Powietrze wydawało się gęste. Czuła się jak w wielkiej kadzi wypełnionej po brzegi krochmalem. Magia chłopaka była naprawdę silna. Dużo silniejsza, niż się spodziewała. Nie chciał jej tu i widać nie bawił się w dyplomację. Cóż… zaraz sobie z nim porozmawia. Merlin, choć niewątpliwie potężny, był w tej chwili osłabiony. Sprawdziła to za wczasu.
Przetarła dłonią twarz. Właściwie pozbyła się krwi, ale nie wrażenia, że wciąż jest nią umazana. To była jedna z ostatnich rzeczy, która przed śmiercią wryła się w jej świadomość bardzo silnie. Nawet nie ból, tylko poczucie bycia brudną. Jak ta szmata do podłogi, która leży tam w kącie.
Agnes, ta słodka, mała, bardzo użyteczna dziewczynka, gdzieś w środku wciąż walczyła, próbowała wypchnąć ją ze swojego ciała.
„Nic z tego, kochanie", pomyślała Anna, od niechcenia odpychając niepożądaną świadomość. Utkwiła spojrzenie w twarzy Gajusza. Oto miała przed sobą człowieka, którego nienawidziła na równi z Utherem, a ci, których nienawidziła, musieli cierpieć. Taką miała zasadę. Było już za późno, by ukarać Uthera; zresztą doszły ją słuchy, że on akurat umarł jak trzeba. Ale jego syn, medyk i ta łajza Merlin… ten zdrajca, który będąc taki jak ona wciąż żyje w Camelocie, służy Arturowi, przyjaźni się z nim… Oni otrzymają to, na co zasłużyli. Od niej, od Anny Moor.
Nie było do końca tak, jak sobie zaplanowała. Od czasu, gdy utraciła ciało, trzymała się Edgara. Żywiła się jego energią, wpływała na jego myśli i zachowanie. Gdy chciała coś osiągnąć, podsuwała mu to dyskretnie, tak, by był przekonany, że to jego inicjatywa. Zwykle się udawało. Nie miała jednak siły, aby przejąć jakiekolwiek ciało. Dawna moc stała się tylko wspomnieniem.
Wszystko przez wywar Gajusza. Gdyby nie podano jej go przed egzekucją, bez trudności opanowałaby ciało innego człowieka, lub zwierzęcia i nie musiałaby egzystować przez lata w tej żałosnej postaci. W chwili śmierci, potężnym wysiłkiem woli wśliznęła się w ciało kawki, ale otumaniona specyfikiem nie zdołała się tam utrzymać. A później, kiedy jej własna, ziemska powłoka umarła, już się nie dało. Próbowała wiele razy, lecz bezskutecznie. Była duchem? Odbiciem samej siebie? Marną kreaturą, potrzebującą czerpać z żywego człowieka? Sama nie wiedziała.
Przywarła do brata niczym pasożyt. Brzydziła się tym, lecz pragnęła przetrwać i zemścić się na tych, którzy pozbawili ją wszystkiego.
Obserwowała ich. Towarzyszyła Edgarowi praktycznie wszędzie. Niekiedy sama wybierała się na zwiady. Szybko zorientowała się kto jest kim; w rzeczywistości, nie na papierze. Nie podejmowała konkretnych działań, bo czuła się zbyt słaba, zbyt bezradna, jednak kiedy pojawił się Merlin, miarka się przebrała. Nie była w stanie na to patrzeć. Gajusz przyjął go i traktował jak syna, choć ją zdradził. Uther dał mu posadę, choć ją spalił na stosie. Artur ofiarował mu przyjaźń, a jej nie dano tego nigdy.
Narastający gniew sprawił, że w końcu zaczęła logicznie myśleć. Przyglądała się uważnie księciu (później królowi) oraz jego kłamliwemu służącemu i… wymyśliła. Zdążyła się nauczyć, że cierpliwość popłaca, dlatego z niczym się nie spieszyła.
