Mijał dzień za dniem. Ginny umierała z niepewności o swojego brata i chłopaka (w tej chwili nie myślała o nim, jak o byłym), w jej głowie zaczął klarować się pewien plan. Do jego realizacji potrzebowała jednak pomocy Hermiony, a może i nie tylko.
Jednak… z Hermioną działo się coś zdecydowanie złego. Dziewczyna niby zachowywała się normalnie, ale cały czas gdzieś znikała. W dodatku Charlie powiedział jej, że na lekcjach zaczyna przejawiać wręcz… geniusz. Szczególnie na eliksirach. Wprawdzie zawsze wierzyła w przyjaciółkę i jej niebywałą inteligencję, ale teraz zadziwiała ona nawet profesorów. Doszło do tego, że Billa zatrzymała po lekcjach McGongall, pytając, czy z nią na pewno wszystko w porządku. Chłopak w pewien sposób uchronił Hermionę od węszenia nauczycielki, twierdząc, że dzięki nauce gryfonka łatwiej sobie radzi ze zniknięciem przyjaciół. Ale czy przez takiezajęcie czasu można nagle zostać geniuszem? Dla Ginny odpowiedź była jasna.
Pewnego dnia, mniej więcej dwa tygodnie po tym, jak Hermiona zaspała pierwszy raz w życiu na lekcje, Ginny zobaczyła ją z tą książką. Książką, którą znalazła pewnego pamiętnego wieczoru pod poduszką przyjaciółki. I nagle wszystko zaczynało mieć dla niej sens, tworzyć jakąś całość. Nie wiedziała wprawdzie dlaczego tak było, ale z pewnością miało to związek z tym nieciekawym woluminem. Zdecydowała że odkryje, co się dzieje. W końcu Hermiona była przyjaciółką jej i chłopców, po namyśle stwierdziła, że nie tylko przyjaciółką, a i siostrą, której nie miała. Więc Ginny, pod nieobecność chłopców czuła się odpowiedzialna za dziwny stan starszej dziewczyny. Jednego była pewna, musiała coś z tym zrobić!
Dlatego któregoś wieczoru, gdy Hermiona już przestała się nawet kryć z tym, że czyta Historię XVII-wiecznej kanalizacji, Ginny przysiadła się do niej przy kominku.
- Co czytasz? – spytała niewinnie. W tej chwili dziękowała niebiosom, że granie wychodziło jej całkiem dobrze, bo jakby nie patrzeć Hermiona była bardzo bystrą osobą i ciężko było ją podejść.
- C-co? – spytała, wyraźnie roztargniona przez lekturę. – O, Ginny, cześć.
- Cześć – odpowiedziała jej swobodnie. Gdy jednak cisza trwała kolejne sekundy, Ginny z westchnieniem ponowiła pytanie. – Co czytasz?
- A, to nic takiego. Taka… mugolska książka. Nic ciekawego.
- Już uwierzę, że od ponad dwóch tygodni chodzisz z nieciekawą mugolską książkąpo zamku. Jasne – parsknęła krzyżując ramiona na piersi.
Przez zaledwie ułamek sekundy Ginny mogła dostrzec panikę na twarzy Hermiony, ale to był tylko ułamek. Chwilę później gryfonka patrzyła na nią z wystudiowanym, nie do końca szczerym uśmiechem.
- Nic szczególnego, Ginny. Naprawdę.
Ruda starała się nie przewrócić oczami i nadal grała uprzejmie zainteresowaną tą niespotykaną lekturą. Jednakże musiała jakoś ruszyć sprawę do przodu, czyż nie?
- To może mi ją pożyczysz? – spytała sprytnie, rzucając jej przymilne spojrzenie, któremu rzadko kto się opierał - no, może oprócz bliźniaków i Rona. Na Hermionę jednak nie zadziałało, jedynie popatrzyła na nią zdziwiona.
