oryginał: Grease (link w moim profilu)
autor: Henry Plantagenet (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki
Rozdział dziesiąty
Ściskając pod pachą paczkę pani Weasley, wdrapałem się po wąskich schodach na tyłach Esów i Floresów. Na ich szczycie znalazłem ładne, drewniane drzwi, do których przymocowana była elegancka, mosiężna wizytówka z napisem: "Holland i Tudor - Wydawcy". Delikatnie zapukałem, po czym otworzyłem je ostrożnie i wszedłem.
W środku musiałem się przedzierać przez coś, co przypominało las roślin doniczkowych o jaskrawo ubarwionych liściach. Były wśród nich szkarłatowe, żółte i zielone wzorzyste krotony. Były aromatyczne paprocie, a także pasiaste lilie z włochatymi liśćmi. Nie wspominając już o niebezpiecznie kolczastych kaktusach, mięsistych sukulentach oraz niezidentyfikowanych roślinach o lepkich, purpurowych liściach, które pozostawiły na moim swetrze paskudny smród kupy. (Później dowiedziałem się, że to recepcjonistka Archiego i Gwillima, Kalpurnia Cadwallander, była odpowiedzialna za wystrój tej części ich biura.)
Rozpychając się łokciami, dodarłem do biurka panny Cadwallander z kciukiem w ustach - wstrętnie woniejąca substancja dostała się w niego przez przypominający strzykawkę kolec. Zanim jeszcze zdążyłem się przedstawić, recepcjonistka kwiknęła entuzjastycznie i zarumieniła się, zobaczywszy bliznę na moim czole.
- Pan musi być Harrym Potterem - zaskrzeczała z przejęciem, a wielki por w jej włosach zakołysał się dziko.
- Eee, tak - przyznałem. - Pan Holland zaprosił mnie...
- Tak, tak! - potwierdziła gorączkowo. - Oczekuje pana. Tylko że właśnie przed chwilą wszedł do niego profesor Snape. Czy chciałby pan do nich dołączyć, czy woli pan poczekać, panie Potter?
- Zaczekam tutaj, dziękuję. Poprzyglądam się pani pięknym roślinom...
Zamierzałem zaszyć się w wielobarwny gąszcz, założyć pelerynę niewidkę i podkraść się pod drzwi gabinetu, żeby podsłuchiwać Snape'a, ale nie zdołałem pozbyć się Kalpurni. Błyskając okularami, zmusiła mnie do odbycia wycieczki po recepcji, podczas której przenikliwym głosem opowiadała mi o unikalnych cechach każdej jednej ukochanej jej roślinki, wyhodowanej przez nią z miłością od nasionka aż do tych nadnaturalnych rozmiarów, jakie obecnie prezentowała. Przyczepiła się do mnie jak rzep. Wysiliwszy pomysłowość do granic możliwości, zdołałem ostatecznie uciec, mrucząc pod nosem, że muszę coś obejrzeć i "wrócę za minutkę".
W rzeczywistości byłem tam z powrotem po paru sekundach, opatulony moją peleryną.
- Silencio - szepnąłem, aby wyciszyć szelest liści, a potem bezgłośnie podkradłem się pod drzwi gabinetu Gwillima i Archiego.
Przyłożyłem ucho do drewna i usłyszałem znajomy głos "Matyldy Flores", dyskutującego o jego nowej książce z wydawcami.
- Sądzę, że nadszedł czas otwartego przyznania, dla kogo te książki były pisane, Severusie - oznajmił Gwillim.
- Dokładnie - zgodził się Archie. - Teraz, kiedy już wystarczająco dobrze poznałeś Harry'ego, może zadedykujesz mu najnowsze dzieło? Na pewno będzie zachwycony!
Odpowiedź Snape'a była zwięzła:
- Nie.
- Dlaczego nie? - zdziwił się Gwillim.
- Ponieważ on mnie nienawidzi - wyjaśnił Snape rzeczowym, pozbawionym emocji tonem, jakby po prostu stwierdzał znany powszechnie fakt.
- Severusie, widziałem go niedawno w twoim domu - przypomniał Gwillim - i wyglądało na to, że czuje się w twoim towarzystwie całkiem szczęśliwy...
- To było zanim przypomniał sobie, że zabiłem mu rodziców - powiedział Snape.
- Severusie, ty mu nie zabiłeś rodziców!
- Ależ tak, zabiłem - nie zgodził się Snape. - Zabiłem mu również ojca chrzestnego!
- No cóż, skoro dla Harry'ego jest to takie ważne... - odezwał się Archie.
