Rozdział VIII: Ostara*


Vegeta wpatrywał się oszołomiony w Yale, czy raczej Adamantis. Dziewczyna z ostatnimi słowami wyprostowała się, lustrując go swoimi przenikliwymi oczyma. Oczyma starszymi niż ona sama. Sayianinowi zdawało się, iż na moment w całej izbie zapanował półmrok, rozpraszany tylko przez bladą aurę, jaka spowijała postać Dellron. Jej twarz zastygła w wyrazie powagi i zadumy, rysy stwardniały, i teraz Yale przypominała bardziej posąg, niż żywą istotę. Pomimo jej nędznego wyglądu i fatalnego stanu zdrowia, zdawała się emanować z niej siła oraz dostojeństwo.
Dziewczyna zamrugała szybko, garbiąc się ponownie. Całe wywołane wcześniej wrażenie pękło jak bańka mydlana.
Vegeta był w stanie wyłącznie gapić się tępo na dziewczynę. Jej dobrowolna deklaracja była ostatnią rzeczą, jaką mógł się spodziewać. Yale, jak gdyby nigdy nic, upiła łyk herbaty, krzywiąc się przy tym lekko. Wstała, zamierzając wyjść z pomieszczenia. Ten ruch wybił Sayianina z apatii - gwałtownie złapał Yale za rękę, przytrzymując ją w miejscu. W głowie miał mętlik od natłoku pytań, lecz nie potrafił zdecydować się na żadne z nich. Dziewczyna zaskoczona jego reakcją, czekała, lustrując go swoim przenikliwym spojrzeniem. Vegeta stwierdził, że łatwiej byłoby mu się skupić, gdyby choć na chwilę odwróciła swój wzrok w inną stronę.
- Jakim cudem udało ci się przeżyć? - spytał w końcu książę.
- To proste. Kiedy Freezer mordował moje rodaczki, ja od kilku miesięcy gniłam w lochach Waterdeep. A kiedy po Torilu zaczął krążyć list gończy za mną, wstąpiłam, biorąc przykład z innych więźniów, do armii tyrana. Najciemniej jest w końcu pod latarnią - odpowiedziała beztroskim tonem, jakby opowiadała o wizycie u babci.
Książę zauważył, iż gdy wspominała o swoich krewniaczkach, przez jej twarz przebiegł grymas pogardy, a same słowo "rodaczki" niemalże wypluła. Jedno było pewne - Yale nie pałała miłością do innych Amon-shi. Dalsze rozmyślania przerwało mu wejście, a raczej wpadnięcie do środka Kuhla. Olbrzym miał na sobie ochlapaną czerwoną cieczą, przepisową zbroję, a w jego oczach czaiło się coś niebezpiecznego. Gdy podszedł bliżej dało się zauważyć ( jak i poczuć ), iż cieczą jest krew. Kuhl ciągnął za sobą martwe... coś. Vegeta nie potrafił tego inaczej zidentyfikować, gdyż stworzenie wyglądało jakby rozjechał je walec - bezładna mieszanina futra i mięsa. Olbrzym spojrzał na Vegetę z nieukrywaną pogardą, jak na karalucha. Sayianin mimowolnie zacisnął szczęki, wyobrażając sobie Zegritha przeszytego na wylot ki blastem.
- Masz z tym czymś problem? - warknął, wskazując palcem na Vegetę.
Sayianin zamierzał mu coś odpowiedzieć, co zapewne skończyłoby się bójką, lecz ubiegła go Yale, stając pomiędzy mężczyznami.
- Spokojnie, Kuhl. Tylko sobie rozmawialiśmy. Prawda, Veggie?
Vegeta poczuł, że szczęka mimowolnie zaczyna mu zjeżdżać w dół.
"Jak ona się do mnie zwróciła?!"
- Że co? - wydukał z trudem.
Dellron mrugnęła do niego łobuzersko, zaraz jednak jej uwagę przykuło zmasakrowane stworzenie, które przywlókł ze sobą Kuhl.
- Co to ma być?
