9.

Gdy zrozumiała, co zrobiła, oblała się krwistym rumieńcem i natychmiast cofnęła na swoje miejsce. Przez dłuższą chwilę nie miała odwagi, by spojrzeć na zaskoczonego męża, który z kolei bał się poruszyć, powiedzieć cokolwiek, by nie zepsuć tej magicznej chwili. Jej niespodziewana reakcja sprawiła, że poczuł niesłychaną radość w sercu. Już choćby z tego powodu warto było wyrazić zgodę na nietypowe przedsięwzięcie jego pełnej niespodzianek żony. Jej wdzięczność była autentyczna i szczera, a tym samym bliższa jego sercu, niż cokolwiek innego.

To prawda, że jeszcze rok temu zupełnie nie miał zamiaru się żenić. Nie myślał o tym, nie pragnął tego, nie chciał. Tymczasem, jakieś cudowne zrządzenie losu sprawiło, że wbrew owej decyzji, stał się na powrót człowiekiem żonatym, na dodatek poślubionym kobiecie innej niż wszystkie- nie tylko młodej, pięknej i rozumnej, ale też słodkiej i niewinnej, nieskażonej tym brudem, tak charakterystycznym dla panien z wyższych sfer, szukających tylko tandetnych rozrywek i bogatych mężów, którzy będą za nie płacić. Nowa pani na O'Neill Manor, nie prosiła o błyskotki ani luksusy, nie chciała wyrzucać pieniędzy w błoto. Jedyne, czego pragnęła, to żeby pozwolić jej być sobą, robić to, co ją naprawdę interesowało. Mało tego, gdyby tylko chciała, mogłaby to wszystko mieć bez pozwolenia swojego męża. W końcu, miała łatwy dostęp do jego fortuny i zasobów. Samantha jednak zapytała go najpierw o zdanie, okazując mu nie tylko szacunek, ale i zaufanie. Nie miała pojęcia, ile to znaczyło dla pułkownika, jak bardzo Jack cieszył się, że Daniel znalazł mu taką żonę, mimo że O'Neill wcale jej nie szukał.

- Proszę, pani… Nie musisz czuć się zakłopotana.- powiedział wreszcie.- Cieszę się, że mogłem pomóc. Wiem, że nie jest ci łatwo z dala od rodzinnego domu. Jeśli pracownia cię uszczęśliwi, zbudujemy ją, gdzie tylko będziesz chciała…

Kiedy to usłyszała, na jej ustach wykwitł piękny, choć nadal nieśmiały uśmiech i Samantha spojrzała wreszcie na swojego małżonka.

- Dziękuję, sir…- powtórzyła po raz kolejny.- Twa zgoda uczyniła mi wielką radość, mężu…- po raz pierwszy odważyła się go tak nazwać i znów poczuła to przyjemne łopotanie w brzuchu.

Nigdy nie wyznałby jej głośno jak przyśpieszyło jego serce, kiedy usłyszał to słowo. Prawdę mówiąc, obawiał się, że już do końca życia, albo przynajmniej przez bliżej nieokreślony okres czasu, będzie wołała na niego „sir". To, że nazwała go mężem tak szybko, sprawiło mu wielką przyjemność.

- Miło mi to słyszeć, pani.- odparł z uśmiechem.

By nie stwarzać więcej „niezręcznych" sytuacji, oboje skupili się na śniadaniu, z apetytem konsumując wszystko, co przygotowała dla nich kucharka.

Po posiłku, Jack grzecznie przeprosił swoją żonę mówiąc, że zamierza udać się do miasta, by zobaczyć się ze swoim bankierem i niezwłocznie podjąć pierwsze kroki, niezbędne do stworzenia omówionej wcześniej pracowni. Poprosił również o listę niezbędnych do tego celu urządzeń i innych rzeczy, gdyż należało je wcześniej zamówić.

Wdzięczna za pomoc Samantha, szybko spełniła prośbę, spisując wszystko, czego dotąd nie posiadała. Zamierzała bowiem sprowadzić resztę z rodzinnego domu.

- Jesteś pewna, pani, że nie trzeba ci nic więcej?- spytał, przebiegając wzrokiem po spisie.

- Tak.- odparła miękko.- Ojciec mój, z pewnością prześle mi moje stare instrumenty i naczynia.

- Jak sobie życzysz. Pamiętaj jednak, by kosztami przesyłki obciążyć mnie. Nie godzi się, by generał Carter płacił za to, na co nas bez problemu stać.- dodał.

Nie to, by wiedział o kłopotach teścia. Jak dotąd, zupełnie nie był ich świadom. Po prostu uważał, że tak trzeba. Był mężem i wydatki jego żony były jego sprawą. Tak nakazywał honor.

Uśmiechnęła się i przytaknęła.

- Dopilnuję tego.- powiedziała.

- Doskonale!- wyszczerzył się jej przystojny małżonek i skłoniwszy elegancko dorzucił na odchodnym:- Wrócę na obiad. Czy zechcesz mi potem towarzyszyć na spacerze? Wskazałabyś mi miejsce, gdzie chcesz postawić pracownię.

Nieświadomie, Jack porzucił słowa „pani" oraz „madame", gdy się do niej zwracał, choć ani razu nie padło jeszcze z jego ust słowo „żona". Tym nie mniej, dało się odczuć wyraźny spadek napięcia między małżonkami, którzy ledwie się poznali. Pierwsze zakłopotanie minęło i przyszłość malowała się w jasnych barwach.

- Z przyjemnością.- odpowiedziała pułkownikowa.- Mam już kilka pomysłów.

- A więc, dobrze. Do zobaczenia wkrótce.- stwierdził i nieśmiało ucałował wyciągniętą ku niemu dłoń. Chwilę później, Samantha usłyszała stukot końskich kopyt i wyjrzała przez okno, by spojrzeć na odjeżdżającego męża.

Musiała przyznać, że wspaniale prezentował się w siodle. Potężny, czarny ogier, którego dosiadał pułkownik O'Neill, zdawał się być mu całkowicie posłusznym, a jego jeździec miał nad nim całkowitą kontrolę. Nie powinna być zdziwiona. Z jej małżonka, oprócz łagodności i ciepła, emanował również autorytet. Nikt, kto na niego spojrzał, nie odważył mu się sprzeciwiać. Służba traktowała go z szacunkiem i nigdy nie kwestionowała poleceń. W zasadzie, nie było ku temu potrzeby. Był stanowczym, ale dobrym pracodawcą (przynajmniej tak mówiła później Janet, kiedy jej nowa pani po raz kolejny spytała ją o męża).

Prawda była taka, że pułkownik ją fascynował. Zanim go poznała, Samantha wyobrażała go sobie, jako podstarzałego, oschłego oficera, co do joty wypełniającego rozkazy i żyjącego tylko wojskową dyscypliną. Tymczasem rzeczywistość okazała się zgoła inna i chociaż Sam tego nie planowała wychodząc za mąż, była na dobrej drodze, by obdarzyć tego niezwykłego mężczyznę szczerym, głębokim afektem. Doszła do wniosku, że bez trudu mogłaby zakochać się w swoim mężu…

TBC