Rozdział 9
Minął tydzień od tamtego dnia i Harry popadł w pewną rutynę. Codziennie wstawał wcześnie rano by zdążyć do łazienki, jeszcze zanim Ron się obudzi. Na szczęście jego przyjaciel nie był rannym ptaszkiem i nim wypadł z łóżka, bo nigdy nie mógł wyjść z niego normalnie, Harry zawsze kończył poranną toaletę. A miał z nią spore problemy. To już nie był szybki prysznic i przeciągnięcie dłonią po mokrych włosach, by je jako-tako ujarzmić. Od urodzin zajmowało mu to o wiele więcej czasu niż kiedykolwiek.
Najpierw musiał wejść do łazienki i szybko zasłonić lustro ręcznikiem, nim zaczęło komentować jego wygląd. Nie cierpiał tego, że jego własne odbicie zachęcało go, by się obrócił i pochylił, by mieć lepszy widok na jego pośladki. Zastanawiał się, kto dokładnie sprezentował mu to lustro. Ron pewnie wiedział, bo zawsze odwracał wzrok i szybko zmieniał temat, gdy Harry zaczynał marudzić.
Zaraz po tym mógł się w końcu wykąpać. Po kilku dniach opracował już pewną metodę. Rozbierał się i siadał w brodziku, następnie za pomocą różdżki i prostego zaklęcia odkręcał wodę. Mógł jej użyć dzięki temu, że dom na Grimauld Place posiadał bariery uniemożliwiające nadzór ze strony ministerstwa.
Jakiś czas temu zauważył, że w czasie przemiany, gdy ma różdżkę ukrytą w ubraniu, ona znika, kiedy zaś jest obok lub w ręku - wciąż ją ma. Ta wiedza przydawała się, gdy musiał się szybko osuszyć.
Kiedy pierwsze krople wody spadały na jego ciało, nogi przemieniały się w ogon. Nawet się już do niego przyzwyczaił. Potrafił go kontrolować i z zaskoczeniem stwierdził, że jest bardzo wrażliwy. Każdy dotyk na łuskach powodował u niego lekkie wzdrygnięcie. Nie mógł sobie wyobrazić jakby to byłoby gdyby ktoś inny go dotknął, ale wiedział, że nigdy tak się nie stanie. Nie pozwoli, by ktokolwiek zobaczył go w tej postaci. To było upokarzające. Nawet on sam nigdy nie spojrzał w lustro, gdy był w takim stanie.
Po tym, jak już wystarczająco długo rozkoszował się obmywającą go wodą, zaczynał się myć. Najpierw głowa, później tułów, a na koniec ogon. Gdy już się wyszorował, rzucał na siebie zaklęcie suszące. Będąc suchym, wracał do normy, czyli do formy w której miał nogi. Później wychodził z brodzika i mył zęby. Musiał uważać podczas płukania, żeby woda nie spadła mu na brodę, ponieważ raz o tym zapomniał i wylądował z jękiem na podłodze. Potem zakładał czyste szaty. Wychodząc z łazienki odsłaniał lustro i uciekał, nim odbicie ponownie zaczynało komentować jego wygląd. W drzwiach mijał Rona, który ziewając szeroko dopiero docierał do łazienki. Witał się z nim i zbiegał na dół na śniadanie.
Przez pierwsze dwa dni miał problem z Molly. Nie mogła zaakceptować faktu, że Harry nie je nic innego niż ryby i popija je wodą. Twierdziła, że to niezdrowe i że się pochoruje. Nastolatek musiał szybko znaleźć jakąś wymówkę. W końcu, nie mogąc wymyślić nic lepszego, powiedział, że jest wegetarianinem. Okazało się, że czarodzieje nie znają tego terminu. Ciężko było wytłumaczyć, co znaczy być wegetarianinem. Weasleyowie nie rozumieli, dlaczego nie można jeść żadnych zwierząt oprócz ryb, przecież one również są zwierzętami. Uratowała go Hermiona, która wytłumaczyła to tak szczegółowo, że nawet jeśli nie zrozumieli do końca tego dziwnego zachowania mugoli, to nic nie mówili, by dziewczyna nie zaczęła z powrotem swoich wyjaśnień. Dzięki temu Harry nie musiał jeść tego, co mu szkodziło, lecz nie uwolniło go to od mikstur.
Już na pierwszym śniadaniu czekały go dwie mikstury, które przyniósł wieczorem Snape. Miały one wspomóc jego naturalne leczenie, uzupełnić braki w składnikach mineralnych i unormować wagę. Nie pomogły żadne prośby i marudzenie, że smak jest paskudny, Molly pilnowała, żeby mikstury zniknęły. Musiał w końcu używać zaklęcia, by się ich pozbyć i nie wzbudzić podejrzeń u żadnego z dorosłych. Remus i tak zaczął dziwnie na niego spoglądać, a Syriusz wciąż się kręcił blisko niego, ale go nie dotykał. Harry przyłapał kilka razy swojego ojca chrzestnego na tym jak wyciągał rękę, by zburzyć mu fryzurę, żeby następnie wycofać ją szybko. Chłopak miał dość takiego zachowania. Sam spontanicznie łapał Łapę za rękę lub się do niego przytulał. Czuł się z tym nieswojo, ale wydawało się, że Syriusz tego potrzebuje. Harry mógł złapać chwilę wytchnienia dopiero wtedy, gdy jego przyjaciele odciągali go na bok, by spędził czas z nimi. I tak mijały dni. Ten zaczął się podobnie, ale skończył się dość niespodziewanie.
OoO
— Kochaniutki, kiedy pokażesz mi z powrotem swój śliczniutki tyłeczek? — zawołało lustro, gdy Harry znikał za drzwiami łazienki. Nastolatek tylko machnął dłonią, nie chcąc się wykłócać.
— Cześć, staaaaary — przywitał go Ron, otwierając szeroko usta przy ziewnięciu. — Czy ty zawsze musisz tak wcześnie stawać? — mruknął, wstając powoli z podłogi.
— Przyzwyczaiłem się do wczesnego stawania. — Wzruszył ramionami. — Jak już nie śpię, to równie dobrze mogę przygotować się do śniadania.
— A nie możesz się odwrócić i po prostu zachrapać? — Chłopak w ostatnim momencie powstrzymał kolejne ziewnięcie.
— Nie jestem tobą, Ron. — Uśmiechnął się do niego szeroko. — Pośpiesz się, bo znów zjem śniadanie bez ciebie.
Nie czekając na odpowiedź wyszedł z pokoju i pobiegł w dół po schodach do kuchni. Tak jak każdego ranka Molly już w niej była, przygotowując śniadanie dla wszystkich aktualnych mieszkańców Grimauld Place.
— Witaj, kochaniutki. — Uśmiechnęła się do niego, przewracając na patelni boczek. — Masz ochotę na jeden lub dwa plasterki? — Wskazała łopatką na przygotowywane jedzenie.
— Nie mogę. Wie pani, jestem wegetarianinem. — Uśmiechnął się przepraszająco.
— Jeszcze nie zrezygnowałeś z tego głupstwa? I mów do mnie Molly, a nie pani. Na co masz więc ochotę?
— Na rybę — słysząc jej głośne westchnięcie, dodał szybko: — Ale mogę ją sam przygotować. Potrafię całkiem dobrze gotować. Przynajmniej tak sądzę, wujostwo nigdy nie skarżyło się na jakoś posiłków, przynajmniej od kilku lat — zaczynał się plątać. Wiedział, że powinien się zamknąć, ale jakoś nie potrafił, zwłaszcza gdy kobieta się odwróciła i ujrzał jej łzy. — Naprawdę przepraszam, może przyjdę kiedy indziej. — Zaczynał się wycofywać z kuchni.
— Nie, nigdzie nie idź. — Przygarnęła niczego niespodziewającego się chłopaka do piersi, przytulając go mocno. — Pamiętaj, że ja ani żaden Weasley nie otrąci cię, ani znikąd nie wygoni. Tak długo jak żyję nikt z mojej rodziny nie zrobi ci krzywdy, bo traktuję cię jak jednego z moich snów. Nigdy o tym nie zapominaj. Nie musisz przepraszać za cokolwiek, co nie jest twoją winą.
Harry w pierwszej chwili się spiął. Wiedział, że ze strony kobiety nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, ale jego ciało nie chciało przyjąć tego komunikatu. Dopiero później, gdy chwile mijały, a Molly zapewniała go o swojej miłości do niego, uspokoił się i rozluźnił w jej uścisku. Tę chwilę przerwało chrząknięcie dobiegające z jego prawej strony. Zakłopotany odsunął się od kobiety.