Kilka tygodni temu sprawiła - to naprawdę nie było trudne - by jej brat spotkał się przypadkowo z tą durną szwaczką Weenie. Do owego „przypadkowego" spotkania doszło na prawie pustym dziedzińcu, dokładnie w momencie, gdy zjawili się tam Artur, ten szczur Merlin oraz kilku rycerzy. Wracali z polowania. Król i Merlin droczyli się w sposób mający nie wiele wspólnego z właściwą relacją pana i sługi. Rycerzy to bawiło. Mały zdrajca tracił już chyba cierpliwość. Stał przy koniach, wyrzucając z siebie słowa z taką prędkością, jakby goniło go stado zdziczałych psów. Król uśmiechnął się szeroko, a potem skórzaną rękawiczką kilkakrotnie przejechał dość mocno po czarnej czuprynie chłopaka. Merlin wykrzywił się, nie mogąc się zdecydować czy rozzłościć się bardziej, czy zacząć się śmiać. Wyglądał przy tym komicznie.
Weenie patrzyła na nich z sympatią. Łatwo się było domyślić, co jej chodzi po głowie. Prawdopodobnie nie mogła uwierzyć, że syn Uthera - człowieka, którego wszyscy normalni ludzie się bali, traktuje kogoś w taki sposób.
- Z tego się prędzej, czy później zrobi skandal - mruknął pod nosem Edgar. Szwaczka posłała mu zdumione spojrzenie. Jego głos słyszała pierwszy raz w życiu.
- Czemu? Lubią się. To dobrze, że mamy króla, który nie patrzy na to, kto jest kim z urodzenia - powiedziała z właściwą jej, głupią wesołością.
- Jesteś ślepa, czy nierozgarnięta? - warknął Edgar. Dziewczyna zmieszała się.
- Co? - zapytała. - Nie rozumiem.
- Że się lubią, to za mało powiedziane.
- Och, nie wiem, o co ci chodzi. Nie ma w tym nic złego.
- Głupia. Dzieliłabyś łoże z drugą kobietą?
- Jasne - odrzekła bez wahania Weenie. - Z siostrą, albo z przyjaciółką. A bo to raz się tak robiło? - Edgar odchrząknął znacząco.
- Ale nie z kochanką?
- No coś ty! - krzyknęła. Jej policzki pokryły się szkarłatem. - Naprawdę!? - Anna nie chciała, by Edgar odpowiadał. Im więcej dziewczyna dopowie sobie sama, tym lepiej.
Plotka rozeszła się lotem błyskawicy. Strażnicy pobili Merlina. Annę to cieszyło, lecz spodziewała się bardziej spektakularnego efektu. Tym czasem, jakimś cudem, król do tej pory o niczym się nie dowiedział. Uruchomiła jednak złożoną machinę. Umiała czekać.
Sprawę z protokołem wymyśliła w sumie dla czystej rozrywki. Uważała się za osobę obdarzoną wybitnym poczuciem humoru. Chciała zobaczyć, jak Merlin się z tego tłumaczy. Protokół sporządził oczywiście Edgar, odrobinę zmieniając swoje pismo, by wyglądało na podrobione.
Anna poczuła się silniejsza. Wykorzystywała teraz większość energii brata, w wyniku czego Edgar słabł z dnia na dzień. Nagle doznała olśnienia; magia domaga się równowagi. Jego śmierć przywróci jej życie. Wchłonie całą jego energię i wtedy będzie mogła posiąść ciało. Wiedziała, że tak się stanie.
Kilka dni temu odkryła, że znowu potrafi wdzierać się do umysłów, innych niż bardzo podatnego na jej ingerencję Edgara. Poćwiczyła trochę na Merlinie. Szło jej całkiem nieźle. Ten wstrętny pupilek króla prawie dał się zastraszyć. Prawie, bo wtrącił się Artur, a wtedy stało się coś dziwnego, coś czego nie potrafiła pojąć. Cóż… Już nie musiała zawracać sobie tym głowy. Oto miała ciało. Agnes z wielu względów wydawała się najbardziej odpowiednia. Tak naprawdę Anna mogła wykorzystać każdego, włącznie z własnym bratem, ale przypuszczała, że nikt nie wahałby się przed zabiciem go. Nie miała pewności jakiej mocy się po sobie spodziewać, dlatego wolała mieć ochronę w postaci wzbudzającej sympatię buzi biednego, ślepego dziecka.
