Sylwetka długouchego cra odcinała się czernią na tle malinowego ogniska.
Ukryty w mroku obserwator przyglądał się, jak młody łucznik wstaje, obchodzi obozowisko, jak się nachyla, żeby obudzić któreś z towarzyszy. Enutrofa, sądząc po schrypniętych obelgach, jakie przecięły nocne powietrze. Obserwator stłumił śmiech i skorzystał ze zmiany warty, żeby rozprostować kości.
Kiedy znów spojrzał w stronę ogniska, enutrof stał, wsparty na łopacie, gapiąc się w płomienie i burczał coś pod adresem cra. Drewno trzaskało w ogniu.
Sparrow ocknęła się, sztywna z zimna, na wilgotnej trawie. Usiadła, przygryzając wargę. Niebo nad głową zasnuwały kłębiaste, bladoszare chmury, a w lesie za jej plecami zahukał piwi.
U boku osamody, zwinięty w kłębek, spał Flopin. Jedno ucho sterczało mu jak żagielek i drgało nerwowo w rytm snów cra. Sparrow przeciągnęła się, aż trzasnęły kości, i patykiem rozgarnęła popioły po ognisku.
Po czym rzuciła kijek w pochrapującego enutrofa. Ruel spadł z głazu, na którym siedział, z hukiem i brzękiem, bo łopata trafiła na kamień.
- A żeby cię wszystkie shushu – warknął.
- Nie śpij na warcie.
Flopin gwałtownie chwycił powietrze. Kiedy Sparrow się obejrzała, leżał z rozrzuconymi rękami, patrząc szklanym wzrokiem w niebo.
- Albatros – wymamrotał, a osamoda odruchowo zerknęła na chmury, zanim położyła dłoń na ramieniu cra. Wzdrygnął się, zamrugał i usiadł powoli.
- Dzień dobry.
- Dobry, dobry – burknął Ruel. - Ciekawe, co będziemy dzisiaj jedli.
- To, co znajdziemy – Flopin otrząsnął się z resztek snu, zgarnął z oczu jasną grzywkę. Uśmiechnął się do Sparrow.
- Będziesz ganiał za piwi – marudził stary enutrof, podnosząc swoją szuflę – do przyszłej wiosny.
- W lesie jest mnóstwo jagód i orzechów – powiedziała stanowczo osamoda.
- Jagody i jagody. Za stary na to jestem, ot, co. Mnie potrzeba treściwego jedzenia, a nie tych waszych jarskich...
Nie słuchając narzekań Ruela, Flopin i Sparrow podnieśli się z trawy i zaczęli zwijać obozowisko.
Obcas buta ześliznął się po mokrej korze. Elely z piskiem poleciała w błoto.
Wypluła go trochę, a potem odgarnęła mokre włosy mokrą ręką, zostawiając na skórze smugi mazi.
- Ani słowa – mruknęła.
Goultard przykucnął na konarze, ani na chwilę nie tracąc równowagi, żeby się z niego zsunąć na mech i podać Elely pomocną dłoń.
- Nic nie mówiłem.
Az, przycupnięty na gałęzi nieopodal, zaświstał, a iopka wzruszyła ramionami. Otrząsnęła się z lepkiego błota, wzbudzając kaskadę oburzonych świergotów ze strony tofu.
- Przepraszam.
Słońce stało już nisko nad koronami drzew, barwiąc ich kontur brudnawym różem. Goultard i Elely bez słowa ruszyli w stronę ruin, automatycznie odpychając z drogi pnącza.
Adamai czekał na nich przy ognisku, rozpalonym na kamiennej płycie. Oczy miał zamknięte, pazurzaste łapy złożone na podołku i wyglądał, jakby czas nic dla niego nie znaczył.
- Biłaś się z bajorem? - zarechotał leżący obok Grufon, ale Elely powolnym, wystudiowanym gestem zgarnęła z tuniki garść mułu i zważyła w ręku. Shushu pokazał jej rysunkowy język, ale przynajmniej się zamknął.
- Zjadłabym gobbala z racicami – powiedziała. Klapnęła płasko na kamień i przystąpiła do trudnej operacji zwlekania buta z nogi.
- Jeszcze nie koniec twojej nauki na dziś – rzekł Adamai, nie otwierając oczu. Elely fuknęła tylko. Błoto w końcu puściło i omal nie przewróciła się do tyłu, ale złapała równowagę i wylała zawartość buta za siebie, poza krąg światła ogniska. Az, który umościł się jak w gnieździe pośród dredów Goultarda, zaświstał z obrzydzeniem.
- Zgadzam się w pełni.
- Niepoważna jesteś – oczy smoka zalśniły nagle w półmroku.
- Może gdybyście mi powiedzieli, o co chodzi – mruknęła Elely, mocując się z drugim butem.