- ARCHIE! - wrzasnął Snape. - Dla każdego chłopca byłoby ważne, gdyby ktoś mu zamordował rodziców!
- Archie, widziałem, jak Harry prowadził z Severusem całkiem wesołą rozmowę - wtrącił się Gwillim.
- Ja też widziałem Harry'ego - stwierdził Archie.
- I co, wyglądał, jakby miał ochotę zabić, Archie? Czy wyglądał, jakby nienawidził Severusa? - zapytał Gwillim.
- Wręcz przeciwnie - odparł Archie. - Był spokojny i uprzejmy, i sprawiał wrażenie bardzo inteligentnego. "Dzień dobry, panie profesorze", powiedział.
Trudno stwierdzić, abym czuł się wtedy spokojny i inteligentny, dobrze jednak było wiedzieć, że przynajmniej udało mi się na takiego wyglądać.
- No widzisz, Archie, i po tym, jak uprzejmie się z nim przywitał, a potem spędził czas na pogodnej pogawędce z nim, chłopiec niby, jak Severus próbuje nas przekonać, nagle przypomniał sobie o rodzicach i zaczął wykrzykiwać obelgi pod jego adresem...
Słyszałem uśmiech w głosie Gwillima, do którego chwilę później dołączył chichot Archiego.
Tylko że dokładnie coś takiego wydarzyło się owego dnia. Naprawdę przypomniałem sobie o przepowiedni i zacząłem obrzucać wyzwiskami profesora Snape'a, który bardzo się starał przezwyciężyć swoje wcześniejsze uprzedzenia do mnie.
Wstrzymałem oddech i nerwowo przycisnąłem ucho do drzwi. Czy Snape opowie Archiemu i Gwillimowi w żenujących szczegółach wszystko, co wykrzyczałem i zrobiłem?
Nie opowiedział.
- Cóż - stwierdził za to - faktem pozostaje, że nie zadedykuję tej książki Harry'emu.
- Dlaczego? - spytał Gwillim. - Bo nie lubisz chłopca? Czy może dlatego, że wahasz się wyrazić swoje uczucia do niego?
- Nie lubię go - zgodził się Snape.
- I dlatego, że go nie lubisz, piszesz książkę za książką, i wyrażasz w nich swoje zaniepokojenie jego dobrem i bezpieczeństwem...
- Nie nie lubię go - poprawił się Snape. - Nienawidzę go. Nienawidziłem jego ojca. Jego ojca chrzestnego też. Prawdę mówiąc, zamordowałem ich obu...
- Severusie, najpewniej proszę o zbyt wiele, ale czy mógłbyś chociaż przez chwilę być rozsądny? - zaapelował Gwillim.
Snape wydał z siebie nieokreślony odgłos, coś między prychnięciem a warknięciem.
- Severusie, znamy cię już od tylu lat - ciągnął Gwillim - i obaj z Archiem wiemy, jak wiele cierpienia sprawiła ci śmierć Potterów.
- Wiemy, jak zmartwiony byłeś bezpieczeństwem Harry'ego - dodał Archie. - Powiedziałeś nam nawet, jak błagałeś profesora Dumbledore'a, żeby pozwolił ci wychować chłopca, jak pragnąłeś zadośćuczynić za to, co się stało.
- Wiemy również - dorzucił Gwillim - że kiedy zjawił się w Hogwarcie, nigdy nie zdołałeś zdobyć się na odwagę, aby wyjawić Harry'emu, jak bardzo troszczysz się o niego. I wiemy, jak zazdrosny byłeś o Lupina i Syriusza...
- Wcale się o niego nie troszczyłem - warknął Snape - i nie byłem zazdrosny o Lupina i Syriusza...
- No cóż, powiedziałeś mi z wielką zazdrością w głosie, że bardzo się zbliżył do przyjaciół ojca. Severusie, kiedy sam miałeś szansę zbliżyć się do Harry'ego, nie skorzystałeś z niej. A Syriusz Black i Remus Lupin zwyczajnie wzięli się do rzeczy i dali chłopcu to, czego potrzebował, nie byli tak skupieni na sobie, jak ty, i nie przejmowali się tym, co Harry sobie o nich pomyśli.
- Więc Syriusz ma łzę na litość, ma jak dzień otwartą rękę za każdem tchnieniem miłosierdzia* - podsumował Snape sarkastycznie.
- Nie - zaprzeczył Gwillim - to nie było miłosierdzie. To była miłość. Dali mu swoją miłość.
- Jakież to wzruszające - zadrwił Snape. - Wilkołak i zbiegły więzień dający chłopakowi ich miłość...