- Niestety nie powiem, że miło cię widzieć, Gajuszu - odezwała się. Starała się przemawiać swoim głosem, ale Agnes gdzieś się jeszcze przebijała.
- Ja też nie mogę tego powiedzieć - odrzekł hardo medyk, choć był śmiertelnie blady. - Czego chcesz? - zapytał.
- Spokojnie. Przekonasz się w swoim czasie. Musimy się przygotować.
- Opuść ciało Agnes - rzucił ostro.
- Nie mam zamiaru.
- Rozumiem, że szukasz zemsty. Masz mnie. Innych zostaw w spokoju. Nie są niczemu winni. - Postąpił kilka kroków do przodu, ostrożnie zmniejszając dzielącą ich odległość.
- Och, Gajuszu! Ty i te twoje szlachetne odruchy. Myślisz, że to takie proste? Ja nie lubię prostych rozwiązań. Gdybym je lubiła, napuściłabym Edgara, żeby was pozabijał. - Gajusz spojrzał na nią z powątpiewaniem. - Nie wierzysz mi? - Roześmiała się niemal serdecznie, jakby droczyli się po przyjacielsku. - Na mój rozkaz wymordowałby połowę zamku. Ale nie o to mi chodziło. Posłużyć się kimś, a zrobić to samemu… cóż, nie ma porównania. Słyszałeś plotki? - spytała, przechylając lekko głowę.
- Jakie plotki? - Gajusz postanowił grać na zwłokę.
- O królu i tym twoim ukochanym Merlinie.
- Owszem, słyszałem. Maczałaś w tym palce - bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Postarzałeś się, ale nadal jesteś bystry, trzeba ci to przyznać.
- Chciałaś doprowadzić do wybuchu skandalu.
- Zgadza się. Musiałbyś patrzeć na cierpienie najbliższych ci osób. Może na to, jak Merlin płonie na stosie? Zastanawiałam się też nad ujawnieniem jego zdolności, lecz czarownik w Camelocie nie robi już wrażenia. To zbyt nudne.
- Co chcesz osiągnąć przychodząc tutaj? - pytał dalej Gajusz. Dopóki mówiła, miał czas na myślenie, choć nie przypuszczał by udało mu się znaleźć wyjście z tej sytuacji. Nie podejmował narazie żadnych prób użycia magii. Wolał, by Anna jak najdłużej zachowywała się spokojnie. Ostatnią rzeczą jakiej by sobie życzył, było wyrządzenie krzywdy Agnes.
- Widzisz, zmiana planów. - Anna roześmiała się. - W sumie chętnie zobaczyłabym jak to się skończy, ale skoro wróciłam do żywych, nie zamierzam wciąż bawić się w podchody. Dość! Zbyt długo czekałam, by się z wami policzyć!
- Mówiłaś, że nie przepadasz za prostymi rozwiązaniami - zauważył medyk. Wyraz twarzy Agnes… Anny, bardzo mu się nie podobał.
- Kto powiedział, że zabiję was w prosty sposób? Najpierw trochę sobie porozmawiamy. Merlin jest w tym małym pokoju, prawda? Króla zaraz sprowadzę. Wtedy chyba już będziemy w komplecie.
Nie można było dłużej zwlekać. Gajusz skoncentrował się najbardziej jak potrafił. Chciał oszołomić ją zaklęciem, lecz dziewczynka zablokowała go od niechcenia.
- Nigdy nie byłeś specjalnie uzdolniony, ale coś tam potrafiłeś - stwierdziła konwersacyjnym tonem. W następnej chwili Gajusz bez przytomności upadł na podłogę.
Merlin wstawał bardzo powoli, zaciskając zęby na własnej ręce, by nie zawyć z bólu i nie zwrócić uwagi Anny. Starał się wmówić sobie, że ból jest gdzieś poza nim, że w ogóle go nie odczuwa. Oparł się mocno o stolik. Oddychał ciężko. Po twarzy i plecach spływały mu strużki potu, a przed oczyma przelatywały czerwone płaty.
