Czwartek, 6 marca
— Panie Longbottom, naprawdę mi przykro, że muszę to panu powtarzać, ale profesor Talbot jest zajęty i nie życzy sobie przyjmować absolutnie żadnych gości, więc muszę…
— „Aurorze Longottom", jeśli już tak trzymamy się szczegółów — wycedził Neville, a łyżeczka w jego dłoni zadrżała niebezpiecznie. — I mnie też jest przykro, że muszę to pani powtarzać, ale dwoje ludzi zginęło i muszę porozmawiać z profesorem Talbotem chociaż przez kilka minut.
Kobieta po drugiej stronie kominka wydała z siebie ciężkie westchnienie, które z jakiegoś powodu doprowadzało Neville'a na skraj ostateczności. Ścisnął łyżeczkę w dłoni, żeby nie wybuchnąć. Uznał, że ma do tego prawo, w końcu spał dzisiaj prawie pięć godzin.
— Panie Longbottom…
— Proszę pani — przerwał jej, bo ten obojętny, przeciągający samogłoski głos nie wróżył nic dobrego — przykro mi, że muszę się do tego uciekać, ale czy chce pani, razem z profesorem Talbotem, zostać uznana za osobę utrudniającą śledztwo? Bo zaręczam pani, że może się tak stać i wtedy żadna ilość sławy i zasieki z trzech sekretarek nie sprawią, że profesor Talbot będzie nieuchwytny.
— Czy pan mi grozi?
Neville musiał się powstrzymać, by z całej siły nie uderzyć otwartą dłonią w czoło.
— Ja wyjaśniam pani, jak wygląda sytuacja — odparł w końcu, zmuszając się, by mówić spokojnie. — I proszę panią, żeby zachowała się pani jak człowiek. Nie jestem fotografem z Przeglądu Historycznego. Tu chodzi o morderstwo, rozumie pani?
To była już ich trzecia rozmowa i Neville nie robił sobie wielkich nadziei. Może powinien ją przycisnąć bardziej. Po drugiej stronie linii zapadła cisza, w której Neville zastanawiał się, czy najnowsze przepisy pozwalają na użycie paru moralnie wątpliwych zaklęć w słusznej sprawie, i już chciał się poddać, kiedy kobieta westchnęła i…
— Jutro o dziesiątej. Będzie pan miał pół godziny. Wie pan, jak tu dotrzeć?
Neville zapisał wskazówki dojazdu w swoim notesie. Posiadłość Talbota była chroniona mnóstwem zaklęć i nie można się było do niej tak po prostu aportować. Po odkryciu, że historyk jest objęty jakiegoś rodzaju protekcją Ministerstwa właściwie nie powinno go to dziwić, a jednak świadomość, że wybiera się do miejsca tak chronionego wzbudzała w nim dziwne poczucie niepokoju. Neville podszedł do szafy i spod stosu papierów wyciągnął mapę Szkocji. Potem rozłożył ją na stole i z ołówkiem w jednej ręce i kubkiem kawy w drugiej zapoznał się z trasą jutrzejszej wyprawy.
Równo z tym, jak wskazówki dużego ściennego zegara przesunęły się, wskazując godzinę dziewiątą, do pokoju wszedł Ron. Pomimo stosunkowo wczesnej pory wyglądał na zmęczonego, a w rękach trzymał kilka średniej grubości papierowych teczek. Rzucił je na kanapę.
— Cześć, Nev — powiedział, wyplątując się z kraciastego szalika.
— Cześć. — Neville skinął mu głową i upił łyk kawy. — Co tam masz?
— Materiały, które się nam nazbierały. Chciałeś „dyskretnego przemaglowania" Daindy'ego i Fowlerów. A, i z Durmstrangu przesłali nam „okrojoną" wersję teczki Ellen. Głównie opinie nauczycieli i kilka świadectw, tak mi się wydaje. Nie miałem jeszcze czasu przeczytać całości. — Ron odwiesił kurtkę na wieszak i podniósł ze swojego biurka pozostawiony tam wczoraj kubek. — Jak przeprawa z sekretarką Talbota?
— Nieźle. Szykuj się na wypad do Szkocji, jutro z samego rana.
Ron spojrzał na niego błagalnie. Neville w odpowiedzi tylko bezradnie rozłożył ramiona.
— Świetnie. Uwielbiam zaczynać dzień od tak miłych wiadomości. — Odchylił się i spojrzał w sufit. — A teraz pozwól, że pójdę po kawę. Chyba że spotka mnie następna niespodzianka i Ministerstwo postanowiło na stałe wycofać ją z obiegu. W końcu można się spodziewać wszystkiego.
Neville uśmiechnął się pod nosem. Zaznaczył ołówkiem jutrzejszą trasę i odłożył mapę na bok, robiąc miejsce dla przyniesionych przez Rona teczek. Pozostawił mu dane z Durmstrangu, bo sam jakoś nie wierzył, że szkolne przeżycia mogły w tej sprawie odgrywać znaczącą rolę. Raport o Daindym też go specjalnie nie interesował, a w każdym razie nie najbardziej. Usadowiwszy się wygodnie na krześle, z nogami opartymi na kanapie, Neville zaczął się wczytywać w życiorysy Fowlerów.
