roz.9

Komu się to śniło?

- A jeżeli chodzi o ciebie - powtórzyła Alicja, chwytając małe stworzonko, w chwili gdy przeskakiwało przez butelkę, która właśnie wylądowała na stole - tak długo będę tobą teraz potrząsała, aż się przemienisz w małego kotka!

O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra,

Lewis Carroll, przeł. M. Słomczyński

Nie mógł go zabić, choć od jakiegoś czasu już myślał, że byłoby to dla niego dziecinne proste. Pozbawić świat raz na zawsze tego zdegenerowanego, legendarnego mordercy. Ale nie mógł go zabić ot tak. Czuł, że jest jeszcze coś co powinien zobaczyć, powinien odkryć, zanim dojdzie do rozlewu krwi. Bo do rozlewu krwi dojdzie, niezależnie od tego, czy John Watson zdecydowałby się nacisnąć spust teraz, czy poczekać aż Moriarty wykręci swój kolejny popisowy numer.

Jim nic nie robił sobie z broni przytkniętej mu do skroni i najzwyczajniej w świecie pokładał się na ramieniu Johna, z pełnym luzem, z uśmiechem i nonszalancją.

"Umiesz dodawać?" zapytał nieco zbyt wysokim, piskliwym głosem. Gdy John nie odpowiedział, wciąż trzymając palec na spuście geniusz zbrodni westchnął dramatycznie.

"Dodaj mnie do siebie, John. Ile to będzie?"

Ach, Moriarty wciąż bawił się w Alicję. John wyczuwał drugie dno pytania, ale nie potrafił wystarczająco go zanalizować, żeby odpowiedzieć poprawnie. Po kilku minutach Jim wydał z siebie buczący dźwięk imitujący sygnał z teleturniejów, oznaczający, że czas na odpowiedź minął.

"Nie umiesz dodawać, John. Serio, co widzi w tobie Sherlock nie mam zielonego pojęcia. Skup się, bo nie lubię powtarzać. Otóż, dodaj mnie do siebie i wyjdzie Sherlock Holmes."

John nadal nie odpowiadał. W salonie na Baker Street 221C panowała cisza przerywana tylko tykaniem zegara i sennym mamrotaniem Sherlocka, który powoli dochodził do siebie. Być może John powinien zabić Moriarty`ego od razu, powinien oznajmić, że to on ma władzę i właśnie zamierza ją wyegzekwować...

Jim mówił dalej, kompletnie wyłączony z rzeczywistości, w której miał lufę przystawioną do skroni.

"Odejmij mnie od Sherlocka i ciebie, co wtedy zostanie?"

"My, żywi i twój trup." odpowiedział John, na co Moriarty prychnął i spojrzał mu z bliska w oczy.

"No nie, odejmować też nie umiesz Odejmę Sherlocka od ciebie, zostanie ktoś podobny do mnie, przez co zdecydowanie mniej ciekawy. Odejmę ciebie od Sherlocka, zostanie smętny, samotny facecik, bez rodziny, bez domu, bez kolorów. Wychodzisz w odejmowaniu znacznie gorzej niż Sherlock, ale on to przewidział, dlatego, ehkm, ustawił was razem jako pakiet wiązany. A więc pozostaje mi tylko odjąć mnie od was. Pomyśl, pomysł uważnie John. Co zostanie, gdy odejmę siebie od was?"

"Święty spokój?" zapytał zjadliwie John a Moriarty zarechotał porwanym śmiechem i dźgnął go palcem w pierś.

"Nie, cha cha! Dobre, dobre, ale nie. Gdy odejmę się od was pozostanie ktoś znacznie gorszy niż ja."

"Mycroft?"

"Blisko, ale nie. Miękki się zrobił, to całe jego przedstawienie z Gregiem." Moriarty skrzywił się i ściągnął usta w ciup. "Jednorożec w rzeczy samej. Dobrze, że wysadziłem mu dom z jego zdradziecką żoną i jej kochankiem w środku. Paru idiotów mniej w tym galimatiasie. Nie, nie trzeba się zaraz denerwować, Johnny. Pamiętaj co zawsze powtarzał ci Sherlock. Myśl."

Chociaż to John trzymał broń i to on miał władzę zabić Moriarty`ego od razu, nie pomny co się wydarzy potem, chociaż John stał na pozycji siły miał chęć uciekać. Miał chęć usunąć się z tej obmierzłej atrapy Baker Street, ze świata pełnego kolorowych wariatów, wybuchających bomb i bajkowych koszmarów. Ale nie mógł. Nie sam.

John spojrzał na Moriarty`ego spokojnym wejrzeniem, które zdawało się Jima irytować i zapytał przyciszonym głosem.

"Czym oczadziałeś Sherlocka?"

"Mały prezencik, za to, że usiłował cię uprzedzić. Karteczka dla Humpty Dumpty`ego, jakbym najpierw dokładnie wszystkiego nie sprawdził. Rzecz w tym kto ma władzę. Dobre pytanie wymaga dobrej odpowiedzi John. Ale ty nawet nie rozpoznajesz pytania, co dopiero udzielanie odpowiedzi."

"Co mu dałeś."

"Wyobraź sobie, że Sherlock Holmes którego znałeś to wymysł." Moriarty patrzył szklanym wzrokiem przed siebie, nagle niemalże melancholijny. " Gra aktorska jakiegoś najętego agenta, który ma niezwykle sekretne, tajne zadanie do wykonania. Długoterminowe, najwyższej wagi państwowej i światowej. Wyobraź sobie, że agent ten, aby odpowiednio osadzić się w roli i być wiarygodnym potrzebuje przyjaciela. Kogoś, kto potwierdzi jego autentyczność, kto wplecie się w idealnie uplecione kłamstwo, kto będzie gotów zaświadczyć swoim życiem, że jest ono prawdą ."

"Co mu dałeś!"

"Brzmi znajomo Johnny? Pewnie, że tak. Jak każda porządna bajka."

"Sherlock jest prawdziwy. I chcę przypomnieć ci, że to ja mam tutaj władzę." powiedział niskim, groźnym głosem John. Siedział obok wariata, który swego czasu niemal pokroił go na plasterki, który otruł Sherlocka i generalnie zatruwał swoją obecnością świat, i nie mógł pociągnąć za spust. Nie mógł... Moriarty ujął lufę broni, którą trzymał Watson i przełożył ją ze swojej skroni na czoło. Wciąż się uśmiechał.

"Masz władzę tylko czasowo, mój kochany. Tylko na chwilę. Odejmij kość od psa, Johnny. Co zostanie?" oznajmił wysokim, piszczącym falsetem Moriarty i wyszczerzył zęby w parodii w uśmiechu. "Pozostanie psia cierpliwość. Koniec gry."

Kroki za drzwiami, pewne, miarowe skrzypnięcia schodów. Jeden mężczyzna, bez posiłków. John słuchał z napięciem, jak nieznajomy schodzi w dół do Baker Street 221C, po czym staje za nie domkniętymi drzwiami. Słucha i czeka. Niewidoczny, dodatkowy aktor, nieustannie obecny ale skryty. W końcu się pojawił. Przeczuwany przez Johna ukryty gracz. Widział go w ustawionym z boku kanapy lustrze, ledwie widoczny odblask, mignięcie, ale wystarczające.

John spojrzał na uśmiechniętego Moriarty`ego, który właśnie ponownie układał mu głowę na ramieniu i ziewał, przeciągając się rozkosznie.

"Sherlock jest prawdziwy, ale ty... nie jesteś..." wydusił John, czując, że żołądek zaciska mu się kurczowo w obliczu takiej rewelacji.

"No w końcu. Nie, cha cha, nie jestem. A teraz, drogi doktorze.." Jim przysunął się bliżej i wyszeptał Johnowi prosto do ucha. "Teraz musisz mnie zabić."

Mężczyzna za drzwiami wyprostował się, ale wciąż nie podejmował żadnego działania a John odkrył ponownie, że nie jest w stanie kogoś zabić, nie gdy "ofiara" sama napiera mu skronią na lufę.

"Przestań!..."

Moriarty uśmiechał się szeroko, błyskając szaleńczo oczyma. Sherlock, wciąż pod wpływem narkotycznego snu omdlałym ruchem wyciągnął rękę i złapał Johna za kolano.

"John... Nie..."

Jim odtrącił rękę Sherlocka i przylgnął do Johna, łapiąc go za szyję i ściskając.

"Dżabbersmoka strzeż się strzeż!..."

Gdy potem się nad tym zastanawiał, nigdy nie mógł wyraźnie wskazać co sprawiło, że pociągnął za spust. Poruszenie się nieznajomego na progu salonu, odbite w lustrze, wariacka szarpanina przeplatana wierszami Moriarty`ego czy Sherlock, usiłujący powiedzieć mu, żeby uciekał. Pociągnął za spust z odczuciem, że to nie on, nie jego ręka, nie jego pieprzony salon i wariacka rozgrywka pomiędzy szarymi eminencjami przestępczego półświatka.

Strzał, zaskoczone westchnienie Jima zakończone śmiertelnym charkotem i deszcz ciepłych, małych, lepkich kropelek na twarzy. Potem cisza.

Moriarty osunął się na kanapę, z rozłożonymi jak do lotu ramionami. John starał się nie patrzeć na miejsce, które jeszcze przed minutą było jego twarzą.