— Wszystko w porządku? — zapytał zmartwiony Syriusz. Na jego twarzy było widać zmieszanie. Mimo upływających dni wciąż nie wiedział jak traktować chrześniaka po tym, co usłyszał o jego dzieciństwie.
— Tak, musieliśmy tylko coś sobie wyjaśnić — odpowiedziała Molly wracając do gotowania. — Co chcesz na śniadanie?
— Boczek — odpowiedział, wciąż patrząc na nastolatka, który zaczął się niespokojnie wiercić.
— Z czym?
— Z boczkiem. — Na niezadowoloną minę czarownicy wzruszył ramionami. — No co? Mam ochotę na mięso.
— Zapominasz, że niektórzy w tym pomieszczeniu nie jedzą mięsa. — Spojrzała na niego surowo, jakby był nieposłusznym szczeniakiem.
— Harry'emu to nie przeszkadza. Co nie, młody? — Potargał mu włosy. — Może dzięki temu zacznie jeść mięso. Nie byłabyś z tego zadowolona? — Mrugnął do niej figlarnie. — Zacząłby jeść każdą mięsną potrawę, jaką byś przygotowała. Utuczyłabyś go… — czarował ją dalej.
— Przestań już. — Machnęła ręką, wrzucając kolejną porcję boczku na patelnię. Na drugiej już położyła rybę. — Siadaj i nie zawracaj mi głowy.
— Tak, prosię pani — zaseplenił. Molly tylko prychnęła. Była już przyzwyczajona do różnych zachowań dzięki bliźniakom, ale czasami miała wrażenie, że Syriusz jest od nich gorszy.
— Syriuszu, czemu wstałeś tak wcześnie? — zapytał go Harry, gdy wślizgnął się na krzesło tuż obok niego.
— Dumbledore zwołał zebranie Zakonu. Podobno jest coś ważnego, co koniecznie musi z nami omówić — mruknął, zajadając gorący boczek, który wylądował chwilę temu na jego talerzu.
— Czy to coś związanego z Voldemortem? — Pochylił się w jego stronę, gdy inni mieszkańcy Grimauld Place zaczęli zbierać się w kuchni.
— Chyba nie. — Kolejny kawałek mięsa zniknął w ustach mężczyzny. — Dumbledore nic o tym nie wspominał. Molly! — zawołał kobietę, która teraz miała pełne ręce pracy. —Uczestniczysz w dzisiejszym zebraniu?
— Syriuszu! — Odwróciła się oburzona. — To nie jest temat do rozmów przy stole! Przypominam ci, że są tutaj dzieci — ofukała go.
— Tak, i co z tego? Przecież wiedzą, że jest wojna, a ten dom jest siedzibą Zakonu. Nie możesz ich ochronić przed tym, co dzieje się tuż pod ich nosem.
— Może i nie, ale to nie znaczy, że będę specjalnie ich martwić. — Dwójka czarodziei zmierzyła się spojrzeniem. Żadne z nich nie chciało się pierwsze poddać.
— O, znowu kłótnia — powiedział jeden z bliźniaków, siadając przy stole.
— Jak uroczo… — powiedział drugi.
— Jeszcze trochę i cała ta energia zmieni się w romans! — dokuczał ten pierwszy.
— Fred! — krzyknęła Molly, uderzając syna w tył głowy ścierką.
— Jestem George! – krzyknął z wyrzutem — To on jest Fred. — Wskazał na brata, który przyjął niewinny wyraz twarzy.
— Przepraszam George, ale… — Nie dokończyła zdania, bo jej przerwał.
— Żartowałem, jestem Fred. — Kobieta jęknęła.
— Kolejna sprzeczka między mamą a bliźniakami?
Ginny wślizgnęła się na krzesło tuż obok Harry'ego, sięgając po talerz z jajecznicą. Przez chwilę spojrzała na jego talerz z rybą, ale nic nie powiedziała. Była jedyną z Wesleyów, która przełknęła fakt, że Harry nie je tego co oni.
— Tak. — Uśmiechnął się szeroko, by pochylić się w jej stronę. — Wiesz może coś o zebraniu, które ma być dzisiaj rano?
Dziewczyna uniosła wzrok na dorosłych, którzy zajęli się rozmową. Przyjrzała się dokładnie ludziom, którzy niedawno zeszli na dół i na Molly, która wciąż nieprzychylnie patrzyła na bliźniaków. Na Hermionę, która kłóciła się z Ronem. Upewniając się, że nikt akurat nie patrzy na nich, spytała cicho.
— Co chcesz wiedzieć?
Harry uśmiechnął się dyskretnie. Czasami myślał, że najmłodsza z Weasleyów trafiła do nieodpowiedniego domu. Kiedy potrzebował pewnych informacji, których nie można było uzyskać z książek, a jedynie podstępem, zawsze mógł się zgłosić do bliźniaków lub do dziewczyny, ale w przeciwieństwie do braci, Ginny była bardziej dyskretna.
— Kto będzie na zebraniu i co będzie na nim omawiane — odpowiedział udając, że zajmuje się śniadaniem, a tak naprawdę również skupiając wzrok na dorosłych.
— Zebranie zostało zwołane dość nagle — mówiła cicho Ginny, pochylając się jeszcze bardziej nad talerzem. — Dumbledore zafiukał późnym wieczorem do mamy, każąc jej przekazać, że Syriusz i Remus mają być gotowi do spotkania następnego ranka.
— Ktoś jeszcze?
— Nie wiem, ale wydawał się lekko zdenerwowany.
— Dumbledore zdenerwowany? — Uniósł brwi. — W lepszym czy gorszym znaczeniu? — Widząc, że dziewczyna nie ma pojęcia o czym mówi, wyjaśnił: — W lepszym, że coś poszło nie po jego myśli, ale nie jest to coś bardzo złego lub w gorszym znaczeniu, że stało się coś bardzo, bardzo złego. — Czarownica zmarszczyła nos.
— W tym lepszym, tak sądzę.
— Mówił, dlaczego chce się z nimi widzieć?
— Pytasz poważnie? — prychnęła cicho pod nosem.
— Tak, masz rację. Dyrektor nic by nie powiedział, dopóki nie byłby pewien na sto procent, że nikt nie przechwyci tej informacji.
— Tak, ale… — uśmiechnęła się przebiegle — Wiem, gdzie ma się odbyć to zebranie. W małej biblioteczce. – Źrenice Harry'ego rozszerzyły się na tę informację. To właśnie w tamtym pomieszczeniu odbyło się jego badanie. Nie chcąc ujawnić swojej reakcji, szybko ukrył twarz za włosami. — Na szczęście nad nią znajduje się nieużywane pomieszczenie. Bliźniacy powiedzieli, że pożyczą ci ulepszoną wersję Uszu Dalekiego Zasięgu, a w tym czasie sami zajmą się mamą. Tylko nie myśl, że pójdziesz sam.
— Jasne. Jesteś najlepszą siostrą, jaką kiedykolwiek mógłbym mieć. — Uścisnął pod stołem jej dłoń.
— Tak, wiem. — oddała uścisk, uśmiechając się ze smutkiem. — Twoją siostrą — powiedziała z goryczą, ale Harry już tego nie dosłyszał. Był skupiony na tym, by jak najszybciej dostać się do pomieszczenia nad biblioteczką.
— Dziękuję za śniadanie! — powiedział głośno, zwracając na siebie uwagę dorosłych. — Było naprawdę pyszne. — Odsunął się od stołu.
— Szczeniaku, zapomniałeś o czymś. — Remus już przesuwał w jego stronę dwie fiołki z eliksirami. Niebieską na przyśpieszenie leczenia ran i zieloną na niedowagę. Harry skrzywił się, widząc je. — Nie rób takiej miny. Wiesz, że jest to konieczne.
— Co nie znaczy, że musi mi się to podobać — bąknął.
— To tylko kilka łyków — powiedziała Hermiona, spoglądając na niego z naganą. Nie rozumiała jego wstrętu do eliksirów, który okazywał niezależnie od formy w jakiej występowały.
— Najwyraźniej nie musiałaś wypić tylu mikstur co ja. Są okropne. — Wzdrygnął się teatralnie.
— Zatkaj nos. To pomaga — zachęcał go w dalszym ciągu Remus.
— No dobrze.
Zatykając nos i powstrzymując odruch wymiotny, wypił szybko dwie mikstury i żegnając się krótkim skinieniem głowy, skierował się prędko do łazienki by zwrócić to co przed chwilą spożył. Z doświadczenia wiedział, że im dłużej będzie z tym czekał tym będzie gorzej. Tak się śpieszył, że nie zauważył, że w kominku, znajdującym się w głównym salonie, ogień rozbłysnął potężniejszym płomieniem, z którego wyszło dwóch czarodziejów.