- TO był mały, śliczny niedźwiadek. Teraz to jest mielonka - odparł Zegrith podnosząc ścierwo na wysokość oczu tak, by Yale i Vegeta mogli je sobie dokładnie obejrzeć. - Ktoś znów bawi się w przemyt materiałów wybuchowych, i prawdopodobnie zgubił jeden. Musiała go trafić spora "urwiłapka".
"Urwiłapką" nazywano pieszczotliwie bardzo niestabilny materiał wybuchowy, wchodzący w skład głowic najnowszych, będących jeszcze w eksperymentalnej fazie, pocisków. Transportowano go zawsze w specjalnie przystosowanych pojemnikach, pomimo tego i tak trzeba było zachowywać najwyższe środki ostrożności. Wypadki zdarzały się jednak nader często, a ich ofiary przeważnie kończyły z urwanymi rękoma ( w optymistycznej wersji ).
- Cholera, a już myślałam, że mamy spokój na jakiś czas - westchnęła z rezygnacja Dellron. - No nic, jutro się tym zajmę...jak poczuje się lepiej... - po tych słowach, z wyraźnym trudem zaczęła iść w kierunku schodów.
Kuhl zerwał się, chcąc jej pomóc, lecz jedno jej spojrzenie usadziło go z powrotem na miejscu. Po wyjściu Yale zapadła niezręczna cisza. Obaj mężczyźni piorunowali się nawzajem spojrzeniami. Pozostawienie ich samych sobie z pewnością nie należało do najmądrzejszych pomysłów. Nim jednak zdołali sobie zrobić krzywdę ( czy raczej Vegeta Kuhlowi ), do izby wszedł Aarin.
- Kuhl, w końcu wró... CO to ma być?! - czarnoskóry stanął jak wryty.
Kuhl zamrugał zaskoczony. Zupełnie zapomniał o martwym zwierzu, którego cały czas trzymał w ręce.
- Dobra, mniejsza z tym, później mi wszytko wyjaśnisz - Aarin pokręcił z rezygnacją głową. - Vegeta, mogę cię na chwilę prosić?
Sayianin ruszył za nim zastanawiając się, czego może od niego chcieć.
"Pewnie będzie prosił, żebym nie wydał tej zdrajczyni" - pomyślał wchodząc do niedużego pomieszczenia.
Było to centrum dowodzenia - serce całej kwatery. To tutaj znajdowały się najważniejsze urządzenia, które monitorowały i kontrolowały całą wschodnią część Crespenct. Pokoik rozbrzmiewał nieustannie jednostajnym buczeniem komputerów i popiskiwaniem radarów. Aarin wskazał księciu jedno z krzeseł, sam zaś oprał się o biurko, na którym porozrzucane były jakieś papiery i mapy.
- Czego chcesz? - spytał Vegeta siadając.
- Od razu przechodzimy do konkretów, co? - zapytał Gend; kąciki ust zadrgały mu nieznacznie.
"W gorącej wodzie kąpany, zupełnie jak Yale" - dodał sobie w myślach.
- Mam dla ciebie złą wiadomość. Niestety, jesteś unieruchomiony na Torilu na jakiś czas. Poinformowałem dowództwo o twoim "awaryjnym" lądowaniu. Myśleliśmy, że uda się naprawić twoją kapsułę, ale uszkodzenia są tak poważne, że nadaje się jedynie na złom, a niedawno co została odebrana nowa partia pojazdów, więc tak jakby zostaliśmy bez środków transportu. Musisz poczekać, aż skończą jedną dla ciebie.
- Nie chce mi się wierzyć, że nie znajdzie się ani jedna wolna kapsuła - Vegeta nie musiał w tej chwili niczego udawać, był autentycznie zaskoczony.
- Każdy wyprodukowany statek jest natychmiast oznaczany i dostarczany do hangaru, skąd zabiera całą partię jeden z krążowników Freezera. Następnie pojazdy są rozwożone w miejsca, gdzie jest na nie zapotrzebowanie - zaczął wyjaśnienia Aarin. - Poza tym, na Torilu miał miejsce szereg wypadków, których konsekwencją jest niedobór sprzętu. Kopalnie mithrilu zostały ostatnio częściowo zalane, częściowo zasypane przez sabotażystów. Jednocześnie zaatakowano fabryki i kuźnie, w których obrabiany jest metal. Mówiąc krótko - brakuje nam surowców do budowy kapsuł.
