Steve nie marnował czasu o poranku. Przebrał się w wygodne szorty i wyszedł na lanai wdychając świeże hawajskie powietrze, które przesiąkło lekko zapachem cholernego hibiskusa, za którym nigdy nie przepadał, ale prędzej oddałby obie dłonie niż powiedział o tym swojej matce. Mary wydawała się równie mocno przywiązana do tych kwiatów, więc minął truchtem sporej wielkości krzak i ruszył w stronę plaży. Fale dopiero uspokajały się po przypływie, ale i tak podnosił wysoko kolana, nie chcąc, aby opór wody go spowolnił.
Od dawna nie miał okazji pływać tak wcześnie, ale to było jak z jazdą na rowerze. Gdy raz jego ręce zetknęły się z wodą, pamiętał doskonale jak jego ciało powinno wygiąć się najbardziej optymalnie w stosunku do napływających fal. Jego mięśnie zaczęły się przyjemnie rozgrzewać, ale nie był nawet w połowie dystansu, który zwykle pokonywał. Musiał brać większe hausty powietrza, gdy wynurzał się raz po raz i to chyba oznaczało, że się mocno postarzał. Koledzy z jego dawnej jednostki zapewne ocieraliby teraz łzy śmiechu, gdyby zobaczyli go zatrzymującego się zaledwie kilkadziesiąt metrów od brzegu.
Spojrzał na plażę trochę zaskoczony, że nie jest pusta. Danny musiał wstać, zapewne przyzwyczajony do własnego wewnętrznego zegara. Albo nie potrafił dobrze spać w obcym miejscu, co było nawet bardziej prawdopodobne. Williams chyba zaczął być świadom tego, że jest obserwowany, bo zniknął w środku budynku równie szybko co się w nim pojawił i Steve przez kilka długich minut wpatrywał się jeszcze w miejsce, w którym widział mężczyznę po raz ostatni. W końcu jego oddech ustabilizował się, a ciśnienie krwi nie rozsadzało mu już bębenków usznych, więc o wiele ostrożniej wrócił na brzeg i zaczął się rozciągać, zastanawiając się jak długo zajmie mu powrót do starej formy. Jego ciało nie zmieniło się bardzo. Jednak brak codziennych treningów mocno odbił się na wydolności jego płuc, a tym samym kondycji. Skoro mieli przed sobą miesiąc na Oahu równie dobrze mógł nad tym popracować.
Wytarł się z grubsza, wiedząc, że i tak musi wziąć prysznic. Wszedł do kuchni, zastając Williamsa próbującego obsługiwać stary ekspres do kawy, który zapewne jakieś dwadzieścia lat wcześniej kupił jego ojciec. Danny nie odwrócił się na jego widok, ale Steve nie przegapił spiętych ramion i zaczął zastanawiać się czy wczoraj powiedział coś nieodpowiedniego. Wkradło się między nich dziwne napięcie, którego nigdy wcześniej nie było – nawet wtedy gdy był jednym z makaków, które polowały na Williamsa.
- Dzień dobry – powiedział, starając się brzmieć normalnie.
Danny zerknął na niego na ułamek sekundy.
- Nie wiesz czasem jak uruchomić to ustrojstwo. Nie funkcjonuję bez kawy – przyznał mężczyzna tak zaspanym głosem, że Steve prawie mu współczuł.
Prychnął tylko, sięgając za szafkę po kabel, który nie był włączony do kontaktu.
- Podejrzewam, że ostatnim, który pił z tego kawę, był mój ojciec – powiedział z pewną dozą satysfakcji, widząc zszokowaną minę Danny'ego.
Williams wyprostował się i Steve'owi nie umknęło, że wzrok mężczyzny zatrzymał się na dłużej na jego tatuażach. Zawsze przyciągały uwagę, ale nigdy nie chciał o nich rozmawiać. Część z nich powstała po misjach, o których chciał zapomnieć. A ponieważ bał się, że kiedyś może mu się to udać – wpisał wspomnienia w atrament. I teraz od zawsze nosił je z sobą. Nieważne jak daleko się znajdował i jacy ludzie go otaczali. Przypominały mu o tym, kim był kiedyś, chociaż to nie zawsze było miłe.
Danny jednak nie zapytał, spojrzał jedynie na swój pusty kubek wzrokiem takim, jakby został właśnie zdradzony.