OoO
— Albusie, naprawdę nie rozumiem po co muszę uczestniczyć w tym zebraniu — powiedział Severus, otrzepując swoją szatę z popiołu. — Mam wiele ważniejszych spraw i jeśli to spotkanie nie służy do omówienia pilnych spraw związanych z wojną, to moja obecność nie jest konieczna.
Dyrektor spojrzał na mężczyznę, który był dla niego niczym syn, chociaż nigdy mu tego nie powiedział. Severus stał przed nim z założonymi rękami i z niecierpliwością w oczach. Jego usta były rozciągnięte w wąską linię, a nos lekko zmarszczony. Niewiele ludzi mogło dostrzec w tych delikatnych krzywiznach, że czarodziej się niecierpliwi i chce jak najszybciej opuścić to pomieszczenie. Być może innym razem Albus uśmiechnąłby się i, częstując go dropsem, nakazałby mu się rozluźnić, ale sprawa, z powodu której zwołał to zebranie, była poważna, a Mistrz Eliksirów mógł być w to wmieszany.
— Severusie, gdyby to mogłoby być omówione bez ciebie to nie poprosiłbym cię, żebyś zostawił swoje laboratorium bez nadzoru. Wiem, jak wiele jest do zrobienia przed tym, zanim uczniowie pojawią się w zamku. Jednak jest to rozmowa, która wymaga obecności każdej osoby, każdego uczestnika rozmowy o stanie zdrowia Harry'ego. — Po tych słowach kącik ust Severusa drgnął, jednak mężczyzna szybko się opanował. Dyrektor zaczynał się obawiać, że jego podejrzenia są słuszne.
— Czyli jak zwykle chodzi o pana Pottera?
— Tak. — Dyrektor przyglądał się mu bardzo dokładnie, ale Snape już nic więcej nie dodał. — Chodźmy do biblioteki. Pewnie już wszyscy oczekują naszego przybycia.
Odwróciwszy się, skierował się do wyznaczonego miejsca spotkania. Po drodze minął kuchnię, w której urzędowała Molly. Była zajęta uspokajaniem bliźniaków, prowadzących między sobą ożywioną dyskusję, którą ich matka zapewne uważała za nic innego niż pozbawione sensu wrzaski. Trochę dalej znajdowała się Hermiona, która co rusz spokojniejszym głosem wtrącała swoje trzy grosze. Najmłodszy z chłopców siedział na sąsiednim krześle, kończąc w pośpiechu swoje śniadanie. Nigdzie nie dostrzegł Harry'ego. Mógł mieć jedynie nadzieję, że chłopak nie pakuje się właśnie w jakieś kłopoty i mile spędza czas z Ginny, która również była nieobecna.
Kiedy Albus dotarł pod drzwi biblioteki, wyprostował się. Zastanawiał się, jak powinien poprowadzić tę rozmowę. Któryś z pracowników złamał jego rozkaz, a on musi tylko ustalić, który i czym się kierował, robiąc to. Miał już swoje podejrzenia, ale chciał być zupełnie pewien.
Przymknął powieki, kładąc dłoń na rzeźbionych drzwiach. Po chwili, analizując wszystko, co ma zaraz zrobić i powiedzieć, otworzył oczy i wszedł do środka. Za nim podążał Severus, który szybko wyprzedził go i udał się na miejsce tuż przy kominku, skąd miał dokonały widok na całe pomieszczenie. Albusowi nie umknęły spojrzenia, jakimi „pozdrowili się" nawzajem Snape i Syriusz, jednak dopóki nie wszczynali otwartej kłótni, nie miał zamiaru interweniować.
Przeniósł swoje spojrzenie na Remusa, który stał przy boku swojego przyjaciela. Wyglądał już o wiele lepiej, niż kiedy ostatni raz go widział, ale w jego ruchach ponownie można było dostrzec ostrożność. Mężczyzna wciąż czuł pewnie skutki wynikające z przemiany, a kolejna pełnia zbliżała się szybkimi krokami.
Następnie spojrzał na Minerwę i Poppy, które rozmawiały ze sobą jeszcze nim przybył. Nie poprosił je, by razem z nim przybyły na Grimauld Place z jednego prostego powodu. Ufał, że przybędą tutaj na jego prośbę, bez żadnego wahania, nie martwiąc się o pozostawione w szkole obowiązki. Zaś jeśli chodzi o Severusa, to nie był tego tak pewnien. Czarodziej zdawał sobie sprawę, że nie jest to standardowe zebranie Zakonu. Snape mógł wymyślić dowolną wymówkę, by nie pojawić się na miejscu, ale gdy Dumbledore stanął w drzwiach jego prywatnych komnat nie miał innego wyboru, jak tylko razem z nim udać się na miejsce zebrania.
Teraz ponownie musi rozpocząć spotkanie.
OoO
Harry po wizycie w łazience i odświeżeniu oddechu, by nikt nie poczuł, że przed chwilą zwymiotował, wbiegł po schodach na górę. Po kilku dniach wiedział w większości, które schody skrzypią, a które mogą się zerwać pod cięższym tupnięciu. Przeskakiwał je z wdziękiem, mając nadzieję, że żaden dorosły nie usłyszał jego kroków. Zbytnio się śpieszył, by zachować większą ostrożność. Miał złe przeczucia co do tematu, jaki będzie omawiał Dumbledore. Chciał jak najszybciej dostać się do pokoju nad biblioteką, by niczego nie ominąć.
Zdyszany wpadł do środka i zlustrował spojrzeniem pomieszczenie. Była to sypialnia. Większa niż niejeden pokój, jaki widział nastolatek, ale w porównywaniu z innymi w tym domu była mała. Pewnie służyła niezbyt mile oczekiwanym gościom.
Na podłodze i na każdym meblu znajdowała się kilkumilimetrowa warstwa kurzu. Harry musiał oddychać przez rękaw, żeby nie kichać. Niewielkie poświęcenie za zdobycie interesujących go informacji. Przypominając sobie układ pomieszczenia znajdującego się pod tym pokojem, zbliżył się do łóżka. Z każdym stawianym krokiem zostawiał za sobą ślady stóp. Będzie musiał pamiętać, by później ukryć wszystkie dowody swojej obecności.
Starając się wznieść jak najmniej kurzu, położył się na podłodze po prawej stronie łóżka. Jeśli dobrze pamięta, to znajdował się centralnie nad biblioteką. Teraz oczekiwał tylko na Ginny z Uszami Dalekiego Zasięgu. Miał nadzieję, że się wkrótce pojawi. Dziewczyna go nie zawiodła.
— Już jestem — wydyszała, odgarniając mokre kosmyki z oczu. — Bliźniacy zajmują się mamą i… Apsik…! — Kichnęła gwałtownie. — Jak tu brudno — jęknęła.
— Oddychaj przez materiał — poradził jej, wychylając się znad łóżka. — Chodź. To najlepsze miejsce. — Nie chciał, by dziewczyna usłyszała tę rozmowę, ale bez jej pomocy nie usłyszy niczego.
— Będziemy musieli zmienić później ubrania — mruknęła przez chustkę, którą zakryła usta i nos. — Po tym tarzaniu się będziemy cali brudni — dodała, kładąc się tuż koło niego.
— Tylko nie używaj tego słowa przy swojej rodzinie, bo jeszcze pomyślą o czymś nieprzyzwoitym — skrzywił się. — Masz je?
— Tak. — Podała mu Uszy.
Zgodnie przytknęli jeden koniec do sufitu, a drugi do swoich uszu. Słuchali przedmowy dyrektora.
OoO
— Witam wszystkich zebranych. Prosiłem was o zebranie się w tym szczególnym miejscu, ponieważ tutaj wszystko się zaczęło. Wczoraj późnym wieczorem odwiedziłem Dursleyów, by poinformować ich o naszej decyzji w sprawie zmiany miejsca popytu Harry'ego.
— Dranie, musieli być bardzo zadowoleni, że nie będzie z nimi mieszkał — wywarczał Syriusz.
— Czy powiedzieli coś o jego fizycznych obrażeniach? — spytała Poppy.