Vegeta milczał, trawiąc w spokoju uzyskane informacje. Cóż, mówiąc szczerze, nie śpieszyło mu się z powrotem do głównej siedziby Freezera, wręcz przeciwnie. Opóźnienie było doskonałym pretekstem, by pozostać na Toril i lepiej zbadać sprawę Adamantis...
Aarin nie spuszczał wzroku z Sayianina. Mógł się założyć, że ogoniasty ma do niego mnóstwo pytań na które, prędzej czy później, będzie musiał odpowiedzieć. Cały czas modlił się, by przeczucie Yale się sprawdziło...
- Do czasu, aż zbudują nową kapsułę, możesz zostać tutaj - przerwał milczenie Gend. - Mamy bardzo dużo wolnego miejsca, więc...
- Co? - spytał Vegeta wyrwany nagle ze swoich myśli. - Zamierzacie mnie pilnować, żebym nie poleciał wydać waszej przyjaciółeczki, tak? - rzucił pogardliwie.
- Nie zrobisz tego - odparł spokojnie Aarin, choć jego głos zrobił się znacznie chłodniejszy.
- A niby kto mnie powstrzyma? - wysyczał Vegeta, pochylając się do przodu. - Ty?
- Nie, nie ja. Ona - twarz Genda pozostawała w dalszym ciągu kamienna, wyprana z wszelkich emocji. - Chyba zapomniałeś, jaka była umowa. Przegrałeś walkę, więc...
- Mam gdzieś wasze umowy! - krzyknął książę zrywając się gwałtownie z miejsca.
Krzesło, na którym siedział, przewróciło się z hukiem. Powietrze wokół Vegety nieznacznie zafalowało. Był wściekły, nie, wściekły to zbyt łagodne określenie. Był wkurwiony jak nigdy w życiu, a to tylko przez dwa słowa. "Przegrałeś walkę", huczało mu w głowie, jakby ktoś obok niego strzelił z armaty. Miał ochotę dać upust swej złości, najlepiej zrównując to miejsce z ziemią.
- Uspokój się i wysłuchaj mnie do końca - na Gendzie nagły wybuch Vegety nie zrobił najmniejszego wrażenia. - Zawarliście z Yale układ, a umowa z Amon-shi, choćby chodziło o błahostkę, to poważna sprawa. To tak, jakbyś składał przysięgę przed samym bóstwem, które, chcąc czy nie chcą, w końcu reprezentuje.
- I co? Jak złamie słowo to porazi mnie piorun? - zadrwił książę.
Aarin westchnął cicho. "To będzie trudna rozmowa".
- Nie mam pojęcia, ale ja na twoim miejscu bym nie ryzykował. Poza tym, jesteś wojownikiem - dałeś słowo.
Vegeta poczuł się tak, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody. "Próbujesz mnie wziąć pod włos, co?" - pomyślałam, spoglądając na rozmówce spod przymrużonych powiek. - "Nieładnie, bardzo nieładnie..."
- Na pocieszenie mogę dodać, iż gdyby Yale nie przeszła transformacji, pewnie zdołałabyś ją pokonać. Przewyższa cię zarówno techniką jak i szybkością, lecz posiada jedną poważną wadę - nie potrafi korzystać z własnej Ki. Gdybyś na samym początku użył pocisków Ki, pewnie nie mogłabym się dłużej przed nimi bronić. Ona również mogła zaatakować od razu z pełną mocą... - Aarin zawahał się na moment. - Jak na ironie później przegrałeś właśnie przez swoją siłę.
Vegeta miał minę, jakby nie do końca zrozumiał, co przed chwilą usłyszał. Gend zastanawiał się, jak ma mu to wszystko wytłumaczyć. Książę patrzył na niego mętnym wzrokiem. Złość została chwilowa przytłumiona, przez słowa Aarina. Sayianin, nie mógł pojąć, jakim sposobem jego siła stała się przyczyną jego zguby. Przecież to było... niemożliwe?