A żeby to szlag jasny trafił! Dawno nie czuł się tak bezradny, praktycznie uwięziony we własnym łóżku. Teoretycznie mógł za pomocą magii przesunąć łóżko bliżej drzwi i stamtąd zaatakować, lecz ten pomysł wydał mu się conajmniej… głupi, kompletnie niedorzeczny, idiotyczny w samym założeniu. Trzeba zachować choć trochę godności.
Udało się! Stanął o własnych siłach. Postąpił kilka kroków w stronę drzwi. Ból w boku eksplodował, ale przecież… to naprawdę nie jego bok, nie jego rany, nie jego ból i generalnie nic mu do tego. Słyszał co mówiła Anna. Jeśli nie uda mu się jej powstrzymać, wszyscy będą zgubieni. Standardowy scenariusz, który zaczynał go powoli irytować. Do diabła z takimi standardami.
Omiótł wzrokiem całą scenę. Gajusz leżał na podłodze. Anna patrzyła na niego, z wypisanym na twarzy Agnes zadowoleniem. Nie dostrzegła stojącego w drzwiach Merlina. Postanowił to wykorzystać. Posłał w jej kierunku całkiem potężną falę magii, w zamierzeniu mającą pozbawić ją przytomności. Dziewczyna jednak instynktownie odbiła zaklęcie. Osłonił się błyskawicznie. Skoncentrowana energia nie rozproszyła się, lecz zawisła pomiędzy nimi niczym chmura; groźna, nieprzewidywalna, dla zwykłych śmiertelników nie do okiełznania. Przez chwilę po prostu przepychali ją siłą woli, to w jedną, to w drugą stronę, nie nadając jej konkretnych właściwości. Gdyby ktoś obserwował ich z boku, mógłby odnieść wrażenie, że się bawią, eksperymentują. Merlin z niechęcią przyznał przed samym sobą, że było to w pewnym sensie fascynujące. Anna musiała mieć podobne odczucia, bo nieoczekiwanie spojrzała na niego tak, jakby znali się nawzajem bardzo dobrze i właśnie odkryli wspólnie coś niezwykłego.
W tym momencie do jego świadomości przedarł się ból. Krzyknął i upadł, z całej siły uderzając plecami o schodki, na których szczycie jeszcze przed sekundą stał. Nie był w stanie się przed tym uchronić. Zupełnie zapomniał o fizycznej słabości. Anna wydawała się być zaskoczona niemniej od niego.
Pociemniało mu przed oczyma. Znów krzyknął. Poczuł, że coś oplata jego szyję, nadgarstki i kostki. To Anna wyczarowała grube liny.
- Ponoć jesteś taki potężny - wyszeptała, podchodząc bliżej. Pochyliła się i dotknęła jego policzka w sposób, który w innej sytuacji można by uznać za czuły. - Cudownie. Cudownie - mruknęła. - Zaczekaj tu. Jeśli oczekiwanie będzie ci się zanadto dłużyć, spróbuj się uwolnić. - Głos Agnes nareszcie przestał się przebijać i Anna zaśmiała się zupełnie po swojemu. Ktoś kiedyś powiedział jej, że ma ładny głos i powinna śpiewać. Też tak uważała. Przyjemnie było znów go słyszeć.
Juliusz zbierał się do odejścia. Gajusz kazał mu iść już dawno, ale wolał nie narażać się królowi. W jego sytuacji było to - delikatnie mówiąc - nie wskazane. I tak miał dość problemów. Lepiej dmuchać na zimne, dlatego nadal stał pod drzwiami do komnat medyka, nie mogąc się zdecydować co zrobić.
Uczta dobiegła końca. W zamku panowała niemal absolutna cisza. Po korytarzach nie plątał się nikt, prócz pełniących wartę strażników, więc miał szansę przemknąć się niepostrzeżenie. Jego zmiana już dawno się skończyła. Chyba ma prawo iść do domu? Król przecież nie powiedział, że nie.
Wtem usłyszał łoskot, jakby ktoś upadł z dużą siłą. Zdecydowanie mu się to nie spodobało. Zaraz potem do jego uszu dobiegł ludzki krzyk. Nagle drzwi się otworzyły i z pomieszczenia wypadła jasnowłosa dziewczynka, która weszła przed kilkoma minutami. Popędziła przed siebie, nie zwracając na nic uwagi.