- Wiesz, o co chodzi! O losy świata chodzi. Nie umiesz się zdobyć na odrobinę powagi?
Zaryzykowała zerknięcie na Goultarda, który przewrócił oczami. Elely z trudem powstrzymała chichot.
- Nie starasz się! Nie przykładasz! - ciągnął Adamai. Wstał i zaczął chodzić w tę i we wtę, gestykulując jedną łapą.
- Nie powiedzieliście nawet, co mam zrobić – iopka wyciągnęła bose stopy do ognia.
- Sama masz dojść do tego! - zawołał smok. Elely odniosła nieprzyjemne wrażenie, że ma ją za idiotkę.
- Może jakieś wskazówki, co? On – ruchem głowy wskazała Goultarda – chociaż ze mną ćwiczy, a ty się tylko drzesz.
- Nie jesteś gotowa, Ely – wtrącił iop, patrząc w ogień.
- Dobrze, to rozumiem. Ale-
- Nauki poważnie nie traktujesz! - Adamai tupnął, a Elely wyprężyła się na całą swoją niezbyt imponującą wysokość i wrzasnęła – Jesteś niemożliwy! - zanim odmaszerowała pomiędzy ułomki kamiennych ścian.
Wkrótce złość przestała ją rozgrzewać i iopka zadygotała. Z jedną ręką przyciśniętą do brzucha, a drugą do wściekle zimnej ściany, brnęła przed siebie przez labirynt starożytnych murów, a oczy piekły ją ze zmęczenia i frustracji.
Wredny, podły, nieuczciwy smok oczekuje, że będę mu czytała w myślach! Uch!
Bosa stopa trafiła na kamień i Elely krzyknęła, bardziej ze złości, niż z bólu. Usiadła pod zimną ścianą, żeby rozmasować palce. Było już całkiem ciemno.
Gdyby nie to, pewnie nie zauważyłaby błękitnego mżenia za zakrętem. Niewiele myśląc, podeszła, żeby to sprawdzić.
Światło wydobywało się z portalu. Okrągłego jak księżyc na niebie błękitnego portalu, otwartego w kamiennej ścianie. Ręka iopki sama powędrowała do głowicy miecza.
Świetlista powierzchnia nagle zafalowała, wypuczyła się i przed Elely stanął zwalisty foggernauta. Błękitne światło spływało jak woda po ciemnej zbroi.
Iopka natarła na niego.
Stal przeleciała przez mosiądz jak przez powietrze, a Elely wylądowała na kamieniach.
- Iluzja! To nie fair!
- Myślisz, że potraktują cię fair? - zadudnił głos technomaga, ale iopka skoczyła na równe nogi i warknęła – Ty przynajmniej nie udajesz, że mnie czegoś uczysz.
Nie mogła mu nawet podstawić nogi.
- Nie boję się! - wrzasnęła na całe gardło i nagle portal wraz z foggernautą zniknęli, pozostawiając iopkę w ciemności. Dopiero po chwili zobaczyła ognisko, kilkanaście stóp przed sobą, i zarysy dwóch sylwetek. Goultard siedział ze zwieszoną głową, Adamai stał, podpierając się pod boki.
- Powinnaś – zaskrzeczał. - Powinnaś.
Cra wycelował starannie i strzelił w szczelinę między kamiennymi płytami, a wtedy ścigający Ruela golem zachwiał się, potknął, przewrócił, po czym czekający w pogotowiu blibli wskoczył mu na grzbiet i zaczął podskakiwać.
Enutrof zamachem szufli ściął kamienny łeb.
- Dobra robota – Flopin zsunął się z głazu, który posłużył mu za stanowisko łucznicze, Sparrow wyszła z krzaków, otrzepując ręce. Ruel, zdyszany, oparł dłonie na kolanach.
- To nie na moje lata – westchnął.
Osamoda poklepała blibli i odesłała go do lasu.
- Co? - spytała, a Flopin wzdrygnął się i zamrugał – Co tak patrzysz? Mam coś we włosach? Liść?
Przegarnęła jasną czuprynę ręką, a cra roześmiał się niezręcznie.
- Nie, nie, tylko się zagapiłem. Ruel, daleko jeszcze?
- Hę? A, do Emelki?
Stary enutrof wyprostował się, podpierając plecy rękami i mrucząc pod nosem.
- Hmm, hmm, hmm. Jeszcze dzień, dwa, po mojemu. Uh, moje stare kości…
Słońce miało się ku zachodowi, kiedy trójka wędrowców stanęła na szczycie niskiego, kopulastego wzgórza. Przed nimi leżała wioska o ciemnych dachach, ponad które wyrastała sylwetka sporego domu przy drodze, jakby czekającego na przybycie gości.
- To Emelka? - upewnił się Flopin, a Ruel przytaknął i ruszył raźno w dół zbocza. Cra i osamoda, wolniej, poszli za nim.