— Nie zdążyłem ich o to spytać. Rzucili się na mnie z krzykiem, że nasz „rodzaj" jest najgorszy na świecie, że najlepiej byłoby gdyby nigdy nie przyjęli tego bachora pod swój dach. Że zrobiliby lepiej, gdyby podrzucili go od razu do sierocińca. Tam przynajmniej inne dzieciaki i wychowawcy by się nim zajęli tak, że nigdy nie pomyślałby o słowie magia. Że oni i ich syn byli narażeni na obecność tego dziwoląga przez wiele lat. Później dowiedzieli się o jego ojcu chrzestnym, który był maniakalnym, seryjnym mordercą i bali się przez niego wyjść na ulice. — Głos dyrektora był monotonny. Nie było w nim żadnego śladu emocji. Spokojnie powtarzał to, co usłyszał podczas swojej wizyty. — Potem nadeszły wyzwiska, ale to, co usłyszałem, nie zaniepokoiło mnie tak bardzo jak widok, który rozgrywał się na moich oczach.
— Co masz na myśli, Albusie? — Mimo oburzenia, Minerwa chciała się dowiedzieć co bardziej niż słowa mugoli oburzyło dyrektora.
— Stan tych ludzi — odpowiedział. — Z każdym krytycznym słowem wypowiedzianym o naszym świecie lub o Harrym stawali się coraz bledsi. Pocili się, a jednocześnie drżeli z zimna. Ich oddech był spłycony. Pod koniec leżeli pod moimi nogami, jęcząc z bólu i wymiotując krwią.
— Chcesz powiedzieć, że ktoś ich przeklął? — Na czole kobiety pojawiły się zmarszczki.
— Tak. — Dyrektor powoli z rozmysłem skinął głowa, spoglądając na wszystkich po kolei, oceniając ich reakcje. — Po sprawdzeniu okazało się, że ktoś rzucił na nich skomplikowaną klątwę, o której nigdy nie słyszałem. — Wszyscy wstrzymali oddech na tą niespodziewaną wiadomość. Wszyscy jakoś nieświadomie uważali, że nie ma takiego zaklęcia, o którym nie słyszał dyrektor Hogwartu. — Sprawiało ono, że za każdym razem, gdy zrobili komuś coś złego, powiedzieli o kimś złe rzeczy, czy nawet tylko pomyśleli niegrzecznie o tej osobie, odczuwali dokuczliwy ból. Można go porównać z Cruciatusem połączonym z zaklęciem tnącym i podpaleniem. Ich organizmy powoli tego nie wytrzymały. Jedyne, co mogłem zrobić, by im pomóc, a jednocześnie nie zgłaszając tego ministrowi, to zmodyfikowanie klątwy tak, by działa tylko wtedy, gdy uczynią coś złego. Nie będzie ich karała za słowa czy myśli, choć mogą mieć w tym czasie dreszcze lub bóle brzucha. Jest to pewnego rodzaju kara dla nich i nie zagraża ich życiu.
— Nie powinieneś łagodzić tej klątwy! — Syriusz wystąpił do przodu. — Oni zasługują na każdy ból, jaki odnieśliby z powodu tego przekleństwa.
— Syriuszu, omawialiśmy już tę kwestię. — Dyrektor przesunął dłonią po brodzie. — Powiedziałem, że zostaną ukarani, ale nie myślałem o takiej karze, która zagrozi ich życiu. — Nagle jego głos stał się surowszy. — Kazałem wam nie zbliżać się do Dursleyów, ale ktoś z was złamał mój bezpośredni rozkaz. Teraz chcę wiedzieć kto to i jakimi powodami się kierował, oprócz zemsty.
— Dlaczego myślisz że to ktoś z nas? — Jedna z brwi Severusa uniosła się do góry.
— Ponieważ tylko wy byliście w pokoju, gdy okazało się, że Harry był maltretowany przez swoich krewnych.
OoO
Nad biblioteką Ginny wstrzymała oddech po tym oświadczeniu. Widziała, że po każdych wakacjach nastolatek jest chudszy niż na koniec roku i bardziej apatyczny, ale nigdy nie podejrzewała, że był maltretowany. Co prawda bliźniacy opowiadali jak wyglądał pokój Harry'ego, gdy przyszli po niego przed jego drugim rokiem w Hogwarcie, jednak nigdy im nie wierzyła. Zawsze myślała, że przesadzają jak zawsze, a Harry również nigdy o niczym nie wspominał. Powinna jednak dostrzec, że nigdy nie mówił o swojej rodzinie. Jaką ona była przyjaciółką?
— Harry…? — Odwróciła się w jego stronę.
— O nic nie pytaj — przerwał jej ostro.
Dziewczyna nie protestowała. Dostrzegła, jak blady jest chłopak. Nad jego górną wargą pojawił się pot, a paznokcie jednej dłoni wbił w drugą. Nie mówiąc nic więcej, wróciła do podsłuchiwania.
OoO
Harry panikował. Nie tego się spodziewał. Ktoś przeklął krewnych z jego powodu? Przecież to niemożliwe. Nie był tak ważny, by ktoś miał pójść i ukarać Dursleyów tak wymyślną klątwą. Nikt jeszcze nie zrobił dla niego czegoś takiego. Wiedział, że postępowanie tego kogoś było złe, ale wewnątrz czuł zadowolenie. Ktoś się o niego troszczył.
Ten zlepek najróżniejszych emocji spowodował, że się pocił i drżał. Nie wiedział, czy krzyczeć z frustracji, że dorośli wciąż wracają do tej sprawy, czy może być wdzięczny, że jednak ktoś się o niego troszczy. Nie tak jak pani Weasley, która go przytula i karmi. Nie jak Syriusz i Remus, którzy dostrzegają w nim syna ich najlepszego przyjaciela. Nie tak jak Ron i Hermiona, którzy są jego przyjaciółmi, ale nie dostrzegają pewnych subtelnych emocji nim targającymi. Ta osoba naraziła się Dumbledorowi tylko po to, by w wyrafinowany sposób zemścić się w jego imieniu na Dursleyach. Tylko kto to mógł być?
Wtedy też przypomniał sobie ostatnie słowa Snape'a: „Obiecuję ci, że Dursleyowie poczują ból. Uznaj to za prezent. Wszystkiego najlepszego, Potter." Wtedy uznał, że profesor żartuje, ale jeśli to był on, to dlaczego? Przecież nigdy się nie lubili!
Od tego wszystkiego zaczynała go boleć głowa.
Z roztargnieniem potarł palcami czoło w tym miejscu, gdzie znajdowała się blizna. Nie zauważył, że koniuszki jego palców zabarwiły się na czerwono.
OoO
— Podejrzewasz kogoś z nas? — Tym razem Remus zabrał głos.
— Naprawdę chciałbym tego nie robić, ale nie ma innego wyjaśnienia. Była to bez wątpienia zemsta, a czar monitorujący wykazał, że zaklęcie było rzucone w dzień po urodzinach Harry'ego. Osoba, która rzuciła klątwę, miała czas ochłonąć i wymyślić odpowiednią „karę" dla tych ludzi. A jak mówiłem, jedynymi osobami, które wiedziały o tym, co Harry przeżył w dzieciństwie, jesteśmy my.
— Nie masz racji, Albusie. — Minerwa wystąpiła do przodu. — Podejrzewam, że Molly i jej dzieci również wiedzą, że nie miał szczęśliwego życia. Jego przyjaciele też mogą coś podejrzewać.
— Tak. Także o tym pomyślałem, ale żadne z tych dzieci nie ma umiejętności, by rzucić taką klątwę. Również żadne z nich nie zostało skażone czarną magią. Nie widzę objawów w ich magicznym rdzeniu.
Musieli się z nim zgodzić. Gdyby któreś z młodzieży użyło czarnomagicznego zaklęcia, ich rdzeń magiczny lekko by się zmienił. Taką zmianę mogły ukryć tylko inne zaklęcia, ale były one dość skomplikowane i mało znane. Niewielu czarodziejów wiedziało, że każde rzucone ciemne zaklęcie powoduje zmianę w najgłębszych zakamarkach magii.
— Nie wierzę, że mogłaby to być Molly. Ukarałaby ich w inny sposób, nie odważyłaby się użyć zaklęcia, które należy do mrocznych sztuk. — Pielęgniarka wyraziła swoje zdanie.
— Nie podejrzewam jej o to. Również z tego samego powodu nie podejrzewam również ciebie, Poppy. — Dyrektor kiwnął jej głową. Zadowolona kobieta wyprostowała się i wygładziła szatę.
— Czyli zostaliśmy tylko ja, Syriusz, Remus i Severus.
— Nie podejrzewam cię, Minerwo. — Albus pokręcił głową. — Kiedy rzucono klątwę byłaś ze mną w biurze, omawiając sprawy szkolne. Nie mogłaś się pojawić na Privet Drive i przekląć mugoli. — Spojrzał na pozostałą trójkę.