- Widzisz, jak już mówiłem wcześniej, Yale nie potrafi kontrolować przepływu swojej Ki. Przeprowadziliśmy wszystkie znane i możliwe testy oraz badania, i nie wykryliśmy przyczyny "upośledzenia".
- A co to ma wspólnego z... - zaczął Vegeta, ale Aarin pokazał, żeby mu nie przerywał.
- Jej Ki kumuluje się w różnych punktach, ale Yale nie może z niej skorzystać zupełnie, jakby w jej ciele tkwiła niewidzialna bariera. Co jakiś czas musi uwolnić nagromadzony nadmiar energii, żeby móc normalnie funkcjonować.
- A co się stanie, jeśli nie zdoła jej w porę z siebie wyrzucić? - spytał książę przeczuwając, do czego dochodzi Aarin.
- To, co miałeś nieszczęście odczuć na własnej skórze. Yale jest bardzo wrażliwa na obcą Ki, doskonale wyczuwa potencjał przeciwnika nawet z dużej odległości, a twój nagły skok mocy rozbił ją kompletnie. Nie była przygotowana na coś takiego. Do tego jej własna Ki przekroczyła już dawno stan krytyczny i podczas starcia znalazła możliwość wydobycia się.
- Transformacja.
- Niezupełnie, ale jak dotąd nie znaleźliśmy lepszego określenia na ten stan. Twój nagły skok energii, spowodował u niej coś na kształt "zwarcia". Jej Ki wymknęła się spod kontroli, przejmując nad nią całkowitą władzę - zakończył Aarin.
Vegeta milczał. Dręczyło go jedno pytanie, które jednak nie chciało mu za nic w świecie przejść przez gardło. Na jego szczęście, Gend domyślił się, co może go trapić. Z kieszeni wyciągnął zwiniętą, migoczącą srebrem linkę, którą rzucił Vegecie. Książę zaczął oglądać ją ciekawie - była to ta sama linka, z jaką pomocą została poskromiona Yale. Przeciągnął ją między palcami. W dotyku była niezwykle delikatna i miękka. Kiedy zbliżył ją do twarzy spostrzegł, iż jest upleciona z pojedynczych, krótkich włosów, przypominających sierść jakiegoś zwierzęcia. Szarpnął nią na próbę. Musiał przyznać, iż była o wiele bardziej wytrzymała, niż na to wyglądała.
- Jest zrobiona z włosów sfinksa - wyjaśnił po chwili Aarin. - Splecenie takiej linki wymaga wielkiej wprawy i cierpliwości, ale najtrudniejsze jest oczywiście zdobycie niezbędnego materiału. Yale wykonała je własnoręcznie zaraz po tym, jak przydzielono ją do naszej placówki - wyciągnął dłoń; Vegeta z lekkim wahaniem oddał mu sznur, który Gend od razu schował do kieszeni. - Jest piekielnie wytrzymała, ale to nie stanowi jej głównej zalety. Sierść sfinksa jest odporna zarówno na magię, jak i oddziaływanie energii Ki.
- Czyli ten sznureczek zahamował wydzielanie się jej Ki? - spytał z lekkim niedowierzaniem Sayianin.
Aarin mu przytaknął.
- To zabawne, prawda? Gdy dochodzi do transformacji, nie ma siły, która zdołałaby wtedy powstrzymać Yale, zaś taka mała rzecz potrafi ją bez trudu okiełznać - pokręcił z lekką rezygnacją głową. - No dobra, jednak nie o tym chciałem z tobą porozmawiać...


W komnacie panował półmrok, który dodatkowo pogłębiał atmosferę tajemniczości tego miejsca. Chłód oraz wilgoć nasycały powietrze, a ciszę zakłócały jedynie dziwne odgłosy przypominające mlaskanie. Aarin stał oparty o zimną ścianę - przed chwilą właśnie powtórzył słowo w słowo swoją rozmowę z Vegetą. Teraz oczekiwał na reakcję przyjaciółki. Yale, na wpół wisząc, wpół stojąc w kamiennej wnęce milczała pozwalając, by lecznicze pnącza swobodnie oplatały jej ciało. Co jakiś czas któraś z roślin odrywała się od niej z cichym mlaśnięciem, by zmienić swoją pozycję i przesłać życiodajne soki w chore miejsce. Cisza ta zaczynała już Gendowi ciążyć, ale wiedział, iż lepiej nie przeszkadzać Yale w rozmyślaniach.
