Myśli i Przemyślenia
Utrzymując niewinną, starannie obojętną minę Harry zrzucił i odesłał do pokoju swoją wierzchnią szatę, po czym rozsiadł się wygodniej na kanapie, zwyczajowo podwijając nogi. Podniósł leżącą na stoliku ostatnio czytaną przez siebie księgę i schowawszy się za nią pogrążył się w myślach.
Nie tak głęboko jednak, by nie czuć jak Voldemort przez chwilę przygląda mu się podejrzliwie, zanim zadowolony z tego, co widział także wraca do swojej pracy, ukradkiem jeszcze zerkając na niego, żeby sprawdzić czy Harry nie zerka na niego – ale nic nie zauważy - chłopak całym sobą emanował, że wszystko było perfekcyjnie normalnie.
Pomimo tego, że wcale takie nie było...
Harry oczywiście wiedział, że czyny są ważniejsze niż słowa, a czyny czarnoksiężnika wyraźnie pokazywały, że naprawdę mu na nim zależy, jednak miło było to wyczuć tak wprost i bez udawania. Nie wiedział zbyt wiele o magii umysłu, ale podejrzewał, że na tym poziomie oszustwa nie są możliwe – to co poczuł u Voldemorta w trakcie ich mentalnego połączenia było szczere, czego dowodziło też jego późniejsze zdenerwowanie i zażenowanie.
Oczywiście zdawał sobie sprawę, jak takie odsłonięcie się musiało być bolesne dla Czarnego Pana i dlatego nie nawiązywał do niego, udając że nic nie zauważył, tak samo jak jego szczerego przywitania, po którym czarnoksiężnik zaraz zrobił kwaśną minę a potem obojętną, że niby nic specjalnego nie miało miejsca.
Harry nie miał nic przeciwko temu, mógł to pozornie ignorować, ważne że obaj wiedzieli jaka jest prawda.
Niestety inną prawdą było, że nie miał pojęcia, co ma z Voldemortem i jego niekwestionowanym… przywiązaniem zrobić i co myśleć.
Do tej pory po prostu cieszył się, że ma swoje miejsce i kogoś, kto prawdziwie się o niego troszczy. Spotkanie z przyjaciółmi dobitnie przypomniało mu o wszystkim, o czym próbował nie myśleć.
Chociaż w rozmowie z nimi mówił pewnie i twardo, wcale tak się nie czuł. Wbrew temu o czym zapewniał Hermionę, wcale nie przemyślał tego, mówił na gorąco, odpowiadając na ich pytania i zarzuty.
Sprawy jednak nie były proste.
Mimo że nie miał zamiaru dłużej pomagać Dumbledore'owi ani nie potrafiłby teraz wystąpić przeciw Lordowi Voldemortowi, to wciąż był jasnym czarodziejem, a to była wojna światła i ciemności.
Tylko, czy między nimi musi być wojna? Pomyślał o swoich własnych słowach z tej rozmowy, rzuconych bez namysłu... A co jeśli miały sens...?
Z Dumbledorem na pewno nie da się o tym normalnie rozmawiać, tylko że przecież to nie dyrektor rządzi Magiczną Brytanią a Minister…
Fudge'a na pewno dałoby się przekonać do rozmów, negocjacji i może ostatecznie do wprowadzenia równych praw dla wszystkich. To nie było fair, żeby czarodzieje nie mogli uprawiać magii, z jaką się urodzili. W końcu każdy przecież ma prawo wyrażać siebie, być sobą, dopóki nie rani innych.
Gdyby im tych praw nie odebrano, gdyby mroczni czarodzieje mogli być sobą, nie byłoby całej tej mrocznej nielegalnej strefy. Gdyby mieli prawo się do swojej magii przyznawać, normalnie się jej uczyć i używać, oczywiście poza klątwami, co dotyczyło również i tych jasnych, to cały ten konflikt by się zakończył.
Harry uczył się historii w swojej mugolskiej szkole i dobrze wiedział, że każde prawo zakazujące czegoś kończyło się tylko powstaniem podziemnego świata, w którym dalej robiono to samo jednak bez żadnych zasad i narażając na niebezpieczeństwo siebie i innych.
Ukradkiem spojrzał na Lorda Voldemorta - nie negował wcale tego co zrobił ale przecież ten czarodziej wcale nie był psychopatyczną żądną krwi bestią bez serca i sumienia, jak twierdził dyrektor a może jaką stworzył dyrektor, atakując go i spychając w cień, aż zaczął mu odpowiadać zgodnie z oczekiwaniami.