Stojący przy drzwiach mężczyzna trwał w bezruchu, osłonięty cieniem korytarza. John czuł na sobie jego spojrzenie, ciche i kalkulujące. Było w tej ciszy coś, co stawiało mu włosy na karku, jednocześnie pozbawiało tej resztki cierpliwości, którą posiadał. John miał już dość ukrywania się, podchodów i zgadywanek. Był żołnierzem i lekarzem a nie szachistą! Już wstawał, żeby podejść i zobaczyć z kim ma odczynienia, ale Sherlock uczepił się go całym ciężarem ciała. Jak na kogoś otumanionego lekami nasennymi był nad wyraz silny.

"...Zostaw... go... John... Zost...aaa..."

John popatrzył na bladą, zmęczoną twarz Sherlocka, na jego wory pod oczami i zdezorientowane spojrzenie, popatrzył na trzymaną w pogotowiu broń a potem zerknął w kierunku drzwi. Było w tym coś irracjonalnego i surrealistycznego, w tej całej sytuacji, w Baker Street 221C, urządzonej na opak, w trupie Moriarty`ego na kanapie i obecności tajemniczego gracza, przyczajonego za drzwiami. To nie była brygada najemców Jima, to nie była policja ani szpiedzy Mycrofta.

Gdy odejmę się od was pozostanie ktoś znacznie gorszy niż ja.

John nie miał w zwyczaju tchórzyć, stawiał czoła zagrożeniom i szedł z otwartą przyłbicą, nawet jeżeli był na straconej pozycji. Ale teraz, w tym dusznym saloniku z drugiej strony lustra, w nieprzytomnym spojrzeniu Sherlocka, pomimo narkozy usiłującego mu coś przekazać, teraz odbywała się tutaj całkiem inna gra. John był świadomy, że ją przegrał, że nigdy tak naprawdę nie mógł wygrać. Mógł tylko wykonywać ruchy zaplanowane przez istotniejszych graczy i tutaj, w tej parodii salonu Baker Street John Watson zrobił właśnie coś, czego od niego oczekiwano. Tutaj jego ruch się kończył.

Mężczyzna za drzwiami przestąpił z nogi na nogę. Zaskrzypiały stare klepki korytarzyka a potem nieznajomy wszedł na schody. Sam. Nikt na niego nie czekał, nikt go nie ubezpieczał. Widocznie sam był na tyle niebezpieczny, że nie potrzebował strażników.

Kroki ucichły wreszcie, wygłuszone dywanikiem w przedpokoju pani Hudson. John zrobił głęboki wydech, dopiero teraz zauważając, że wstrzymywał oddech. Sherlock uczepiony jego ramion mamrotał coś niezrozumiale, chowając mu twarz w połach kurtki. John automatycznie pogłaskał skłębione, potargane loki swojego genialnego przyjaciela. Nie czuł nic.

"Poszedł?" zapytał niewyraźnie Sherlock, opadając całym sobą na plecy Johna i wzdychając ciężko.

"Tak. Poszedł." odpowiedział John. Spojrzał na broń w swojej dłoni a potem odwrócił się, tylko po to, żeby zobaczyć z bliska błękitne, wciąż mętne od snu oczy przyjaciela.

"Kto to był Sherlock?"

"Ktoś, kto nigdy... nie powinien tu przychodzić..."

Sherlock wykonał kilka głębszych wdechów a gdy było jasne, że nie pomoże mu to w szybszym dojściu do siebie, wparł policzek w kark Johna i znieruchomiał.

No tak.

Zaradny i jak zwykle w pełni ogarnięty John podszedł do rzeczy pragmatycznie. Zadzwonił po karetkę, potem nagrał się na automatyczną sekretarkę Mycrofta i wysłał smsa Gregowi. Zgarnął Sherlocka z kanapy i siłowo zawlókł go na górę, pozostawiając ciało Moriarty`ego i atrapę Baker Street za sobą. Gdy wszedł do ich wspólnego mieszkania, do prawdziwego salonu i prawdziwej kuchni, było mu nieswojo. Niesmacznie. Jakby ktoś wtargnął mu do domu i zniszczył go, nie tykając nawet jednej szklanki, nie przesuwając taboretu, nie mierzwiąc futrzarskiego pokrycia na fotelu. John wiedział, że to minie, wiedział też, że przez następne kilka dni będzie mu ciężko zasnąć.

Karetka przyjechała minutę po Mycrofcie, który wyglądał jak połowa siebie. Zmęczony, zszarzały na twarzy i nawet jakby nieco chudszy. Greg, także zmizerowany, stał za nim, kładąc mu od czasu do czasu dłoń na ramieniu i szepcząc coś uspokajająco. John patrzył na nich, jak witają się, jak wchodzą razem na schody i nie czuł nic. Ani współczucia ani gniewu. Było mu zimno w dłonie.

Mycroft usiadł na fotelu, który zwykle zajmował Sherlock i popatrzył na ułożonego na kanapie brata. Medycy cicho i dyskretnie zajęli się młodszym Holmesem, sprawdzając mu tętno, reakcję źrenic, pobierając krew. Sherlock był w stanie, który ciężko by było nazwać pełną przytomnością, ale ruszał się coraz bardziej zdecydowanie i mamrotał inwektywy, gdy jeden z lekarzy rozpiął mu piżamę i bez ceregieli osłuchał płuca.

"...John?..."

"Jestem tutaj. Daj się panom zbadać, potem odstawię cię do sypialni."

"Nieee chcę do sypialniiii..." zaprotestował jękliwie Sherlock, wyraźnie zły na swój własny plączący się język. John pochylił się nad młodszym Holmesem i uśmiechnął się samymi ustami.

"Dobrze, to zostaniesz tutaj. Na kanapie."

"Z tobą..."

"Tak, ze mną. Na kanapie. A teraz pozwól temu miłemu panu pobrać sobie krew."

Mycroft obserwował ze swojego fotela senną, poplątaną wymianę zdań pomiędzy Sherlockiem a Johnem.

"Ekipa ratunkowa jest moja, opłacani przeze mnie specjaliści." odezwał się niskim, rozwleczonym głosem osoby krańcowo wyczerpanej. "Nie sądzę, żeby Moriarty podał Sherlockowi coś groźnego."

John wyprostował się, podszedł do Mycrofta po czym usiał na fotelu na przeciwko niego. Wciąż miał w dłoni broń. Wciąż miał kropelki krwi na twarzy. Otarł się byle jak rękawem, nie spuszczając wzroku ze starszego Holmesa.

"Moriarty nie był prawdziwy." John zamierzał to sformułować jako pytanie, ale nie wyszło. Mycroft odchylił się do tyłu na fotelu, przymknął oczy i zakołysał parasolką.

"Tak. Cały ten spektakl był po to, żeby wywabić prawdziwego Moriarty`ego.."

John wykonał krótki ruch dłonią na który Mycroft zamilkł, chociaż wyraźnie miał chęć mówić dalej. Czy raczej kłamać dalej, nieistotne.

"Nie mów mi już nic, Mycroft. Nie chcę nic wiedzieć. Chcę tylko, żeby twoi ludzie uprzątnęli tą..." John mełł w ustach niepasujące słowo, obślizgłe i ohydne. "Tą... Baker Street 221C."

Mycroft w zamyśleniu skinął głową.

"Jak sobie życzysz, doktorze."

John nie spodziewał się takiej szybkiej kapitulacji Mycrofta, dlatego zapytał, zanim zdołał się powstrzymać.

"Czy osiągnąłeś to co chciałeś?"

Mycroft przez długą chwilę patrzył Johnowi prosto w oczy. Dopiero po paru minutach John zreflektował się, że starszy Holmes czeka na jego gniew, na wybuch. Nie doczekał się. John był z siebie dumny i było to bardzo puste, lodowate odczucie.

"Myślę, że teraz wszyscy musimy nieco odpocząć." przerwał napiętą ciszę Greg, snujący się bezczynnie pomiędzy fotelem Mycrofta a medykami, zajmującymi się Sherlockiem. "Musimy iść do siebie i odpocząć. Musimy jakoś się zebrać do kupy."

Wyglądało to, jakby Greg mówił sam do siebie. Nieco niepokojące, nieco straszne. Mycroft poruszył się na fotelu niezgrabnie i wyciągnął rękę a Greg podszedł i stanął przy nim. W bezpiecznej odległości, wykluczającej dotyk, ale wciąż blisko.

"Idźmy do domu."

John zgodził się na propozycję Lestrade`a nader łatwo. W sumie Greg jako jedyny mówił wprost i nie używał zagadek i chyba lepiej było go posłuchać, niż zacząć wściekać się, chodzić po ścianach i czynić sobie niepotrzebne wyrzuty. Poza tym John był zmęczony nieustannym napięciem, nieustanną grą o stawkę, której nikt mu w końcu nie wyjawił. Chciał odpocząć i przestać myśleć.

John wypuścił prawdziwego Moriarty`ego, ale zabił jego atrapę. Bardzo dobrą, rzetelną, niezwykle przekonującą atrapę. Cholera, potrzebował herbaty. Zostawił Mycrofta i Grega w salonie, aby rozprawili się z ekipą medyczną zbierającą się powoli do wyjścia i zakrzątnął się w kuchni. Wciąż miał zmarznięte dłonie. Bezmyślnie naciągnął sobie na nie głębiej rękawy swetra, rozciągając go nieciekawie.

Gdy czajnik zaczął gwizdać sanitariusze orzekli zgodnym chórem, że Sherlockowi nic nie jest, że to tylko mocny środek nasenny w nieco zbyt dużej ilości, oraz że na wszelki wypadek biorą próbkę krwi młodszego Sherlocka do analizy. John słuchał ich jak głosu pani reklamującej nowe noże w telezakupach. Chciał, żeby już sobie poszli. Wszyscy. Mycroft chyba to zauważył, ponieważ raz dwa odprawił ekipę medyczną i sam także zaczął podnosić się z fotela. Greg nie odstępował go na krok, pomagając mu wstać, wyprostować się.