- I jak zareagował? - spytała w końcu Dellron; jej głos potoczył się echem po komnacie.
- Względnie nie najgorzej - odpowiedział poważnie Aarin. - Musi się nad tym wszystkim zastanowić. No, raczej dał mi to do zrozumienia, bo wyszedł bez słowa. Mogło być znacznie gorzej - nie zginąłem na miejscu.
- Ale miałeś cykora, co? - Yale uśmiechnęła się złośliwie; mężczyzna nie odpowiedział na tę zaczepkę.
- Miałby pełne prawo mnie zabić. Przyznaliśmy się do zdrady. Yale, posłuchaj - zaczął, ostrożnie dobierając słowa. - Ja... nie jestem do końca przekonany, co do twojego planu. Nie wydaje ci się, że działamy zbyt szybko? Zbyt pochopnie? - przerwał czekając na reakcję Dellron.
Nie próbowała mu przerywać, więc ciągnął dalej.
- Od samego początku nie był do nas "przyjaźnie" nastawiony, a teraz, po walce... Wepchnęliśmy mu karabin do ręki, naładowany i gotów do strzału. Pytanie tylko, czy z niego skorzysta.
- Nie, braciszku. Pytanie, w kogo go wyceluje - odparła spokojnie dziewczyna. - Wiem do czego zmierzasz, ale nie podjęłabym tego ryzyka, gdyby nie było ono konieczne. Prawda jest taka, że bez niego nie damy sobie rady. Potrzebujemy kogoś, kto nie zawaha się przed niczym, kogoś, kto nie cofnie się przed żadnym niebezpieczeństwem, kto zdoła dorównać mu siłą. Potrzebujemy jego.
- Myślałem... - Aarin zawahał się na moment. - Myślałem, że ty będziesz w stanie...
- Zabić Freezera? - dokończyła za niego dziewczyna. - Nie, dopóki nie jestem w stanie kontrolować swojej mocy, nie mam nawet co o tym marzyć, a o użyciu samej magii już rozmawialiśmy. Dopóki nie jestem w stanie zapanować nad tym, co we mnie siedzi, lepiej żebym nie próbowała się wychylać... - mówiąc to, podniosła głowę.
Aarin musiał się opanować, by nie odwrócić od niej wzroku. Wyglądała... strasznie. Rysy ponownie jej stwardniały, przybierając demoniczny wyraz. Dodatkowo cera jej zbladła; nie była już opalona, lecz biała niczym alabaster. Źrenice zmieniły się w pionowe szparki, jak u żmii, a same oczy świeciły jadowitą zielenią. Z rozchylonych warg wystawały ostre kły. Yale oddychała ciężko, charkocząc, jakby coś utkwiło jej w gardle. Uśmiechnęła się do mężczyzny blado, lecz bardziej przypominało to grymas bólu.
- Wiem, nie wyglądam zbyt ciekawie, dopiero jutro będę w normalnym stanie... - jej głos był teraz cichy niczym szelest liści.
- To co robimy? - zmienił szybko temat Gend.
- Czekamy. I obserwujemy - zarządziła Dellron. - Mam przeczucie, że niedługo wszystko się wyjaśni.
Mężczyzna chciał coś jeszcze dodać, ale Yale nakazała mu gestem milczenie.
- Niczym się nie martw, ja zajmę się Vegetą - zapewniła go. - Ty wracaj do swoich obowiązków.
Aarin skinął głową i odwrócił się w kierunku wyjścia.
- A, i jeszcze jedno! - zawołała dziewczyna, nim przyjaciel opuścił komnatę. - Powiedz Smugowi, że jak następnym razem zgubi transport, to osobiście nogi mu z dupy powyrywam.
Przez twarz Genda przebiegł uśmiech rozbawienia.
- Nie martw się, z pewnością mu powtórzę.