Co się tam do kurwy nędzy stało? Co ją tak wystraszyło?
- Hej! Mała! Chodź no tu! - zawołał, lecz ciemna figurka już prawie zniknęła mu z oczu.
Nie widząc innego wyjścia, ostrożnie zajrzał do środka. To co ukazało się jego oczom sprawiło, że ugięły się pod nim kolana. Medyk i ten… chłopak wyglądali na martwych. W komnacie nie było śladów włamania, ani stoczonej walki. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu.
Cholera jasna! Jak król to zobaczy, prawdopodobnie dostanie szału. Będzie można mówić o prawdziwym cudzie, jeśli nie polecą głowy.
Podszedł do Gajusza i z ulgą odkrył, że mężczyzna oddycha.
Na podejście do leżącego na schodkach Merlina nie potrafił się zdobyć, lecz szybko okazało się, że chłopak żyje i jest przytomny. Próbował coś powiedzieć, jednak Juliusz nie zamierzał go słuchać. Wybiegł z komnaty z mocnym postanowieniem, że to jest ostatni raz, kiedy daje się wplątać w aferę z udziałem królewskiego kochanka. Pewnie ktoś postanowił ostatecznie zrobić z nim porządek i Juliusz nie miałby absolutnie nic przeciwko temu, gdyby akurat wtedy nie stał pod tymi pieprzonymi drzwiami. A tego, że stał, nie da rady się wyprzeć.
Szlag! O, szlag! Było nieciekawie. Bardzo nieciekawie. Głowę raczej zachowa, ale kłopoty i tak mogą być bardzo poważne.
Zatrzymał się w połowie korytarza. I co on ma teraz kurwa zrobić? Chyba musi kogoś poinformować. Ale kogo? Od razu samego króla? Dowódcę straży? Nie, lepiej tego nadętego dupka Leona. On niech przekaże królowi. Trzeba tylko mieć nadzieję, że podczas uczty nie uchlał się jak świnia, (co rycerze mają w zwyczaju) i będzie w stanie się tym zająć.
Merlin spróbował za pomocą magii uwolnić się z więzów. Gdy wyszeptał zaklęcie, pętla na jego szyi zacisnęła się odrobinę. Pojął, dlaczego Annie zależało na tym, by spróbował. Łzy napłynęły mu do oczu. I to by było na tyle, jeśli chodzi o zachowanie resztek godności. Trzeba było atakować z łóżka. Artur kiedyś mówił coś o nim i o zgrywaniu bohatera. Miał rację.
Drzwi się otworzyły. Merlin sądził początkowo, że to Anna wróciła, ale odgłos kroków wskazywał na mężczyznę? Któryś z rycerzy? Strażnik? Ze swej pozycji nie bardzo mógł zobaczyć, a poruszenie głową chwilowo nie wchodziło w grę. Nie zamierzał sprawdzać, czy pętla i na to nie zareaguje.
- Kto to? - zapytał słabym głosem, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Merlin przypomniał sobie, że zanim upadł, widział leżącego na podłodze Gajusza. Serce podskoczyło mu do gardła. Może jego opiekun jest umierający? Może potrzebuje pomocy, albo… nie! Nie! Żyje! Na pewno żyje! - Gajuszu! - zawołał rozpaczliwie. - Gajuszu! - Nic. Żadnego, choćby najmniejszego poruszenia, szelestu, szmeru. Wyłącznie przerażająca cisza.
Przymknął powieki. Starał się skoncentrować i przy użyciu magii wyczuć, czy w pomieszczeniu znajduje się prócz niego ktoś żywy. Ledwie zaczął, pętla na jego szyi zacisnęła się mocniej, zmuszając go do zaprzestania. Anna dokładnie wiedziała co robi. Bał się jej powrotu. Bał się tego, że przyprowadzi Artura i, że być może wszyscy umrą głęboko zranieni.
Pozwolił by łzy gniewu i bezsilności strumieniami płynęły po jego policzkach. Zaśmiał się histerycznie, wyobrażając sobie reakcję wielkiego smoka na wieść o tym, że sprawa… jakby troszeczkę się rypła, oczywiście przez „młodego czarownika", bo przez kogo by innego?