- Gdybyś tylko zechciał, mógłbyś dodać do tego grona również byłego śmierciożercę - zauważył Gwillim. - Severusie, popełniłeś już wcześniej ten błąd - nie popełniaj go ponownie. Porozmawiaj z Harrym. Powiedz mu...
- Dlaczego miałbym to zrobić? - przerwał mu Snape.
- Dlaczego miałbyś to zrobić? Severusie, myślałeś o synu Lily od dnia jej śmierci. Żyłeś, oddychałeś, jadłeś i spałeś, niepokojąc się o Harry'ego...
- Lecz dla niego jestem nikim. Nie istnieję. Jestem człowiekiem, który zabił jego rodziców.
Gwillim nie zwrócił Severusowi uwagi na fakt, że skoro nie istniał, to nie mógł być człowiekiem, który zabił moich rodziców.
- Jednak, Severusie, gdyby Harry ujrzał głębię twojej skruchy...
Przez dziurkę od klucza zobaczyłem, jak Snape zerwał się na równe nogi.
- Czy to przywróciłoby jego rodziców do życia? - warknął. - Czy głębia mojej skruchy miałaby dla niego jakiekolwiek znaczenie?
- No cóż, sądzę, że dla Harry'ego miałaby znaczenie wiedza, iż ktoś się o niego tak bardzo troszczy - odezwał się Archie głębokim, miłym głosem.
- A jeśli nie będzie to miało dla niego znaczenia? Co będzie, jeżeli on nie będzie chciał zadawać się z krzywonosym, tłustowłosym, brzydkim dupkiem, który... który...
- Tak?
- ...który kochał jego matkę. - Snape krążył po pomieszczeniu z zaciśniętymi pięściami. - Archie... Gwillimie... jeśli naprawdę dobrze się temu przyjrzycie, czy mężczyzna powinien kochać kobietę, która poślubiła kogoś innego? Czy on nie poczułby odrazy na wieść, że... - przerwał, aby po chwili kontynuować: - ...że całymi latami myślałem o synu Lily - zakończył szybko. - A gdyby tak się stało, gdyby Harry spojrzał na mnie z nienawiścią i wstrętem... nie mógłbym tego znieść.
- I dlatego, aby zaoszczędzić sobie bólu, zamierzasz nadal warczeć na niego i z niego drwić, i traktować go jak śmiecia, żeby nigdy nawet przez myśl mu nie przeszło, co naprawdę do niego czujesz? - Głos Gwillima był ostry i wyrażał dezaprobatę.
- Dokładnie - przytaknął Snape.
- Severusie - odezwał się Archie - nie możemy mówić ci, co masz robić, a czego masz nie robić. I nie do nas należy mówienie ci, czy pochwalamy, czy nie pochwalamy twoich działań...
- Bzdura! - przerwał mu Gwillim. - Ja mogę mu powiedzieć, co myślę, jeśli mam taką ochotę. Severusie, jesteś tchórzem.
- Nie nazywaj mnie... - zaczął Snape przez zaciśnięte zęby, lecz Gwillim go zignorował.
- Jesteś tchórzem, Severusie. Boisz się okazać chłopcu swoją miłość ze strachu, że mógłby cię odrzucić lub uznać za odpychającego.
Snape wzruszył ramionami.
- Nie boję się tego. Ja to wiem. Jest synem Jamesa Pottera...
- Jesteś nie tylko tchórzem - Gwillim wszedł mu w słowo - ale również uprzedzonym, zadufanym w sobie...
- ...tłustowłosym śmierciożercą - dokończył Snape z przesłodzonym uśmieszkiem. - Aha, Gwillimie, chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił.
- Niby co takiego?
- Zamieść w "Proroku Codziennym" nekrolog Matyldy Flores - polecił Snape.
- Ani mi się śni - odmówił Gwillim.
- Dlaczego nie?
- Ponieważ - wyjaśnił Gwillim - nie jesteś martwy. Możesz być mylącym się, niegrzecznym, chamskim tchórzem, ale nie jesteś martwy.
- Chciałbym być - stwierdził Snape niespodziewanie nieszczęśliwym tonem.
- Cóż - zauważył Gwillim bez cienia sympatii - możesz winić za to wyłącznie siebie.
Nie widziałem twarzy Severusa, będąc jednak przez wiele lat jego uczniem, całkiem nieźle mogłem sobie wyobrazić miażdżące spojrzenie, jakie w tej chwili skierował na Gwillima.
Ten jednak nie wydawał się zmiażdżony.
- Och, i, Severusie - zagaił pogodnie - chciałbym, abyś coś dla mnie zrobił. - Podał Snape'owi jakiś przedmiot. - Chciałbym, abyś odwiedził wszystkie te miejsca, a potem powiedział mi, co o nich sądzisz, zanim wyślę tam moich ludzi, żeby sfotografowali je do książki...
