Rozdział 9

Kwestia czasu

- Hej tam!

- Nie powinnaś do mnie dzwonić w soboty – odezwał się ze słuchawki zaspany głos Maggie.

- W porządku, Henry właśnie wyszedł kupić gazetę. – Kate obróciła się na bok, przyciskając telefon do ucha. – Obudziłam cię?

Usłyszała uśmiech w rozespanym ziewnięciu Maggie.

- Kiedykolwiek masz ochotę, słonko. Chociaż wolę, jak robisz to osobiście...

Kate poczuła dreszcz na plecach.

- Ostatni weekend był cudowny. Wiesz, że chciałabym...

Zapadła krótka cisza.

- Wiem.

- Więc, jaki masz plan na dzisiaj? – Kate zmieniła temat.

- Myślałam o listonoszu. Na pewno by nie odmówił. Wydaje się przekonany, że jest w stanie mnie nawrócić.

Kate roześmiała się.

- Wiem, że zamawiasz ten lesbijski magazyn tylko po to, żeby go nakręcić.

- Nie wiem o czym mówisz, Diva to rewelacyjna publikacja. Ma wyjątkowo szeroki przekrój czytelników.

- Bardzo możliwe, ale nie wszyscy zaznaczają przy zamawianiu subskrypcji, że nie chcą magazynu w opakowaniu.

- Wciśnięcie mojego dzwonka to jedyna przyjemna chwila w całym dniu biednego faceta. Nigdy nawet nie próbuje użyć szczeliny na listy.

- Pewnie ma nadzieję na użycie innej...

- Blee! – Maggie udała, że wymiotuje. – Kate, kotku, przesadziłaś!

- Wybacz.

- A wy co dziś porabiacie? – Maggie znowu ziewnęła. Kate wyobraziła sobie jej sylwetkę na łóżku, przeciągającą się leniwie, miękkie czarne włosy opadające na skórę w odcieniu toffi...

- Mamusiu?

Obróciła się gwałtownie. Alice stała w progu sypialni, jak zwykle ciągnąc za sobą po ziemi Królika Piotrusia, z jego lewym uchem ściśniętym w rączce.

- Muszę iść...


John ocknął się rano z uczuciem, że coś przeszkodziło mu we śnie. Przeciągnął się ospale i powoli dotarło do niego, że musiał przysnąć w salonie, bo leżał wciśnięty w kąt kanapy, z jedną nogą na ziemi i drugą rozciągniętą na poduszkach.

- Sherlock?

- Tutaj – dobiegł go z kuchni ponury baryton Sherlocka. – Szukam czegoś, co naprawi to, co zrobiłeś wczoraj z moją głową.

John rozprostował się.

- Dlaczego mnie nie obudziłeś, jak kładłeś się spać? – spytał, masując zdrętwiałą nogę. Wstał i pokuśtykał do kuchni, patrząc, jak Sherlock myszkuje po szafkach. Jego włosy były w kompletnym nieładzie, a ubranie wyglądało na wczorajsze, chociaż ciężko było ocenić od tyłu. – Też zasnąłeś?

- Gdzie trzymasz swoje leki na kaca? – spytał niecierpliwie Sherlock. Porzucił nurkowanie w szafce "Tylko jedzenie", wcześniej dostrzegając w niej cały szereg różnych rodzajów dżemu, mimo że John zaledwie dwa dni wcześniej utrzymywał, że skończył się ostatni słoik. – Widziałem kilka razy, jak pijesz jakiś obrzydliwy wywar. Gdzie on jest?

Odwrócił twarz w stronę Johna, który nagle wytrzeszczył oczy.

- No co?

- Nic – odparł John. – Nie możesz po prostu łyknąć paracetamolu? Jest w łazience. Za lustrem.

Zaczął teraz przygryzać wargę. Sherlock zmrużył podejrzliwie oczy.