I, ku swojemu najwyższemu zdumieniu, zaczął trafiać na niespodziankę za niespodzianką. Kiedy Ron wrócił z kawą kilka minut później, zastał Neville'a pochłaniającego kolejne strony raportu z zaróżowionymi z ekscytacji policzkami
— Miałem rację, mówiąc, że ktoś tu kłamie — wyznał, zapytany przez Rona, co się stało. — Na przykład: Daniel Fowler urodził się w Szwecji z mieszanego małżeństwa szwedzko-brytyjskiego. W związku z tym uczęszczał do Durmstrangu.
— Razem z Ellen — wszedł mu w słowo Ron.
— Nie do końca. Fowler jest starszy; skończył Durmstrang cztery lata przed Ellen. Ale niewykluczone, że się znali…
Spojrzeli na siebie w napięciu.
— I co dalej? Co Fowler robił na przykład w czasie wojny?
— To jest właśnie, mój drogi przyjacielu, wielka tajemnica — odparł Neville, a jego entuzjazm nieco opadł. — Podobnie jak Ellen zapadł się pod ziemię. Co wcale nie jest zresztą takie dziwne, jeśli mówimy o wojnach ogólnie, ale przyznam, że marzyłyby mi się jakieś konkrety.
Ron odłożył kubek z kawą na stół i wziął do ręki dwie pozostałe teczki. Neville dalej przerzucał kolejne strony.
— Daniel Fowler od siedmiu lat pracuje w Departamencie Transportu Magicznego. Astrid, zgodnie z tym, co mi już powiedziała wcześniej, zajmuje się kulinariami. Do Falmouth przeprowadzili się trzy lata temu, przedtem mieszkali w Londynie…
— Mam coś jeszcze — powiedział nagle Ron i podał Neville'owi duże zdjęcie. — Drużyna quidditcha, do której należała Ellen. Spójrz na podpis pod zdjęciem.
Neville posłusznie zerknął na ramkę. Od lewej: Kaare Wang, Mats Berthold, Victoria Christiansen, Natalia Sokołow, Ellen Morris, Stefan Danielow, Daniel Fowler. Natychmiast spojrzał na fotografię. W środku rzędu z łatwością rozpoznał roześmianą (i ubłoconą) Ellen, zaś na samym końcu szeregu stał dumnie Daniel Fowler w koszulce kapitana drużyny…
Gwałtownie wciągnął powietrze. Za swoim biurkiem Ron patrzył na niego z wyczekiwaniem.
— Rozumiem że podczas żadnej z przeprowadzonych z nami rozmów nie uznał za stosowne o tym wspomnieć?
— On jak on — odparł Ron, w zamyśleniu składając ręce. — Nie wspomniał o tym również Daindy. Ani Astrid Fowler. Myślisz, że nie wiedzieli?
— Jakie są szanse, że uda ci się ukryć coś takiego przed małżonkiem? „Wiesz, kochanie, to prawda, uczęszczałem do szkoły na biegunie zimna, zresztą tak jak twoja najlepsza przyjaciółka, ale w ogóle się nie znaliśmy, chociaż razem graliśmy w jednej drużynie".
— Chyba że z jakiegoś powodu Ellen i Daniel robili z tego wielką tajemnicę…
Neville spojrzał na Rona, zrezygnowany.
— Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ta czwórka dzieliła ze sobą głównie jakieś tajemnice. I mam tego dość.
— I co zrobisz?
Znowu wymienili spojrzenia. Wzrok Rona powędrował do wiszącej na wieszaku kurtki.
— Chodź, to się przekonasz.
Falmouth w świetle dnia wyglądało zupełnie inaczej niż w poniedziałkowy wieczór. Wzdłuż długiej ulicy, przy której mieszkali Fowlerowie, rosło mnóstwo drzew. Część z nich miała już pierwsze liście. Niebo było niebieskie, poprzecinane długimi, białymi chmurami i smugami kondensacyjnymi. Na trawniku przed domem sąsiadów Fowlerów jakieś dziecko, pilnowane przez bardzo znudzoną matkę, uczyło się latać na zabawkowej miotełce.
Neville i Ron pokonali kamienną ścieżkę prowadzącą do drzwi Fowlerów i zdecydowanie zastukali kołatką. Otworzył im Daniel Fowler. Nie wyglądał na zachwyconego ich obecnością, jednak zaprosił ich do środka i nawet zaproponował coś ciepłego do picia.
— Jeśli chcieli panowie porozmawiać z Astrid, to muszę was uprzedzić, że źle się czuje i leży w łóżku. Niedawno zasnęła i nie chcę jej budzić.
Postawił dwa kubki z herbatą na stole. Siedzieli w kuchni – ani Ronowi, ani Neville'owi nie zależało specjalnie na komforcie i w zupełności zadowalały ich twarde, drewniane stołki. Poza tym kuchnia, jak powiedział Fowler, była najcieplejszym pomieszczeniem w domu. Najważniejsza była rozmowa, a tę można przeprowadzać w dowolnym spokojnym miejscu.
— Bez obaw, nie chcemy przerywać pańskiej żonie odpoczynku. Właściwie przyszliśmy do pana.
Daniel oparł się o kuchenny blat i splótł ręce na piersi. Wyraz jego twarzy się zmienił; przed chwilą wyglądał na niezbyt zadowolonego, teraz był czujny.
— Do mnie?