- Mówiłem ci, że nie chcę w tej książce żadnych zdjęć. Tylko czarny druk na białych stronach - przypomniał Snape.
- Zbyt nudne - nie zgodził się Gwillim. - Jeżeli jednak nie będziesz ze mną współpracował, poproszę Harry'ego, żeby się tam wybrał i je sobie obejrzał.
- Harry'ego? Zamierzasz prosić jego o wybranie lokalizacji zdjęć do mojej książki?
- Tak - przyznał Gwillim. - Ale może powinieneś mu towarzyszyć, Severusie. Nie mogę wysyłać samotnego młodzieńca we wszystkie te odległe zakątki...
Snape bez trudu przejrzał dość oczywiste starania Gwillima, mające na celu wysłanie nas razem na wakacje.
- Będę go chronił, ale nie będę mu towarzyszył - stwierdził.
- Jak chcesz to zrobić? - zdziwił się Gwillim.
- Przyłączę się do niego w postaci animagicznej; dzięki temu będę mógł mieć na niego oko, a nie będę musiał z nim rozmawiać.
- Miło z twojej strony. Dziękuję, Severusie.
Snape warknął w odpowiedzi i odwrócił się ku drzwiom.
Pośpiesznie ustąpiłem mu z drogi, kiedy podszedł bliżej, zastanawiając się, jaka właściwie była ta jego forma animagiczna. Wyobraziłem sobie długiego, czarnego węża, który podąża za mną od jednego punktu widokowego do drugiego, pilnując mnie i nie odzywając się ani słowem.
x
Po opuszczeniu gabinetu Archiego i Gwillima Severus zatrzymał się przy oknie - zapatrzył się przez nie w dal, najwyraźniej próbując się uspokoić. Stał tak dłuższą chwilę, dłonie trzymając w kieszeniach szaty. Pustka w jego oczach sprawiła, że poczułem, jak gardło ściska mi się w dziwny sposób. Nie mogłem dłużej obserwować go w milczeniu.
- Severusie - mruknąłem prawie niesłyszalnie - wcale cię nie nienawidzę.
Wyrwany z zadumy, profesor Snape odwrócił się z przestrachem, przez nieuwagę spoglądając na Kalpurnię, kiedy szukał mnie.
- Tak, profesorze? Mówił pan coś? - spytała.
- Em... wydawało mi się, że słyszałem czyjś głos, ale nie jestem pewny, czy sobie tego tylko nie wyobraziłem - odparł Severus.
- Wy, autorzy, tak wiele czasu spędzacie w wyimaginowanym świecie, że trudno wam potem wrócić na ziemię - stwierdziła Kalpurnia życzliwie. - Musi pan wrócić do rzeczywistości, profesorze Snape. Niech pan się zajmie uprawianiem ogrodu! Niech pan zanurzy swoje ręce w ziemi!
Snape patrzył na nią z oszołomionym wyrazem zwykle opanowanej twarzy.
- Dobrze się pan czuje, profesorze Snape? - upewniła się Kalpurnia.
- Em... tak - uznał Severus. - Tak, całkiem nieźle.
Wyciągnąłem rękę i chwyciłem jego dłoń, aby upewnić go, że owszem, słyszał mnie i niczego sobie nie wyobraził.
Kalpurnia wrzasnęła piskliwie z przerażeniem, gdy moja peleryna na moment zakryła rękę Severusa.
- Profesorze Snape! - zaskrzeczała. - Co się stało z pana dłonią? Znikła!
Szybko zabrałem rękę, a Severus uśmiechnął się szeroko.
- Severus o Odciętej* Dłoni - zaintonował złowieszczym, grobowym tonem. - Moim rękom nic się nie stało, proszę spojrzeć!
Pokazał jej obie dłonie - uważnie omiotła je oczami skrytymi za szkłami błyszczącymi podejrzliwością.
- Może potrzebne są pani nowe okulary, panno Cadwallander? - zasugerował Snape.
- Ależ skąd! - oburzyła się Kalpurnia.
- No cóż, muszę już iść - stwierdził Severus. - Do widzenia, eee... - Spojrzał mniej więcej w moją stronę.
- Panno Cadwallander - warknęła Kalpurnia. - Po tych wszystkich latach zapomniał pan, jak się nazywam, profesorze Snape? Za chwilę zapomni pan własne nazwisko.
Uśmiechnął się do niej przepraszająco.
- No cóż, do widzenia - powtórzył.