- Pożyczyć? Nie, Ginny. Wybacz, ale nie mogę. Ona już jest od kogoś pożyczona – zamknęła z jakąś dziwną czułością książkę i podniosła się na nogi. – A teraz wybacz, jestem strasznie zmęczona… - powiedziała uśmiechając się przepraszająco i wyminęła Ginny, kierując się na schody do dormitorium. Ruda odprowadziła ją podejrzliwym wzrokiem.
Pożyczona, tak? A więc trzeba będzie sprawdzić właściciela – pomyślała, uśmiechając się chytrze.
Musiała tym chyba przerazić przechodzącego Charliego w postaci Harry'ego, którego akurat minęła bo chłopak o mało co się nie potknął widząc jej wyraz twarzy.
- Rety, Ginn. Normalnie aż mi ciarki przeszły. Co ty knujesz?
- Coś wielkiego – odpowiedziała mu tajemniczym tonem. – A ty mi w tym pomożesz, kochany Złoty Chłopcze – w jej brązowych oczach pojawił się niebezpieczny blask.
Severus trzymał w ręce szklankę Ognistej Whisky. Siedział jak zwykle w swoim ulubionym, ciemnozielonym fotelu przed kominkiem, w którym wesoło trzaskał ogień. To było jedno z jego miejsc zadumy. Do drugiego, z przyczyn raczej oczywistych, wolał się teraz nie udawać. Nie chciał spotkać się z Granger, nie po tym, jak w swoich wizjach zobaczył, do czego by można użyć tego miejsca...
Upił kolejny łyk. Ostatnio zastanawiał się, co by zrobił bez tego trunku. Nie nazywał tego uzależnieniem, o nie, Mistrz Eliksirów nie mógłby być przecież uzależniony od czegoś tak banalnego jak Ognista Whiskey. Szklaneczka bursztynowego płynu była bardziej… ucieczką od codzienności, czy też raczej miłą odskocznią. Choć każdy, kto spotkał alkoholika dobrze wie, że to jedno i to samo, bo przecież alkoholizm to choroba pełna błahych półprawd i samooszukiwania się. Ale przecież kto jak kto, Severus Snape nie nazwałby siebie alkoholikiem, po prostu lubił subtelny smak tego trunku i uczucie, które towarzyszyło mu, gdy magiczna substancja rozchodziła się po jego ciele.
Gryzące wyrzuty sumienia zmusiły go, kolejny raz, do wyciągnięcia portretu Granger zza regału z księgami. Szczerze, to wolał nie myśleć ani o niej, ani o książkach. Teraz jej podobizna widniała oparta o kilka opasłych tomów, a jej złotawe, w świetle płynącym z kominka, włosy zdawały się falować. Westchnął ciężko.
Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że to jego wina. Dziewczyna wyraźnie otworzyła się na każdą treść płynącą z księgi. Mógł to przewidzieć, cholera jasna! Zirytowany rzucił szklankę w ogień, który pod wypływem alkoholu buchnął mocniejszym płomieniem, dmuchając tym samym żarem w twarz Severusowi. Ta dziewczyna staczała się na jego oczach. Z jego winy…
A przecież zabezpieczył tę księgę! Zabezpieczył tak, żeby miała zahamowany wpływ na czytelnika, szczególnie niedoświadczonego w Czarnej Magii. Miała tylko znaleźć to głupie zaklęcie i tyle. Zamknąć, oddać, zapomnieć. O nim najlepiej też.
Ale patrząc na ten obraz, ba, już go wyjmując, podświadomie wiedział o tym, że postanowił naprawić ten błąd. Zawalczyć o tę dziewczynę.
I wtedy właśnie dobiegł go odgłos pukania do drzwi.