— Tak — potwierdził Neville, po czym dla efektu położył grubą teczkę na stole. — Mamy do pana kilka pytań.
Fowler sztywno wzruszył ramionami.
— Więc pytajcie.
— Dlaczego nie mówił pan wcześniej, że znaliście się z Ellen jeszcze z czasów szkolnych? — wypalił Ron, zanim Neville miał szansę się odezwać.
Fowlera na moment zamurowało. Neville już się spodziewał, że wszystkiemu zaprzeczy, ale on tylko przełknął ślinę i odpowiedział:
— Wcześniej o to nie pytaliście.
— Ale nie poprawił pan żony, kiedy w pana obecności zeznała, że znał pan Ellen nieco krócej niż sześć lat — wytknął mu Neville.
Daniel otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Wyraźnie nie spodziewał się tej rozmowy i nie miał żadnej dobrej wymówki na podorędziu.
— Musiało mi to umknąć — powiedział w końcu.
Zapadła chwila wymownej ciszy. Potem Neville przesunął kubek z herbatą po stole i otworzył teczkę.
— Czy utrzymywaliście kontakt po zakończeniu przez pana szkoły?
— Nie. — Fowler potrząsnął głową.
— Czym zajmował się pan w latach 1994-1998?
Daniel zamrugał gwałtownie.
— Ja, uch, podróżowałem po świecie.
— I gdzie aż pan zawędrował? — zainteresował się Ron, hałaśliwie stukając łyżeczką o ścianki kubka.
— Na krańce świata — odparł tamten. — Rosja, Kuba, Egipt, Chiny, Stany Zjednoczone… Odwiedziłem głównie magiczne społeczności tych krajów, ale coś niecoś widziałem.
— I w czasie tych podróży w ogóle nie kontaktował się pan ze znajomymi ze szkoły?
— Tego nie powiedziałem — powiedział szybko Daniel, nie dając się podpuścić. — Pytaliście o Ellen, nie o resztę moich znajomych. Których, przy okazji, wcale nie było tak wielu.
Ron spojrzał na niego z niechęcią.
— Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pan nam kłamie — oskarżył go w końcu, zdecydowanym ruchem odsuwając od siebie kubek po herbacie. — I wcale mi się to nie podoba. Nie rozumiem, dlaczego pan to robi. Naprawdę nie zależy panu, żebyśmy znaleźli mordercę pańskich przyjaciół?
Neville jęknął w duchu. Twarz Fowlera skamieniała; patrzył na nich z otwartą wrogością, ściskając krawędź blatu tak mocno, że pobielały mu kłykcie.
— Uważam naszą rozmowę za zakończoną — powiedział zimno i bardzo powoli rozprostował ręce. — Pozwolą panowie, że odprowadzę ich do wyjścia.
W małej wiosce niedaleko Corkey, jakieś pięćdziesiąt kilometrów na północ od Belfastu, deszcz właśnie się skończył, a słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. W kałużach zaczął się odbijać błękit nieba. Powietrze było przesycone zapachem ziemi. Popołudnie było spokojne, z rodzaju tych, które spędza się w domu z książką i przy dobrej radiowej audycji.
Na taki bardzo jej w tej chwili potrzebny relaks liczyła też Aurelia Max. Od półgodziny drzemała na kanapie pod oknem, słuchając, jak Czarodziejska Jedynka prezentuje mało znane wersje przebojów Celestyny Warbeck. Aurelię, która przeżyła czterdzieści pięć lat w przekonaniu, że „Kociołek pełen miłości" jest przebojem przeznaczonym do śpiewania pod prysznicem, spotkała miła niespodzianka w postaci coverów młodziutkiej czarownicy Florence Welch. Słowa „przyjdź w mym kociołku zamieszaj" już nigdy nie miały brzmieć tak samo. Z przymkniętymi oczami Aurelia leniwie machnęła różdżką, zwiększając głośność audycji, i przykryła się wygodniej kocem, mając nadzieję na krótką drzemkę…
— Maaamo! Gdzie są moje spodnie z Tajfunami?
Aurelia otworzyła jedno brązowe oko.
— Tam, gdzie reszta twoich wypranych rzeczy. Które, o ile pamiętam, miałeś wczoraj włożyć do szafy.
Stojący w korytarzu ośmioletni chłopiec miał tyle przyzwoitości, by spuścić wzrok na dywan.
— No właśnie nie mogę ich znaleźć.
— Sprawdź jeszcze raz — poradziła mu Aurelia, która była w stu procentach pewna, że powyciągane, sprane i najwyraźniej święte dla Theo spodnie były we wczorajszym praniu.
— Sprawdziłem.
Aurelia niechętnie otworzyła drugie oko i zauważyła, że Theo stał w korytarzu nie tylko boso, ale i bez spodni. Czyli że Tajfuny albo nic.
Szybkie kalkulacje myślowe pokazały, że wybór jest prosty: wstać i pożegnać się z myślą o drzemce, czy pozwolić dziecku się przeziębić w marcowym chłodzie i spędzić przyszły tydzień podając mu lekarstwa? Aurelia westchnęła cicho i podniosła się z kanapy, rzucając chłopcu koc.
— Przykryj się, bo się rozchorujesz.
Theo owinął się pledem tak, że wystawała zeń tylko jego głowa i czubki palców u stóp. Jego długie czarne, falowane włosy, których Aurelii zawsze żal było ściąć, opadały mu na ramiona. W tym jasnym kocu wyglądał jak jakiś prorok.