- Pan Potter był tu chwilę temu - przypomniała sobie Kalpurnia. - Nie chciałby pan zostać i spotkać się z nim?
- Nie, niestety czas na mnie - powiedział Snape. - Jeśli jednak znowu go pani zobaczy, mogłaby mu pani powiedzieć... mogłaby mu pani powiedzieć, że... - W oczach Severusa zalśniły łzy.
- Profesorze Snape - kwiknęła Kalpurnia głośno - dlaczego oczy panu łzawią?
- Nie wiem - mruknął. - To pewnie przez ten por w pani włosach - uznał, po czym szybko się ulotnił, zanim Kalpurnia zdążyła zaprotestować z oburzeniem, do czego wyraźnie się przygotowywała.
Pośpieszyłem za nim, lecz, ku mojemu rozczarowaniu, profesor Snape deportował się z cichym pyknięciem.
Zdjąłem pelerynę i wróciłem do recepcji. Kalpurnia nadal unosiła się gniewem z powodu uwagi Severusa.
- Panie Potter - zaskrzeczała ze złością - czy por w moich włosach powoduje u pana łzawienie oczu?
- Eee... nie - powiedziałem uspokajająco. - Ależ skąd. Ani trochę.
Wyjąłem chusteczkę i wydmuchałem nos.
- Ale pana oczy łzawią - zauważyła.
Rzeczywiście łzawiły.
- Owszem, lecz nie przez pani por.
Co było najprawdziwszą prawdą.
- Ma pan alergię na rośliny tropikalne, panie Potter? - zapytała z nagłą troską.
Wiedziałem już, jak bardzo ona kocha swoje roślinki.
- O, nie - zapewniłem ją szybko. - Ależ skąd.
Znikąd wyciągnęła wielki, szmaragdowozielony pojemnik mugolskiego specyfiku przeciwalergicznego.
- Może to panu pomoże, panie Potter - powiedziała, celując mi w twarz wylot i z determinacją kładąc palec na przycisku.
Na szczęście akurat w tej chwili z biura wyszedł Archie, który chciał sprawdzić, czy już się zjawiłem. Tylko dzięki temu ocalałem.
KONIEC
rozdziału dziesiątego
* ma łzę na litość, ma jak dzień otwartą rękę za każdem tchnieniem miłosierdzia - "Król Henryk Czwarty" (część 2, akt IV, scena IV) Williama Szekspira w przekładzie Stanisława Koźmiana
** odcięty to po angielsku między innymi sever
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
Natalia Tyle czasu minęło, że przyznam, że już nie pamiętam. Albo to ja coś pokręciłam, albo portal miał jeden z tych swoich dni (o)błędów.
Klio Tym razem opóźnienie już nie malutkie, ale kolejny rozdział znowu jest. Jak się nie przejmuję :-P. Tak, George jest tu bardzo przyjemny, zupełnie jak w kanonie. A Archie powala - te jego stroje... Gwillima też bardzo lubię, jednak to jego wspólnik jest naprawdę zabójczy. I to dosłownie: prawie mnie zabił koniecznością przełożenia opisu stroju ze staroangielskiego :-P. Z tymi odwiedzinami, o ile dobrze pamiętam, trzeba będzie nieco poczekać. Ale ostatecznie... Może... ;-)
Itheanil Jesteś pełna samozaparcia, podziwiam. Ty komentowałaś rozdział po rozdziale, ja odpowiem krótko: niekanoniczność Severusa wynika z samego założenia tego opowiadania. To jest tekst o Snapie, który od samego początku, od śmierci Lily, troszczył się o Harry'ego, chciał mu pomóc, chciał coś dla niego zrobić. I robił. To nie jest fanfik o Snapie, który zawsze młodego Pottera nienawidził - on go raczej zawsze kochał. Tylko nie umiał tego okazać, bał się odrzucenia. Na jego miejscu pewnie też bym się bała. Przy takim założeniu porozumienie, jakie między nimi zaistniało (na krótko, przynajmniej) jest chyba całkiem zrozumiałe: obaj go ze swoich powodów pragnęli. No ale, jak wiadomo, każdy ma własną wizję kanonicznych bohaterów (i nie tylko, bo również kanonicznych miejsc, kanonicznych zaklęć, kanonicznych eliksirów, kanonicznych magicznych stworzeń i roślin, a nawet czasem kanonicznych wydarzeń) i są to nieraz wizje bardzo się różniące. Stąd tyle fanfików, wśród których chyba każdy miłośnik HP znajdzie coś dla siebie...