Vegeta rzucił się na łózko. Podłożył sobie ręce pod głowę, gapiąc się otępiałym wzrokiem w sufit. W głowie huczało mu od dzisiejszych niespodziewanych odkryć. I pomyśleć, że spędził na Torilu niecałe trzy doby! Strach pomyśleć, czego by się dowiedział, gdyby zabawił tu dłużej. Najpierw awaryjne lądowanie, potem "cudowne" uzdrowienie, walka, po której okazało się, iż jego przeciwniczką jest ostatnia pozostała przy życiu Amon-shi, za którą Freezer wyznaczył bajeczną nagrodę, a teraz to... Książę zaczął się zastanawiać, czy ci ludzie są aby na pewno zdrowi psychicznie. Przecież podali mu dowód swojej zdrady na tacy, jeszcze z przybraniem. Sam nie wiedział, co w rozmowie z Aarinem wydało mu się bardziej absurdalne - propozycja dołączenia do ich spisku, czy raczej obietnica zdobycia prawdziwej potęgi... Vegeta zaśmiał się w duchu. Niby co oni mogą mu zaoferować? Jest od nich dużo silniejszy, a Adamantis, choć okazała się być niebezpieczną przeciwniczką, nie miała bladego pojęcia o wykorzystaniu Ki. To, co mu zaproponowano, było jakąś nędzną próbą zjednania go sobie. Sayianin, choć nienawidził Freezera bardziej niż kogokolwiek innego na świecie i zrobiłby wszystko, by ujrzeć jego upadek, nie miał zamiaru dać nabrać się na tę głupią sztuczkę. Vegeta mimowolnie zacisnął pięści na samą myśl o Tyranie, któremu był zmuszony służyć. Nienawidził go za to, w jaki sposób go traktował, za to, że zniszczył jego planetę, ale najbardziej za to, iż nie był w stanie się z nim mierzyć... Wszystkie treningi, przyjmowanie najniebezpieczniejszych misji, rzucanie swojego życia na szalę służyło wyłącznie jednemu celowi - zdobycia mocy zdolnej pokonać Freezera. Vegety nie obchodziło jego imperium, nie interesowało go przejęcie władzy. Jedyne czego pragnął to stać się najpotężniejszym wojownikiem w kosmosie, kimś, kogo wszyscy będą się bali. Kimś, kogo nikt nie ośmieli się lekceważyć. Sayianin zamknął oczy, pogrążając się w marzeniach.
"Tak, Freezerze, kiedyś spotka cię zasłużona kara."
Pewną satysfakcję sprawiała mu myśl, iż wie więcej, niżby chciał tego Changelling. Znał prawdę o losie swojej planety, swoich rodaków. Dotarcie do niej zajęło mu trochę czasu, lecz w końcu ją odkrył.
"Za to też dotknie cię kara" - pomyślał, czując wzbierającą w nim nienawiść.
Informacja ta z początku nim wstrząsnęła, lecz później tylko ugruntowała w nim mocniej jego postanowienie. Freezer musi zginąć. Póki co jednak kamuflował się, udając, iż nie ma o niczym pojęcia. Nie był głupi, nie zamierzał wzbudzać przedwcześnie niczyich podejrzeń. I choć krew w nim wrzała za każdym razem, gdy musiał stanąć twarzą w twarz z oprawcą swojego ludu, powstrzymywał się od zaatakowania Tyrana. Cały czas powtarzał sobie, że jeszcze go dopadnie, że w końcu zdobędzie siłę, której nawet Changelling będzie musiał ulec, że w końcu to on zatryumfuje. Przecież był Sayianinem, urodzonym po to, by walczyć, walczyć i zwyciężać. Póki co zaś starał się jak najefektywniej wykorzystać "służbę" w armii Tyrana. Czuł, jak każda potyczka go wzmacnia, jak z każdego starcia powraca silniejszy. Każdy pojedynek zbliżał go do tej cudownej mocy, którą tak bardzo pragnął zdobyć.
"Gdyby tylko istniał sposób, by to wszystko jakoś przyśpieszyć" - pomyślał czując narastającą w środku frustrację.