"Nie zostaniecie na herbacie?" zapytał John, nagle czując się jak bardzo kiepski gospodarz, ale Greg tylko uśmiechnął się do niego ze znużeniem.

"Nie, zbieramy się. W razie czego dawaj znaki życia."

Greg zagarnął Mycrofta w kierunku korytarza, ale John zdołał go jeszcze złapać za ramię.

"Kto stał tam pod drzwiami Mycroft? Kto słuchał tego wszystkiego a potem wyszedł i nikt nie odważył się za nim pójść?"

Zmęczone, podkrążone oczy starszego Holmesa stały się na moment matowe, nieruchome i groźne.

"Ty też za nim nie poszedłeś, John."

"Sherlock mnie zatrzymał."

"O to musisz już spytać Sherlocka. "uciął twardo Mycroft i uwolnił ramię z uchwytu Johna. "Chociaż patrząc z perspektywy miałeś szczęście, że mój młodszy brat cię powstrzymał. Myślę, że wszystko wyjaśni ci lepiej Sherlock, gdy już do siebie dojdzie."

Mycroft potarł sobie grzbiet nosa i westchnął, a Greg bez słów pomógł mu ubrać się w płaszcz, wręczył parasolkę, po czym odwrócił się do Johna.

"Gdybyś chciał pogadać, zadzwoń. Mam trzy dniowy urlop i po tym wszystkim chyba będę musiał zapisać się do tej twojej psychoterapeutki."

"Ok, Greg. Odezwę się."

Było w tym coś niewygodnego, widzieć, jak Greg z łatwością wybacza Mycroftowi jego matactwa, manipulacje, jak akceptuje go pomimo dziwacznych, niebezpiecznych zagrań i nie do końca moralnych czynów. John nie lubił tego oglądać, za bardzo przypominało mu to Sherlocka i jego samego.

"Idziemy. do zobaczenia doktorze Watsonie."

"Cześć John."

W domu zapanowała cisza. Na całe piętnaście minut, ponieważ przyjechała ekipa remontowa Mycrofta i bez zbędnych słów zaczęła wynosić wszystkie graty, dekonstruując z taką pieczołowitością wytworzoną Baker Street 221C. Pracownicy starszego Holmesa nie szukali Johna, nie usiłowali wejść z nim w żaden kontakt, po prostu uwinęli się z robotą i odjechali. Świetnie.

John zrobił sobie herbatę i postawił ją na ławie, po czym usiadł koło Sherlocka. Długie, chude ramię oplotło mu się dookoła talii a potem rozgorączkowana, kanciasta twarz wetknęła mu się w okolice brzucha.

"Powiedz coś John."

Nie potrafił się na niego porządnie zdenerwować i był o to na siebie zły.

"Przecież zwykle mówię głupoty i bardzo ci przeszkadzam swoimi werbalnymi przekazami. Jestem jedynie głupim, nic nie znaczącym, ograniczonym pionkiem."

"Jesteś bardzo znaczącym pionkiem, John..." wymamrotał prosto w sweter Watsona Sherlock, najwyraźniej usiłując wejść w fuzję z mechatym, wełnianym materiałem. "Wytłumaczę ci to, jak już odzyskam... władzę nad językiem i palcami u stóp... Sprawiłeś się świetnie... Byłeś świetny... Fantastyczny... Problem szachowy w Alicji był świetnie skonstruowany. Rokowania z udziałem trzech królów są staroświecką roszadą, nawiązaniem do wież pałacu, w który znalazły się wszystkie trzy królowe... Szach Białemu Królowi... Bicie czerwonego Rycerza i szach mat Czerwonemu Królowi... wszystko zgodnie z prawidłami gry... John Watson wygrywa w jedenastu posunięciach..."

"Wydaje mi się, że już odzyskałeś władzę nad językiem." zauważył oschle John, ale nie odtrącił układającego się na nim Sherlocka.

Holmes ułożył Johnowi głowę na kolanach i odwrócił się plecami do salonu, ponownie wpierając twarz w sweter Watsona. Oddychał mu prosto w brzuch i oczywiście nie wytrzymał ciszy dłużej niż parę minut.

"Jesteś zły, John."

"Zabiłem człowieka."

Zabawne, dopiero teraz załamywał mu się głos a jeszcze przed niecałą godziną swobodnie mówił z największym szaleńcem, jakiego udało mu się spotkać w atrapie salonu na Baker Street. Miękniesz na starość, doktorze.

"Jesteś zły z innego powodu. John, nie mogłem zrobić tego bez ciebie." Sherlock mówił wciąż z twarzą utkniętą w swetrze Johna, jakby było to całkowicie normalne, że chucha swojemu współlokatorowi w okolice podbrzusza. "To musiałeś być ty... nie mam innych przyjaciół. Jesteś tylko ty. Bez ciebie nawet by się nie ujawnił a tak wylazł z nory... był ciekawy jak sobie poradzisz, co wybierzesz... Dobrze wybierałeś John... "

"Myślę, że powinieneś iść spać w swojej sypialni, Sherlock."

"Nieee... tu mi dobrze. Włącz telewizor, zrób mi herbaty, obejrzymy coś głupiego... boli mnie głooowaaaaa..."

"Cierp. Po tym wszystkim nie zamierzam ci dawać kolejnej tabletki."

"Mogę cierpieć, tylko..." Sherlock odwrócił się i ze swojego ułożenia na kolanach Johna spojrzał na niego z dołu. Wyglądał jak ktoś, kto szuka odpowiedniego słowa i frustruje się, bo nie może znaleźć, chociaż nigdy nie miał tego problemu. "Tylko..."

John nie chciał mu tego ułatwiać. Był na to zbyt zły. Ale Sherlock wciąż jeszcze słabował po narkozie Moriarty`ego, wciąż jeszcze nie odzyskał całkowicie koordynacji oko - ręka i generalnie przedstawiał sobą dość marny widok. Wory pod oczami, zapadnięte policzki, wyostrzone rysy i spękane usta. John w normalnych okolicznościach przejawiał względem Sherlocka ostry syndrom pielęgniarza, teraz po prostu nie miał wyjścia.

"Dobra. Zostanę."

Sherlock westchnął i nawet nie zaprotestował, gdy John opuścił kanapę i podążył do kuchni. Nocna przekąska sama się nie zrobi, no i wypadałoby napić się czegoś uspokajającego. Mleka z miodem na przykład.

Zegar na dole u pani Hudson wybił dźwięcznie dziesiątą a za oknami zaczynał właśnie padać deszcz. John stał przy kuchence, pilnował mleka, żeby nie wykipiało i rozważał, jak szybko rzeczy się zmieniają. Kiedyś nudził się szarością dnia codziennego, dławił się monotonią i pozornym spokojem. Teraz świat Johna Watsona zmieniał się jak w kalejdoskopie,teraz wszystko jeździło na wszystkie strony a jedynym pewnikiem było to, że nie było pewników a Sherlock Holmes używa go do swoich eksperymentów i planów, tak jak używa pipet i menzurek.

Mleko wykipiało. John nawet się nie zdenerwował, chyba już nie miał na to ani siły ani weny. Pozostałości mleka, które jakimś cudem ostały się w rondelku zostały rozlane do kubków i zaprawione miodem. John wytarł kuchenkę, wrzucił do zlewu garnek i zalał go wodą. Bolała go noga i ramię. Nie dał tego po sobie poznać, ale czujne oczy Sherlocka jak zwykle wszystko wypatrzyły.

"Przepraszam John."

"Za co?"

Cisza. Nieruchome spojrzenie błękitnych ślepiów, złożone w piramidkę na brzuchu dłonie. Sherlock nie wiedział, za co przeprasza więc nie odpowiadał. W jakiś sposób było to dla Johna jeszcze gorsze niż arogancka drwina z jego możliwości intelektualnych i ironiczna uwaga na temat jego spowolnionych procesów myślowych.

John spuścił nos na kwintę, po czym z brzękiem ustawił kubki na ławie.

"Mleko."

"Dziękuję."

Przesiedzieli dobre dwie godziny, oglądając teleturnieje i poddając się uspokajającemu nonsensowi mediów publicznych. Bełkot polityków, gadanina ludzi kultury, bezsensowne wywiady z bezsensownymi ludźmi. John po raz pierwszy oglądał telewizję jak ktoś, kto spojrzał pod spód rzeczy a to co ujrzał, całkowicie zmieniło jego percepcję i już nic nie będzie to samo. Spotkanie z Sherlockiem było jak jedno wielkie objawienie. Nagle okazało się, że światem rządzą wariaci, którzy manipulując całym Londynem tak, jak im się podoba, podkładający bomby, porywający ludzi i nikt nic z tym nie robił, a nawet jak robił nikt nie zamierzał Johnowi tego tłumaczyć. Nawet Sherlock, nawet facet, któremu John Watson nie raz nie dwa uratował życie, zdrowie i mieszkanie.

Około północy John wstał, odsuwając ostrożnie przysypiającego Sherlocka,. Poszedł wziąć prysznic. Wciąż poruszał się w swoim domu jakby nie był u siebie i nie podobało mu się to. Prysznic i znajoma wieczorna rutyna powinny to oduczcie zniwelować.