Henry Plantagenet No cóż, ponieważ nie czuję się na siłach odpowiedzieć autorce na jej komentarz po angielsku ;-), a on zresztą wystosowany jest do Itheanil, postanowiłam, że po prostu go przetłumaczę - chociażby po to, żeby mogła się z nim zapoznać właśnie Itheanil i inni polscy czytelnicy. Henry Plantagenet (swoją drogą: teraz chyba już wiem, skąd to zamiłowanie autorki do "Króla Henryka Czwartego" Szekspira...) napisała: "Witaj, Itheanil. Pomyślałam, że biedna Nakago nie powinna mieć na głowie odpowiedzi na Twój komentarz, więc ja to zrobię! Zadałaś ciekawe pytanie: 'Dlaczego wszyscy w tym fiku nie są zgodni z kanonem?' JK jest bardzo misterną pisarką i w jej opowieściach można znaleźć więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. W tym fiku zwracam uwagę na podteksty zawarte w jej twórczości - rzeczy, które nie zostały powiedziane wprost, lecz można je wyczytać między linijkami. Jednym z najbardziej interesujących podtekstów jest inna strona Snape'a. Harry styka się z tą stroną, kiedy pojawia się ona pod postacią Patronusa profesora. Rowling szczegółowo opisała, jaką ulgę przynosi Harry'emu łania Snape'a. Wyraźnie również wspomina w epilogu, jak znacząco zmieniła się opinia Harry'ego o Snapie, kiedy Gryfon obejrzał jego wspomnienia. W tym fiku staram się pokazać, co by się stało, gdyby Harry - już po tym, jak zmienił zdanie o Snapie - mógł się z nim spotkać. JK nie opisała takiej sceny, prawdopodobnie starając się uniknąć sentymentalnej rozmowy. (Wolała zabić Snape'a niż opisać sentymentalną rozmowę!) Odnoszę wrażenie, że nie doprowadziła wątku relacji Snape-Harry do samego końca, więc spróbowałam to zrobić w tym fiku. Ale jestem o wiele pośledniejszym pisarzem i wolałabym, aby JK napisała to sama! Cześć, Henry Plantagenet."
Eunika Yyy... Czy ja źle widzę, czy tu jest skopiowany komentarz Itheanil? Włącznie z podpisem... To znaczy, że zgadzasz się z przedpiśczynią w stu procentach?...
jakastam Każdy widzi kanon inaczej, kanonicznych bohaterów też - przykłady można mnożyć, bo co jeden teoretycznie (czyt.: zdaniem jego autora ;-)) kanoniczny fanfik opisuje tego czy innego kanonicznego bohatera w zupełnie innym świetle - więc nie zaskakuje mnie takie podejście. Zresztą... to nie jest też do końca mój Severus. Ale autorkę potrafię zrozumieć. W każdym razie cieszę się, że Cię to opowiadanie zainteresowało.
Nikola O rany, ktoś, komu się podobał początek... Jesteś rodzynkiem, wiesz? Miło mi bardzo, że zdobyłaś się na napisanie komentarza, bo lubię zbierać różne opinie - im bardziej urozmaicone, tym lepiej ;-). Jeśli chodzi o Harry'ego, warto się chyba zastanowić, czy tak łatwo jest przejść do porządku dziennego nad śmiercią rodziców... i udziałem w nich pewnych osób. Zaprzeczyć się nie da, że Severus jakąś część winy ponosi; można go rozumieć, można go tłumaczyć, ale nie da się zaprzeczyć. Dalej: gdyby Harry po śmierci rodziców trafił do ludzi, którzy go kochali, może mniej odczuwałby brak rodziców i bardziej skłonny byłby wybaczyć ich śmierć. Ale zamach Voldemorta odebrał mu na wiele lat wszystkie osoby, które o niego dbały (pomijając - w tym fanfiku - Severusa, który jednak dbał na odległość i o którym Harry nie wiedział), a dał mu nieledwie piekło na ziemi. Wszystkie zamieszane w to osoby - nie tylko z Severusem, ale też z Dumbledore'em włącznie - Harry spokojnie mógł winić i mieć problemy z wybaczeniem im. Zresztą... ten wybuch Harry'ego tutaj to w zasadzie były emocje w stanie czystym, wyładowanie gniewu, frustracji. Potem chłopak się uspokoił i... no cóż, szuka Severusa w zupełnie innym celu. Tym razem jednak to on niejako boi się zbliżyć do byłego nauczyciela, ponieważ musiałby się przyznać do błędu, musiałby przeprosić. No i, do niedawna, istniało ryzyko, że Snape by go odtrącił - a tego nikt nie lubi i wiele osób unika różnych sytuacji tylko po to, aby właśnie takiego odtrącenia uniknąć. Dlatego Harry'ego tu rozumiem. Dla mnie jest po prostu ludzki. Severus jako autor(ka) książek dla pań domu to rzeczywiście nowatorski pomysł i dość trudno do niego przywyknąć. Mnie na swój sposób bawi, przyznam. Rozumiem jednak, jak mogło do tego dojść, nie jest to dla mnie całkiem nierealne. Jeżeli komuś na czymś - a tym bardziej na kimś - zależy, to potrafi posunąć się do najdziwaczniejszych działań...