Wspólnie przeszli wąskimi schodami na piętro. Pokój Theo wyglądał jak po przejściu tornado; wszędzie walały się komiksy, pudełka po czekoladowych żabach i karty z czarodziejami, od czasu do czasu utyskującymi, że muszą leżeć zakopani pod kupką brudnych skarpetek. Pod wschodnią ścianą znajdowało się centrum tego bałaganu; łóżko Theo z rozkopaną pościelą, ciemnoniebieską z logo Tajfunów. Nad łóżkiem wisiał też plakat tej drużyny. Z autografem. Theo był najwierniejszym fanem Tajfunów od kiedy tylko potrafił powiedzieć „quidditch".
Aurelia z przyganą wypisaną na twarzy skierowała się w stronę najnowszej, najświeższo wyglądającej sterty prania. Theo ustawił się obok niej i posłusznie wyciągnął ręce, na których Aurelia układała części garderoby jedna po drugiej. To był jednak szczyt jego zaangażowania w szukanie zaginionych spodni; przez większość czasu pozwalał Aurelii się schylać, a sam patrzył zamyślony w okno.
— Aha! — Aurelia wyprostowała się z triumfalną miną, w lewej ręce ściskając rzeczone spodnie. — Wiesz, Theo, czasami naprawdę musisz poszukać trochę bardziej, mówiłam ci przecież, że na pewno są w praniu, ale oczywi… Theo?
— Zobacz, tam ktoś stoi — powiedział Theo, wyciągając jedną rękę przed siebie i wskazując na coś za oknem.
Aurelia poczuła, że po plecach przechodzi jej zimny dreszcz. Ostrożnie podeszła do okna i zerknęła przez nie na łąki, pola i kawałek lasu, otaczające dom. Oddech uwiązł jej w gardle, kiedy zobaczyła samotną postać stojącą na linii drzew, kilka metrów od miejsca, w którym biegła granica działki i kończyły się zaklęcia ochronne.
Postać spojrzała w górę. Aurelia zdawała sobie sprawę, że ze swojego miejsca w oknie musi być doskonale widoczna, ale nie potrafiła się ruszyć, jakby nogi przywarły jej do podłogi. Po chwili, która mogła trwać pięć albo pięćdziesiąt sekund, Aurelia zdała sobie sprawę, że wbija paznokcie jednej dłoni w drugą tak mocno, że spod palców pociekła krew.
Z poszarzałą twarzą odwróciła się w stronę Theo, który patrzył na nią z nagłym przestrachem. Podała mu spodnie.
— Ubierz się ciepło. Natychmiast.
Za aurorami zamknęły się drzwi. Daniel oparł czoło o szybę i stał tak przez chwilę, czując, że nadciąga silny ból głowy. Miał też przytłaczające uczucie, że jego świat zaczął się właśnie rozpadać na kawałki. Wiedział, że coś takiego kiedyś się stanie; te tajemnice były zbyt wielkie, zbyt duszące, zbyt trudne do utrzymania. Zatruwały im wszystkim życie.
Ale obiecał przecież Ellen, że będzie je chronił za wszelką cenę. Za wszelką cenę… tylko czy istnieją jakieś granice? Czy cena może być zbyt wielka?
Wzrok Daniela powędrował do sufitu, jakby chciał się przebić na piętro i zobaczyć Astrid, o której wiedział, że prawdopodobnie leży zwinięta na łóżku w sypialni i patrzy pustym wzrokiem w ścianę.
Chronić…
Ale co należy chronić bardziej? Tajemnicę dla samej tajemnicy czy jej obiekt? Która obietnica jest ważniejsza?
I wreszcie — czy on sam podoła? Czy brzemię dźwigane w samotności nie stanie się zbyt przytłaczające? Czy jeden człowiek, mający kontrolę, jest godny zaufania i nigdy nie popełni błędu?
A potem po prostu przestał myśleć i dał się ponieść impulsowi. Otworzył drzwi i krzyknął:
— Zaczekajcie!
Nie było ich. Nie było!
Ze złością kopnął w szczątki leżącego najbliżej przedmiotu. Żeby poczuć się lepiej rzucił jeszcze kilka zaklęć, rozrywając meble, poduszki i szyby na strzępy. Brakowało mu tego, Melinie, jak mu tego brakowało. Miał wrażenie, że przez ostatnie kilka lat nie żył, że jego dni to była jakaś żałosna namiastka egzystencji. Życie skończyło się wtedy, w maju, a od tamtego czasu był niewolnikiem, zmuszonym żyć jak robactwo, w wiecznym ukryciu, bez różdżki i nie mogąc używać czarów…
Teraz przynajmniej miał różdżkę. Była słaba — cienka, kobieca, nie nadająca się do porządnej roboty. Ale zawsze coś. Kiedy już dostanie chłopaka, znajdzie jakiś sposób, by wydostać się z kraju. Kamczatka jest podobno piękna o tej porze roku.
Wycieczka może i była stratą czasu, ale nie poszła na marne. Zostało mu jeszcze jedno miejsce, w którym nie był, a które może powinien odwiedzić…
Machnął jeszcze raz tą kruchą, beznadziejną różdżką, i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami tak mocno, że odbiły się od futryny.