- Wiem, gdzie jest paracetamol – oświadczył, opadając na jedno z kuchennych krzeseł. – Skoro moje dzisiejsze samopoczucie jest twoją zasługą, może ty mi go przyniesiesz?

- Nikt cię do niczego nie zmuszał, Sherlock, sam chciałeś się napić – poprawił go John. – Chociaż fakt, gdybym wiedział wcześniej, jaki z ciebie słaby zawodnik, nalałbym ci mniej – przyznał.

Sherlock skrzywił się.

- Alkohol nigdy nie był moją preferowaną używką.

- Nie gadaj. – John zachichotał. – Pani Hudson mogłaby wypić dwa razy tyle i nadal podliczyć miesięczne wydatki.

Sherlock zaczął mrugać dramatycznie, masując palcami skroń. John przewrócił oczami.

- Dobra – powiedział. Przyniósł lek z łazienki i napełnił szklankę wodą, po czym postawił ją na stole. – Mam je też za ciebie połknąć?

Sherlock uniósł głowę i wargi Johna znowu drgnęły z wyraźnym rozbawieniem. Zajął przy stole miejsce naprzeciwko.

- Dobrze się spało? – spytał.

- W porządku – odparł Sherlock, połykając tabletki.

- Trochę nie w twoim stylu, iść do łóżka w ubraniach – zauważył John. – Chyba nieźle urwał ci się film.

- Najwyraźniej.

- Ale spało ci się całkiem dobrze – mówił dalej John. – Powiedziałbym, że nawet wyjątkowo wygodnie.

Sherlock zmrużył oczy.

- O co ci chodzi?

- Może pójdziesz wziąć prysznic? – zasugerował John. – Wyjdzie ci na dobre.

- Jeśli alternatywą jest siedzenie tutaj i słuchanie ciebie, masz rację, pójdę – odparował Holmes, podnosząc się z krzesła. Ruszył do łazienki, za plecami słysząc coś, co podejrzanie brzmiało jak stłumiony śmiech.

Odkręcił prysznic i rozebrał się, rzucając na ziemię ohydnie wygniecione ubranie. Zerknął przelotnie na swoje odbicie, po czym zastygł. Odwrócił głowę i zbliżył się do lustra.

Na całym boku jego twarzy wyciśnięty był blednący, ale nadal wyraźny ślad johnowego swetra. Wzoru nie dało się pomylić z niczym innym. Sherlock zacisnął oczy i jęknął przeciągle.

- Wszystko w porządku?

- Idź sobie! – Potarł twarz dłonią. Obudzenie się rano z kacem było dla niego dość niespotykanym doświadczeniem. Ale obudzenie się rano z kacem oraz twarzą wtuloną w wełniany sweter zdecydowanie zdarzyło mu się pierwszy raz w życiu. Jedyne pocieszenie stanowił fakt, że John nadal spał i Sherlockowi udało się wyplątać tak, żeby go nie obudzić, aczkolwiek każda normalna przytomna osoba byłaby w stanie stwierdzić, że jej kolana były używane jako poduszka przez – przyjrzał się ponownie twarzy – przynajmniej kilka godzin.

- Nie będziemy na ten temat dyskutować – powiedział głośno, przebijając się przez dobiegający zza drzwi chichot.

- Nie, nie będziemy – zgodził się John, tym razem spokojniej. – Nie mam zamiaru cię zawstydzać, Sherock, nie martw się.

Zapadła krótka cisza, podczas której Sherlock miał nieprzyjemne wrażenie, że to jeszcze nie koniec.

- Ale wiesz, że... – do głosu Johna wróciła złowróżbna wesołość – robi się z ciebie niezły pieszczoch!

Sherlock rzucił szczotką w zamknięte drzwi.


Zgodnie z obietnicą John nie wspomniał już nic na temat nietypowej nocnej aranżacji i kiedy Sherlock wyszedł wreszcie z łazienki – znacznie bardziej przypominając siebie – czekała na niego świeżo zaparzona kawa.

- Plan na dzisiaj? – zagaił John, podając mu kubek. – Mam kogoś dla ciebie zastrzelić?