Ginny naprawdę długo to planowała. Musiało wyjść perfekcyjnie – Hermiona, szczególnie ta nowa była bardzo spostrzegawcza i nie rozstawała się ze swoją książką ani na krok. Dlatego potrzebowała pomocy braci – Charlie i Bil, na szczęście obiecali jej pomóc. Dlatego więc, po uknuciu dokładnego planu i zapoznania z nim chłopaków, czekała razem z nimi w pokoju wspólnym Gryffindoru, aż Hermiona wróci z kolacji. Sami uporali się z nią o wiele wcześniej, żeby jeszcze raz wszystko sobie przećwiczyć. Tak więc dwójka chłopaków siedziała na jednej z czerwonych kanap i w najlepsze przekomarzała się, a Ginny wyglądała za okno, gdzie prószył śnieg, tworząc coraz grubsze warstwy pierzyny. Zadrżała na samą myśl, że być może Harry i Ron muszą gdzieś marznąć, samotni…
Taki był jej drugi plan. Wyciągnąć ich stamtąd. Ale żeby to zrobić, najpierw potrzebowała w pełni sprawną Hermionę. Dlatego zebrała się w sobie, obserwując srebrny księżyc za oknem i postanowiła, że ich znajdzie.
Usłyszała odgłos odsuwanego obrazu, co skutecznie odwróciło jej uwagę od chłopaków. Do pomieszczenia weszła niczego nieświadoma Hermiona, minęła Billa i Charliego, którzy produkowali się jak idioci i skierowała się prosto na schody do swojego dormitorium.
Ginny poczuła, że ich szansa zaraz przepadnie. Popatrzyła na chłopaków, którzy bezradnie wzruszyli ramionami. Posłała im spojrzenie godne swojej matki, co od razu postawiło chłopaków do pionu i jeden z nich zawołał:
- Hermiono! – Wchodząca już po krętych schodach postać odwróciła się i spojrzała bez zainteresowania na chłopaków. – Hermiono, zastanawialiśmy się, czy nie mogłabyś nam pomóc w eseju z transmutacji… - Bill wstał i podszedł do niej, a Charlie poszedł zaraz w jego ślady.
- Przecież jeszcze niedawno zupełnie wam nie zależało – rzuciła im powątpiewające spojrzenia. Cholera! – zaklęła Ginny w myślach. Na szczęście jej bracia nie wydawali się być zbici z tropu.
- No tak, ale pomyśleliśmy…
- … że trzeba by Ronowi jednak podnieść trochę oceny – dokończył za brata Charlie, niczym bliźniacy.
- McGongall i tak wie, że wy to wy – rzuciła im sceptyczne spojrzenie. – A ja trochę się spieszę…
- Hermiono… - Bill użył głębokiego głosu Rona, który kiedyś tak bardzo podobał się Hermionie. – Prosimy…
Kiedy Ginny zauważyła zrezygnowany wyraz twarzy przyjaciółki, wiedziała, że wygrali i nic nie mogła poradzić, że jej usta same rozciągnęły się w uśmiechu.
- Pozwólcie mi tylko zostawić torbę, dobrze? – powiedziała, przeskoczyła kilka schodów i zniknęła w swoim dormitorium.
Czyżby to było tak proste? Hermiona zostawi swoje rzeczy, zejdzie na dół, a ona sama będzie mogła wkraść się do jej dormitorium…
Jednak wbrew nadziejom Ginny, Hermiona wyszła z znaną jej już książką pod pachą. Wszędzie ją nosiła, więc teraz też zapewne będzie chciała z nią siedzieć.
- To gdzie chcecie to pisać? – spytała nieco zniecierpliwiona Hermiona.
- Może… eee… w bibliotece? – rzucił Charlie, patrząc niedyskretnie na Ginny, która w tym momencie najchętniej plasnęłaby się głośno w czoło. Czy wszyscy jej bracia to skończeni idioci?! Jednakże niezauważalnie pokiwała głową, więc Bill przechwycił pałeczkę.