— Czy pan ma jakieś życzenie śmierci? A może koniecznie chce ją pan ściągnąć na swoją rodzinę Dlaczego nie powiedział pan nam tego wcześniej?
Ron był wściekły. Neville widział to w żyle na jego skroni, pulsującej wściekle w mniej więcej stałym rytmie. Dłonie zaciskał w pięści i patrzył na Fowlera z uczuciem, które bliskie było wręcz nienawiści.
Gdyby Neville sam nie tkwił w stanie lekkiego szoku, być może zastanawiałby się, skąd aż tak gwałtowne uczucia na twarzy Rona. Ponieważ jednak chwilowo był w stanie skupić się wyłącznie na twarzy Fowlera i kawałku ściany za nim, nawet nie przeszło mu to przez myśl.
Daniel Fowler miał chociaż tyle przyzwoitości, by wyglądać na skruszonego, choć i to szybko mu przeszło, a na jego twarzy zagościła rezygnacja.
— Myślałem, że w ten sposób będą bezpieczniejsi — wyznał, kurczowo trzymając się krawędzi blatu. — Dopuszczałem możliwość, że w Biurze Aurorów zachował się jakiś kret. Nie mogłem ryzykować.
— Czy pan nie wie, że ma do czynienia z dwoma bohaterami wojennymi? — wyrzucił z siebie Ron, nadal wściekły. Neville wiedział, że gdyby Weasley był spokojny jak zwykle, nigdy nie użyłby w stosunku do siebie określenia „bohater wojenny".
— Wiedziałem. — Fowler pokiwał głową. — To nie tak, że nie ufam konkretnie panom. Po prostu wiem z doświadczenia, że w łańcuchu zawsze jest jakieś słabe ogniwo. Od miesięcy podejrzewam, że w Departamencie Transportu Magicznego jest jakaś uśpiona wtyczka.
— I co pan zrobił z tą informacją?
— Nic. Jak przecież mógłbym być pewien? Nabrałem po prostu gwałtownej niechęci do wszystkich kontrolowanych przez Ministerstwo organizacji.
Neville poczuł, że robi się na taką pracę zdecydowanie za stary. Nie liczył się wiek na metryce, ale suma wszystkich depresyjnych spraw, które prowadził. Ta zdecydowanie była depresyjna i Neville czuł, że może stać się ostatecznym impulsem do zmiany zawodu.
— Więc czemu teraz…? — zapytał, bo to go autentycznie interesowało.
Daniel Fowler spojrzał na niego przeciągle.
— Nie mogłem już wytrzymać — przyznał zduszonym głosem. — Obawiam się, że potrzebuję pomocy.
Gdyby ktoś postronny wszedł w tej chwili do pokoju, z pewnością zauważyłby, że atmosferę dałoby się kroić nożem. Ron nerwowo spoglądał na swoje zaciśnięte w pięść dłonie; Neville przyglądał się Fowlerowi z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy; sam Daniel patrzył w podłogę, jakby szukając tam interesujących wzorów.
— Musimy z nimi porozmawiać — powiedział w końcu Neville, a Fowler podniósł na niego wzrok.
Ze wszystkich możliwych emocji, jakie mógł w nich ujrzeć, Neville nie spodziewał się zobaczyć w jego oczach podszytego rezygnacją smutku.
— Oczywiście. Możemy się tam udać natychmiast.
Do Irlandii udali się zabezpieczonym świstoklikiem. Neville powinien się domyślać, że praca w Departamencie Transportu Magicznego pozwala na dostęp do takich gadżetów. Na ile swobodny był to dostęp, tego wolał się nie dowiadywać, bojąc się, że musiałby aresztować Fowlera, z czym doprawdy było mu nie po drodze.
Wylądowali na polanie w środku niewielkiego lasu. Pomiędzy drzewami prześwitywało popołudniowe słońce, wokół panowała cisza, a powietrze było przesycone bogatym zapachem przyrody. Trawa pod ich stopami była miękka i tłumiła ich kroki, kiedy we trójkę wyszli z kępy drzew i prowadzeni przez Fowlera udali się w stronę stojącego na niewielkim wzniesieniu małego domu.
Neville był spięty. Prawą ręką, śliską od potu, kurczowo trzymał różdżkę. Zdawał sobie sprawę, że mocno zaciska zęby i że stężały mu wszystkie mięśnie twarzy, ale nie potrafił ich rozluźnić. Serce waliło mu w piersi i bardziej niż kiedykolwiek pragnął zapalić.
Nie widział Rona, idącego po przeciwnej ręce Fowlera, ale przypuszczał, że tamten jest równie zdenerwowany. Co jakiś czas Neville kątem oka spoglądał na Fowlera, który również emanował nerwowością.
— Coś jest nie tak — powiedział nagle Fowler, stając w miejscu i spoglądając na trasę, po której przyszli. — Tutaj powinna być magiczna granica i zaklęcia ochronne. Powinny się aktywować w obecności niezaufanych osób… Aurelia nigdy ich nie zdejmuje…
Zbladł jak ściana i zaczął biec w stronę domu. Neville i Ron pobiegli za nim, z różdżkami w gotowości. Neville czuł, że po plecach spływa mu zimny pot.