Natalia Cierpliwość jest cnotą :-P.
Lidien Zgodzę się, że fanfik jest specyficzny, a Severus - bardzo ludzki. Jeśli chodzi o etymologię, zauważ, proszę, że pierwszy przypis w siódmym rozdziale dotyczył angielskiego severe, czyli właśnie surowy, a dopiero drugi mówił o angielskim sever, czyli odcinać. Owszem, imię pochodzi od łacińskiego severus, które w języku przyjęło formę severe - zatem surowy (podobna zresztą jest etymologia polskiego imienia Seweryn, bo to to samo imię, w zasadzie) - ale prawdą jest też, że severe (surowy) wymawia się zupełnie inaczej niż imię Severus. Severus brzmieniem bardziej naprawdę przypomina słowo sever (odcinać / odcięty), co w rozmowie ma spore znaczenie - bo tam ważniejsze jest brzmienie od etymologii. Jeśli ktoś powie: "Surowy Severze, odetnij mi głowę" (Severe Sever sever my head), to identycznie zabrzmi słowo drugie i trzecie, a nie pierwsze i drugie. Tak, jak powiedział Severus: jego imię mogło skojarzyć się George'owi z faktem utraty ucha. Brzmieniem, w każdym razie. W kwestii Harry'ego mogę tylko powiedzieć, że nie mam pojęcia, jak rozmawiałabym z osobą, która - przynajmniej częściowo - przyczyniła się do śmierci moich rodziców. I mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiem.
TrustNo1 Ja, z kolei, przyznam, że płakać nie płakałam. Ale byłam parę razy poruszona, a to już dużo - jak na mnie. No proszę, a ja dopiero od kilku lat mam do czynienia z fanfikami; kiedyś ich w ogóle nie czytałam, zaczęłam jakieś niecałe trzy lata temu, zdaje się. Przez długi czas nie potrafiłam zrozumieć, po co to komu; według ówczesnej mnie, sama książka czy film powinny odbiorcy do szczęścia wystarczyć. Teraz, dla odmiany, trudno mi pojąć, jak można fanfików NIE czytać :-P. Wciągnęłam się tak, że znalazłam sobie w fanfikach nowe uzależnienie. Bosko... Myślę, że pytanie, czy Snape potrafiłby się zmienić - gdyby, na przykład, wiedział, że Harry wcale nie był wychowywany jak udzielny książę - zadaje sobie wiele osób, w tym autorzy tego rodzaju fanfików. Dla mnie, ponieważ wierzę w kompletną nieprzewidywalność zachowań ludzkich, wszystko jest możliwe. Wolę, przyznam, opowiadania, w których Harry dogaduje się z Severusem i obaj zaczynają w ten czy inny sposób na sobie polegać, ale nie unikam tych, w których nienawidzą się do końca. Człowiek to dziwne zwierzę ;-). Tutaj jednak niezupełnie chodzi o to, czy Snape mógłby się zmienić. Tutaj on cały czas ma na uwadze dobro Harry'ego i troszczy się o niego, a całe jego zachowanie jest tylko tarczą, która ma go chronić przed - nieuniknionym, w jego mniemaniu - odrzuceniem przez chłopca. Bywa.
Sabrina Przyznam, że opowiadań po siódmym tomie czytam niewiele, bo lubię czytać o Snapie, a on przecież w siódmym tomie zginął. Ale jeżeli znajdę taki fanfik, w którym Severus po siódmym tomie żyje, to oczywiście, że go czytam :-D. Nie zamierzam nie skończyć tego tłumaczenia - jak i wszystkich pozostałych. Nie liczyłabym jednak na to, że przed jego skończeniem nie wkleję kolejnego rozpoczętego przekładu - bo jeśli będę miała taki nastrój, to pewnie wkleję. Więc można się przeliczyć. A po co?