- Kawa nie jest zdrowa – powiedział Steve, sięgając do lodówki po jogurt.
Mary zaopatrzyła dom we wszystko co lubił i wybierał owoce z koszyka, obserwując z rozbawieniem rosnący wyraz obrzydzenia na twarzy Danny'ego.
- Wiedziałem, że jesteś jednym z tych ludzi – mruknął Williams tonem takim, jakby oskarżał go o naprawdę okropne przestępstwo. – Normalni ludzie potrzebują o tej porze kofeiny. Nie, wróć. Normalni ludzie nie wstają o tej porze, chyba że muszą – dodał Williams.
Steve uniósł brew.
- Ćwiczyłem – powiedział krótko. – A ty? – spytał, obserwując wyraźnie jak Danny spina się.
- Rachel dzwoniła. Nie dotarła do niej informacja, że u nas jest piąta nad ranem. Chociaż może dotarła i miała to gdzieś – stwierdził Danny i wzruszył ramionami, jakby to nie miało znaczenia.
Steve nie był nawet zaskoczony. Dotarło do niego jedynie echo plotek, ale znał Rachel. Zdążył przyjrzeć się jej przez te wszystkie lata i wyrobić sobie opinię, która się tylko potwierdzała. Oczywiście każdy mógłby się sprzeczać z nim, że był tylko niemym obserwatorem cudzego życia, ale jeszcze tak niedawno wnioski, które wyciągał na podstawie pierwszych trzech sekund spotkania mogły decydować o jego bezpieczeństwie. Rzadko się mylił, a i wtedy przeważnie gdy miał już plan ucieczki w zanadrzu, który powstał z powodu wątpliwości, których nabierał.
Rachel była niebezpieczną kobietą i Danny musiał dowiadywać się właśnie jak bardzo nim grała przez ostatnie lata.
Nie wiedział za bardzo co powiedzieć, ale Williams opadł na krzesło, wgapiając się w przestrzeń przed sobą, jakby ta cholerna kawa miała uratować mu życie.
- Co powiesz na to, że wypiję swój koktajl, a potem pojedziemy po dawkę kofeiny dla ciebie? – zaproponował.
Danny spojrzał na niego lekko zaskoczony.
- Nie zamierzasz się ubrać? – spytał ostrożnie mężczyzna i Steve wyszczerzył się szeroko.
- To są Hawaje – przypomniał mu. – Jeśli nie zamierzasz wyglądać jak urzędnik, radziłbym ci chociaż poluzować kilka guzików koszuli. Cieszy mnie, że odpuściłeś sobie chociaż krawat – prychnął, nie kryjąc nawet, że z jego strony to czysty sarkazm.
Danny zmrużył niebezpiecznie oczy, jakby szykował się do ataku, ale kroki na schodach rozproszyły ich na krótką chwilę. Grace pocierając zaspane oczy zeszła na dół i przystanęła w kuchni, ziewając ostatni zapewne raz.
- Danno? – spytała dziewczynka niepewnie.
- Tak, skarbie? – odparł Williams, kierując swoją całą uwagę na córkę.
I Steve czułby się zapewne porzucony, gdyby nie to, że Danny nagle odzyskał całą swoją dawną energię. Coś, co Steve w nim uwielbiał, a czego ostatnio nie dostrzegał. Nie cierpiał Rachel, choćby za to, że odebrała Danny'emu jego zwykłą radość ze wszystkiego.
- Czy Kono przyjdzie się dzisiaj ze mną pobawić? – spytała Grace.
- Tak, małpko, ale po śniadaniu – obiecał Danny, sadzając małą na stołku.
Williams spojrzał wyczekująco na Steve'a i dopiero wtedy doszło do niego, że Danny nie potrafi gotować. A przynajmniej tak twierdziła Grace poprzedniego wieczoru, żartując sobie w najlepsze z własnego ojca. On sam żył głównie na koktajlach proteinowych i posiłkach, które miały dać mu energię na cały dzień, jednocześnie nie zanieczyszczając jego organizmu. Wątpił, aby Danny to docenił.
Zerknął lekko spanikowany na paterę z owocami.
- Banana? – spytał, wyciągając go przed siebie niczym tarczę i niemal natychmiast dostał nim w głowę, gdy Mary Ann weszła do kuchni.