- Przepowiednie nic nie mówiły o oszalałej z gniewu czarownicy w ciele małej dziewczynki, co? - zapytał ze złością. Wyimaginowany smok spojrzał na niego z lekkim rozbawieniem. - No i z czego się cieszysz!? - Merlin nie uświadamiał sobie, że wypowiada słowa na głos.
- Pamiętaj, młody czarowniku - przemówił w jego głowie smok. - Ty i Artur jesteście jak…
- Och! Przestań! Przestań! - zaprotestował Merlin. Gdyby mógł, zakryłby sobie uszy dłońmi. - Nie chcę tego słuchać! - Kilgharrah roześmiał się donośnie.
- Więc nie słuchaj. Jednak jest to rzecz, o której zawsze powinieneś pamiętać
- Daj mi spokój - mruknął Merlin, zaciskając powieki. - Nie jesteś prawdziwy. Nie możesz mi pomóc.
Na korytarzu usłyszał jakiś ruch. Oblał go zimny pot. Zaraz będzie po wszystkim. Artur dowie się o jego magii w najbardziej nieodpowiedni z możliwych sposobów. Co stanie się potem, zależy wyłącznie od Anny. Albo?… Nie koniecznie wyłącznie od Anny.
Naraz przyszło olśnienie. Wiedział już, co zrobi. Rzuci jedno, celne zaklęcie. Udusi się przy tym, lecz przynajmniej uratuje Artura. Biedna, mała, niczemu nie winna Agnes. Pragnął chociaż móc przeprosić ją za to, że nie zdoła jej ocalić.
Drzwi otworzyły się z impetem i do komnaty wpadło kilka osób. Stukot ciężkich butów wypełnił pomieszczenie.
- Powieszę kogoś za jaja! - To był Gwaine. - Niech się tylko dowiem kogo.
- Nie zrobisz tego sam. - Merlin początkowo nie rozpoznał głosu Leona, który wściekle cedził słowa.
- Merlinie! - Artur znalazł się przy nim pierwszy. Merlin otworzył oczy i spojrzał prosto w twarz króla, nieświadom tego, jak tragiczny obraz sobą przedstawia. Chwyciły go silne ręce i po chwili nie leżał już na schodkach, lecz na podłodze, co przyniosło zdecydowaną ulgę. - Jak Gajusz? - spytał Artur, odwracając się przez ramię.
- Żyje - odrzekł Leon.
- Jest ranny?
- Nie wygląda na to. Nie widać żadnych obrażeń.
- Arturze - zaczął z wysiłkiem Merlin. Nieobecność Anny go niepokoiła. Z dwojga złego, wolał już wiedzieć co robi. Król pochylił się nad nim i położył rękę na jego drżącym ramieniu.
- Co się stało? - zapytał, siląc się na spokój.
- Anna... Anna Moor opanowała ciało Agnes. Szuka cię i chce zabić. Prawdę mówiąc nie wiem, dlaczego jeszcze cię nie znalazła. Powinieneś się ukryć. - Coś silnie wstrząsało jego ciałem. Nad niczym nie panował i to sprawiało, że panika zaczynała brać nad nim górę.
- Co ty znowu opowiadasz?
- Posłuchaj mnie! Nie żartuję! - Zanim Merlin zdążył się zorientować, Artur zabrał się do rozcinania więzów na nadgarstkach. Pętla na szyi zacisnęła się, pozbawiając go tchu. - Zostaw! - wykrztusił. - Te sznury są magiczne. Udusisz mnie, cokolwiek zrobisz.
- Co? - Artur zaczął dokładnie przyglądać się więzom, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. - Nie Merlinie - orzekł w końcu. - Już wiem o co w tym chodzi. Niektóre ruchy powodują, że pętla się zaciska, ale to żadna magia. Zaraz cię uwolnię.
- Proszę, zostaw to - jęknął Merlin.