Zmęczenie i doświadczenie ostatnich dni sprawiły, iż leżąc tak z zamkniętymi oczyma, Vegeta powoli osunął się w kojące ramiona snu...

Delikatnym pociągnięciem pędzla skończyła malować misterny symbol. Teraz, z wyciągniętą przed siebie dłonią, podziwiała swoje dzieło. Podobne rysunki zdobiły jej drugą dłoń oraz stopy. W chybotliwym świetle świec, czarne zdobienia zdawały się poruszać, wić niczym węże na alabastrowej skórze. Yale ostrożnie zakręciła pojemniczek z tuszem, po czym postawiła go obok pędzla. Powolnym ruchem narzuciła na siebie czarny, aksamitny płaszcz z obszernym kapturem, który zaciągnęła od razu na głowę. Zgasiła świecę - teraz ciemności rozpraszała jedynie bladozielona poświata, jaką emanował klejnot, znajdujący się na jej czole. Kryształ Io**. Dotknęła go delikatnie, czując znajomy szum krwi w skroniach. Był tym razem słabszy, łatwy do kontrolowania. Był niczym klepsydra - odmierzał czas, jaki jej pozostał. Yale czuła ogromną ulgę; dzisiaj mogła się w końcu pozbyć swojego ciężaru. Dzisiejszej nocy uwolni swoje ciało od nagromadzonej energii i znów będzie wolna, wolna i... czysta. Tak, zalegające pokłady mocy, z których nie mogła skorzystać, traktowała niczym brud, zator, którego należy się pozbyć, by organizm mógł normalnie funkcjonować. Odzyska spokój i samokontrolę. Będzie panią własnego ciała i umysłu. Energicznym ruchem otworzyła na oścież okno. Chłodne, wieczorne powietrze uderzyło ją w twarz, atakując zmysły tysiącem doznań. Yale odetchnęła głęboko, starając się uspokoić głośne łomotanie własnego serca.
- Merry met*** - wyszeptała, skacząc w aksamitną czerń nocy.


Vegeta zerwał się gwałtownie. Zdawało mu się, iż spada w bezdenną przepaść, czarną i mroczną. Mimowolnie przejechał dłońmi po swoim ciele, sprawdzając jego "realność".
- Głupi sen - mruknął pod nosem, zsuwając się cicho z łóżka.
Odczekał chwilę, by oczy zdążyły przyzwyczaić się do panujących w pokoju ciemności. Powoli podszedł do okna - duchota zalegająca w pokoju była nie do zniesienia. Otworzył na oścież okiennice. Wokół panowały głębokie ciemności. Ciszę na zewnątrz zakłócały jedynie od czasu do czasu krzyki zwierząt, lub szum liści poruszanych lekkimi powiewami wiatru. Vegeta stracił zupełnie poczucie czasu - zdawało mu się, iż zdrzemnął się zaledwie na kilka minut, tymczasem zaś dochodziła północ. Oparł się o parapet, wpatrując się w ciemny las. Nocą zacierała się tutaj granica pomiędzy jawą, a snem; rzeczywistością, a fantazją. O zmroku wszelka cywilizacja zdawała się "znikać", magiczne koło czasu cofało się, przenosząc wszystko w wiek, w którym należało liczyć się z siłami przyrody, w którym tajemnice i siły pierwotne czaiły się na każdym kroku. W którym ludzie musieli liczyć się z bogami...
Nikt o tej porze nie zanurzał się w lasy Crescent, nikt, choć Bracia przekonywali, iż miejsce to zostało "oczyszczone z plugastwa". W sercach wszystkich tkwił pierwotny lęk przed nieznanym. Przed tym, czego nie rozumieli. Mało kto nawet za dnia przekraczał niewidzialną granicę pomiędzy zachodnią, ucywilizowaną częścią Crescent, a wschodnią, dziką, która stała się azylem dla wszelki wyrzutków i odmieńców. Tutaj prawo Freezera i Zakonu Prawdy nie istniało. Wszystko toczyło się tak, jak sto, dwieście, pięćset lat temu. Tutaj natura wyznaczała tryb życia.