Starał się nie myśleć o tym, co czaiło się pod Baker Street 221C, a co ludzie Mycrofta już wynieśli, zniszczyli i uprzątnęli. Skierował strumień gorącej wody na twarz, potem obrócił się do niego plecami i niemal wyskoczył z kabiny prysznicowej, widząc otwarte drzwi łazienki i stojącego w nich Sherlocka.

Zaspanego, chwiejącego się na nogach Sherlocka, z kocem dyndającym z ramion i zmrużonymi boleśnie oczyma.

"...Joooooohhhhnnn?"

John zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica, łapiąc na oślep pierwszy lepszy ręcznik i wycierając się nim szybko. Sherlock nie był wzruszony jego nagością, właściwie Sherlock wyglądał jak duże, zaspane dziecko, które przywlekło się do sypialni rodziców po koszmarze i nie widzi nic złego w swojej niespodzianej wizycie. Miał bose stopy, potargane włosy i przekrzywioną piżamę, skręcającą się wdzięcznie dookoła pasa.

"John... długo jeszcze?" zapytał sennie, opierając się o framugę łazienkowych drzwi. John owinął się pośpiesznie szlafrokiem.

"Co długo jeszcze?"

"Długo jeszcze cię nie będzie?"

John przez długą chwilę patrzył na Sherlocka, który odpowiadał mu mulistym, nieskoncentrowanym spojrzeniem osoby nie widzącej nic złego we włażeniu współlokatorom do łazienki podczas prysznica. John westchnął.

"Chcesz też się umyć?"

Gdy Sherlock nie odpowiadał, John zadecydował za niego. Dość już tego dziwowania. Trzeba było zmyć z siebie wszelkie ślady tej...tej gry, i wrócić do normalności. Powoli zaczął rozpinać guziki czerwonej piżamy Sherlocka, obiecując sobie w duchu, że spali ją, gdy tylko pani Hudson umówi się z sąsiadami na coroczne opalenie zeschłych roślin z ogródka.

Wszedł z Sherlockiem pod prysznic i odkręcił wodę. Blade, szczupłe plecy przyjaciela odbijały się ostrym kontrastem od ciemnych płytek glazury. John namydlił gąbkę i zaczął nią myć różne części Sherlocka, najpierw plecy, kark, potem ramiona, uda, łydki. Łatwiej było skoncentrować się na częściach ciała niż na całym detektywie konsultancie, inaczej sytuacja nabrałaby odcienia erotycznego lub rumieńca niewygodnej dziwności, a tak... Tak John opiekował się mięsem Sherlocka tak jak to robił zwykle, a Sherlock mu na to pozwalał.

Holmes stał bez ruchu i obserwował Johna spod przymkniętych powiek. Jego włosy przykleiły mu się całkiem pod wpływem wody do czaszki, woda spływała po kościach policzkowych, podbródku i ogólnie Sherlock wyglądał jak zmokły pies. John dopiero teraz odczuł, jak się za nim stęsknił. Aż mu się miękko w kolanach zrobiło.

Usiadł w kącie kabiny prysznicowej i rzucił gąbkę w bok. Oparł ramiona na kolanach, ukrył twarz w dłoniach a wtedy Sherlock uklęknął przy nim. Jego policzek był gorący i mokry na karku Johna.

"Zaraz skończy się gorąca woda w bojlerze. Wytrzyjmy się i chodźmy spać."

Zwykle było na odwrót, to John pilnował Sherlocka. W razie potrzeby pucował blade ramiona, wycierał, ubierał i generalnie pilnował. Teraz jednak wszystko było jak po drugiej stronie lustra i tam, gdzie zwykle Watson był silny tutaj okazywał się słaby. Holmes wydedukował to jakoś w swój diabelski, niewytłumaczalny sposób i z zadziwiającą sprawnością odnalazł się w nowym układzie. Wstał, zakręcił krany, zmusił Johna do wstania, wyprowadził z prysznica, po czym metodycznie osuszył jego i siebie ręcznikiem i owinął w szlafroki.

John miał wrażenie, że odreagowuje coś, ale nie bardzo potrafił wskazać co. Teraz drżały mu już nie tylko ręce, ale i całe ramiona i łydki. Pomimo gorącego prysznica wciąż odczuwał chłód. Sherlock zawiązał mu szlafrok i wyprostował rękawy ze skoncentrowaną miną, całkiem jakby układał kolejne fragmenty układanki. Wciąż mu coś nie pasowało, bo zanim wyszli z łazienki szlafrok Johna został dobre cztery razy przygładzony na plecach, zawiązywany i rozwiązany z trzy razy a na koniec Watson został przykryty także dużym, suchym, puchatym ręcznikiem kąpielowym, niewątpliwie zwędzonym pani Hudson. Sherlock próbował przywrócić Johna do ładu w sobie znajomy sposób, odtwarzając detale wyglądu zewnętrznego. Odpowiednio upchnij Johna w jego szlafrok, ułóż odpowiednio pasek i kołnierz, a problemy same znikną. Żeby to było takie proste.

Łazienka wypełniona była ciepłą parą, więc korytarz okazał się nietypowo zimny i nieprzyjemny. John nie zaprotestował, gdy Sherlock złapał go za rękę i poprowadził do swojej sypialni.

"Ale włączony telewizor..."

"Chrzanić telewizor."

Łóżko Sherlocka było szerokie i w sposób widoczny używane dość rzadko. Dobrze, że nie pachnie Ikeą, pomyślał John, ale nie powiedział nic, gdy Holmes odrzucił przykrycia. Sherlock wpasował się pod prześcieradła z gracją zakopującego się w śniegu robaka śnieżnego a John, wciąż uczepiony jego ręki, bezmyślnie podążył za nim. Gdyby się nad tym zatrzymać, zawsze bez wahania podążał za Sherlockiem Holmesem. Bezrefleksyjnie. Głupio. John odetchnął głęboko i rozprostował się pod kołdrami. Pościele pachniały lekko kurzem, lawendą i z jakiś przyczyn malinami.

"Sherlock?"

"Malinowy lubrykant, John. A teraz chcesz odpocząć czy pogadać o moim nieistniejącym życiu płciowym?"

O niczym innym nie marzył tylko o odpoczynku, a więc postanowił nie zastanawiać się zbytnio, czemu łóżko Holmesa pachnie smakowymi lubrykantami. Sherlock wiercił się jakiś czas, układając się i przetrzepując poduszki, aż wreszcie położył się na boku, przysunął i zapatrzył się Johnowi w oczy. John zrozumiał przekaz. Bez słów poniósł ramię a Holmes wpasował się pod nie z westchnieniem ulgi. Dziwnie było trzymać tak blisko Sherlocka, ale też ten dzień obfitował w dziwności i w sumie była już druga w nocy i nie było sensu roztrząsać wszystkiego co się działo. John zamknął ramię nad Sherlockiem i bez zastanowienia pogłaskał mokre, już ponownie skręcające się w loki włosy.

Sherlock poruszył się lekko. Odchrząknął. Wyciągnął nad Johnem ramię, zgasił z lampkę nocną. Znowu odchrząknął.

"Wyprowadzisz się John?"

"Nie wiem."

"Nie chcę, żebyś się wyprowadzał."

"Nie zawsze mamy to co chcemy."

Sherlock wetknął nos w okolice pod uchem Johna i milczał.

"Dlaczego nie ujęliście prawdziwego Moriarty`ego, gdy już wyszedł z ukrycia?" zaatakował John, żałując, że lampka nocna została już zgaszona. Ciemności sypialni Sherlocka czyniły jego i tak trudną do odczytania twarz jeszcze bardziej nieczytelną.

"John."

"Wyprowadzę się, jeżeli mi nie powiesz. Mam dość tajemnic jak na jedną dekadę."

"Hm. Tak. Mycroft mówił, że tak zareagujesz."

"Mycroft to świnia i mam nadzieję, że Greg przetrzepie go po gębie." John odsunął się od Sherlocka, odwrócił się do niego plecami i zaszył głębiej pod kołdrą. "Dobranoc."

"Mnie też chcesz przetrzepać po gębie?" zapytał Sherlock, najwyraźniej niezbyt kontent, że jego ludzka poduszka właśnie go z siebie zrzuciła, ale mimo to wysuwając ofertę. "Możesz przetrzepać mnie po gębie, jeżeli tylko zostaniesz."

"Dobranoc Sherlock."

/

Przespali dobre dziesięć godzin. Sherlock uczepiony kurczowo pleców Johna a John pochrapując w poduszkę i usiłując wypuścić z dłoni wyimaginowaną broń. Nie udało mu się. Nawet we śnie zaciskał palec na spuście. Około południa obudziła ich pani Hudson, która najpierw pobrzęcząła garnkami w kuchni, pogrzechotała czymś w składziku na szczotki, a następnie zapukała do sypialni Sherlocka aby na koniec wtargnąć do niej i zarządzić śniadanie.

"Za późno na śniadanie." wymruczał Holmes w kark Johna, ściskając go kościstym ramieniem przez żebra i przyciągając go do siebie bliżej. Watson zmrużył z niezadowoleniem oczy. Blask popołudniowego słońca rozlewający się zza odsłoniętej z wigorem zasłony był wyjątkowo denerwujący.

"A więc zjecie śniadanie według czasu nowojorskiego." pani Hudson ujęła się pod boki, po czym sprawnymi ruchami ściągnęła z nich obu koce i przykrycia. "Raz dwa! Bo mi się bekon przypsknie!"