Drzwi wejściowe były otwarte; Daniel wbiegł przez nie, nawet się nie zatrzymując. Neville i Ron nie mieli innego wyjścia, jak tylko wbiec za nim, modląc się, żeby w środku nie zastał uzbrojonej po zęby grupy napastników. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się co prawda racjonalna myśl, że to mało prawdopodobne, ale strach nie przejmował się tak błahymi rzeczami jak prawdopodobieństwo.
W korytarzu było pusto. W domu panowała głucha cisza. Fowler stał pośrodku salonu z poszarzałą twarzą, przyglądając się nierozumiejącym wzrokiem przewróconemu do góry nogami pomieszczeniu. Zawartość szuflad i szaf wywleczono na dywan, oparcia kanapy i foteli zniszczono, pod nogami walały się kawałki szkła i papieru, a szybę w oknie stłuczono, więc po pokoju szalał przeciąg.
Neville i Ron sprawdzili resztę domu. Inne pomieszczenia wyglądały na podobnie zdewastowane, ale nie znaleźli w nich ani śladu człowieka.
Kiedy wrócili do salonu, Fowler siedział z twarzą w dłoniach na resztkach krzesła i dygotał na całym ciele. Ron i Neville pozwolili mu dojść do siebie, a sami jeszcze raz przyjrzeli się pomieszczeniu. Nie omieszkali zauważyć, że chociaż scena została zaaranżowana tak, by jednoznacznie wskazywać na odbytą tu walkę, nigdzie nie znaleźli śladów krwi czy innych znaków wskazujących, że ktoś faktycznie ucierpiał w tym starciu.
— Czy jest pan pewien, że pani Max i Theo byli dzisiaj w domu? — zapytał ostro Ron, chcąc wymusić na Fowlerze, by chociaż na potrzebną im chwilę wziął się w garść.
Daniel spojrzał na nich nierozumiejącym wzrokiem.
— Nie wiem, gdzie indziej mogliby być. Gdyby wyjechali, Aurelia by mi o tym napisała…
— A nie mogli mieć żadnych codziennych spraw do załatwienia poza domem? Szkoła, wizyta u lekarza, odwiedziny u przyjaciół? — naciskał Ron.
Fowler potrząsnął głową, jakby podobne aktywności nie znajdowały się w kalendarzu Aurelii.
— Czy pan i Aurelia mieli wypracowaną jakąś metodę komunikacji w sytuacji kryzysowej?
Musieli mieć, mówił sobie w myślach Neville, musieli. Nikt nie byłby przecież tak lekkomyślny…
— Oczywiście — opowiedział Fowler, a Neville odetchnął z ulgą. — Mamy identyczne, zaczarowane notatniki, działają jak lusterka dwukierunkowe. Nosimy je zawsze przy sobie i gdyby coś się stało, Aurelia…
Urwał i wstał nagle, przetrząsając kieszenie kurtki. Z wewnętrznej kieszonki wyszarpnął mały, czerwony notes w twardej oprawce i przekartkował go drżącymi rękami. Kiedy znalazł to, czego szukał, wydał krótki okrzyk i osunął się z powrotem na fotel.
— „Musieliśmy uciekać. Oboje bezpieczni. Londyn. Longbottoma nie ma. Szukamy bezpiecznego miejsca".
— Longbottoma nie ma? — powtórzył Neville, z niepokojem patrząc na twarz Fowlera.
Błagał Merlina, żeby podejrzenie, które zalęgło się w jego umyśle, było błędne. Miał nadzieję, że Aurelia Max zabrała chłopca w bezpieczne miejsce, do zaufanych ludzi, a nie uciekła szukać osoby wspomnianej zapewne przez Fowlera, pracującej w publicznej instytucji…
— Podałem jej pana nazwisko — powiedział Fowler, z jego twarz z bladej zrobiła się lekko zielona. — Na wypadek, gdyby musiała szukać pomocy, napisałem jej, że to pan zajmuje się tą sprawą…
— Ale mnie nie ma w Londynie — przypomniał Neville, patrząc Fowlerowi prosto w oczy. — Proszę się teraz skupić: gdyby Aurelia i Theo musieli uciekać, gdzie przede wszystkim by się udali?
Fowler nie musiał odpowiadać na to pytanie. Jego gwałtownie rozszerzające się oczy i tkwiący w nich paniczny lęk powiedziały im wszystko, co musieli wiedzieć.
Najszybciej zareagował Ron. Cały czas trzymał różdżkę w ręku; teraz wyciągnął ją przed siebie i wyczarował patronusa, którego wysłał z wiadomościami: jedną skierowaną bezpośrednio do Harry'ego, drugą – do bazy.
Musieli zaczekać, aż w domu zjawią się aurorzy z biura terenowego w Belfaście. Czas ten spędzili głównie na pilnowaniu Fowlera, który zamierzał im się wyrwać i pospieszyć do Falmouth. Zamiast zająć się pilniejszymi sprawami, musieli mu raz za razem tłumaczyć, że właśnie udaje się tam brygada wyszkolonych, uzbrojonych aurorów, a on musi zostać z nimi na miejscu.
Kiedy w końcu mogli wrócić do Falmouth tym samym ekspresowym świstoklikiem, był już późny wieczór.
Wokół domu Fowlerów ustawiono kordon bezpieczeństwa. Aurorzy stali z różdżkami w gotowości, nie musząc się kryć, bo była to magiczna dzielnica. Mieszkańców okolicznych domów ewakuowano. Na końcu ulicy panowała upiorna cisza, przed rezydencją Fowlerów natomiast było dość tłoczno i głośno.