- Żaden z was nie potrafi nakarmić dziecka, prawda? – spytała retorycznie jego siostra. – Na szczęście masz mnie, skarbie. Nie pozwolę ci umrzeć z głodu. Nie wiesz czasem jak twojemu ojcu udało się przeżyć tak długo? – zainteresowała się, szczypiąc Grace w policzek.
Dziewczyna zachichotała i uśmiechnęła się szeroko swoimi nieregularnymi zębami, które zapewne miała stracić już niedługo, o ile Steve dobrze pamiętał co się działo z mleczakami.
- Danno dzwoni do babci, a ona mu mówi przez telefon… - zaczęła Grace, ale Danny zasłonił jej usta dłonią.
- Jakim wspaniałym synem jest – dokończył za małą Williams. – Mamy kucharkę, ale czasem ma wolne i wtedy…
- Mamy tragedię! – wykrzyknęła Grace, wyswabadzając się z objęć ojca.
Jej ton głosu świadczył o tym, że to czysty cytat. Steve nie był tylko pewien czy mała małpuje ojca czy babkę. Nie miało to jednak zbyt wielkiego znaczenia.
ooo
Kono pojawiła się wraz z Chinem na lanai punkt ósma. Steve w zasadzie nie planował niczego szczególnego na ten dzień, ale Danny zaczynał nerwowo przechadzać się po domu, zapewne wyglądając obiecanej kawy. Uzależnienie od alkaloidów nie było czymś, na co Steve pozwoliłby sobie kiedykolwiek, ale rozpoznawał syndrom odstawienia doskonale. Drażliwość, nerwowość, lekkie drżenie dłoni. Danny był tykającą bombą zegarową.
- Są tutaj miejsca bez piasku? – spytał Williams, dołączając do niego na lanai.
Kono właśnie pokazywała Grace swoją deskę, co tylko oznaczało, że zaraz znajdą się w wodzie.
Chin kręcił się gdzieś w środku, gotowy w każdej chwili do akcji. Nic im nie groziło, ale były partner jego ojca znał się doskonale na swojej robocie.
- Dżungla – odparł krótko Steve.
- Oczywiście, że macie dżunglę – mruknął Danny i Steve nie mógł się nie uśmiechnąć szerzej. – Wstałem za wcześnie, w domu nie ma kawy, a wokół jest piasek – wyjęczał Williams.
Steve pokręcił głową, jakby zgadzał się z każdym z tych punktów.
- Dlaczego mi to zrobiłeś? – spytał Williams i wbił w niego te swoje o wiele zbyt niebieskie oczy, które naprawdę przypominały ocean.
Annabeth miała rację, ale nie zamierzał o tym mówić na głos.
- Grace jest szczęśliwa – odparł krótko Steve i Danny spojrzał na niego jakoś dziwnie.
- Tak, faktycznie jest – przyznał mu rację mężczyzna i oparł się o belkę podtrzymującą mały daszek.
ooo
Kamekona nie spóźnił się nawet o minutę. Danny leżał na lanai starając się jednocześnie ukryć w cieniu i mieć na oku córkę, która w najlepsze budowała zamki z piasku. Kono namówiła ją wcześniej do oblania ojca wodą, więc Steve z przyjemnością obserwował jak Danny zaczyna ganiać małą po piasku.
Wykrzykiwał jakieś groźby w stronę Kono, ale ta nie wyglądała bynajmniej na przerażoną. Danny nie był na tyle sprawny fizycznie, aby jej zagrozić, chociaż potrafił zaskoczyć i Steve przekonał się o tym w Nowym Orleanie podczas tamtej burzowej nocy. Nie wszyscy mieli w sobie to coś, co wymagało inicjacji najmniejszej nawet agresji. Uderzenie kogoś bowiem było również kwestią psychologiczną. Ludzie nie bywali z zasady agresywni. Tak jak nie bywali potworami. Steve wierzył w to szczerze, chociaż przestudiował akta wielu ludzi, których ta ziemia przestała nosić z bardzo dobrych powodów.
Danny potrafił być szybki, gdy tego chciał. Budowa jego ciała nie wskazywała, że był tak zwinny, ale kiedy biegał z Grace po piasku, wykonał kilka zwrotów, które nawet Steve'a wyprowadziłby w pole. Ewidentnie nie odpowiadało mu podłoże, ale ono nie miało ulec zmianie zbyt prędko.
- Czy ja czuję kawę? – spytał Williams, kierując się wpółświadomie w stronę przyniesionych przez Kamekonę pakunków.