— Tylko my nie mamy żadnego alibi i jesteśmy skażeni czarną magią. Myślisz, że to któryś z nas. — Remus nie wyglądał na urażonego tym wnioskiem. Był wyjątkowo spokojny.
— To z pewnością nie ja — powiedział Black. — Gdybym ich dorwał, to nie wywinęliby się tak łatwo — mruknął. — A Remus rozszarpał ich gołymi rękami. Nie byłaby mu potrzebna różdżka. — Uśmiechnął się do Lupina, który odwzajemnił uśmiech, ujawniając zęby o wiele ostrzejsze i mocniejsze niż u innych czarodziei. — W takim razie zostaje… — Odwrócił się do Snape'a. — Smarkerus? — Wydawało się, że on również jest zaskoczony końcowym wnioskiem.
— Zamknij się, Pchlarzu. — Snape był spokojny nawet wtedy, gdy wzrok wszystkich skierował się na niego.
OoO
Severus spojrzał w oczy swego mentora. Widział w nich rozczarowanie, ale nie miał zamiaru się tłumaczyć i prosić o przebaczenie. Nie był już nastolatkiem, który szukał aprobaty u człowieka, który zastępował mu ojca. Postąpił tak, jak uważał za słuszne. Żaden dorosły nie miał prawa krzywdzić dziecka. Występek Dursleyów był jeszcze gorszy. Potter nawet nie rozumiał, że to oni są winni, a nie on. Ich kara powinna być jeszcze dotkliwsza. Zaklęcie, które na nich rzucił, było jednym z najłagodniejszych, jakie miał ochotę użyć.
— Severusie, może wyjaśnisz, dlaczego zignorowałeś moje polecenie i postanowiłeś wymierzyć karę na własną rękę?
— Wolałbym nie, Albusie.
— A ja chcę odpowiedzi! — Syriusz podszedł do mężczyzny. — Dlaczego to zrobiłeś? Nienawidzisz Harry'ego! Czego od niego chcesz? — Był już tak blisko, że Severus czuł jego oddech na ustach. Skrzywił się, ale się nie odsunął. Nie miał zamiaru pokazywać żadnej słabości.
— Nie twój interes, Black.
— Ty…! — Zacisnął dłoń w pięść. Z pewnością by go uderzył, gdyby nie kolejne wydarzenia.
OoO
Drzwi od biblioteki uderzyły o ścianę, a spanikowana i pokryta kurzem dziewczyna wbiegła do środka. Jej usta drżały, gdy krzyczała.
— Harry… Harry ma kłopoty!
— Spokojnie, panno Weasley. — Poppy natychmiast znalazła się tuż przy niej. — Weź głęboki oddech i powiedź co się dzieje.
— Harry…
— Co z nim? No mówże! — Black odsunął się od Snape i podchodząc do niej, chwycił ją za ramiona.
— Nie pomagasz, Syriuszu — strofowała go opiekunka Gryfonów, odrywając jego dłonie od dziewczyny.
— Panno Weasley. — Ginny spojrzała na Snape'a, który dalej stał na swoim miejscu. — Jeśli coś grozi panu Potterowi, to najbardziej mu pomożesz, gdy opowiesz nam co się stało, prowadząc nas do niego.
Dziewczyna kiwnęła głową i chwytając Poppy za rękę, pociągnęła ją na korytarz, a później na górę po schodach, do pokoju, w którym ukryła się wraz z nastolatkiem. Reszta dorosłych poszła za nimi.
— Byliśmy w sypialni, gdy Harry nagle zaczął krzyczeć — mówiła płaczliwym głosem. — Trząsł się i trzymał się za głowę. Jego blizna krwawiła.
Słysząc to Snape i pielęgniarka przyśpieszyli kroku. Każdy z nich znał się na zaklęciach leczniczych, a wnioskując z opisu ich pomoc była bardzo potrzebna, ale to Severus pierwszy znalazł się w środku. Pierwsze, co mu się wrzuciło w oczy, to niemożliwa ilość kurzu. Musiał oddychać przez usta, żeby nie zacząć kichać, a to też było ciężkie przez ilość pyłu, unoszącą się w powietrzu, ale to nie było teraz najważniejsze. Musiał znaleźć Pottera. Jęki dobiegające z podłogi po prawej stronie łóżka dały mu jednoznaczną odpowiedź, gdzie powinien się udać.
Nie czekając na innych pochylił się nad chłopakiem, który leżał skulony, trzymając się za czoło. Spomiędzy jego palców wyciekała krew. Nastolatek jęczał cicho przy każdym oddechu.
— Potter? — Dotknął jego ramienia. Harry zaskomlał niczym zraniony psiak, kuląc się jeszcze bardziej. Jego mięśnie drżały.
— W jakim jest stanie? — Dyrektor pojawił się u jego boku, rzucając bezróżdżkowe zaklęcie na pomieszczenie. Już po chwili cała sypialnia była czysta, a okna otworzone, by się przewietrzyło.
— To Czarny Pan — odpowiedział Severus, biorąc ostrożnie młodzieńca na ręce. — Wciągnął go w jedną ze swoich wizji. — Chłopak jęknął i wtulił się w swojego profesora. Oddychał coraz ciężej. — Ma objawy użycia Cruciatusa, jak również innych klątw. Potrzebne będą eliksiry. Mam przy sobie tylko podstawowe.
Położył Gryfona na łóżku. Harry natychmiast odwrócił się w jego stronę, jakby nie chciał rozstawać się z ciepłem, które roztaczało ciało Mistrza Eliksirów.
— Zaraz je przyniosę — powiedziała Poppy, wychodząc.
— Czy z Harrym będzie wszystko w porządku? — zapytała Ginny. Po jej policzkach spływały łzy, zostawiając białe ścieżki na twarzy pokrytej kurzem.
— Tak, profesor Snape dobrze się nim zajmie — zapewniła ją McGonagall.
Severus skrzywił się na te słowa. Gryfoni i ich melodramatyczne skłonności. Jego Ślizgoni ruszyliby pomóc lub przynajmniej nie pałętaliby się pod nogami, utrudniając mu pracę.
Kobieta musiała zrozumieć jego minę, ponieważ chwyciła swoją podopieczną i wyprowadziła z pokoju. Dwóch Gryfonów z głowy, teraz zostało mu jeszcze trzech.
— Hej, dzieciaku. Nic ci nie jest, prawda? Tylko sobie żartujesz. — Syriusz podszedł do łóżka i dotknął chłodnego policzka swojego chrześniaka. Chłopak jęknął, odsuwając się od tego dotyku.
— Odsuń się od niego, Black. Tylko go krzywdzisz.
— Nigdy bym go nie skrzywdził! — krzyknął.
— Syriuszu, uspokój się. Severus nie miał nic złego na myśli. — Zainterweniował Albus.
— Nie miał nic złego na myśli? Stara się mnie trzymać z dala od Harry'ego!
— Łapo. — Remus pociągnął swojego przyjaciela do tyłu, z dala od wszystkich. — Wiesz, że mają rację. Szczeniak ma objawy użycia klątw torturujących. Teraz każdy dotyk sprawia mu ból.
— Ale…
— Łapo! — ostrzegł go.
— W porządku. — Wyrzucił ręce w górę. — Ale jeśli ten oślizgły drań mu coś zrobi, to nie będziesz mnie powstrzymywał.
— Dobrze — zgodził się z nim.
— Teraz, kiedy kundel jest na smyczy, pozwólcie że zajmę się swoim zadaniem — zakpił Severus, pochylając się nad chłopcem z miksturą, którą przed chwilą wyciągnął z kieszeni ukrytej w szacie.
— Co to jest? — zapytał Black, spoglądając z nieufnością na flakonik.
— Eliksir uśmierzający ból — mruknął. — Wiedziałbyś, gdybyś bardziej uważał w szkole.
Nie zwracając już uwagi na Syriusza, który kolejny raz rzucał w jego stronę przekleństwa, chwycił chłopaka i ułożył go łagodnie na swoim ramieniu. Przechylając mu głowę do tyłu, odkorkował flakon zębami i wlał jego zawartość do ust nastolatka. Odrzucając na bok naczynie zaczął powolnymi i pociągłymi ruchami głaskać dwoma palcami odsłonięte gardło Gryfona, pomagając mu przełknąć. Reakcja była natychmiastowa, ale nie taka, jakiej się spodziewał.