- Tak, biblioteka to super pomysł. Będziemy mieli materiały źródłowe i tak dalej…
Teraz albo nigdy – pomyślała Ginny, wzięła głęboki oddech i chwyciła książkę, która wyglądała z pozoru niewinnie, a w rzeczywistości bardzo podobnie do tej, którą trzymała Hermiona. Wprawdzie Ruda miała utrudnione zadanie, bo sama nie wiedziała, jak tamta naprawdę wygląda, ale nie bez korzyści jest siódmym dzieckiem w rodzinie. Chwyciła w drugą ręką różdżkę i upewniwszy się, że Hermiona jej nie widzi, zaczęła odsyłać swoją książkę w stronę przyjaciółki. Powoli, ostrożnie księga zaczęła przesuwać się w jej stronę. Teraz musiała się skupić jeszcze bardziej – czekała ją najtrudniejsza część zadania, czyli podmienienie. Rzucając na Hermionę chwilowe zaklęcie dezorientacji, szybko wysunęła właściwą księgę i wsunęła swoją, chroniąc od razu tą pierwszą przed upadkiem i szybko przywołując ją do siebie.
Ginny odczekała kilka sekund w napięciu wstrzymując oddech, bojąc się, że na Hermionę jednak rozproszenie nie podziałało. W końcu była jedną z najpotężniejszych wiedźm, jakie przebywały obecnie w tym zamku i jej mały„Confundus" mógł być niewystarczający. Jednakże Hermiona zdawała się nic nie zauważyć i Ginny odetchnęła z ulgą. Jej bracia też się wyraźnie rozluźnili i skierowali razem z jej niczego nieświadomą przyjaciółką do wyjścia. Zdążyła jeszcze usłyszeć jej ostatnie słowa:
- Gdyby Harry i Ron też mieli taki zapał do prac domowych…
Ginny parsknęła śmiechem. Ach Hermiono, gdybyś wiedziała, gdybyś tylko wiedziała...
Nie miała jednak wiele czasu. Chwyciła ciężką księgę (jakim cudem Hermionie chciało się nosić tak ciężkie tomisko przy sobie?! Jej samej już po chwili ręce chciały odpaść) i poszła do swojego dormitorium, by skryć się za kolejnymi drzwiami w łazience. Na szczęście nikogo nie było. Zapaliła wszystkie świece i usiadła na chłodnej posadzce. Odetchnęła głęboko i otworzyła księgę.
I znów to samo. Kartki jakby posklejane z różnych dzieł, teksty w różnych językach, różne gatunki literackie…
I nagle znów ten prześwit… Ginny przyjrzała się dokładniej. Przecież przed chwilą było tu jakieś zaklęcie! Widziała!
Czując coraz większe napięcie, skupiła się na tym, co przed chwilą widziała. Przymknęła powieki i przywołała tamten obraz. Łacińskie słowa, czarny atrament, pożółkłe kartki, rysunek trójkąta…
Powtarzała tę mantrę przez kolejne kilka minut, po czym otworzyła oczy i oniemiała z wrażenia.
Tym razem potrafiła odczytać całą stronę. Przewróciła na następną. I kolejną. A wszystkie układały się w zaklęcia, które zdecydowanie nie wyglądały na Białą Magię…
Złamała barierę, czyjakolwiek ona była. Więc teraz ujrzy i tytuł…
Z sercem prawie wyrywającym się z piersi, odwróciła grubą okładkę i zamarła z wrażenia, kiedy doszedł do niej sens wytłoczonych na niej złocistych słów.
Czarnomagiczne praktyki odbierania i ratowania życia.
Teraz pozostało jedynie zidentyfikować właściciela. Chociaż Ginny miała prawie stuprocentową pewność, do kogo ona należy, jednak wolała to sprawdzić.
Wyszeptała zaklęcie, które po chwili wróciło do niej niczym sonda. Pozytywne.
Kilka minut później biegła już przez szkolne korytarze, nie bacząc nawet, która jest godzina ani kogo potrąca. W drodze do lochów Snape'a po głowie kołatało jej się tylko jedno zdanie:
W coś ty wdepnęła, Hermiono?