Wargi Sherlocka drgnęły lekko.

- Na razie nikogo – odparł, po czym uniósł brew. – Ale jeszcze nie wyszedłem z domu. – Wyszczerzyli się do siebie. – W porządku – zaczął Holmes. – Coś jest nie tak z fotografiami... Chodź i rzuć na to okiem. – Poprowadził go do kominka i wskazał na zdjęcia, które studiował dzień wcześniej, zanim nie przeszkodziła mu Sally.

Po dziesięciu minutach wspólnego przyglądania się fotografiom John poddał się i poszedł do kuchni przygotować późne śniadanie. Wmusił w Sherlocka odrobinę jajecznicy, przekonując go, że to najlepsze lekarstwo na kaca. Właśnie kończył myć talerze, kiedy z salonu dobiegł go okrzyk triumfu.

- Kiedy przestawiłeś zegarek? – zawołał Sherlock. – Kiedy czas się cofał, w którym momencie dnia ustawiłeś swój zegarek na dobrą godzinę?

John odłożył kuchenną ścierkę i dołączył do niego w salonie.

- Masz na myśli koniec czasu letniego? – upewnił się. Sherlock pokiwał niecierpliwie głową. – Cóż... o ile sobie dobrze przypominam, podczas oficjalnej zmiany czasu o drugiej nad ranem byłem akurat ciągany po zakamarkach londyńskiej kanalizacji, więc zrobiłem to później, w ciągu dnia.

- Ale normalni ludzie – sprecyzował Sherlock. – Kiedy to robią normalni ludzie?

John nie był pewien, czy wyjęcie z kategorii "normalnych" miało go urazić czy ucieszyć.

- Cóż, w moim życiu Przed Sherlockiem Holmesem – zaczął, ignorując przewrócenie oczami, którym uraczył go detektyw – robiłem to zwykle dzień wcześniej, tuż przed pójściem do łóżka. Jeśli wyleciało mi z głowy, to z samego rana, kiedy już włączyłem telewizję i zauważyłem, że programy są wyświetlane w innych godzinach, niż się spodziewałem.

- Tak właśnie myślałem – ucieszył się Sherlock. Zerwał ze ściany jedną z fotografii i włożył ją do kieszeni płaszcza.

- Chodź! – Podniósł kurtkę Johna i rzucił mu ją przez pokój. – Czas znaleźć ci nowy materiał na bloga.


- Co porabiasz?

- W tym momencie, moja droga? Myślę o tobie, zabawiając się długim futrzanym boa...

- Wcale nie! – zaprotestowała Kate, śmiejąc się do słuchawki.

- Okej. Sprzątam łazienkę i zastanawiam się, czy pomalować sobie paznokcie u stóp na jednolity kolor, czy zrobić french. Jak już wypełnię ten ekscytujący plan na sobotę, zrobię sobie jakiś lunch... A potem pomyślę nad boa.

- Tęsknię za tobą, Maggie – westchnęła Kate. – To wszystko jest takie ciężkie! Zwłaszcza po ostatnim weekendzie... Był wspaniały, ale w jakiś sposób tylko sprawił, że jest mi trudniej.

- Brzmisz tak, jakbyś go żałowała.

- Nigdy! Nie, nawet nie zaczynaj tak myśleć – zapewniła ją prędko Kate. – Nie potrafiłabym żałować. Nawet jeśli wiem, że powinnam.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

- Maggie? – odezwała się znowu Kate. – Maggie, przepraszam, nie chciałam sugerować...

- Że jestem twoim wstydliwym sekretem? – W głosie Maggie słychać było gorycz. – Diabelską uwodzicielką, która cię omamiła i próbuje odciągnąć od męża i dziecka?

Kate pochyliła się na stołku, opierając łokcie o blat kuchenny, ale nie spuszczając wzroku z okna.