Harry zakrztusił się, a jego ciałem wstrząsnął odruch wymiotny. Severus natychmiast wyczarował miskę i podstawił mu ją pod sam nos. Wszystko to, co przed chwilą znalazło się w żołądku chłopaka zostało zwrócone. Jego stan nie poprawił się nawet o jotę. Było nawet gorzej. Wciąż nieprzytomny zaczął krzyczeć. Jego blizna krwawiła. Krew spływała mu z czoła na twarz tworząc makabryczną, krwawą maskę.
— Draniu, co ty mu robisz? — Syriusz wywinął się Remusowi i chwycił Snape'a za ramię odciągając go od łóżka. Severus utrzymał się na nogach jedynie dzięki temu, że od dawna musiał sobie radzić z niespodziewanymi atakami. — Ostrzegałem cię! Jeśli coś mu zrobisz, to zginiesz! — wrzeszczał.
Mistrz eliksirów skrzywił się. Dłoń mężczyzny wciąż była zaciśnięta na jego łokciu, a sam Kundel dyszał mu w twarz. Co za brak opanowania i ogłady. Nie tego spodziewał się po czystokrwistym czarodzieju, ale Black zawsze był zakałą swojej rodziny.
— Puszczaj mnie, Kundlu — powiedział cicho. Nie szarpał się, nie poruszył, ale jeśli ten za chwilę nie zabierze od niego rąk, to go przeklnie. Miał ważniejsza sprawę do załatwienia, niż użeranie się z nim.
— Nie będziesz mi rozkazywał, Śmiercio…
— Drętwota. – Syriusz padł sztywny na podłogę. W dłoni trzymał rękaw szaty Severusa. Oderwany materiał pokazywał, odcinający się od skóry barwą, znak śmierciożercy.
— Albusie — Snape uniósł wzrok — jesteś mi winny nowe ubranie.
Dyrektor nie zwrócił uwagi na jego słowa.
— Remusie, zabierz Syriusza do jego sypialni i nie uwalniaj go spod wpływu zaklęcia aż nie zajmiemy się Harrym — nakazał wilkołakowi. — Jest zbyt wytrącony z równowagi. Będzie nam tylko przeszkadzał.
— Dobrze.
Lupin bez żadnego wysiłku zarzucił ciało przyjaciela na ramię. Rzucając jeszcze ostatnie spojrzenie na nastolatka, wyszedł z pokoju. On również był niespokojny, ale lepiej nad sobą panował niż Łapa. Wiedział, że nie może nic zrobić by mu pomóc. Musiał zaufać Dumbledorowi i jego osądowi.
— Jak możesz mu pomóc? — zapytał dyrektor, gdy zostali sami w pomieszczeniu.
— Nie wiem — odpowiedział, podchodząc do chłopaka, który już nie krzyczał, tylko ponownie kwilił. — Nie rozumiem jego reakcji na miksturę. Już wcześniej ją otrzymywał, a jego reakcja nie była nigdy taka gwałtowna.
— Czy dalej uczestniczy w wizji Voldemorta?
— Tak.
— Skąd ten atak? Harry nie skarżył się od tygodni na żadne koszmary. — Severus prychnął, słysząc to.
— Ten chłopak nigdy nie skarżył się na swój los. Nie zdziwiłbym się, gdyby uznał, że jeśli wizje nie wiążą się z przyszłymi działaniami Voldemorta tylko jego codzienną „działalnością", to nie musi się na nie skarżyć. Co do przyczyny tego ataku… — Rozejrzał się po pokoju, jego wzrok spoczął dłużej na Uszach Dalekiego Zasięgu. — Przyszedł do tego pokoju wraz z panną Weasley po to, by posłuchać zebranie Zakonu. Emocje, które poczuł związku z tym, spowodowały że stracił czujność. Był tak samo bezbronny jak podczas snu. Jego gwałtowne uczucia również skierowały na niego uwagę Voldemorta, który wykorzystał okazję. Sam na jego miejscu postąpiłbym podobnie. — W tym momencie wróciła pielęgniarka.
— Mam eliksiry — powiedziała na wydechu, podchodząc do pacjenta z zamiarem podania pierwszych z nich.
— Nic mu nie poddasz. — Głos mistrza eliksirów zatrzymał ją na miejscu.
— Może jesteś osobą, która je sporządziła, ale to ja jestem dyplomowanym uzdrowicielem. Nie powstrzymasz mnie przed uleczeniem ucznia. — Skrzywiła się, kontynuując swój marsz do łóżka.
— Głupia kobieto, tylko mu zaszkodzisz. – Severus powoli tracił cierpliwość, nie pomagało również to, że Harry drżał niekontrolowanie na posłaniu.
— Albusie? — Kobieta zwróciła się do dyrektora, chcąc uzyskać potwierdzenie.
— Severus ma rację, Poppy. Nie znamy powodu, ale wydaje się, że Harry nie może przyjąć żadnej mikstury. Wygląda na to, że zamiast mu pomagać, szkodzą mu.
— Świetnie, to w takim razie jak mogę mu pomóc? — Była sfrustrowana.
— Możesz przemyć mu twarz. Tylko ostrożnie, jest obolały — powiedział Severus.
— Znam się na swojej pracy. Wiedziałbyś o tym, gdybyś pozwolił mi leczyć swoje urazy w skrzydle szpitalnym zamiast cierpieć swoich prywatnych komnatach. — Oburzona pomaszerowała do łazienki przyłączonej do sypialni, by znaleźć ręcznik.
— Czy jest coś, co moglibyśmy teraz zrobić? — Dyrektor spojrzał na Harry'ego, którego oddech powoli się uspokajał.
— Nie – odpowiedział Severus brutalnie, ale szczerze. — Nie możemy siłą przerwać tego połączenia, bo skutki mogą być nieprzewidywalne. Eliksiry również nie wchodzą w grę. Jedynie co moglibyśmy zrobić, to… — Severus zmrużył oczy, patrząc jak pielęgniarka siada na łóżku i wyciera krew z twarzy nastolatka. — Muszę coś sprawdzić. — Nie wyjaśniając nic więcej, wyszedł z pokoju.
— Poppy, zajmij się proszę Harrym, póki nie wrócę. — Pielęgniarka kiwnęła głową, nie odwracając wzroku od swojego pacjenta.
OoO
— Severusie, zaczekaj. — To był rozkaz, a nie prośba.
— Albusie, jeśli chcesz żebym jak najszybciej zajął się twoim Złotym Chłopcem, to nie zatrzymuj mnie.
— Nie pragnę niczego bardziej, jak ulżyć w bólu Harry'emu, ale mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia. — Nie spodobało się to Severusowi, ale nie miał wyboru. Musiał go wysłuchać. — Harry musi wznowić lekcje oklumecji…
— Albusie… — Wiedział, co zaraz zostanie powiedziane.
— I ty się tym zajmiesz i nie przyjmuję żadnej odmowy. — Nie dał mu nawet szansy odmowy. — Żeby mieć kontrolę nad jego postępami, zamieszkasz na Grimauld Place.
— Nie mam zamiaru mieszkać z wilkołakiem i pchlarzem w jednym domu. Prędzej zaczniemy obrzucać się klątwami, niż… — Dyrektor uniósł dłoń, zmuszając go do milczenia. Severus był wściekły, że dalej daje się na to załapać. Jak jakiś pies milknący na rozkaz pana.
— Nie zapomniałem o tym, że zignorowałeś mój rozkaz w sprawie Dursleyów. Uznaj to za swoją karę. A teraz idź i zrób wszystko, by pomóc Harry'emu.
— Tak jest, Albusie.
Severus skłonił się oficjalnie i trzepocząc szatami, skierował się do wyjścia. Dumbledore obserwował jego oddalającą się sylwetkę, aż ta nie zniknęła w kolejnym korytarzu.
— Wszystko co czynię, robię w imieniu wyższego dobra — wyszeptał.
Czy to było zapewnienie dla Mistrza Eliksirów, który już nie mógł tego usłyszeć, czy może dla niego, tego się nigdy nie dowiemy.
OoO
Harry czuł się tak, jakby tłuczek uderzył go w brzuch, powodując jego upadek z miotły z kilkudziesięciu metrów, a na koniec, jakby było tego mało, przebiegł po nim hipogryf. Nawet ruch klatki piersiowej przy oddychaniu powodował u niego ból. Znał to uczucie tak dobrze, że to natychmiast rozpoznał skutki Cruciatusa. Kolejny raz został wciągnięty w wizję, która przedstawiała przyjęcie herbaciane według Czarnego Pana. Starając się jak najmniej poruszać, otworzył oczy. Natychmiast tego pożałował. Nawet najłagodniejsze światło będzie go teraz drażniło, ale przeżywał gorsze rzeczy, może przetrwać i tą.
Rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu okularów. Odnalazł je obok siebie na posłaniu. Zastanawiał się, kto przeniósł go na łóżko. Ostatnie, co pamiętał, to leżenie na podłodze wraz z Ginny, gdy podsłuchiwali Dumbledore'a. Dziewczyna raczej by go nie uniosła, ale mogła zawsze użyć zaklęcia, ale z pewnością w takiej sytuacji nie pomyślałaby o tym by wyczyścić pokój jak i jego. Nie było wątpliwości, że ta sypialnia była tym samym zakurzonym i opuszczonym pokojem, w którym był wcześniej. Oznaczało to, że wezwała pomoc.
— Po prostu świetnie — jęknął, siadając. — Przynajmniej teraz nikogo tu nie ma. — Uniósł się z trudem, ale stanął na nogi.
Nie miał zamiaru całego dnia przeleżeć w łóżku, a z pewnością byłby na to skazany, gdyby przyłapał go jakiś dorosły. Musi unikać ich tak długo, aż zrozumieją, że nic mu nie jest. Jak odnajdą go wieczorem, to już go nie zmuszą żeby leżał bez ruchu.
Trochę dziecinie rozumowanie, ale Harry miał nadzieję, że naprawdę tak będzie. Dawno już nauczył się radzić sobie sam. Czy to z bólem, czy z codziennymi obowiązkami. To, że ktoś troszczy się o niego w szkole, jak i poza nią, było dla niego dziwne, ale miał wrażenie, że będzie musiał się wkrótce do tego przyzwyczaić. Zwłaszcza z Molly, która traktuje go jak syna. Z Syriuszem i Remusem, którzy zaczęli bardziej zwracać na niego uwagę po jego urodzinach. To miłe, ale… Zawsze było jakieś „ale", a on chciał mieć tą samą wolność co wcześniej. Bez patrzenia na niego z litością i smutkiem, bez pytania jak się czuje, czy czegoś mu nie potrzeba. Miał tylko nadzieję, że Ginny nie zacznie zachowywać jak oni po tym, co usłyszała.
Wzdychając, wyszedł na korytarz. Miał zamiar zaszyć się w swoim pokoju i nie wychodzić z niego aż do wieczora. Jednak nie było mu to dane.
— Potter.
Nim zdążył zareagować, został przyszpilony do ściany przez Mistrza Eliksirów. Jego biodra były przyciśnięte przez lędźwie mężczyzny. Gdy oddychał jego klatka piersiowa ocierała się o szatę Snape'a. Ramię Severusa przyciskało jego szyję, zmuszając go do patrzenia w czarne, bezdenne oczy, które ciskały gromy. Czując taką bliskość czarodzieja, Harry jęknął i oparł głowę o ścianę. Czuł oddech profesora na ustach. Drżał, ale Snape był niewzruszony. Zbliżył się nawet jeszcze bardziej.
— Potter — powtórzył, zwracając uwagę chłopaka na siebie. — Masz wiele do wyjaśnienia i nie będą to jakieś wymówki. Powiesz mi całą prawdę — wycedził. — Czemu nie powiedziałeś o wizjach? Co z twoją reakcją na mikstury? — mówiąc to, zbliżył się jeszcze bardziej. Harry czuł każde załamanie ciała mężczyzny. Jego policzki zabarwiły się na czerwono, gdy poczuł subtelny zapach Snape'a.
— Nie wiem, o co ci chodzi — wydyszał. Starał się oddychać przez usta, by nie czuć tego zapachu, ale nie wiele to dało.
— Jestem twoim profesorem. Masz się zwracać do mnie z szacunkiem. — Pochylił się. Jego włosy otarły się o policzki ucznia. — Teraz chcę moich odpowiedzi.
Harry nie mógł mu odmówić. Czuł się tak, jakby miał zaraz zemdleć z powodu tych wszystkich wrażeń i efekty pocruciatusowe nie miały z tym nic wspólnego.
— Nie sądziłem, że to coś ważnego.
— Uważasz, że wciąganie cię na regularne sesje tortur u Czarnego Pana nie jest niczym ważnym? Sprawia to, że jesteś jeszcze głupszy niż myślałem — powiedział wprost do jego ucha. — Będziemy musieli to zmienić. — Harry zadrżał. Była to subtelna obietnica, którą nie do końca rozumiał. — Co z miksturami? Sam je przygotowywałem, nie powinieneś mieć takiej reakcji. Wyjaśnij to — zażądał.
— Od jakiegoś czasu nie toleruję eliksirów — powiedział to, co przyszło mu na myśl.
— Masz uczulenie na jakiś szczególny składnik? — Widząc niezrozumienie w zielonym tęczówkach, westchnął. — Mógłbym się domyśleć. Co z miksturami, które miałeś pić po śniadaniu? — Harry uciekł wzrokiem na bok.
— Wypijałem je — wymamrotał.
— Ostrzegałem cię. — Chwycił jego brodę, blokując mu głowę. — Nie toleruję kłamstw. Legilimens.
Bez trudności przedarł się przez nikłe bariery w umyśle nastolatka. Zignorował jego dalsze wspomnienia. Skupił się tylko na tych, które dotyczyły okresu od jego przybycia na Grimauld Place. Obserwował jego rozmowy z przyjaciółmi, zabawy z nimi, rozwiązywanie prac domowych. Jego intensywne kartkowanie książki, którą dostał na urodziny. Jedna strona była powyginana. Przy tym konkretnym wspomnieniu Potter starał się go wypchnąć z umysłu. Przełamał jego opór, ale skupił się na innych kawałkach pamięci. Do tamtego może wrócić kiedyś indziej. Szukał tego, co go aktualnie interesowało. W końcu to dostrzegł.
Bachor codziennie wylewał jego mikstury, które sporządzał specjalnie dla niego. Innym razem, gdy nie udało mu się ich po kryjomu „usunąć" wypijał je i szedł do łazienki zwymiotować. Wyglądał przy tej czynności na bardzo chorego, tak jakby już ten krótki kontakt z miksturą powodował u niego ból. Znaczyło to jednak, że chłopak zdaje sobie sprawę, że coś mu szkodzi w eliksirach. Teraz mistrz eliksirów musiał się dowiedzieć, kiedy bachor uzyskał tę wiedzę. Zagłębił się jeszcze bardziej w jego umysł. Chłopak walczył, ale nigdy nie był dobry w magii umysłu, a Severus był w niej ekspertem.
W pewnym momencie mignęło mu wspomnienie, które nastolatek starał się w miarę swoich możliwości ukryć. Odepchnął go i zaczął je przeglądać. To, co ujrzał zaskoczyło go, ale miał już potrzebne informacje. Nie musi go dalej męczyć. Wycofał się z jego umysłu.
— Co to ma znaczyć? — zapytał nastolatka, który dysząc ciężko opierał się o niego całym ciężarem. — Jesteś syreną? — W oczach Harry'ego pojawiła się panika.
— Proszę, nikomu nie mów.
— Tak jak myślałem, nikomu o tym nie powiedziałeś. Swoim przyjaciołom, swojemu wilkołakowi i kundlowi, nawet dyrektorowi. Czy zdajesz sobie sprawę na jak wielkie niebezpieczeństwo się naraziłeś?
— Tak, wiem. — Harry rozejrzał się spanikowany po korytarzu. — Nie chciałem być dziwolągiem. Nie chcę być jeszcze większym dziwakiem.
— Nie jesteś… — Severus nie zdawał sobie dotychczas sprawy, jak wielkie szkody na psychice wyrządzili mu krewni.
— Proszę, nikomu nie mów — przerwał mu Harry. — Nie chcę, by ktoś się o tym dowiedział. — Powoli panikował. — Zrobię wszystko, tylko nikomu o tym nie mów.
— Mówisz „wszystko", mały, odważny Gryfiaku? — Harry powinien być zaniepokojony tymi słowami, ale teraz bardziej interesowało go to, by nikt się o tym nie dowiedział.
— Tak, zrobię wszystko. — Widząc lekki uśmieszek na ustach mężczyzny szybko otrzeźwiał. — W granicach rozsądku.
— Już za późno. — Odsunął się, ale natychmiast złapał nastolatka za ramię i wepchnął go do najbliższego pokoju. — Teraz pokażesz swoją formę — powiedział, gdy zamknął za nimi drzwi i zabezpieczył pokój przed ewentualnym podsłuchem.
— Co? — Harry spojrzał na niego bez zrozumienia.