John usiadł na łóżku, wysuwając się z objęć Sherlocka, który bezceremonialnie odwrócił się tyłkiem do świata i usiłował ponownie zapaść w sen. Pani Hudson nie skomentowała kompromitującej pozycji, w której zastała swoich lokatorów, natomiast dość stanowczo napierała na spożycie śniadania.

"Żwawo! Prędko! Raz, raz. Najgorsze co można zrobić po tych wariacjach to znieruchomieć w piernatach."

Gdy John umyty i ubrany w świeże jeansy i sweter wyszedł z łazienki, pani Hudson biegła po schodach do swojego bekonu a Sherlock wciąż zalegał w łóżku. Usiłował wwiercić się pod jedyne, samotne prześcieradło, które mu zostawiono. No tak.

"Wstawaj Sherlock."

"Jeszcze parę minut..."

"Myślałby kto, że u sobowtóra Moriarty`ego się wyspałeś za wsze czasy." warknął rozeźlony John i zdarł z Sherlocka ostatnie prześcieradło. "Wciąż faszerował cię środkami nasennymi. Lepiej się poczujesz, jak to rozchodzisz."

Sherlock mściwie łysnął na Johna przekrwionym okiem, ale usiadł w końcu na łóżku.

Pani Hudson przygotowała królewskie śniadanie, kręcąc się pomiędzy kuchnią a salonem a to z parującym imbrykiem kawy zbożowej, a to z koszem świeżych śliwek z sadu zaprzyjaźnionego ogrodnika. Jajka sadzone, bekon, sałatka z ogórków i pomidorów a na koniec po ogromnym , rozlatującym się, parującym jeszcze kawale piaskowca dla każdego z lokatorów. Sherlock o dziwo jadł aż mu się uszy trzęsły, widocznie nieźle go tam przegłodzili jako Czerwonego Króla. A może po prostu odreagowywał stres. Bo Sherlock Holmes przeżywał stres, na tyle intensywny, że w ostatniej chwili zrezygnował z planu i zatrzymał Johna przed ujęciem tudzież zabiciem prawdziwego Moriarty`ego.

John wciąż jeszcze nie chciał i nie potrafił o tym myśleć..

"Nie wiem, czemu to zrobiłem." mówił z pełnymi ustami Sherlock, znowu używając na Johnie swoich telepatycznych umiejętności. "Niby wiedziałem, że prawdziwy Moriarty jest sprytny, nie wyjdzie z ukrycia tak łatwo, a z drugiej strony spieprzyłeś jego sobowtórowi grę."

"Wyszedł z ukrycia bo się zdenerwował?" przetłumaczył sobie John powoli, na co Sherlock przełknął kawał piaskowca i popił go bawarką.

"Nie bądź głupi John. To najlepiej zamaskowany, najgłębiej działający szpieg na tej półkuli, a przynajmniej na tym kontynencie. Wyszedł z cienia nie dlatego, że się zdenerwował, ale dlatego, że się zaciekawił."

"A co go mogło zaciekawić?" zapytał retorycznie John, rozbijając z rozmachem swoje jajko na miękko łyżeczką. Sherlock pokręcił z niedowierzaniem głową.

"Jak to co? Ty, John. Nie doceniasz siebie. Rozegrałeś świetną partyjkę szachów z sobowtórem Jima, jednocześnie pokrzyżowałeś mu plany, i to wszystko beze mnie. Dałeś radę chociaż przerażało cię to, co czekało na ciebie na końcu gry."

"Koniec gry. "powtórzył John, zamierając z łyżeczką nad obranym już jajkiem. "Czy aktor odgrywający Moriarty`ego miał jakieś imię?"

"Nie, już od dawna nie. Moriarty wprowadził go do gry zamiast siebie dobrą dekadę temu. Nie wiem jak go kontrolował. Może po prostu lubił, jak jego sufler szaleje. Tylko ostatnia szarada była zbyt niebezpieczna. Sufler zapragnął być mną, chciał zająć moje miejsce a na swoje miejsce wepchnąć Mycrofta. Zrobić z siebie detektywa konsultanta a z mojego starszego brata przestępcę. Niemalże genialny plan. Mycroft potrafi być znacznie bardziej szalony niż Moriarty. To by się zgadzało, ale ze mną sufler miał problem. Aby stać się mną musiał wejść w relację z tobą."

John przez długą chwilę przetrawiał wiadomości, jakimi zarzucił go Sherlock. Nagle jakoś wyśmienite śniadanie pani Hudson przestało mu smakować.

"Łeb się cięgiem kołuje."

"Nie, to dość proste w zasadzie. Zabierz Mycroftowi Grega a zostanie Moriarty. Zabierz mi ciebie a zostanie..."

"Psia cierpliwość." uciął wywód Sherlocka John i odrobinę zbyt mocno zaczął smarować masłem tosta. "Aby stać się tobą musiał oswoić mnie. Jednak jestem psem jak się okazuje. Wyjątkowo cierpliwym na dodatek."

"John, John, John. Nie rozumiesz. Udowodniłeś właśnie nieprawdziwemu i prawdziwemu Moriarty`emu, że nie dasz się oswoić. Że nie zamieszkasz w sprokurowanym mieszkaniu i nie będziesz nikogo słuchał. Jak trzeba będzie, uciekniesz. Jak zaistnieje potrzeba sięgniesz po broń.

"Tak czy owak, prawdziwy Moriarty umknął." zauważył John ponuro, wgryzając się w tosta. Sherlock wzruszył ramionami i dokończył swoją bawarkę.

"Wróci. Zainteresowałeś go. Sufler interesował się mną, uczynił ze mnie swoją obsesję. Ty zaintrygowałeś prawdziwego Moriarty`ego."

"Powinienem zacząć się bać?"

"Nie. Jeszcze nie. Może nigdy. Tacy szpiedzy jak on rzadko dają się wywabić tak blisko powierzchni."

Przez dłuższą chwilę jedli w milczeniu i tylko pani Hudson nuciła coś fałszywie w kuchni, włączając maszynkę do kawy i szukając mleka. John dokończył tosta i zabrał się za jajko i pomidory.

"Dlaczego wcześniej nic mi nie powiedziałeś?"

"Gdybym ci powiedział, od razu byłoby widać, że wiesz." Sherlock uniósł ramiona w górę i potoczył wzrokiem po wyimaginowanej publiczności, jakby ukazując jej całą ignorancję Johna Watsona w pełnej krasie. "Sztuka w tym, aby wróg nie wiedział co wiesz. Jak chcesz utrzymać sekret przed wrogami nie powierzaj go przyjaciołom."

"Sherlock.. Mogłem zginąć. Mogła zginąć Harry, o ludziach zagrożonych bombami tego całego suflera nie wspomnę. Chciałeś pokazać swój pierwszy raz wariatowi, chciałeś mnie do tego użyć jak jakiegoś kawałka mięsa. I po co to wszystko? Aby wywabić prawdziwego Moriarty`ego a potem go wypuścić?"

John odłożył z brzękiem łyżeczkę a jego jajko na miękko rozlało się nieapetycznie po serwecie. Sherlock patrzył na nie z wyrazem twarzy, wskazującym na to, że nie wie co czuć i rozdarty jest pomiędzy oburzeniem a zażenowaniem.

"Nie wiem. Coś się zmieniło. Coś... Byłem pod wpływem mocnych środków nasennych, John. Nie myślałem logicznie. I nie sądziłem, że mojego bredzenia posłuchasz."

"Posłuchałem i chyba dobrze zrobiłem. Ten facet śmierdział śmiercią. Aż włosy na sztorc stawały."

Sherlock popatrzył na Johna uważnie i ujął go za rękę. Jego palce były chłodne i twarde. Dopiero po chwili John zorientował się, że Sherlock mierzy mu puls i aż się w nim zagotowało. Wyszarpnął Holmesowi dłoń z uścisku, wywracając salaterkę z dżemem i zmierzył go wściekłym spojrzeniem.

" Co do?!..."

"Jesteś zbyt napięty emocjonalnie, John." zawyrokował dostojnie Sherlock z wąskim, małym uśmiechem na wciąż drobinę zbyt bladych ustach. "Porozmawiajmy, jak już ochłoniesz, bo tak do niczego nie dojdziemy."

"Nie będziesz mi po pulsie wyrokował, czy rozmawiamy czy nie!"

"… może jutro. Prześpisz się, odpoczniesz. Możesz skorzystać z mojej sypialni. Lepiej wypoczywasz jak śpisz z kimś, wyrównuje ci się ciśnienie i dłużej trwa faza NREM."

John popatrzył na Sherlocka z niedowierzaniem.

"Czy po tym wszystkim dalej będziesz mnie nagabywał na seks?"

Sherlock zmarszczył brwi i wygiął dziwnie usta.

"A chcesz, żebym cię nagabywał?"

John nie miał na to odpowiedzi, więc wstał od stołu, zebrał puste talerze i wyniósł się do kuchni.

/

John z pomocą pani Hudson wysprzątał całą Baker Street. Wszystkie numery, od A do C. Ludzie Mycrofta wyczyścili niski parter do cna, nie pozostawiając dosłownie nic. John nie wnikał, tylko z oddaniem i entuzjazmem oddał się manii sprzątania. Na rozterki najlepsze było zmęczenie fizyczne. John od lat stosował tą technikę dlatego też z zacięciem przecierał, wycierał, odkurzał i polerował. Szorował nawet podłogi, szczotkami z płynem jodłowym i solą. Sól zaproponowała pani Hudson, z której nagle wyszła przesądna stara żona z filmów amerykańskich, która solą odgania "złe". John nie miał chęci rozwodzić się nad tym, jakie to zło nawiedziło Baker Street, ale nie oponował, gdy starsza pani sypnęła soli do miski z detergentami.