- Nie musiałaś mnie mamić – przypomniała. – Po prostu tam byłaś, to wystarczyło. – Pokręciła głową, wzdychając. – Nadal nie wiem, jak to się stało.

- Skrzyżowanie spojrzeń w pokoju pełnym ludzi? – zasugerowała Maggie nieco weselszym głosem. – Albo, w naszym przypadku, przy automacie z napojami. – Roześmiała się. – Poprosiłaś mnie o zamianę, pamiętasz... Teraz już nie ma sensu narzekać, że chodziło ci o zamianę gotówki na drobne, a nie ciebie w biseksualistkę.

Kate uśmiechnęła się. Maggie nigdy nie potrafiła być długo poważna.

- Oglądałaś wiadomości? – spytała. – Co robisz jutro?

- Masz na myśli, poza próbą podboju świata?

- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Masz pracę biurową i mieszkasz sama. Jesteś w grupie ryzyka, zgodnie z tym, co mówił tamten seksi policjant.

- Seksi? Nadal nazywasz ludzi seksi? Brzmisz jak moja mama!

- Nie zmieniaj tematu. – Kate potrafiła być uparta, kiedy chciała. – Może pójdziesz odwiedzić Tony'ego? – Maggie jęknęła przeciągle, ale Kate nie ustępowała. – On też pracuje w biurze, i też mieszka samotnie. Będzie bezpieczniej dla was obojga.

- Nie będziesz mogła do mnie zadzwonić, jeśli będę z moim bratem – ostrzegła ją Maggie. – Jak się o tobie dowie, nigdy nie przestanie ględzić. Będzie kompletnie zdegustowany.

Kate automatycznie uniosła dłoń do ust, po czym przypomniała sobie, że Maggie nie znosi obgryzionych paznokci. Przyjrzała się przez chwilę swoim palcom, po czym wsunęła je pod udo.

- Masz na myśli dlatego, że mam męża? – spytała cicho.

- Co? Och, nie, nie dlatego – odparła szybko Maggie. – Dlatego, że przeciągnęłam cię na złą stronę mocy. Już go prawie słyszę. – Zniżyła głos, przedrzeźniając brata. – Nie masz wszędzie wystarczającej ilości kobiet straconych dla świata, musisz jeszcze chodzić wkoło i demoralizować normalne? – Wróciła do swojego normalnego tonu. – I tak dalej, i tak dalej. To nie jest tego warte.

Kate parsknęła śmiechem, po czym dostrzegła ruch za oknem.

- Za minutkę muszę się rozłączyć, skarbie, właśnie wracają. – Henry szedł chodnikiem niosąc Królika Piotrusia, podczas gdy Alice zwisała mu z małego palca drugiej ręki. Wymachiwała pustym opakowaniem po chlebie, więc wyglądało na to, że operacja "karmienie kaczek" zakończyła się sukcesem.

- Chciałabym, żebyś poznała Alice. Pokochałabyś ją.

- Jest twoją córką, oczywiście, że bym ją pokochała. Ale naprawdę myślisz, że byłybyśmy przekonujące jako "tylko przyjaciółki"? Dzieci szybko się wszystkiego domyślają, nawet czterolatki. A gdybym poznała Alice, poznałabym też Henry'ego... Mówiłaś, że to nie jest głupi facet.

- Zdecydowanie nie – przyznała Kate. – Masz rację, wiem, że masz rację... Od razu by wyczuł, że coś jest nie tak, gdyby nas razem zobaczył. – Westchnęła. – Nie zasługuje na to. Nie znoszę go oszukiwać.

Maggie milczała.

- Ale jeszcze bardziej nie zniosłabym stracenia ciebie – dodała szybko Kate. – Przepraszam, kotku. W ogóle nie myślę dzisiaj, co mówię. Wiesz, że cię kocham.

- Wiem. Ale kochasz też Alice i Henry'ego. I powinnaś.

- Przypuszczam, że gdyby było jakieś proste wyjście, już byśmy je miały – zgodziła się Kate. – Już prawie tutaj są. Pójdziesz jutro do Tony'ego?