Intensywność stukania pięścią o drzwi wyraźnie zdradzała, że mniej lub bardziej niechciany gość Snape'a był wyjątkowo zdenerwowany.
W drodze do drzwi zastanawiał się, jak tu śmiałka „miło" przyjąć, jednak kiedy zobaczył w nich wyraźnie przejętą Ginevrę Weasley, poczuł lekko zbity z tropu.
- Czego tu szukasz? – syknął, taksując dziewczynę nieprzyjemnym wzrokiem.
- JAK PAN MÓGŁ?! – wydarła się na niego dziewczyna, a łzy nagle popłynęły gwałtownie po zarumienionych ze wściekłości policzkach. – JAK…
- Gwoli ścisłości, Weasley. Nikt nie będzie się po mnie wydzierał w moim własnym gabinecie. Dlaczego tak krzyczysz? Zdajesz sobie sprawę, że jest już…
- CZEGO?! TY… DUPKU! – popatrzyła na niego z nienawiścią i rzuciła w niego książką Hermiony. – Nie możesz się pogodzić z tym, że tylko ty się w tym ubabrałeś, tak? I dlatego jej ją podsunąłeś, prawda?!
- JĘZYK, Weasley – zmiażdżył ją wzrokiem, jednakże poczuł w tym momencie jak kilkutonowy głaz zwala się na jego klatkę piersiową. A więc jednak… – Chwilowo nie wyciągnę konsekwencji z twojego bezczelnego zachowania, jedynie z uwagi na całą sytuację.
Popatrzył na nią z obrzydzeniem, jakby była obślizgłą żabą (albo porywczym lwem), po czym z wyraźną niechęcią odsunął się od drzwi.
- Wejdź, Weasley i zachowuj się!
Ginny weszła szybko, jakby obawiając się, że Mistrz Eliksirów może się rozmyślić. Hermiona pochłonięta przez Czarną Magię! Biedna Hermiona… Zapłaci jej za to!
- Nie wydymaj się tak jak puszek pigmejski, tylko przejdź do rzeczy, Weasley – powiedział sucho, stojąc obok drzwi w swoim gabinecie.
- Jak pan śmiał?! – ponownie prawie rzuciła się na niego z pazurami.
- To już słyszeliśmy – syknął. – Skąd masz tą księgę? I jakim cudem…
- Zobaczyłam, co to jest? – zmrużyła kpiąco oczy. – Widocznie nie nałożył pan wystarczającego zabezpieczenia. Złamałam je. Zobaczyłam wszystko.
Snape patrzył na nią lekko zdziwiony, jakby analizując to, co powiedziała.
- Wrócimy jeszcze do tego. Czy ktoś jeszcze o tym wie?
- Jeszcze nie.
- Nie będziesz mi grozić w moim własnym gabinecie – syknął jej w twarz, teraz już poważnie rozzłoszczony. Ginny aż ciarki przebiegły po plecach. – Czy wyrażam się jasno?
Gryfonka jedynie pokiwała głową, wpatrując się w profesora, słysząc wciąż szybsze bicie swojego serca.
- I niech tak zostanie. A gdzie ona jest? – dodał po namyśle, rzucając dziwne, prawie że emocjonalne spojrzenie Ginny.
- Ale kto? – spytała tępo – ten dziwny wzrok profesora wytrącił ją z równowagi.
- A jak myślisz, Weasley? - syknął wściekle. - Granger!
- Z-z chłopakami. W bibliotece…
Ponownie tego wieczoru otaksował ją spojrzeniem i warknął:
- Wracaj do siebie i nie waż się nikomu o tym mówić. Zrozumiano? Nawet dyrektorowi. Inaczej będziesz miała do czynienia ze mną.
Ginny ani myślała w tej chwili złamać jego zakazu, więc jedynie przytaknęła, a Snape otworzył drzwi.