Akcją dowodził Harry.
— W środku są dwie kobiety, chłopiec i uzbrojony mężczyzna — powiedział im, kiedy dotarli na miejsce, a jeden z funkcjonariuszy odprowadził Fowlera na posterunek, gdzie miał złożyć wyjaśnienia dotyczące całej sprawy. — Kobiety, czyli Astrid Fowler i Aurelia Max, są zakładniczkami. Chłopiec to Theodore Max, lat osiem. To na nim zależy napastnikowi, którego zidentyfikowaliśmy jako Dylana Ackermana, świadka w waszej sprawie. Jednakże — dodał Harry, kiedy Ron otworzył usta — zgodnie z wiadomością, którą od was otrzymaliśmy, pod Ackermana podszywa się Iwan Dołohow, były śmierciożerca, zgadza się?
— I ojciec Theodore'a — dodał ponuro Neville.
Harry wziął głęboki oddech.
— Pragnę zaznaczyć, że nie mam pojęcia, co tu się właściwie dzieje i co żeście narobili. Dla mnie sytuacja wygląda następująco: mamy trzy osoby, w tym jedną małoletnią, przetrzymywane przez uzbrojonego mężczyznę wbrew ich woli. Cel jest taki, żeby wyciągnąć ich stamtąd bez żadnego uszczerbku na zdrowiu i życiu. Pozostałymi sprawami zajmiemy się, kiedy wszyscy będą cali, zdrowi i na zewnątrz.
Polowe centrum dowodzenia urządzili w domu naprzeciwko – sąsiad użyczył im salonu i kuchni, gdzie mogli siedzieć i czekać na regularne raporty negocjatorów. Po blisko trzech godzinach tej barykady rokowania nie były jednak pomyślne, zwłaszcza że Dołohowowi nie zależało na życiu zakładniczek, chciał tylko chłopca. Gdyby to było możliwe, już dawno przedarłby się przez policyjne barykady i uciekł, jednak dom Fowlerów był ponadprzeciętnie chroniony nawet na co dzień, a w obecnej sytuacji odcięto go od sieci Fiuu i nałożono dodatkowe blokady, uniemożliwiające deportację. Wyglądało na to, że Dołohow, podążając za Aurelią i Theo, nie przewidział takiego rozwoju wypadków i dopiero teraz zaczynał rozumieć, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Kiedy Aurelia i Theo uciekli do Londynu, chcąc się skontaktować z Neville'em, on udał się prosto do Falmouth, wiedząc, że będzie to następne miejsce, w którym się spotkają. Myślał, że będzie sprytny i ich wyprzedzi, tymczasem Harry i brygada specjalna dotarli na miejsce krótko po tym, jak do domu weszli Aurelia z chłopcem. Sieć Fiuu została zablokowana, odcinając Dołohowowi drogę ucieczki, więc nie miał wyjścia, jak tylko zachować kobiety przy życiu, mając zamiar potraktować je jako karty przetargowe.
Czuło się, że akcja wkracza w decydującą fazę. Wszyscy byli zmęczeni, włączając w to samego Dołohowa. Długodystansowe aportacje czy przemieszczanie się za pomocą świstoklików są niesamowicie energochłonne, a Dołohow nie miał już dwudziestu lat. To samo można było powiedzieć o większości aurorów. Powszechnie wiadomo zaś, że tam, gdzie panuje zmęczenie, znacznie wzrasta ryzyko błędu.
Kiedy po piątej godzinie negocjatorzy wrócili z niczym, twierdząc, że Dołohow robi się coraz bardziej nerwowy, a w tle pomimo jego zapewnień, że wszyscy są cali i zdrowi, rozlegają się jakieś krzyki, Harry podjął ostateczną decyzję.
— Wchodzimy.
Wszyscy jakby się ocknęli. Zapanowała dziwna, pełna napięcia cisza przerywana wydawanymi rozkazami. Wszyscy działali jakby w transie, tak bardzo byli skupieni na swoim zadaniu.
Dalej Neville pamiętał wszystko jak przez mgłę. Przejście z bezruchu do całkowitej mobilizacji było tak gwałtowne, że nie potrafił tego ogarnąć. Wiedział tylko, że Dołohow nie zamierzał ani się poddać, ani się zabić, za to prawdopodobnie mógł ich zranić. Ta myśl musiała mu wystarczyć, by pozostać zmotywowanym i skupionym.
Ich mugolscy współpracownicy postarali się, by odciąć prąd na całej ulicy. Dzięki temu aurorzy mogli otoczyć dom w całkowitych ciemnościach i zaatakować z zaskoczenia, wchodząc równocześnie z dwóch stron. Jedna grupa, prowadzona przez Harry'ego, wdarła się głównym wejściem. Druga, na której czele stał Neville, weszła od ogrodu. Poruszali się w ciszy, gotowi do odparcia ataków i zmierzających w ich stronę zaklęć, ale nic takiego nie nastąpiło. Dołohow nie był samobójcą; nie zamierzał zaczynać walki sam przeciwko brygadzie uzbrojonych i wyszkolonych czarodziejów. Zamiast tego stłoczył wszystkich zakładników w salonie, przy kominku. Theo siedział blisko ognia, przykryty kocem i nieskrępowany w żaden widoczny sposób; obok niego leżała Astrid, związana i bardzo, bardzo blada. Sam Dołohow stał w kącie pokoju, trzymając przed sobą Aurelię jak tarczę i przykładając różdżkę do jej boku.
