasad. Jego magia rozbłysła z zaniepokojeniem i irytacją.
To, co zrobił, nie było do końca właściwie, ale uczynił to dla Większego Dobra. Nie mógł dbać o jedno dziecko, mając świadomość, ile nieszczęścia i bólu przyniesie wygrana Voldemorta. Było to godne pożałowania, ale prawdziwe.
Tom musiał mieć gdzieś jakąś niedostępną kryjówkę.
A tymczasem udało mu się namierzyć dom Riddle'ów w miasteczku zwanym Little Hangleton.
Harry siedział skulony na swoim łóżku, czując się kompletnie zagubiony.
Bratnie dusze... co to w ogóle znaczyło? Riddle nie był zbyt dokładny w opisie i chłopiec nie miał nawet pewności, czy Ślizgon tak do końca mówił prawdę. Zwilżył nerwowo wargi.
Riddle chodził gdzieś po domu, ale Harry nie umiał zapomnieć o jego groźbie. Czy Tom naprawdę był skłonny zabić innych ludzi tylko po to, by zaczął się zachowywać? Wzdrygnął się i ponownie pogrążył w intensywnym poczuciu bezradności oraz w strachu.
W ogrodzie, mimo opaski na oczach, tak przerażająco łatwo było zapomnieć o prawdziwej i pełnej świadomości tego, z kim przebywał. Może było tak dlatego, że w jakiś niewytłumaczalny sposób przyzwyczaił się do życia z młodym Czarnym Panem, do gierek, które prowadzili.
Jasne, Harry jak na razie nie był w nich zbyt dobry, ale myślał, że załapał już „zasady". Jednak wyglądało na to, że wcale tak nie było. Słowa Riddle'a przypomniały mu, że nie mógł nic poradzić na kaprysy starszego chłopca, kiedy ten naprawdę czegoś chciał.
Był tylko więźniem.
Przeszły go dreszcze. Jeszcze gorsza, jeszcze bardziej mrożąca krew w żyłach była obietnica, że Tom go nie wypuści, nie pozwoli mu odejść. Gdzieś tam, w głębi swojego umysłu, ciągle trzymał się nadziei, że Ślizgon pewnego dnia go puści, znudzi się nim. Cokolwiek. Że to tylko tymczasowe. Po raz pierwszy od dwóch, a może trzech(?) tygodni, od kiedy się tu znalazł, mógł poczuć gorące, upokarzające łzy w kącikach swoich oczu.
Czy bratnie dusze, bądź co to tam było, nie miały być czymś dobrym? Dlaczego jego musiała być taka okrutna? Czy bratnie dusze nie miały kochać, nie miały być perfekcyjnie dopasowane? Jak bardzo musiał być popieprzonym i złym człowiekiem, skoro wszechświat zadecydował, że zasługuje na Toma Riddle'a?
Mocno przycisnął rękę do oczu, zdeterminowany, by nie być aż tak żałosnym, ale łzy mimo wszystko przeciekały przez jego palce, spływając po policzkach. Przyłożył dłoń do ust, próbując stłumić spazmy.
Nie chciał, by Tom go usłyszał. Ślizgon wyraził przecież jasno tą całą gadką o braku empatii, że nic go to nie obchodzi. Patrzyłby pewnie tylko na niego z pogardą i sobie z niego drwił. Wystarczyły mu dwa dni, by zorientować się, że Tom nienawidził wszystkiego, co można było uznać za słabość, a płacz przecież właśnie nią był. Dursleyowie go tego nauczyli.
- Harry?
Och, nie. Łapiąc z trudem powietrze, odwrócił się plecami do drzwi, w których stanął Tom.
- Odejdź – wysyczał. Mógł poczuć na tyle swojej głowy drażniący wzrok starszego chłopca.
- Płaczesz.
- Tom, p-proszę... zostaw mnie.
Nienawidził tego, że musiał dodać słowo „proszę" i czuł, jak jego ramiona trzęsą się, gdy natrętnie pocierał rękoma swoje oczy. Był chłopakiem! Miał prawie trzynaście lat! Nie mógł płakać, a szczególnie nie przy młodym Czarnym Panu. Było to równoznaczne z kompletną uległością. Chciał tylko, żeby Ślizgon sobie poszedł, by mógł zachować chociaż cząstkę swojej dumy, mimo że według definicji Toma o byciu więźniem, nawet jego godność nie należała do niego.
- Czemu jesteś smutny?
Niemal jęknął na głos. Wściekłość rozeszła się po jego ciele.
- Może dlatego, bo zostałem porwany – wycedził.
Usłyszał, jak Tom podchodzi do niego, stawiając delikatne kroki na podłodze. Był boso. Wciąż go zadziwiało, gdy to widział, nawet jeśli w pewien sposób jego stopy przez cały czas były niemożliwie czyste, prawdopodobnie za sprawą jakiegoś zaklęcia. Tom usiadł obok niego i Harry spuścił głowę, napinając się.
- Mogło być znacznie gorzej, wiesz? Nie ma co płakać. Płacz niczego nie rozwiąże.
Harry nie mógł powstrzymać się przed rzuceniem chłopcu kąśliwego spojrzenia.
- Wiem o tym – warknął, zaciskając pięści. Tom obserwował go bez emocji, a jego oczy migotały jak zawsze. - I, proszę cię, zrujnowałeś mi życie, nie może być już gorzej – wymruczał smętnie, znowu opuszczając wzrok.
Palce Toma owinęły się wokół jego brody, z powrotem podnosząc do góry jego głowę, choć nie tak gwałtownie, jak byłby skłonny to zrobić.
- Mogło być znacznie gorzej – oświadczył delikatnie Ślizgon. - Mógłbym cię torturować. - Paznokcie wbiły się lekko w jego skórę, jakby w ostrzeżeniu.
- Sama twoja obecność jest torturą – wymamrotał Harry, odsuwając się. Był zaniepokojony, ponieważ dobrze wiedział, że jego towarzysz mógł zobaczyć ślady łez na policzkach, krople, które wciąż bezlitośnie po nich ciekły.
Usta Toma wykrzywiły się w uśmieszku. Chłopak potrząsnął głową, przybierając dziwny wyraz twarzy.
- Cóż, mam nadzieję, że, dla twojego dobra, pozostanie to najgorszą torturą, przez którą będziesz musiał przejść – odpowiedział, przesuwając palcem po strużkach na jego policzku, zatrzymując łzy i ocierając je.
Harry patrzył mu prosto w oczy, gdy Tom uniósł drugą rękę, powtarzając tę czynność i spotykając jego spojrzenie.
- Przestań już płakać – nakazał Ślizgon. Jego głos wciąż był łagodny, a nie zjadliwy. Harry zamrugał.
- Czemu nagle jesteś dla mnie taki miły?
- Powiedziałem ci już – wymruczał Tom, puszczając go i przyglądając mu się uważnie. - Zamierzam się tobą opiekować.
Kiedy dziedzic Slytherina wyszedł, napomknąwszy o gotowym obiedzie, Harry znów miał ochotę wybuchnąć płaczem niczym jakieś dziecko. Nagle poczuł w gardle solidną gulę.
Nigdy wcześniej nikt nie chciał się nim opiekować.