myszka Powiem tak: możecie mieć, oczywiście, swoje zdanie w tej kwestii, nie wpłynie jednak ono na to, czy będę tłumaczyć kolejne fanfiki, nie kończąc wcześniej żadnego, czy nie. Ewentualnie mogą mieć na to wpływ osoby, które komentują regularnie moje tłumaczenia, a nie te, które decydują się naskrobać parę słów krytyki tego, ile tekstów naraz tłumaczę. Traktujecie mnie, moje panie, jakbyście mi płaciły i Wam się należało. Otóż nie płacicie mi - choć może jednak, a ja o tym nie wiem? - i nie, nie należy Wam się ode mnie dokładnie nic. Weźcie to może pod uwagę. Zauważę jeszcze, że w prawie wszystkich tłumaczonych przeze mnie fanfikach (poza chyba trzema) jest dużo Snape'a - to moja ulubiona kanoniczna postać, siłą rzeczy więc najwięcej o nim czytam i najwięcej o nim tłumaczę. Szczególnie w zestawieniu z Harrym.
Esien Tak, pisanie o uczuciach to trudna sztuka. Nie wiem, czy sama ją posiadłam, czy mogę tego rodzaju teksty jedynie przekładać. Z drugiej strony, nie wszyscy czytelnicy to lubią - i pod tym fanfikiem, i pod "Mam na imię Harry" spotkałam się z głosami krytyki. Nie, nie skarżę się, wiem przecież, że nie ma tekstu, który wszystkim się spodoba. Dobrze, po prostu, wiedzieć, że komuś jednak się podoba ;-) - i dlaczego konkretnie. Podjęłam się tłumaczenia, jak to ujęłaś, tego fanfika, ponieważ spodobał mi się, kiedy go znalazłam i przeczytałam, autorka wyraziła zgodę na przekład ;-), a słownictwo nie jest specjalnie skomplikowane (no, w większości, powiedzmy :-P). Takie teksty to ja mogę tłumaczyć. I zamierzam. Jeszcze wiele, wieeeele podobnych (przynajmniej jeśli o główne postaci chodzi, bo ujęcie tematu bardzo się nieraz różni). Profil uległ kosmetycznej zmianie, jeżeli o "Tłuszcz" chodzi. I postaram się teraz tej zmianie sprostać. Nie zamierzam jednak uczynić z tego fanfika tłumaczenia nieregularnego, ponieważ obawiam się, że na dziesięć konstruktywnych komentarzy czekalibyśmy kolejne pół roku. A zostały już tylko cztery rozdziały, więc może jakoś dociągnę... ;-)
BettyS Hm... Nie czytam zbyt wiele powojennych tekstów, mam jednak wrażenie, że całkiem sporo z nich opowiada o odniesionych ranach - również tych na duszy - i trudami wiążącymi się z próbami ich zaleczenia albo chociaż zabliźnienia. Ale może to tylko takie wrażenie. Śmierć bliskich niewątpliwie ma na większość ludzi wpływ. I dobrze, żeby od czasu do czasu jakiś autor nam o tym przypomniał. Bo bywa, że zapominamy. Kolejny rozdział, jak widać, jest, następne powinny być szybciej... o ile nie stanie się nic nieprzewidzianego.
R. Nie da się ukryć, że szaleję z ilością fanfików. Ma to swoje przyczyny, o których już nieraz w różnych odpowiedziach na komentarze pisałam... i których większość przez ten czas, jaki nie tłumaczyłam, zdążyłam zapomnieć :-P. Postaram się jednak wziąć w garść i grzecznie publikować możliwie wiele przekładów (jednak na rozdział dziennie na Waszym miejscu bym nie liczyła; może jak się zwolnię z pracy...) Ty masz jeszcze szczęście, możesz czytać w oryginale (jak mniemam po tym, że doczytałaś "Tłuszcz" do końca po angielsku) - pomyśl, jak cierpią czytelnicy, którzy angielski znają za słabo albo i wcale! (ja myślę, owszem, wychodzę jednak z założenia, że skoro większości czytelników nie chce się komentować, to czemu mam się nimi przejmować? :-P [tak, tak, złośliwość nie jest niczym przyjemnym, kiedy ma się z nią do czynienia - lepiej o takim Snapie czytać niż poznać go osobiście :-P]). Zgadzam się, że Snape tutaj, jakkolwiek nie do końca kanoniczny, bywa snape'owaty, a Harry, z kolei, to... no cóż, Harry. Nieledwie stuprocentowy. O formie się nie wypowiem - może to dziwne (pewnie tak), ale, mimo bycia i autorem, i tłumaczem (acz jedynie amatorem, w obu przypadkach), nie znam się na tym kompletnie. Nie potrafię analizować tekstów, umiem tylko stwierdzić, czy mi się podobają, czy nie, i czasami mam nawet problemy z wymienieniem powodów. Taki ci dziwny ze mnie pisarzyna... ;-)