— Rzućcie różdżki — krzyknął głośno — albo ona zginie!
W ciszy Neville usłyszał stłumiony dziecięcy jęk. Przestąpił krok i znalazł się w drzwiach salonu; Harry stał przy drugim wejściu, również z różdżką w gotowości.
— Spokojnie, Dołohow — odezwał się. — Nikt nie zginie. Wszyscy wyjdziemy z tego cało, jeśli puścisz ją wolno i odłożysz różdżkę. Jesteś otoczony. Poddaj się, zanim komuś stanie się krzywda.
Zapadła chwila milczenia. Dołohow oceniał swoje szanse. Neville kalkulował, czy udałoby mu się go rozbroić. Istniała w końcu możliwość, że Dołohow nie zapomniał wszystkich sztuczek ze swojego czasu spędzonego w służbie Voldemorta i próba użycia Expelliarmusa tylko go rozjuszy…
— Puść ją — powtórzył Harry.
Neville postarał się dyskretnie przesunąć w stronę kąta, w którym znajdowali się Astrid i Theo. Chłopiec pisnął cicho i natychmiast przycisnął obie ręce do ust, ale Dołohow nawet na niego nie spojrzał. W Neville'u widok tego dziecięcego przerażenia obudził bestię. Czuł, że zasłona gniewu opada mu na oczy…
I wtedy Dołohow zrobił coś, czego Neville by się po nim nie spodziewał; pchnął Aurelię przed siebie, prosto na szklany stolik, i skierował różdżkę w stronę Harry'ego.
Rozbłysło czerwone światło; Drętwota Harry'ego i Dołohowa zderzyły się w powietrzu. Neville rzucił się do przodu i pociągnął Theo na ziemię, obok Astrid, próbując ich nakryć swoim ciałem. Nad ich głowami przelatywały zaklęcia i kawałki mebli. Do Harry'ego dołączyło kilku aurorów, ale Dołohow bronił się zaciekle. Neville wyczarowywał jedną tarczę za drugą. Astrid Fowler była bliska utraty przytomności, połowa jej koszuli splamiona była krwią. Neville wiedział, że nie zdoła jej stąd wyciągnąć, ochraniając jednocześnie Theo i siebie.
— Weźcie stąd chłopca! — krzyknął, kiedy pokój rozbłysnął zielonym światłem. — Wyciągnijcie go stąd!
To nie powinno być trudne; mieli znaczną przewagę liczebną. Dołohow walczył jednak dobrze, z agresją i zacięciem. Auror, który ruszył w ich stronę, padł na ziemię pół metra dalej, powalony nieznaną Neville'owi klątwą. Theo krzyknął i skulił się pod ramieniem Neville'a. Astrid poruszyła ręką, jakby szukając wokół siebie różdżki. W Neville'u ten widok obudził podszytą desperacją nadzieję.
— Jeśli dam ci różdżkę — wyszeptał gorączkowo — będziesz w stanie odeprzeć zaklęcia, żebym mógł nas stąd wyciągnąć?
Nie powinien był na to przystawać, Astrid ledwo mogła się ruszać, ale kiedy gwałtownie pokiwała głową, podjął decyzję.
Przywołał zaklęciem różdżkę aurora, który leżał obok nich, i wcisnął ją w dłoń Astrid. Czuł, że jej palce zaciskają się na drewnie; z końca strzeliło kilka kolorowych iskier.
— Gotowa?
Skinęła głową.
— Theo, nie wychylaj się i trzymaj się blisko nas, dobrze? — wyszeptał do chłopca. Ten podniósł na niego przerażone oczy i uczepił się jego rękawa z siłą małej czupakabry.
Neville wziął głęboki wdech, a potem gwałtownie się wyprostował, pociągając ich za sobą. Theo trzymał się za jego plecami, Astrid opierała się na nim ciężko, trzymając różdżkę w lewej ręce. Neville musiał ją ciągnąć wzdłuż ściany, odpierając przypadkowe zaklęcia lecące w ich stronę. Dołohow ich zauważył; różdżka w jego ręce drgnęła, jej koniec rozbłysnął zielonym światłem, a Neville w przypływie paniki wypchnął Theo za drzwi, w głąb korytarza, gdzie zaklęcie nie mogło go dosięgnąć. Jego ręka nie zdążyła wrócić, żeby wykonać czar ochronny, zielone światło było coraz bliżej, Neville zaczął wypowiadać zaklęcie, wiedząc, że nie zdąży…
— Confringo! — krzyknęła Astrid, a z pożyczonej różdżki wystrzelił strumień białego światła.
Neville pociągnął ją w stronę drzwi, zaklęcia zderzyły się w powietrzu i rozległ się ogłuszający huk, po którym nastąpiła eksplozja. Fala uderzeniowa wypchnęła ich na korytarz i przypaliła włosy. Neville'owi dźwięczało w uszach, obraz rozmazywał mu się przed oczami, pod policzkiem czuł twarde drewno podłogi, a kiedy obsypał ich tynk i kurz, stracił przytomność.