- Przemyślę to.

- Maggie! Nie myśl, że nie potrafię sobie przetłumaczyć twojego "Nie". Jeszcze o tym porozmawiamy!

- Pa, skarbie...


- Panie Holmes!

Hopkins potruchtał w ich stronę, kiedy tylko pojawili się w hali Scotland Yardu.

- Mam! – wyszeptał, kiedy podszedł bliżej, wyglądając na absurdalnie zadowolonego z siebie. – Mam zegarek! – Jego postawa i ton głosu bardziej niż do "zegarka" pasowałyby do "kodów do broni jądrowej".

- Dobry chłopak – pochwalił go Sherlock. Ekscytacja Hopkinsa osiągnęła poziom vibrato i John przestraszył się, że za moment będzie musiał sobie poradzić z jakimś rodzajem ataku. – Rzućmy na niego okiem.

Hopkins wyjął z kieszeni torebkę na dowody, podając ją gestem, który wyraźnie skopiował od swojego idola. Sherlock uniósł tarczę pod światło i uśmiechnął się.

- Doskonale – powiedział, chowając torebkę. – W porządku. Potrzebuję laptopów, telefonów komórkowych, nagrań z telefonów stacjonarnych, i szczegółów przesłuchań ze wszystkimi ludźmi, którzy mieli kontakt z ofiarami dzień przed morderstwem.

- Dzień przed? – zainteresował się Hopkins. Sherlock uniósł brew. – Przepraszam, sir. Tak jest, sir. Ee... wszystkie?

- Owszem – odparł Holmes, kierując się już w stronę schodów. – Dam ci znać, gdzie je przynieść.

John podążył za nim.

- Nie wpakujesz go w jakieś tarapaty, prawda? – spytał, kiedy wspinali się na górę. – Wysłałeś mu smsa, jak byliśmy w drodze? Skąd w ogóle masz jego numer?

- Skontaktował się ze mną wcześniej, oferując pomoc – odparł Sherlock. – Wziął mój numer ze strony internetowej. Nie pakuję go w tarapaty. Sam się o nie prosi.

- Nawet jeśli, co powie Lestrade, jak pojawisz się w gabinecie z tym zegarkiem? – nalegał John. – To nadal dowód rzeczowy.

Sherlock zaczął wskakiwać po dwa stopnie. Kiedy John wspiął się na klatkę schodową, dostrzegł tylko brzeg jego płaszcza znikający w gabinecie Lestrade'a. Wszedł do środka i dojrzał, jak na jego widok po twarzy inspektora spływa ulga.

Lestrade zarumienił się, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, jak oczywista była jego reakcja.

- Sally wspomniała coś o tym, że się posprzeczaliście – wyjaśnił przepraszająco. – Nie byłem pewien, czy... – Machnął ręką w ich stronę.

- John i ja jesteśmy razem – powiedział stanowczo Sherlock, sięgając do kieszeni.

Inspektor uniósł brwi, a John zakrył twarz dłonią i potrząsnął rozpaczliwie głową. Lestrade usłyszał kilka stłumionych słów, z których zrozumiał tylko "nigdy" i "łóżka".

- Razem? – powtórzył powątpiewająco.

Sherlock machnął niecierpliwie ręką.

- Spójrz na to – zażądał, podsuwając mu fotografię, którą wyciągnął z kieszeni.

Lestrade wziął ją do ręki.

- Czarnoskóra kobieta. Przypuszczam, że to Philippa Saunders, albo raczej jej ręka – powiedział. – Na co dokładnie mam patrzeć?

- Zegarek – poinstruował Sherlock. – I czas wydrukowany w rogu fotografii.

Lestrade zrobił co mu kazano, podczas gdy John podszedł bliżej i zerknął mu przez ramię.

- Rozbieżność jednej godziny – zauważył Lestrade. – Pewnie czas na aparacie był źle ustawiony.