Budynek przy drodze, jak powiedział im Ruel, gospoda Aliberta, miał stromy, wysoki dach, czerniejący na tle rozpłomienionego nieba, a ściany pobielane i różowe w świetle zachodu. Kołyszący się nad drzwiami szyld przedstawiał kufelek spienionego mleka bambusowego, które wyglądało, jakby je ktoś doprawił syropem z malin. Na sporym ganku stały, poskładane już na noc, stoliki, krzesła i wielkie parasole.
Całość sprawiała bardzo przyjemne wrażenie i Flopin powiedział to głośno.
- Ha! - Ruel, jakby nigdy nie bolały go kości, podbiegł po schodkach do drzwi.
- Zaczekaj, aż spróbujesz potrawki z gobbala!
Cra i osamoda wymienili spojrzenia. Sparrow zachichotała, Flopin wyszczerzył zęby. Nawet nie zauważył, że trzyma ją za rękę.
- Idziecie, czy nie? - zawołał Ruel od progu.
W ciemniawej sali unosił się słaby zapach gotowanych warzyw i jeszcze czegoś, czego Flopin nie umiał nazwać, choć było znajome.
- Już zamknięte – za kontuarem, w kręgu światła jedynej latarni, stała smukła, karmelowej maści dziewczyna-ecaflip w odsłaniającej ramiona bluzeczce. U falbaniastego dekoltu błyskało złoto. Ruel odchrząknął.
- To gospoda dla strudzonych podróżnych, nie?
- Mamy komplet – odparła kotka i z całym spokojem podjęła przepychanie po blacie szmaty.
- Słuchaj no, kicia – enutrof oparł ręce o ladę i spojrzał jej głęboko w oczy. - Wiesz, kto ja jestem? No, wiesz?
- Stary włóczęga, który próbuje wydębić nocleg?
Ruel trzasnął pięścią w blat, ku całkowitej obojętności dziewczyny.
- Jestem najlepszym przyjacielem właściciela tego zakładu!
- Nie ma go – ecaflipka strzepnęła szmatę prosto w nos Ruelowi, po czym zawiesiła ją na kołku na ścianie.
- Taak? Kiedy wróci?
- Nie wiem.
- To tyle, jeśli chodzi o Emelkę – mruknęła Sparrow. Moneta na szyi kotki zawirowała, rzucając złote błyski, kiedy jej właścicielka nachyliła się do Ruela, opierając łokcie na kontuarze. Pasmo karmelowej grzywki spłynęło jej na nos.
- To się dowiedz – zażądał Ruel. - I trochę szacunku dla starszych!
Karmelowe włosy zamigotały w świetle latarni – Mam ogromny szacunek dla mojego pracodawcy, i nie będę wpuszczała do jego domu byle kogo. Jazda stąd!
- Jeśli natychmiast nie pójdziesz po Aliberta, mruczku, dopilnuję, żebyś już nigdy nie dostała wypłaty!
- Nie przesadzasz trochę? - zapytał nagle przyjemny bas i z kuchni wynurzył się zwalisty wąsal, poprawiając kucharską czapkę.
- Ruel, stary oszuście! Sparrow, jeszcze nie masz go dość?
- Alibert! Twoja kelnerka-
- Robi, co do niej należy – Alibert skinął ecaflipce głową.
- Nie uwierzyłbyś, ilu ludzi próbuje tu zjeść i nie zapłacić.
- He, he – zaśmiał się Ruel nieszczerze, ale karczmarz klepnął go tylko po plecach, aż się zachłysnął.
- Nellith, szykuj pokoje – dwoma krokami przemierzył salę, zatrzasnął drzwi i zaryglował je.
- Pewnie jesteście tacy głodni, że nie przeszkadza wam jedzenie w kuchni – rzucił – proszę, proszę!
Odchylił przed nimi zasłonkę ze sznurów paciorków. Ruel odstawił szuflę pod ścianę, zanim wszedł.
Następny dzień podróżnicy postanowili spędzić na planowaniu dalszej drogi do Bonty. W porze drugiego śniadania Flopin i Ruel zasypali jeden ze stołów w głównej sali mapami, a teraz spierali się leniwie, czy warto płacić za indykoekspres. Gospoda była prawie pusta – jedyny gość, masqueraider siedzący w kącie nad jednym kuflem mleka, od czasu do czasu zerkał na nich obojętnie. Może po prostu byli ciut bardziej interesujący od mebli i bielonych ścian.
- Nie mamy pieniędzy na dyliżans, i tyle – Ruel zepchnął rozkład jazdy na bok tak gwałtownie, że kartka sfrunęła na podłogę. Flopin automatycznie się po nią schylił.
- Możemy poszukać tutaj pracy – zaproponował, odkładając rozkład na drugi stół. Kątem oka zauważył coś jasnego.