- Brah – mruknął grubas. – Nie powiesz mi chyba, że McGarrett nie ma nawet grama kawy!
Twarz Danny'ego wydłużyła się i znowu przybrała ten cierpiętniczy wyraz, który zaczynał go coraz mocniej bawić. Podsunął więc kubeczek pod nos Williamsa, który mężczyzna schwycił pospiesznie, niczym pozostawiony na pustyni bez wody białas. Steve nigdy wcześniej nie czuł się tak bardzo tubylcem jak teraz.
Danny wziął spory łyk i wydał z siebie dźwięk, który kategorycznie powinien należeć do strefy 'po dwudziestej drugiej'. Jego oczy zaczynały błyszczeć i Steve wiedział, że to na pewno było związane z przyspieszonym tętnem krwi, w której zaczynała płynąć kofeina. Niektórym nie trzeba było wiele do szczęścia.
Danny sięgnął do tyłu kieszeni swoich spodni, wyjmując portfel, ale Steve powstrzymał go pospiesznie.
- Oczywiście Kamekona zawsze przyjmie gotówkę – powiedział, widząc jak zawiedziony jest grubas. – Ale jest już opłacany – dodał wrednie. – I powinien dbać o swoich stałych klientów.
- Brah, jaki z ciebie stały klient. Nie było cię na Oahu… - zaczął Kamekona i wydął usta. – I mieszkasz na końcu świata… - dodał jeszcze uśmiechając się do Danny'ego dokładnie tak samo jak zawsze, gdy czuł gotówkę w powietrzu.
Williams jednak nawet się nie zawahał, wkładając banknot w dłoń mężczyzny tak szybko, aby Steve nie zauważył nominału.
- Jeśli będziesz sprowadzał mi ten towar tak, żeby McGarrett nie widział, to będzie początek wspaniałej przyjaźni – powiedział Danny i Kamekona wyszczerzył się do niego, a potem spojrzał triumfalnie na Steve'a.
Zawinął się też pospiesznie, jakby spodziewał się nadciągającego komentarza z jego strony.
- Nie możesz za mnie płacić, zwariowałeś? – spytał Danny, gdy tylko drzwi trzasnęły za Kamekoną. – Uwierz mi, że stać mnie na kawę. Rozmawiałem wczoraj z Mary Ann, ale nie chciała pieniędzy. Mogę zapłacić za mieszkanie tutaj, Steve – ciągnął dalej Danny.
- Nie musisz się tym przejmować – odparł, odchrząkując lekko.
Williams zmarszczył brwi, jakby nie przyjmował tego do wiadomości.
- Powiedziałeś, że cokolwiek chcę. Przywiozłem cię tutaj, wiedząc, że nie cierpisz piasku. Możesz uznać, że jesteśmy kwita – dodał, wzruszając ramionami, ale tego Danny też nie kupił.
Williams przyglądał mu się długo z kubkiem kawy w dłoni i Steve nie odwrócił wzroku jak zawsze. Szkolono go do tego dlatego nie przegapił też lekkiego uśmieszku w kącikach ust Danny'ego, który pojawił się na kilka sekund.
- Ja robię zakupy – zdecydował mężczyzna. – I płacę za wycieczki – dodał, a Steve uniósł brew.
- Nie masz pojęcia co Mary Ann ugotuje – przypomniał mu, a Danny wzruszył ramionami.
- To ja płacę za zakupy, które będzie robiła dla domu – podchwycił szybko Williams.
- Do dżungli nie ma wejściówek – dodał Steve, chociaż pojęcia nie miał dlaczego dalej się wykłóca.
Danny uśmiechnął się lekko.
- Kono powiedziała Grace, że gdzieś tutaj można popływać z delfinami – odparł mężczyzna z dziwną satysfakcją.
Steve pojęcia nie miał o co walczyli. Może o dominację na tym terenie, ale to nie miało sensu, bo to była jego wyspa, jego dom. I wiedział, że Danny'ego było stać na wszystko, ale nie zamierzał korzystać z tych pieniędzy. Williams nie wyglądał na faceta, który czuł się zagrożony w towarzystwie drugiego samca. Jakoś nigdy tego u niego nie dostrzegł i tym bardziej go to dziwiło, bo wychodziło poza schemat. Poza profil mężczyzny, którego tworzył w swojej głowie od paru lat.