- Nie sądzę – odparł Holmes. – Jej zegarek jest o godzinę do przodu.

- Ciągle na czasie letnim – zrozumiał John, zadowolony, że Sherlock nie postanowił poprzeć swoich słów nielegalnie zdobytym dowodem rzeczowym.

- Dokładnie – potwierdził Holmes. – Dostaje się do swoich ofiar znacznie wcześniej, niż sądziliśmy. Philippa Saunders została zabita trzydziestego pierwszego października, czyli w dniu, w którym czas był już zmieniony, a nie zdążyła przestawić zegarka, co w normalnych okolicznościach zrobiłaby dzień wcześniej lub z samego rana. Chcę sprawdzić, co ofiary robiły w sobotę.

- Jak?

- Potrzebuję dostępu do części dowodów. Może Hopkins mógłby mi je przynieść... gdzie? Na dół?

Lestrade zgodził się wzruszeniem ramion.

- Wyślę mu wiadomość – odparł Sherlock, stukając już w klawiaturę telefonu.

Lestrade zostawił całą trójkę na dole, dając im czas na przejrzenie dowodów. John zajął się odsłuchiwaniem nagrań, Sherlock fruwał po całym pomieszczeniu, a Hopkins wypełniał z entuzjazmem wszystkie ich rozkazy. Na jednej z częstych kontroli postępu prac Inspektor z zainteresowaniem dostrzegł, że chłopak jest równie chętny do wykonywania poleceń Johna – zupełnie, jakby postrzegał go bardziej jako przedłużenie Sherlocka niż rywala o jego uwagę. Lestrade stał w progu, obserwując, jak Watson wyciąga kartkę papieru, a Holmes sięga po nią w tym samym momencie. Ich układ, czymkolwiek był, z psychologicznego punktu widzenia był naprawdę fascynujący.

Przed piątą białe tablice były już zapełnione schludnymi literami Hopkinsa. Pod każdym miejscem zabazgrolonym nieczytelnym pismem Sherlocka znajdowało się ładne tłumaczenie. Lestrade przeleciał po tablicach wzrokiem.

- Co mamy? – zapytał.

Sherlock był zajęty swoim telefonem, ale uniósł jeden palec, co ani na chwilę nie zwolniło błyskawicznego stukania w klawiaturę.

- W porządku – zaczął po chwili, zbliżając się do zapisanej tablicy. – Ostatnia ofiara zaktualizowała swojego Facebooka o czwartej dwadzieścia w sobotnie popołudnie, dzień przed tym, jak została zabita. Nie ma żadnego śladu innych interakcji po tej godzinie.

Wskazał na następne w kolejce nazwisko.

- Numer Trzy jest beznadziejny. Z nikim się nie widział w sobotę, z nikim nie rozmawiał, nie miał komputera, zupełnie nic. – Potrząsnął głową, zdegustowany brakiem pomocy ze strony ofiary, po czym kontynuował.

- Numer Dwa spędziła popołudnie online, ale historia nie pokazuje żadnej aktywności po godzinie czwartej czterdzieści pięć.

- Numer Jeden jest najbardziej interesujący. – Uśmiechnął się. – O godzinie szóstej pięć wykonał telefon do lokalnej pizzerii – numer, który wybierał regularnie.

- Ale nie ma żadnych informacji na temat tego, żeby cokolwiek zamówił – wtrącił ochoczo Hopkins.

- A połączenie trwało tylko... - Sherlock skierował wzrok na Johna, który prędko przejrzał zapisy nagrań.

- ...osiem sekund – oświadczył.

Sherlock uniósł obie ręce.

- Rozumiesz?

Lestrade spojrzał na niego bezmyślnie. Sherlock jęknął.

- No dalej! Ośmiosekundowe połączenie – co się stało? Stracił nagle apetyt? Co mu przerwało?

- Dzwonek do drzwi? – zaproponował niepewnie Lestrade.