Ruda skorzystała z okazji i wyszła szybko z gabinetu, zastanawiając się, czy nie powinna ostrzec przed nim Hermiony. Po namyśle jednak stwierdziła, że kto jak kto, ale tylko on może jej teraz pomóc.
Nawet nie pamiętała, jak się tu znalazła. Wiedziała, że poszła z Harrym i Ronem… to znaczy z Charliem i Billem do biblioteki napisać jakiś esej… Tak, chyba z transmutacji… A potem zrobiło jej się tak słabo, pusto… Sięgnęła po książkę, chciała przeczytać, choć jedno małe zdanie, choć słowo… Ale jej tam nie było. NIE BYŁO! Była jakaś inna, ale nie ta, a ona potrzebowała właśnie tej…
Hermiona leżała skulona pod oknem przy szóstym piętrze. Zimny wiatr wpadał przez nieoszklone okna i owiewał chłodem jej przemarznięte ciało. Zwinęła się jeszcze bardziej.
Jej szloch przeciął ciszę przerywaną jedynie co jakiś czas przez świst wiatru. Musiała ją dostać! Czuła się bez niej taka pusta…
Poczuła, jak łzy prawie zamarzają na jej twarzy. Może tak i lepiej. Skoro nie mogła mieć jej przy sobie, to już wolała tutaj zamarznąć…
Poszedł do biblioteki, jak mówiła mu ta nieznośna Weasley. Ale tam, jak się zresztą spodziewał, nie było jej. Była za to stara Pince, która właśnie zamykała obszerne, opustoszałe pomieszczenie, patrząc na niego tak samo niemiło zza wąskich okularów, jak za czasów gdy był jeszcze uczniem.
Zaczęło ogarniać go coś na kształt lekkiego strachu (Severus Snape nie przyzna się przed sobą, że boi się, a tym bardziej, że o coś dba). Jeżeli Hermiona faktycznie, tak jak to podejrzewał, uzależniła się od Czarnej Magii, a nie miała obecnie żadnego źródła do jej czerpania, mogła zrobić cokolwiek. Cokolwiek głupiego, nierozsądnego, zdesperowanego…
Instynkt powiódł go kolejny raz w miejsce, przy którym już tyle razy ją spotkał.
I tym razem tam była. Dojrzał skuloną postać poniżej kamiennego parapetu, prawie leżącą na posadzce. Wiatr dmuchnął mu w twarz zimnym powietrzem. O, Merlinie, jaka musiała być przemarznięta… Skierował różdżkę w stronę okna i w oka mgnieniu wyczarował osłonę ciepłego powietrza, przez które nie mogło przedostać się lodowate z zewnątrz.
Podszedł do skulonej postaci. Dopiero teraz usłyszał potężny szloch. Dziewczyna aż się trzęsła. A więc było już bardzo źle… Ale na szczęście nic sobie nie zrobiła.
Ukucnął przy niej i postarał się oderwać jej drobne dłonie od twarzy. Niestety trzymała mocno, więc musiał użyć więcej siły. Po chwili trzymał jej zziębnięte ręce w swoich niewiele cieplejszych i mógł zobaczyć jej twarz. W świetle księżyca wyglądała strasznie. Blada z szaleństwem i głodem w podkrążonych oczach. Ale nie w brązowych, ciepłych oczach, tylko zapadniętych, teraz w kolorze palisandru... Przypominały dwa węgliki, które ruszały się szybko, chcąc uniknąć wypalenia. Gdy go zauważyła, rzuciła się na niego i przewaliła na łopatki. Nie spodziewał się tego – myślał, że opadły jej już siły. Ale najwyraźniej nie – wpatrywała się w niego z wyraźną nienawiścią.
Naprawdę nie chciał tego robić, ale nie miał wyjścia. Chwycił jej ręce i po chwili to on był na górze i przygniatał ją swoim ciężarem. Dziewczyna momentalnie zaczęła się szarpać i wić.
- Puść mnie! – z jej gardła dobył się charkotliwy głos.