Dom pani Hudson lśnił. Okna pootwierano i umyto solidnie, także od środka. Dywany zostały odsunięte, zrolowane, wytrzepane i odstawione na korytarz, a cała podłoga została dokładnie wyczyszczona. Nawet w piwnicy, nawet w składzikach i nieużywanych dawno, ogromnych wnękach szafowych na tyłach apartamentu pani Hudson.

Sherlock większość czasu przeleżał na kanapie, nie przejawiając chęci pomocy w wielkim sprzątaniu, ale gdy John zagonił go do ściągania firan, nie oponował. W końcu Holmes był najwyższy z lokatorów na Baker Street i najłatwiej było mu zdejmować na niskiej drabince materiałowe rolety, ciężkie kotary i robione na szydełku firanki w kuchni. Szczęśliwie Sherlock nie usiłował już nic nikomu tłumaczyć ze swoich gier, nie rwał się także do mierzenia pulsu, aby wysondować, czy jego rozmówca nadaje się do rozmowy. Dobrze. Może po paru dniach dziwacznego milczenia wszystko jednak wróci do normy.

Pod wieczór Baker Street 221 była wysprzątana jak nigdy. Od strychu po piwnicę. Nawet przetwory domowej roboty pani Hudson zostały odkurzone i poustawiane na nowo. Nawet częściowo dało się zmyć jaskrawozieloną farbę bejcową, którą parę tygodni temu Sherlock rozlał na schodach. Nawet udało się domyć szybkę w nie domykającym się lufciku w kuchni. Wszystko zostało wytrzepane, przetarte, umyte i wypolerowane. Wszystko powinno być tak jak wcześniej.

Ale nie było.

Pani Hudson nakarmiła Johna i Sherlocka zapiekanymi z mięsem kabaczkami, po czym zmęczona, ale zadowolona zabrała się do siebie, świergocząc coś o futrze z norek, które Greg pozwolił jej zatrzymać. John i Sherlock zostali, usadzeni przy kuchennym stole, z kubkami herbaty w dłoniach i milczeniem, które potrzebowało zostać zapełnione.

Sherlock zniecierpliwiony i wciąż nerwowo bębniący palcami po blacie w końcu wstał i opuścił kuchnię. Chwilę później John usłyszał płynącą z salonu muzykę skrzypcową, liryczną i rzewną. Sherlockowi raczej nie zdarzało się grać takich kawałków. Muzyka zawijała się delikatnie, skręcała w ozdobne arabeski i John, chociaż nie był w tej materii znawcą, miał wrażenie, że Sherlock swoimi skrzypcami ciągnie go do salonu. Tylko przez wrodzony upór John usiedział w kuchni cały kwadrans. Dopiero gdy skończył herbatę, umył kubek i wstawił go do szafki, dopiero wtedy podszedł do salonu. Sherlock nie był szczurołapem z zaczarowaną fujarką a John nie był uwiedzionym melodią szczurem i jeżeli chciał był w stanie pozostawać dłuższy czas w odosobnieniu, bez Holmesa.

Nie, nie mógł. Szlag.

Sherlock stał przy oknie i wpatrzony niewidzącymi oczyma w szyby grał, kiwając się lekko do taktu. Improwizacja z płynnej, zwiewnej i kapryśnej muzyki przeistoczyła się w matematyczną precyzję równych, gwałtownych pociągnięć smyczka. John usiadł na fotelu a wtedy Sherlock gwałtownie przerwał granie i odwrócił się do niego, ze skrzypcami i smyczkiem zwisającymi z dłoni.

"Nie jestem w tym dobry, John. Nie wiem, co ci powiedzieć i jak przekonać, żebyś został."

"Nie wynoszę się nigdzie." zaprotestował słabo John, ale Sherlock tylko przewrócił oczyma i odłożył skrzypce do futerału, który zamknął z definitywnym trzaskiem..

"Owszem, wynosisz się. Sprzątasz po sobie, a ponieważ czujesz się winny, sprzątasz także po mnie i po pani Hudson. Wynosisz się, John. To tylko kwestia czasu."

To tyle odnośnie białych kłamstw w obecności jedynego w świecie detektywa konsultanta. John zniecierpliwiony założył ramiona na piersi i zmierzył się z problemem tak jak zwykle to robił, z otwartą przyłbicą i wprost. Sherlock stał na przeciwko jego fotela, jak zwykle czekając na podpowiedź ze strony swojego Watsona. Co w takiej sytuacji zrobiłby zwykły człowiek? Tylko zwykły człowiek nigdy nie znalazłby się w takiej sytuacji a więc teraz był czas na improwizację w wykonaniu Johna.

Watson zmarszczył brwi i potarł w zakłopotaniu skroń.

"Dobrze. Zostanę. Ale tylko wtedy, gdy odpowiesz na moje pytania. Szczerze i na wszystkie bez wyjątku."

"Ok." zgodził się po chwili wahania Sherlock. John skinął głową.

"Czy spotkałem prawdziwego Moriarty`ego podczas tej gry? Przed akcją w salonie?"

"Tak. Spotkałeś go w saunie. Ciemnowłosy, wysoki jegomość, chudy jak pająk." głos Sherlocka był neutralny, ale błysk w oczach zdradzał, że owszem, jest zafascynowany prawdziwym Moriarty`m tak samo jak wcześniej jego suflerem. Sherlock Holmes węszył dobrą zabawę. Z kolejnym wszechmogącym psychopatą. John potarł twarz dłońmi, po czym oparł się łokciami o kolana i popatrzył na swojego współlokatora.

"To pocieszające, tak się razem moczyć z geniuszem zła w jednym spa i ujść z życiem."

"John..."

"Następne pytanie. Czy gdyby w tej grze mieli ucierpieć postronni ludzie przerwałbyś ją?"

"To byłoby spełnieniem marzeń suflera." sarknął Sherlock, mrużąc oczy i wyginając z obrzydzeniem usta. "Nie. Nie przerwałbym gry. Nie po to się tak wysilałem, żeby namierzyć prawdziwego Moriarty`ego..."

"Ale jednak w ostatniej chwili go wypuściłeś." zauważył John. Sherlock splótł dłonie i przez długą chwilę przyglądał się im intensywnie. Gdy podniósł wzrok jego oczy były przeraźliwie niebieskie.

"Tak."

"Czemu?"

"Naprawdę, John, kochasz pytania, których odpowiedź jest oczywista. Aż tak bawi cię szarpanie moim łańcuchem?"

John żachnął się, aż fotel na którym siedział zachwiał się niebezpiecznie..

"Po pierwsze nie wiedziałem, że jesteś na jakimś łańcuchu! A po drugie, odpowiedz na moje pytanie."

Sherlock popatrzył w okno, potem na sufit, na firanki i na zaschnięty żałośnie drożdżowy eksperyment, konający na parapecie. Na samym końcu Sherlock spojrzał na Johna. Wyglądał, jakby chciał uciekać, a John nagle odkrył na co właściwie czeka. Na słowa, na wytłumaczenie i deklaracje, na prawdę. Czeka na stwierdzenie, że Sherlock doszedł do wniosku, że nie chce już pogrywać życiem Johna, że John jest dla niego istotny nie tylko jako część eksperymentu, zasadzki na Moriarty`ego. John czekał na cudowne objawienie uczuć osoby, która od początku ich znajomości objaśniała wszystkim, że uczuciom nie ufa, drwi z nich i ich nie posiada, ponieważ jest kimś ponadto. John czekał a im dłużej czekał tym bardziej widoczne było, że czeka na coś, czego Sherlock nie może mu zaoferować.

John przełknął ciężko. Wstał z fotela. Ominął Holmesa, uważając, aby nie dotknąć do w żaden sposób, po czym podszedł do okna. Powiódł palcami po leżącym na parapecie futerale skrzypiec. Słyszał jak Sherlock podchodzi, ale zatrzymuje się bezpiecznie metr z tyłu, tak, jakby obawiał się, że John go zaatakuje. Niepotrzebnie. John miał obecnie na głowie kryzys tożsamości płciowej, chyba nie odwzajemnione, homoseksualne zakochanie i niejasne, przytłaczające poczucie utraty, nad którym wolał się nie zatrzymywać.

Odwrócił się do Sherlocka i uśmiechnął się, zakładając ramiona na piersi. Wściekle niebieskie oczy Holmesa popatrzyły na niego podejrzliwie ze znajomej, przystojnie brzydkiej twarzy. Holmes nie rozumiał, uczciwie nie rozumiał co się dzieje. Gdy Sherlock wykonał ruch, żeby złapać go za rękę, John odsunął się i wyminął wprawnie przyjaciela, kierując się ku schodom.

"Chyba będę musiał wyjechać. Tylko na kilka dni. Nie. Nie rób takiej miny." John uniósł groźnie palec, a Sherlock z kłapnięciem zamknął otworzone już w proteście usta. "Znam twoje umiejętności aktorskie i nie nabiorę się. Nie martw się, wrócę. Muszę tylko ochłonąć tak? Trochę się oddalić od tego...wszystkiego."

"Ode mnie." dopowiedział cicho Sherlock a John uśmiechnął się niewesoło i potaknął.

"Od ciebie."

"Mycroft może załatwić ci apartament w hotelu Una. Jeżeli masz chęć na morze o tej porze roku."

John wkroczył na schody. Uparcie nie oglądał się za siebie. Miał wrażenie, że im bardziej oddala się od stojącego na dole Sherlocka tym ciężej mu oddychać.