- Och, dlaczego ty nigdy mi nie ufasz? - Artur zdecydowanie chwycił nadgarstki Merlina, ale ledwie przyłożył ostrze do sznura, policzki chłopaka posiniały. Wielkie, błękitne oczy wpatrywały się w niego z niemym przerażeniem. - Nie! - krzyknął, choć zaprzeczanie oczywistemu faktowi nie miało większego sensu. - No i co teraz!? - Nie wiedział kogo właściwie pyta. Merlin walczył o każdy łyk powietrza.
Tym czasem Leonowi udało się ocucić Gajusza. Medyk usiadł gwałtownie. Zapewne zerwałby się na równe nogi, gdyby Gwaine i Leon go nie przytrzymali.
- Gdzie Anna? - zapytał. Dostrzegł pochylającego się nad Merlinem Artura i serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. - Panie, co się?...
- Magiczne więzy - rzucił Artur. - Duszą go przy każdej próbie przecięcia. Jeśli zaraz czegoś nie zrobimy...
- A to suka - mruknął Gajusz.
- Co!? - Gwaine puścił go z wrażenia. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu zastanawiali się z Elyanem, czy to w ogóle możliwe, żeby Gajusz używał słów uważanych powszechnie za wulgarne. Jakoś nie potrafili sobie tego wyobrazić.
- Suka - powtórzył dobitnie medyk, usiłując wstać. Nie udało się. Za bardzo kręciło mu się w głowie. - Panie... W szafce, tej na szczególnie niebezpieczne rzeczy jest amulet, który…
- Wiem który. I wcale mi się to nie podoba - oświadczył Artur. Parę miesięcy temu, podczas szczerej rozmowy na temat magii, czarowników i kilku innych, pokrewnych kwestii, Gajusz pokazał mu, co naprawdę zabiło jego ojca; podrzucony przez Agravaine'a amulet odwracający zaklęcia.
- Mnie też - przyznał Gajusz. - Ale nic innego tu nie pomoże. - Merlin zaczynał tracić przytomność. Król bez słowa podszedł do Gajusza aby wziąć od niego klucz, który medyk wyjął z noszonego na piersi skórzanego woreczka.
Po chwili ściskał w dłoni ów niewielki przedmiot, budzący w nim tak ogromną odrazę. Cóż za ironia, że teraz może uratować komuś życie. Całe szczęście, że Gajusz nie zdążył się go pozbyć.
Pełen obaw ukląkł przy sinym na twarzy Merlinie.
- Wytrzymaj jeszcze trochę - szepnął, zapinając na jego szyi srebrny łańcuszek. - Zaraz będzie po wszystkim. - Starał się ukryć, jak bardzo drżą mu ręce. Nie wiedział co zrobi, jeśli Merlin tego nie przeżyje. Nagle zaczął do pewnego stopnia rozumieć powody, dla których ojciec rozpętał wielką czystkę. Zaczął się zastanawiać, czy on przypadkiem nie zachowałby się podobnie. Kto wie? Gdyby przez magię stracił kogoś z najbliższych, możliwe, że nie zdołałby zapanować nad chęcią zemsty.
Otrząsnął się, kiedy stojący za nim Gwaine wydał okrzyk zdumienia. Więzy znikały. Po chwili nie było po nich najmniejszego śladu. Merlin zamrugał. Wciąż się dławił. Na jego szyi wykwitały fioletowe sińce.
- Spokojnie. Oddychaj - rozkazał Artur. Gajusz, przy pomocy Leona podniósł się w końcu i podszedł do nich.
- Gdzie jest Anna? - wykrztusił Merlin.
- Nic nie mów - rzucił kategorycznie Artur.
- Też chciałbym to wiedzieć - poparł podopiecznego Gajusz. - I lepiej się dowiedzieć, zanim nas wszystkich wymorduje z zaskoczenia.
- Na pewno nie z zaskoczenia - odezwał się z trudem Merlin. - Słyszałeś przecież co chce zrobić.
- Merlinie, to wariatka. Mogła sto razy zmienić zdanie.
- Zaraz. O co właściwie chodzi z tą Anną? - Król pytająco spojrzał na Medyka.
- Anna Moor, siostra Edgara opanowała ciało dziecka i szuka zemsty na… tych, którzy według niej przyczynili się do jej śmierci.
- Powtórka sprawy z Elyanem? - spytał z rezygnacją Artur.