Nie było sensu do niej mówić, więc po prostu czekał, aż się uspokoi. Nie wiedział, ile to trwało, może minuty, godziny, całe dnie, ale w końcu przestała. Nie czuł już nawet jakiegokolwiek nacisku. Wpatrywała się za to tępo w ścianę obok nich.
Zsunął się z niej i przystanął obok. Wkrótce zamknęła brązowe, puste oczy i straciła przytomność. W tym stanie nie mógł jej wziąć ani do skrzydła, ani do dormitorium, ani tym bardziej do dyrektora. Wiedząc, że pozostało mu już tylko jedno miejsce, schylił się i wziął ją na ręce, tak, że jej głowa kiwała się teraz bezwładnie w rytm jego kroków.
Poczuł ucisk w sercu na ten widok. Miał ją chronić, miał nie dopuścić, żeby jej dusza się skalała, a tym samym sam ją na to skazał, sam jej dał tą księgę…
Nie było jednak teraz czasu na roztrząsanie tego co się stało. Szedł szybkim krokiem przed siebie, jednak na tyle delikatnie, żeby nie czuła się niekomfortowo. Trzymał ją na wyciągnięcie ramion, ale te z upływem metrów zaczęły go boleć i był zmuszony ją przyciągnąć do siebie. Starał się nie dopuszczać do siebie jej zapachu, jednakże świeży cytrusowy zapach z nutką cynamonu docierał wyraźnymi falami do jego nozdrzy…
Severus Snape był w Pokoju Życzeń tylko raz. I nie były to specjalnie miłe wspomnienia – kiedyś odkrył go przez przypadek i od razu podzielił się tą tajemnicą z Lily. Pokłócili się jednak tuż przed wejściem o to, co chcą wewnątrz zobaczyć i zniechęcona i podenerwowana Evans zostawiła go przed białym marmurem mówiąc mu na odchodnym, że ją okłamał – bo drzwi nie chciały się otworzyć. Nie pozwoliła mu wyjaśnić, że drzwi nie chcą odkryć przed nimi swojej tajemnicy tylko dlatego, że nie mogą dojść do porozumienia i ich oczekiwania się rozmijają. Zaraz potem wszedł tam sam, ale odkrycie nie smakowało zbyt dobrze w pojedynkę, więc czym prędzej opuścił tajemniczy pokój. Nie powrócił do niego. Aż do teraz.
Wreszcie byli na miejscu. Przed Severusem rozciągała się pusta, naga ściana. Przymknął powieki i mocno się skupił. Po chwili usłyszał zgrzyt metalu i przed nim zaczęły się materializować potężne drzwi, które otworzyły się pod jego lekkim pchnięciem na przód.
Nie powinien się dziwić temu, co zastał w środku, chociaż spodziewał się może bardziej szpitalnego wystroju - przed nim rozciągał się średnich rozmiarów, dosyć przytulny ale prosty pokój. Oświetlały go świece rozwieszone w złotych kandelabrach, a pod oknem, jako centrum pokoju znajdowało się naprawdę spore, dwuosobowe łóżko ze szkarłatną pościelą. „No jasne, Gryfonka"- pomyślał cynicznie, po czym podszedł do niego położył na nim dziewczynę. Jej głowa opadła na miękkie poduszki, a poplątane i zmatowiałe loki zakryły zmęczoną twarz. Gdyby posiadał w swoim słowniku słowo „rozczulenie", pewnie powiedziałby tak o tym obrazku… Jednakże takowego nie posiadł i poczuł jedynie niezidentyfikowane ukłucie w sercu, po którym zaraz następne w kolejce pojawiło się poczucie winy.
Westchnął i rozglądnął się po pokoju. Obok łóżka pojawił się znikąd wygodny, ciemnozielony fotel. Niewiele myśląc, ułożył się na nim, wciąż obserwując spokojnie leżącą dziewczynę. Z rosnącym niepokojem zastanawiał się, co będzie, jak się przebudzi…