"To świetny pomysł z tym hotelem. Dziękuję, ale ostatnie czego potrzebuję to twój brat przyglądający mi się jak śpię."

"Nie sądzę, żeby Mycroft przyglądał się teraz komuś poza Gregiem."

John nie odpowiedział. Wszedł do swojej sypialni, odetchnął i zaczął szukać większej walizki. Po chwili z salonu zaczęły dobiegać jękliwe, zbuntowane, drażniące dźwięki maltretowanych skrzypiec, idealnie odzwierciedlające stan jego ducha

/

Schodził po zewnętrznych schodach na ulicę, nie mogąc opanować drżenia rąk i odruchu oglądania się za siebie. Zaledwie parę stopni a on zerknął za ramię co najmniej cztery razy. Za każdym razem widział to samo. Sherlock, stojący w otwartych drzwiach wejściowych Baker Street, w ocienionym korytarzu, w szlafroku zwisającym smętnie z ramion i nagimi stopami, wystającymi z piżamowych spodni. Twarz Sherlocka była ukryta w cieniu i nieczytelna. Na szczęście. John sam nie wiedział skąd wziął w sobie tyle siły, żeby zostawić Holmesa młodszego.

Zostawić. Przecież nikogo nie zostawiał. Chciał jedynie uspokoić się, przemyśleć na trzeźwo całą sytuację, chciał się zdystansować... Zaraz, zaraz... Co Thompson mówiła o dystansie?

Po dwóch dniach spędzonych głównie na popijaniu herbaty w kuchni Harry i wysłuchiwaniu jej umoralniająco-pocieszających gadek John zadzwonił do Mycrofta. Starszy Holmes nie był zdziwiony a apartament w hotelu Una w Brighton już na Johna czekał. Jednak czasami opłacało się mieć znajomą, bogatą szarą eminencję.

Podróż pociągiem minęła jak sen. John wpatrywał się w krajobrazy za oknem z kuriozalnym poczuciem, że za chwilę Sherlock wkroczy do przedziału i zacznie tyradę na temat wiecznie zajętych pociągowych toalet i wrzeszczących, biegających dookoła dzieci. Nikt nie wkroczył. Nikt nie zaczął tyrady. W jakiś sposób było to gorsze niż wszystkie tortury suflera Moriarty`ego razem wzięte.

Apartament, który załatwił Johnowi Mycroft nie był tak duży jak poprzednio, ale miał większy taras i lepszy widok na morze. Albo jesienne morze nie przyciągało zbyt wielu gości, albo starszy Holmes zbadał o to, aby na całym piętrze, na którym rezydował John były same puste pokoje. John nie wnikał. Postawił walizkę w kącie przy łóżku, usiadł w fotelu i odebrał pięć pustych smsów od Sherlocka.

Któryś z nich będzie przeżyje w końcu załamanie nerwowe. John miał tylko nadzieję, że zanim to nastąpi dojdzie do ładu z tym całym bajzlem.

Potrzebował Sherlocka. Potrzebował jego kolorów, ubarwiających mu życie, jego dziwactw, ciętych ripost i niespodziewanych słabości, takich jak potrzeba herbaty, przykrycia kocem, spytanie swojego Johna jak zrozumieć odczucia i uczucia innych ludzi. Potrzebował też partnera, kobiety, mężczyzny, sam już nie wiedział kogo. Kogoś. Sherlock to przeczuwał, dlatego tak się napraszał o łóżkowe eksperymenty. Ale Sherlock nie potrzebował Johna tak jak John Sherlocka. Sherlock chciał mieć kogoś użytecznego, do eksperymentów, i nawet jeżeli wymagałoby to od niego poświęcenia, odegrania kilku uczuć i seksu, Holmes godził się na to.

Pech chciał, że John niezbyt dobrze reagował na tego typu tombaki.

Morze jesienną porą było niezwykle piękne. John siedział na tarasie i zapatrzał się w błękitny horyzont. Miał rozważać swój pobyt na Baker Street, swoją dziwaczną przyjaźń z genialnym detektywem konsultantem, miał rozważać za i przeciw symbiozie w którą tak łatwo z Sherlockiem wszedł. Nie robił nic z tych rzeczy. Po prostu siedział i bezmyślnie patrzył a fale przetaczały się po kamienistych plażach Brighton. Jesienna burza, pomyślał John, spoglądając na coraz ciemniejsze niebo. Żeby tylko Sherlock zamknął okna w salonie i lufcik na górze w łazience.

John zaśmiał się do samego siebie i wziął dużego łyka z ustawionego przed nim piwa. Trzeciego, a jeszcze cztery stały i czekały w kolejce. Burza z Brighton raczej nie dotrze do Sherlocka, więc nikt nie musi nic zamykać...

Piwa skończyły się, gdy zaczęło padać a horyzont przecinały już całkiem spore błyskawice. Niemrawo bo niemrawo, ale John zebrał się w sobie i postanowił skorzystać z hotelowego baru na dole. Niech Mycroft zapłaci za swoje przekręty płacąc Johnowi za terapeutyczną zapaść alkoholową. I do diabła z nim.

Zjechał windą do baru, usiłując nie patrzeć w żadne lustra.

Bar hotelu Una był niewielką, dyskretnie urządzoną w stylu empire restauracyjką z wydzielonym lobby dla osób, które nie planowały jeść homarów i popijać stuletnim winem, tylko chciały się rzetelnie, uczciwie schlać piwem. Na poboczu, intymnie. John usiadł przy barze i zamówił trunek, który barman postawił przed nim z neutralną miną.

"Och, John! Jaka miła niespodzianka!"

Odwrócił się i zmrużył oczy. Pani Holmes, odziana w powiewną białą suknię stanęła obok jego stołka i uśmiechnęła się promiennie.

"Co tu... pani robi?" wydusił John, na co pani Holmes zaśmiała się śpiewnie.

"Mały urlop od wariatkowa. Czuję się odrobinę lepiej, więc Mycroft wynajął mi tutaj apartamenty. Zostawił mnie razem z Antheą." Violet wskazała na ubraną na czarno asystentkę starszego Holmesa, siedzącą przy odległym stoliku i z zawzięciem piszącą coś na notebooku. "A co ty tutaj porabiasz, John?"

"Rozważam co jest a czego nie ma." odpowiedział filozoficznie John i wziął dużego łyka piwa, po czym odetchnął głośno.

"I do jakich wniosków doszedłeś?" zapytała z zainteresowaniem pani Holmes, po czym przysunęła sobie stołek i usadowiła się na nim ostrożnie, pomna na swoją długą suknię.

John podsunął Violet orzeszki i talerzyk z suszonymi owocami i nasionami, które najwyraźniej w hotelu Una uważano za zagryzkę do piwa.

"To co jest - jest a tego czego nie ma, nie ma." objawił gorzko swoją prawdę John i wziął kolejny łyk piwa. "Otóż. Być może, całkiem prawdopodobne, że mam względem Sherlocka jakieś uczucia. Nie jestem całkiem pewien. To dość świeże i pokręcone. On też tej karuzeli najwyraźniej nie pojmuje. Coś udaje, odgrywa, usiłuje uprawiać seks, takie tam. Chciałbym wierzyć, że on potrafi... coś czuć. Ale nie wiem, czy mam chęć... czy się przy tym wszystkim nie rozpadnę." John zaśmiał się a jego własny śmiech w jego własnych uszach brzmiał okropnie. Przestał się śmiać. "Widzisz Violet, to tak, jakby Sherlock wciąż mnie testował. Powiedz mi, jak to jest z tymi uczuciami? Jak się rozeznać, co się nam zdaje a co jest naprawdę? Ja naprawdę jestem heterykiem. Byłem. Jeszcze parę miesięcy temu byłem. Całe życie. A teraz wydaje mi się, że być może nie jestem..."

"Taka szarpanina jest normalną rzeczą w związku. I przed i po jesteś tym kim jesteś i kropka. Uczucia nie mają tu nic do rzeczy." skwitowała swobodnie Violet, zamawiając u barmana herbatę z rumem. "Wiesz, jako osoba która wyszła za mąż raczej słuchając rozumu, mogę ci tylko powiedzieć, że nigdy tej emocjonalnej karuzeli nie pojmowałam."

John spojrzał na bladą, obłą twarz Violet, na siateczki zmarszczek na jej policzkach, na upięte modnie włosy i złote kółeczka kolczyków. Nie wyglądała na wariatkę. Zapewne tak jak większość wariatów. John dokończył piwo i zamówił następne.

"Ale istnienie uczuć chyba jest istotne?" zbuntował się nagle, zdenerwowany, że jego wielki problem został tak łatwo pomniejszony i zdyskredytowany. "Mieć pewność, że ktoś, hm... że nie jesteś w tym sam.

"Mój drogi, mylisz dwie całkiem rożne rzeczy." odparła spokojnie Violet, składając dłonie na podołku i zapatrzając się na Johna wściekle niebieskimi oczyma, tak bardzo podobnymi do oczu Sherlocka. "Mnie, co prawda, też zajęło trochę czasu dojście do tego wniosku, ale podzielę się nim z tobą. Pamiętam jak dziś, jaki mieliście z Sherlockiem wspaniały ślub! Idealny! Jesteś moim ulubionym zięciem!"

"Nie brałem ślubu z Sherlockiem."

"Och nic nie szkodzi. Zdradzę ci mój sekret tak czy siak. Otóż..." pani Holmes przysunęła się do Johna intymnie i przykrywając usta obuta w rękawiczkę dłonią wyszeptała. "Miłość to nie uczucie. To umiejętność."