- Gorzej - odrzekł Merlin, bezwiednie rozcierając szyję. - Anna chce cię zabić, a to nie zagniewany, druidzki chłopiec, lecz potężna czarownica.
- Miała zamiar cię tu przyprowadzić i zabawić się z nami - doprecyzował Gajusz. Uznał, iż w tej sytuacji najlepiej powiedzieć prawdę, rzecz jasna z pominięciem prawdziwego udziału Merlina. - Jest szalona. Oskarża wszystkich, a faktyczną winę za jej śmierć ponoszę wyłącznie ja.
- Trzeba was ukryć. A potem ją znajdziemy - zadecydował Artur.
- Nie! Arturze! To samobójstwo! - zawołał Merlin i natychmiast zaniósł się kaszlem.
- Przestań wrzeszczeć, Merlinie. Nie pytałem cię o zdanie. Gajuszu, dasz radę iść o własnych siłach?
- Ja pomogę - zaoferował Leon, zanim medyk zdążył cokolwiek powiedzieć.
- Świetnie. Gwaine, pomożesz mi. Trzeba przenieść Merlina.
- Dokąd? - Rycerz wyszczerzył się do Merlina, który wykrzywił się ze złością.
- Do moich komnat. Zostaną z Gwen.
Anna, zdezorientowana oparła się o ścianę. Kręciło jej się w głowie. Agnes nadal walczyła, w wyniku czego Anna zamiast szukać króla, znalazła się pod cholerną pralnią. Ta mała celowo wyprowadzała ją w pole, mieszała wszystko. Dziwne. Zawsze to ona była tą, która kontrolowała umysły. A niech to! Diabli wiedzą ile zajmie wydostanie się stąd, nie mówiąc już o dotarciu do Artura. Choć z drugiej strony, dokąd niby jej się spieszy? Może nawet niechcący uzyska lepszy efekt? Gajusz się ocknie, będzie próbował uwolnić Merlina, wpadnie w panikę, bo jego magia jeszcze pogorszy sprawę - zaklęcie może cofnąć tylko ona. Klasnęła w dłonie. No, no, całkiem sympatycznie.
Wzięła kilka głębszych wdechów. Czuła jak magia pulsuje w jej ciele. W jej własnym ciele. „Naprawdę Agnes, powinnaś się już wynieść na dobre".
Ruszyła powoli opustoszałym korytarzem. Czasu jest dużo, a i tak ma ich w garści. Zatańczą jak im zagra. Może po drodze coś jeszcze wymyśli? Ostatnio miała wiele pomysłów, wszystkie równie genialne. Z Merlinem poszło dużo łatwiej, niż się spodziewała. Rozczarował ją troszeczkę. Liczyła na wyrównaną walkę. Zresztą na to się zanosiło, bo gdy weszła do komnat medyka natychmiast wyczuła wrogie nastawienie chłopaka. Nic nie robiąc trzymał ją na dystans, wzbudzając niemal jej szacunek. A potem ten wspaniały, choć krótki pojedynek. Magia w najczystszej postaci. Z lubością się w tym zatraciła. Żałowała, że pokonało go coś tak prozaicznego, jak ból. No cóż… Za okazywanie słabości się płaci.
- Arturze, nie róbcie niczego pochopnie - powtórzyła po raz trzeci Gwen. Siedziała na brzegu łóżka. Na koszulę nocną narzuciła wełniany płaszcz, włosy miała w nieładzie.
- Uważam, że to wariactwo - powtórzył po raz siódmy Merlin, ulokowany tymczasowo w królewskim łożu.
- Przecież nie będziemy czekać aż ona nas znajdzie - odrzekł Artur.
- Co to w ogóle za dziecko? - zapytała Gwen.
- Ma na imię Agnes - powiedział Gajusz. Gwen wydała zduszony okrzyk. Artur spojrzał na nią, nawet nie starając się ukryć poruszenia. Potem zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi. Położył dłoń na klamce i jeszcze raz odwrócił się do nich.
- Na straży stoi Percival z kilkoma strażnikami. Zabiję was, jeśli coś się wam stanie - oświadczył.
- Wzruszające - mruknął w poduszkę Merlin.