Obrócił się i dech mu zaparło.
W wejściu do kuchni, obramowana łagodnym blaskiem, rozłamującym się na iskierki w jej białych włosach, stała smukła osamoda w kremowej sukience, idealnie podkreślającej granat jej skóry.
Młody cra zamrugał. Osamoda uśmiechnęła się nieśmiało.
- No, jak?
Podeszła do stołu, zanim zdołał się otrząsnąć, i dodała – Nellith mi ją dała. Na przeprosiny.
Ruel burknął coś, nie podnosząc głowy, a Flopin wyjąkał – Wyglądasz… jak dziewczyna…
I natychmiast poczuł nieodpartą chęć, żeby sam siebie kopnąć w tyłek. „Jak dziewczyna"? Serio?
Ale Sparrow zachichotała i przysunęła sobie krzesło.
- Nie zgłodnieliście jeszcze od tych map? - zapytał Alibert, wchodząc. Z blokiem rachunków w ręku podszedł do gościa w kącie.
- W sumie, coś by się zjadło – Ruel wyciągnął ręce nad głowę, obserwując, jak masqueraider wręcza karczmarzowi złotego guldena i bez pośpiechu wstaje.
- Nieduży ruch w interesie, co?
- Nie – skrzywił się Alibert. Dopiero teraz Flopin zdał sobie sprawę, że poza wychodzącym właśnie masqueraiderem nie widzieli tu dziś – ani wczoraj - nikogo.
- Podróże teraz niebezpieczne. Ale radzę sobie.
- He, he, no, myślę. Do twojej kuchni ludzie powinni się zjeżdżać z daleka – Ruel zdzielił karczmarza po szerokich plecach, a ten roześmiał się serdecznie.
Flopin i Sparrow wstali jednocześnie, sięgając po ten sam zwój mapy, leżący pośrodku stołu. Odskoczyli oboje, kiedy ich palce się spotkały.
- No, chodźcie, chodźcie. Dziś jemy w mniejszej sali.
Zarumienieni, podreptali za Ruelem i Alibertem do wnętrza gospody.
Miecz szczęknął głośno o kamień. Elely uskoczyła przed pięścią golema, z rozpędu wbiegła na niski konar, a kiedy dotarła na wysokość golemowej szyi, pchnęła. Kamienny olbrzym zatrzeszczał.
Wolno, jakby przytrzymywała je niewidzialna magia, głazy spłynęły na ziemię.
Iopka obserwowała je jeszcze przez moment, ściskając miecz.
- Dobrze, dobrze – zaskrzeczał smok, a ona kiwnęła głową. Ruda grzywka opadła jej na oczy.
Adamai podniósł się z rozwidlenia gałęzi i podszedł, tak pewnie, jakby spacerował po równinie Canii, nie po omszałej korze.
- Usiądź teraz. Oddech złap.
Elely przewróciła oczami, ale schowała miecz. Usiadła. Las dookoła pachniał deszczem i mchem, a gdzieś wysoko nad głową odezwał się piwi.
- Myśli wycisz. Na wakfu skup je.
Prychnięcie samo wyrwało się Elely, a wtedy twarda, łuszczasta łapa trzepnęła ją w ramię.
- Au.
- Skupienie – warknął Adamai. - Powaga.
- Tak jest – zagryzła wargę, a smok zaczął wykład – Wakfu cały świat przenika. Płynie wiecznie. Świetlistymi istotami jesteśmy, nie tą surową materią!
- Mhm.
Wzdrygnęła się, ale nie z zimna. Pot spływał z Elely strużkami, nie parując, bo powietrze było już zupełnie wysycone wodą. Czuła nadciągającą burzę.
Nagle jakby przeszyła ją włócznia.
Ocknęła się na mchu pod drzewem, z białą twarzą Adamaia wiszącą nad nią jak księżyc w pełni.
- Kontrola – powiedział, szarpiąc ją za rękę. Elely pozwoliła się podciągnąć do pionu, otrząsnęła mroczki sprzed oczu.
- Co to było?
- I ja poczułem. Wizja.
Smok usiadł obok niej, a Elely podciągnęła jedno kolano pod brodę, patrząc w przestrzeń.
- Jakby… widziałam wioskę. Duży dom w jakiejś wiosce…
- Przyjaciół tam masz.
- I oni… - zagryzła wargę. Adamai poważnie kiwnął głową, a iopka zerwała się na nogi.
- Muszę im pomóc!
Smok jednym szarpnięciem usadził ją z powrotem na mchu.
- I kto wtedy świat ocali, hmm?
Potarła czoło – Ciągle nie wiem, co takiego ważnego mam do zrobienia, i kiedy. A oni mnie potrzebują teraz!
- A inni będą potrzebować później – powiedział stanowczo Adamai.