"...Słucham?"

"W odpowiednich warunkach, przy odpowiednich czynnikach można miłość posiąść, tak jak każdą inną umiejętność. Jeżeli znalazłeś się w odpowiednich warunkach i jej chcesz, masz kogoś z kim chcesz ją posiadać, możesz ją nabyć. Wytrenować, ukształtować."

"Pani Holmes..."

"Umiejętność, John. Coś zdobywanego długo, żmudnie i trwającego latami. Nie jakiś piorun z nieba i inne farmazony. Pewnie, trzeba się przy miłości natrudzić, nic samo się nie zrobi, samo się nie stanie. W zasadzie, jeżeli byś mnie pytał, to jak dla mnie miłość nie jest dla człowieka przyrodzonym stanem. Jesteśmy urodzonymi egoistami a miłość nie jest najłatwiejsza, nie przychodzi łatwo. Często musimy się przy niej zdrowo natrudzić. Ale możemy. Możemy posiąść tą umiejętność. To jest najpiękniejsze, czyż nie? Jeżeli chcemy możemy..."

"Przepraszam. Muszę iść."

"Ale nie zaprosiłam cię jeszcze na łososia w kaparach. Zamówiłam go i za chwilę będzie podany. Myślałam, że będziesz mi towarzyszył przy obiedzie John."

"Niestety. Może innym razem. Teraz muszę wracać do Londynu."

"Aha. Tak. Tylko nie prowadź samochodu w tym stanie. Już wiem, poprosimy Antheę, aby cię podrzuciła. Niańczy mnie tutaj i męczy się okrutnie, a tak trochę się przewietrzy. Anthea ma wspaniałą luksusową limuzynę do dyspozycji, John. Po co masz się tłoczyć w pociągu. Zresztą najbliższy pociąg do Londynu odchodzi za trzy godziny. Pojedź z Antheą."

"Dziękuję, Violet. Z chęcią skorzystam."

/

John był z powrotem na Baker Street późnym popołudniem. Niebo zasnute jednolitą warstwą szarych chmur wisiało nad równymi dachami kamienic a porywisty wiatr hulał po ulicach. Anthea zasalutowała Johnowi z otwartego okna limuzyny i dała znak kierowcy, aby ruszył i tak Watson został sam. Wkroczył na schody Baker Street 221 dokładnie cztery dni po tym, jak ją opuścił a miał wrażenie, jakby minęły wieki.

Cały dom, już od progu pachniał rozpuszczonym cukrem, zasłodzonymi owocami i lepkim zapachem smażonych konfitur.

"Jestem." oznajmił sam dla siebie John i postawił w kącie walizkę, po czym podążył za słodkim aromatem.

W kuchni pani Hudson rozgrywało się istne pandemonium. Wszystkie możliwe blaty i parapety obstawione były pojemnikami po cukrze, obierkami z cytryn, resztkami korzenia imbirowego, szklankami, kubkami, miskami truskawek i śliwek. Pani Hudson stała przy kuchence i drewnianą łychą mieszała smażące się na ogromnej patelni powidła a Sherlock stał obok, trzymając na tacy ustawione w grzecznych rządkach, parujące ciepłem słoiczki. Miał ubrudzone dżemem ręce.

Gdy John stanął w drzwiach kuchni pani Hudson spojrzała przenikliwie na Sherlocka, po czym wyłączyła gaz pod powidłami.

"Zapomniałam o goździkach. Zostawiłam je w torbie na zakupy. To wy chłopcy tutaj dopilnujcie wszystkiego a ja zaraz wracam."

I z tymi słowy pani Hudson opuściła plac boju, pozostawiając oniemiałego, wciąż jeszcze nieco zawianego Johna i Sherlocka z tacą słoiczków w rękach.

"Odstaw słoiczki." zakomenderował John władczo i o dziwo, Holmes go posłuchał. Taca została ustawiona delikatnie na krześle a potem Sherlock wytarł dłonie w szmatkę i podążył za Johnem na górę, do ich wspólnego apartamentu.

Konfitury owocowe pachniały nawet w salonie.

John usiadł na fotelu i nadąsał się, nagle pełen wątpliwości co do logiki swoich poczynań. Parę dni a on już wracał truchtem, z podkulonym ogonem między nogami, po jakiejś gadce osoby z problemami psychicznymi. Sherlock stał na przeciwko fotela Johna, uważny i czujny, a potem krok po kroku zaczął podchodzić coraz bliżej. Wysoki, smukły, zdeterminowany i piękny. John przełknął z trudem.

"Sherlock."

"Tak się to chyba robi." Holmes był już przy fotelu Johna, absolutnie wspaniały, odważny, gotowy do nabycia nowej umiejętności i pachnący obłędnie świeżymi konfiturami.

"Sherlock..."

"Powiedz mi co mam robić a to zrobię. Nie chcę, żebyś odchodził." tłumaczył ze złością Holmes, najwyraźniej wściekły na swoją niemoc i brak kompetencji. "Nie wiem tylko, jak to się robi..."

"Co się robi?"

Sherlock poruszył ustami, ale nie odpowiedział, tylko zapatrzył się Johnowi w oczy intensywnie a potem powoli, powolutku zaczął się nad nim pochylać. John nie mógł odwrócić wzroku, nie mógł nawet odetchnąć, taki był to widok. Wywrażliwiony, napięty do granic możliwości, zdenerwowany i drżący Sherlock. Pozbawiony słów, pozbawiony wiedzy co powinno się robić i czemu, pozbawiony gruntu pod nogami i wybity kompletnie ze swoich bezpiecznych, znanych kolein.

Sherlock pochylał się coraz bliżej i bliżej aż jego usta zatrzymały się milimetry nad ustami Johna, który nagle odkrył, że także się trzęsie i oddycha coraz szybciej. Coś za chwilę się zdarzy, pomyślał gorączkowo. Coś niezwykłego, albo katastroficznego. Jak zwykle z Sherlockiem. Jak zawsze z Sherlockiem.

Sherlock Holmes oglądany z bliska był równie pociągający jak oglądany z przyzwoitej odległości. John patrzył szeroko otwartymi oczyma na wyraziste kości policzkowe, na czarny lok, niesfornie zawijający się nad kształtnym uchem, na zdecydowany nos i nieoczekiwanie miękkie, łagodne, wrażliwe brwi.

"Podobno to niegrzeczne przyglądać się komuś kto chce cię pocałować." wymruczał Sherlock głosem, od którego penis Johna drgnął zaciekawiony. "Podobno lepiej jest zamknąć oczy."

Koniec końców John nie zamknął oczu. Chociaż w zasadzie i tak nie pamiętał, co widział, tak drugorzędne to było w porównaniu z pocałunkiem. Sherlock wylądował na ustach Johna ze swoim niezdarnym cmoknięciem, pełnym wahania, drżenia i nerwów, a potem John, całkowicie instynktownie złapał go, objął i zaatakował. Zębami, językiem i ustami. Należało się krętaczowi jednemu za całą tą grę, za Alicję i za suflera.

W jakiś sposób Sherlock zdołał wpasować się między uda Johna i usadowić się między nimi. Watson nie zwrócił na to uwagi. Był zajęty całowaniem i zastanawianiem się, czemu wcześniej tego nie zrobili. Porządnie, nie jakieś tam czwartki i inne tańce godowe jedynego w świecie detektywa. John całował już swój przydział kobiet w życiu i żadna, dosłownie żadna, tak nie podnosiła mu ciśnienia jak Sherlock. Może dlatego, że żadna nie była mężczyzną. Szalonym, zwariowanym, genialnym a czasami wyjątkowo głupim mężczyzną. Być może dlatego, że tylko z Sherlockiem John chciał nabyć tą niezwykłą, trudną, nielogiczną umiejętność.

Sherlock wydał z siebie niski, zadowolony dźwięk, nie przerywając pocałunku i oddychając szybko przez nos. Trzymał Johna kurczowo za szyję, klęczał przy jego fotelu i generalnie wyglądał, jakby zafiksował się na jednej czynności tak, że wszystko inne zeszło na plan dalszy. Oddychanie także. John uśmiechnął się prosto w usta Holmesa i położył mu dłoń na ramieniu, odsuwając ostrożnie. Trzeba było teraz być ostrożnym. Sherlock pomimo swojego geniuszu, logiki i talentu do szybkich ripost drżał teraz jak królik na miedzy. Przejęty, obezwładniony, wspaniały. John ujął twarz Sherlocka w dłonie i spojrzał na niego z bliska.

"Chodźmy robić te konfitury. Goździki czy nie, pani Hudson na pewno potrzebuje pomocy."

"Mam ochotę porobić coś innego."

"Nie. Ja muszę ochłonąć po nie pamiętam ilu piwach i podróży, a ty wciąż masz ręce lepkie od dżemu."

Sherlock uśmiechnął się z bliska do Johna a od jego uśmiechu pojaśniało w salonie, pomimo pochmurnej pogody, zapadającego już za oknami mroku i nie zapalonych górnych świateł. John nawet nie zaprotestował, kiedy Holmes ujął jego twarz w lepkie dłonie i dotknął czołem jego czoła.

"Piwo, podróż, konfitury. Dobrze. John. Dobrze. Cokolwiek sobie życzysz."

end

by homoviator 09/2012

Jeszcze ostatni rozdział. Fluff, słodycz i konfitura! Feel warned. Autor jak zwykle uprasza o komentarze, bo wen zbiera siły na nowe (tym razem krótsze) fiki :)