- Alleluja! – wykrzyknął Sherlock protekcjonalnie. – Dzwonek do drzwi. Dziękuję ci. – Zerknął na ekran swojego telefonu, po czym wyciągnął dłoń, żeby zabrać Hopkinsowi czarny marker.

- Ee, może ja powinienem zrobić notatki, sir? – zasugerował chłopak. John zachichotał.

- Niech będzie – odparł Sherlock, odwracając się od Johna i machając władczo ramieniem. – Napisz te trzy godziny tuż obok siebie, zaczynając od ostatniej ofiary. – Wrócił spojrzeniem do telefonu, po czym wyrecytował: - Czwarta piętnaście; czwarta dwadzieścia sześć; piąta trzydzieści osiem; piąta pięćdziesiąt dwa. – Podniósł wzrok na tablicę. – Bardzo dobrze.

Hopkins uśmiechał się radośnie, podczas gdy Sherlock na próżno czekał, aż ktokolwiek połączy ze sobą fakty. Wreszcie westchnął ciężko.

- Zachód słońca w Londynie w każdy z tych dni – wyjaśnił. – Spójrzcie na wzorzec. – Zmarszczył brwi, kiedy przyszedł mu do głowy nowy pomysł i znowu zaczął robić coś na telefonie. – Szary zabójca – oświadczył.

- Szary? – powtórzył Lestrade.

- Szary. Od szarówki – wyjaśnił Hopkins. – Nie wampiry – dodał szybko, ku zakłopotaniu Sherlocka. – Aktywny o zmierzchu i wschodzie słońca, jak psy i króliki – dokończył.

Sherlock zignorował dziwaczne odniesienie, przekonany, że John wyjaśniłby mu to, jeśli musiałby wiedzieć.

- Pomyśl o tym – powiedział. – Jeśli to morderca zakłócił rozmowę telefoniczną pierwszej ofiary, było akurat trzynaście minut po zachodzie słońca, a nagłe zaprzestanie aktywności pozostałej dwójki wskazuje na podobny wzorzec. – Popukał się z zamyśleniem w dolną wargę. – To w sumie doskonałe. Na tyle ciemno, żeby identyfikacja była utrudniona, jeśli ktokolwiek go zobaczy, ale równocześnie wystarczająco jasno, żeby ludzie nie byli jeszcze ostrożni przy otwieraniu drzwi nieznajomemu.

Lestrade zastanowił się.

- Okej, widzę logikę w przychodzeniu o zmierzchu, ale ostatnia ofiara nie została zabita przed późnym wieczorem w niedzielę. Więc mieszkania musi opuszczać w nocy.

- Musi? – zapytał Sherlock. – Popełniliśmy już jeden błąd dotyczący czasu, nie śpieszmy się z wydawaniem kolejnej opinii.

- Szarówka panuje także o poranku – przypomniał Hopkins. – A morderca wyraźnie spędza ze swoimi ofiarami weekend. Przychodzi do mieszkania w sobotę o zmierzchu i nie zabija ich aż do niedzielnej nocy – pomijając przypadek, w którym popełnił błąd... co, jeśli zostaje z nimi aż do poniedziałku rano?

- Warto wziąć to pod uwagę – dodał John. Lestrade odwrócił głowę w jego stronę. Zupełnie tak, jakby Sherlock miał własną grupę wsparcia. – Jeśli jest tak ostrożny, kiedy przychodzi do domów, przy wychodzeniu uważa pewnie jeszcze bardziej. Mężczyzna opuszczający miejsce zbrodni w środku nocy mógłby wzbudzić zainteresowanie i zostać zapamiętany; ale w poniedziałek rano nie tylko oświetlenie nie jest jeszcze zbyt dobre, ale dodatkowo wszyscy wkoło budzą się do życia.

Lestrade pokręcił głową na ten potrójny występ, po czym jego oczy skierowały się na wiszący na ścianie zegar i poczuł ucisk w gardle.

- Więc jeśli znalazł kolejną ofiarę na ten weekend... – zaczął.