Vegecie trudno było uwierzyć w plotki, jakie chodziły o tym miejscu. Żołnierze, którzy wracali z Torilu, opowiadali niestworzone historie, o stworzeniach zamieszkujących te lasy. Owszem, w co trwożliwszych, miejsce to mogło wzbudzić niepokój, ale znając życie, jego zła sława była sporo przesadzona. W końcu Changelling wręcz z fanatyczną zawziętością niszczył wszelkie owiane mitami miejsca, które najczęściej okazywały się być kryjówkami buntowników, którzy sami rozsiewali wszystkie te plotki. Dlaczego więc i tym razem miało być inaczej? Tym bardziej, iż dowiedział się, że i tutaj znajdują się ośrodki buntu. Z tego, co powiedział mu Aarin, bardzo dobrze zorganizowanego buntu. Cała ich organizacja była bardzo dobrze przemyślana, a w podejmowanych przez nich działaniach nie widać było żadnych nieprzemyślanych ruchów.
"No, może za wyjątkiem jednego" - pomyślał Vegeta, uśmiechając się paskudnie.
Wyjawienie mu wszystkiego, było ich najgorszą pomyłką. Już wyobrażał sobie minę Freezera, gdy wszystko mu opowie! Z pewnością podbuduje tym jego zaufanie do siebie, a oto mu przecież chodziło. Im bardziej Freezer będzie czuł, iż może na nim polegać, tym łatwiej Saiyaninowi będzie się do niego zbliżyć, co oznaczało, iż w końcu może uda mu się znaleźć jego słaby punkt. Tak! Klucz do zwycięstwa w końcu pojawił się w zasięgu jego ręki, czuł to...
Vegeta podniósł gwałtownie głowę, mrużąc oczy. Zdawało mu się, że coś mignęła w atramentowej czerni lasu. Wytężył wzrok, ale nie zobaczył nic nowego.
"Pewnie mi się coś przywidziało" - pomyślał, chwytając za okiennice, z zamiarem ich zamknięcia. Zamarł jednak nieruchomo, gdyż, tym razem już wyraźnie, zobaczył błysk na skraju lasu. Tym razem to nie mógł być omam. Na granicy drzew, co chwila migało jaskrawozielone światełko, niczym gigantycznych rozmiarów świetlik. Książę jak zahipnotyzowany wpatrywał się w nie, usiłując zgadnąć, co to może być. Światełko przestało łypać - teraz jarzyło się intensywnie, niczym latarnia na morzu. Vegeta, z wzrokiem w nim utkwionym, poczuł, jak opuszcza go wszelki niepokój i stres, zupełnie, jakby to dziwne zjawisko zawierało w sobie jakąś niezwykłą, oczyszczającą moc. Książę odetchnął z ulgą - czuł się tak, jakby ktoś zdjął mu z barków ogromny ciężar. Jednocześnie wraz z cudownym spokojem, napłynęło coś innego. Głos. Śpiewny, melodyjny głos.
"Pójdź za mym światłem."
Vegeta, niczym w transie, wskoczył na parapet i zleciał w dół, miękko lądując na wilgotnej trawie...


"Poszedłem (...), nie żądając żadnych wyjaśnień, bo najlepszym sposobem otrzymania odpowiedzi (...) było niezadawanie pytań."
Eric-Emmanuel Schmitt
"Kiedy byłem dziełem sztuki"


* Ostara - sabat zrównania wiosennego; na Torilu była to również noc w której dochodziło do kumulacji energii przepływającej przez planetę, czemu towarzyszą gwałtowne zjawiska atmosferyczne, niepokój wśród istot żywych, oraz utrudnioną kontrolę nad ki.

** kryształ Io - jedna z charakterystycznych cech Amon-shi. Kryształ ten znajduje się na czole, jego barwa zawsze zależy od żywiołu, jakim dysponuje kapłanka. Właśnie w nim, kumuluje się Moc, dzięki której Amon-shi może rzucać zaklęcia, jest swoistym "zbiornikiem". Pomaga również koncentrować energię oraz służy do łatwiejszego wchodzenia w trans.

*** Merry met - "radosne spotkanie", powitanie używane przez czarownice.