— Chcę… zobaczyć… twoja… formę… — wycedził. — Wolisz sam to zrobić, czy mam załatwić to w brutalniejszy sposób? — Wyciągnął różdżkę. Nie skierował jej jeszcze na chłopaka, ale mogło się to szybko skończyć.
— Potrzebuję wody — powiedział.
Nie chciał nikomu się pokazywać, gdy zamiast nóg miał ogon, ale nie miał wyboru. Nawet jeśli ukrycie swojego sekretu będzie polegało na tym, że będzie musiał się ujawnić całkowicie przed oślizgłym mistrzem eliksirów.
— Eastate Nubila. — Snape wypowiedział łagodnym głosem, nieznane Harry'emu zaklęcie.
Gdy tylko skończył wymawiać te słowa, na Potter'a zaczął spadać ciepły, letni deszcz. Harry krzyknął, gdy opadł na ziemię. Ponownie otarł sobie nadgarstki, bo właściciel pokoju nie był tak uprzejmy, by umieścić na kamiennej podłodze dywan.
— Mogłeś mnie ostrzec — warknął spoglądając na profesora. Umilkł, gdy ujrzał wzrok mężczyzny.
OoO
Severus podziwiał widok, który jawił mu się przed oczami. Męska syrena. Niewidziana przez dziesięciolecia. Tak jak legendy opisywały, była piękna. Myślał, że fakt iż był to Potter zmniejszy w jakiś sposób urodę tego zjawiska, ale w jakiś absurdalny sposób sprawiało, że było to jeszcze piękniejsze.
Bachor siedział na podłodze, rumieniąc się intensywnie, a jego oczy błyszczały. Czarne kosmyki, z których składała się jego „fryzura" sterczały na wszystkie strony świata. W niektórych miejscach dotykały jego ciała, przez co wzrok mistrza eliksirów kierował się na jego skórę. Naga klatka piersiowa, ozdobiona jedynie medalionem otrzymanym na urodziny unosiła i opadała w przyśpieszonym oddechu.
— Profesorze? — Nawet jego głos się zmienił. Był teraz bardziej melodyjny. Urzekający. Nie myśląc co robi podszedł bliżej i uklęknął przy nastolatku. — Co robisz?
W tym momencie Harry chciał mieć przy sobie różdżkę, ale podczas jego przemiany znajdowała się w jego kieszeni. Nie uzyska jej z powrotem aż nie wróci do swojego poprzedniego stanu.
— Zamknij się, Potter. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić. Chcę cię tylko przebadać. — Uniósł dłoń i dotknął uszu nastolatka. — Hmmmm… Spiczaste.
— Spiczaste? — krzyknął, sięgając do uszu. Snape miał rację, jego płatki uszne nie były już zaokrąglone tylko spiczaste — Jak to?
— Nie przyglądałeś się w lustrze?
— Nie. — Przygryzł dolną wargę. — Nie chciałem się widzieć. — Profesor nie komentował.
Przesunął dłoń na policzek ucznia. Skóra również się zmieniła. Była teraz zimniejsza i jakby wilgotniejsza. Nie mokra, ale miało się wrażenie, że dotyka się lekko wilgotnego jedwabiu.
— Kiedy się zmieniasz?
— Kiedy mam kontakt z wodą — przyznał się. Starał się zignorować dotyk, ale jego ciało go nie słuchało. Wyginał się w stronę mężczyzny, łaknąc pieszczot. Było to zawstydzające, ale Snape nic nie mówił na ten temat.
— Z każdym kontaktem? — zapytał upewniając się. Pamiętał, że Poppy omywała mu twarz mokrym ręcznikiem. Nie zmienił się wtedy.
— Tak.
— Co z myciem? — Przesunął placami po jego policzku na szyję. Tuż pod uszami miał skrzela. Umożliwiały mu oddychanie pod wodą. Musiały być bardzo wrażliwe, ponieważ chłopak skulił się, łapiąc rozpaczliwe oddech. — Boli?
— Nie. — Opuścił wzrok.
— Przyjemnie? — zakpił dotykając jeszcze raz tego samego miejsca. Chłopak jęknął, chwytając go za nadgarstek. Usta miał uchylone, a w oczach takie błaganie, że zrezygnował z torturowania go. — Co z myciem? — powtórzył, zabierając dłoń z jego skrzeli. Teraz skupił się na miejscu, gdzie jego ciało zmieniało się w ogon.
— Myję się po przemianie — przyznał, obserwując jak te dłonie, z długimi palcami dotykają jego skórę. Drżał przy każdym dotyku i wciąż nie mógł zapomnieć jak zareagował, gdy Snape dotknął jego szyi.
— Co z eliksirami? — Pogładził ogon Harry'ego, który się uniósł i ułożył na jego udach. — Potter! — ostrzegł go.
— Nie panuję nad tym, ok? — odpowiedział ostro.
— Odpowiedz na moje pytanie. — Dalej badał jego ogon, który wciąż spoczywał mu na nogach. Łuski były delikatne, ale kiedy przeciągnął je od dołu do góry były szorstkie, gdyby przycisnął mocniej rękę, poraniłby się.
— Nie mogę jeść niczego innego niż ryby. Jeśli zjem coś innego, jestem chory. Wychodzi na to, że nie mogę również zażywać żadnych eliksirów.
— Masz to po Lily? — Odsunął jego ogon.
— Tak. — Harry przyjrzał się z podejrzliwością swojemu profesorowi.
— Zanim zapytasz - Lily również nie jadła niczego innego niż ryby, za to Potter obżerał się wszystkim co możliwe. — Jego usta zacisnęły się w wąską linię. — Lily również nie piła żadnych eliksirów, ale nie znaczy to, że nie zażywała żadnych medykamentów. Odwróć się — nakazał.
— Co chcesz zrobić?
— Chcę coś sprawdzić.
Harry rzucając jeszcze jedno podejrzliwe spojrzenie odwrócił się, tak że teraz był skierowany plecami do mężczyzny, a jednocześnie mógł obserwować jego poczynienia.
Severus sięgnął go kieszeni i wciągnął słoiczek z maścią, którą pachniała niczym świeże poziomki. Nabrał dużą ilość na palce i wtarł ją w plecy nastolatka.
— Co to?
— Maść na objawy występujące po zaklęciu cruciatus. — Uznał, że jeśli będzie wyjaśniał wszystko nastolatkowi, to będzie spokojniejszy. — Jeśli twój żołądek nie może przyjąć żadnego eliksiru, to trzeba znaleźć inny sposób, by poddawać ci leki. Pamiętam również, że Lily stosowała najróżniejsze maści. Powiedz, gdy poczujesz się gorzej. — Rozmasował powolnymi i przemyślnymi ruchami napięte mięśnie. Zaczął od karku, potem łopatek, a na koniec dolnego odcinka lędźwiowego. Harry wygiął się w koci grzbiet, nucąc cicho, gdy dłonie mężczyzny docierały do kolejnych miejsc. Severus wyłapywał momentu, gdy nucona piosenka była łagodniejsza, a gdzie ostrzejsza, gdy docierał do bardziej bolesnego miejsca. — Będziemy musieli to powtarzać każdego dnia, aż nie znikną wszystkie skutki.
— Hmmm… — Chłopak w ogóle go nie słuchał.
— Będziesz wykonywał każde moje polecenie.
— Hmmm.
— Przetestujemy kilka mikstur, by mieć je w zapasie kiedy coś ci się stanie.
— Hmmmm, och — jęknął, gdy opuszki palców mistrza eliksirów zahaczyły o jego skrzela, gdy masował mu kark.
— Będziemy również pracować nad twoją przemianą. Lily nawet w deszczu nie zmieniała się w syrenę. Musi być to zależne od waszej woli, bo w innym wypadku każdy ujrzałby syrenę.
— Taaaak — westchnął.
Severus uśmiechnął się. Gdyby wiedział, że wystarczy prosty masaż, żeby Potter był tak uległy, już dawno by spróbował.
— Masz także za zadanie znaleźć wszystkie informacje o syrenach. Masz do dyspozycji całą bibliotekę Blacków. Z pewnością znajdziesz wiele interesujących informacji, które wspólnie przedyskutujemy.
— Och. — Przymknął oczy, drżąc.
— Od jutra zaczniemy nasze lekcje oklumencji. — Wstał, wycierając ręce. — Lepiej się przygotuj. Nie mam zamiaru być łagodny. — Wyszedł, zostawiając Harry'ego, który dopiero teraz zdawał sobie sprawę co zostało powiedziane i na co się zgodził.
— Co? — Chciał pobiec za profesorem, ale wciąż miał ogon. — Cholera! — Z frustracją uderzył pięścią w podłogę.