Sherlock wyjrzał na zewnątrz na zapadający zmrok.

- Tak – potwierdził ponuro. – To by oznaczało, że już z nią jest.


- Maggie, odbierzesz wreszcie ten cholerny telefon? – Kate odsunęła słuchawkę od ucha i patrzyła w nią przez chwilę. – Znowu masz słuchawki ustawione na jedenaście? – spytała głośnym szeptem. – Słuchaj, dzwonię do ciebie z łazienki. Znowu. Henry musi już myśleć, że mam rozwolnienie. – Czekała przez chwilę, ale jedyne, co słyszała w słuchawce, to swój własny oddech nagrywający się na pocztę. – Muszę iść. Jest ósma trzydzieści... Spróbuję zadzwonić znowu za jakąś godzinę, dobrze? – Stała jeszcze przed chwilę, patrząc w lustrze na niepokój w swoich zielonych oczach. – Proszę Maggie, odbierz. Kocham cię.


- To ostatnia wiadomość, jaką ci zostawiam, Magdaleno Harris! Jest dziewiąta trzydzieści – jeśli nie odezwiesz się do dziesiątej, przyjeżdżam. Nie obchodzi mnie, jaką wymówkę będę musiała wymyślić, zrobię to i już. – Przerwała, zaciskając mocno dłonie na słuchawce. – Nie chodziło mi o to, że żałuję związku z tobą... wiesz o tym, prawda? Po prostu... Słuchaj, po prostu daj mi znać, że nic ci nie jest. Wyślij smsa. – Zastanowiła się przez chwilę. – Albo zadzwoń do mnie. Wiem, że prosiłam cię, żebyś nie dzwoniła, kiedy Henry jest w mieszkaniu, ale zrób to. Ja... Jesteś na mnie zła? Powiedziałam coś nie tak? Wiem, że udajesz całą wyluzowaną i opanowaną, a tak naprawdę się przejmujesz, znam cię... – Ucichła. – Pół godziny, Maggie. Mówię serio.


- Och, Maggie, dzięki Bogu! Przeraziłaś mnie. – Kate przycisnęła telefon do ucha, z uczuciem ulgi rozpływającym się po całym ciele.

- Przepraszam słonko. Nadal tu jestem.

- Wszystko w porządku? Masz dziwny głos. – Kate położyła się na materacu.

- Wszystko okej. Gdzie jesteś?

- Weszłam na górę, powiedziałam, że muszę napisać parę listów. Naprawdę, właśnie obmyślałam wymówki na wyjście z domu o tej porze, w razie gdybyś się nie odezwała. – Kate westchnęła. – Co robiłaś? Byłaś na mnie zła? Przepraszam za to, co powiedziałam.

- Nie przejmuj się. Po prostu wyłączyłam dźwięk w telefonie, kiedy poszłam się kąpać, i zapomniałam włączyć go z powrotem. Nie chciałam cię przestraszyć.

- Dobry BOŻE!

- Wiem. Przepraszam cię, słonko. Słuchaj, pójdę za twoją radą i odwiedzę jutro Tony'ego, więc nie dzwoń do mnie, dobrze?

- Tak będzie najlepiej. Wiem, że to niezbyt ekscytujący plan na niedzielę, ale przynajmniej będziesz bezpieczna, prawda? – Nie było odpowiedzi. – Słuchaj, lepiej już zejdę na dół. Co robisz wieczorem?

Maggie wydała z siebie dziwny odgłos.

- Och, nic specjalnego. Jestem zmęczona, chyba położę się wcześnie. Może umyję włosy. – Wydawało się, jakby traciła oddech.

- Naprawdę wszystko w porządku? Brzmisz dziwnie.

- Jestem zmęczona.

- W porządku. Zadzwonię do ciebie w poniedziałek, okej? Nadal nie wierzę w tę akcję z dzwonkiem... Przestraszyłaś mnie na śmierć. Nigdy więcej tego nie rób!

Zapadła krótka cisza.

- Nie zrobię.