Voldemort był zbyt dumny, żeby dać się zamknąć w szafie, czy piwnicy, jednak był to normalny, inteligentny czarodziej i mimo że udawał oschłego, potrafił być łagodny i cierpliwy - na pewno byłby zdolny do dyskusji i kompromisu, gdyby tylko ktoś chciał z nim rozmawiać, zamiast uznać odgórnie, że skoro ma mroczną magię to wszystko, co robi jest złe.
Przecież ten czarodziej, który przyjął do swojego domu i zaopiekował się swoim zadeklarowanym największym wrogiem absolutnie nie pasował do wszystkiego, co o nim wcześniej słyszał.
Oczywiście, kimże on był, żeby pouczać dorosłych czarodziejów, co mają robić?
Kolejne tym razem długie i zamyślone spojrzenie na czarnoksiężnika, który przez chwilę próbował udawać, ze tego nie zauważa, ale w końcu odłożył zwoje i odwzajemnił mu się podejrzliwym wzrokiem i zniecierpliwionym:
- Coś się dzieje, masz jakieś problemy? O co ci chodzi? – Zakończonym z westchnieniem i nerwowym stukaniem paznokciami o blat.
Harry przez chwilę przyglądał mu się badawczo, w końcu jednak, nie mając lepszych pomysłów powiedział prawdę.
- Zastanawiam się, dlaczego nie zignorujesz Dumbledore'a i nie próbujesz dogadać się z Ministrem.
Zaskoczony Lord Voldemort tylko gapił się na niego w osłupieniu.
Po spędzeniu tych paru miesięcy w bliskim kontakcie Harrym Potterem czarnoksiężnik już zdążył zauważyć, że wcale nie jest głupim i naiwnym barankiem jasnej strony, ale potrafi myśleć i ma własne zdanie, ignorując autorytety, kiedy się z nimi nie zgadzał.
Tego jednak się nie spodziewał: Chłopak powiedział dokładnie to, nad czym on sam już pracował od jakiegoś czasu (a tak konkretnie to od czasu, gdy Potter zagnieździł się na dobre w jego zamku i w jego życiu).
Oczywiście nie kontaktował się z Ministrem osobiście, ale za pośrednictwem Lucjusza i innych wiernych sobie pracowników Ministerstwa podsuwał Fudge'owi różne pomysły i koncepcje. Nie liczył na to, że polityk od razu je przyjmie, ale zawsze chciał być popularny, a dzięki temu zdobędzie głosy dotychczas nie wierzącej w niego połowy społeczeństwa.
Potrzebował tylko pomocy, podpowiedzi jak to zrobić nie tracąc tej, która dotąd byłą po jego stronie.
Voldemort wierzył - wiedział, że w końcu uda się doprowadzić do wzajemnego zrozumienia i kompromisu a dzięki zdyskredytowaniu Dumbledore'a także do zniesienia wymyślonych przez Starego czarodzieja przepisów. Zrażenie przez niego do siebie Złotego Chłopca, było dużym błędem i mogło stać się dla dyrektora Hogwartu początkiem końca, takiej okazji czarnoksiężnik nie mógł przepuścić.
Nie spodziewał się jednak, że także Harry o tym myślał i że wymyślił dokładnie to samo co on.
Zaniepokojony jego milczeniem chłopak zaczął się wiercić i pocierać kark. Voldemort odchrząknął skupiając na powrót jego rozproszoną uwagę.
- Masz rację, Potter. Też się nad tym zastanawiałem i dokładnie to właśnie teraz robię. Oczywiście nie mogę zwrócić się wprost do Ministra, ale staram się zmienić atmosferę.
Harry przechylił głowę i zagryzł dolną wargę, oceniając jego słowa. Zapewne przypominał teraz sobie ostatnio czytane artykuły z Proroka, oceniając ową "atmosferę" i próbując stwierdzić, co miał na myśli. W końcu kiwnął głową.
- To dobrze. – Powiedział spokojnie i widać uznając sprawę za wyjaśnioną znów wziął się za czytanie, czy też rozmyślania, schowawszy się za swoją księgą.
Czarnoksiężnik zbity z tropu przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, nie będąc pewnym, co ma o tym nagłym zakończeniu rozmowy sądzić, ponieważ jednak nic nie wymyślił pozostało mu wzruszyć ramionami i wrócić do swoich papierów.
Będzie, co ma być.
Wbrew pozorom ta wojna Światła i Mroku wcale nie była jednak największym problemem Harry'ego, bardziej dręczyły go wypowiedziane przez niego samego w gorączce dyskusji słowa o dyrektorze: Czy mógł mieć rację, że Starzec naprawdę to wszystko wiedział i Nic nie zrobił? Niestety z własnego doświadczenia musiał potwierdzić, że jest to bardziej niż prawdopodobne.
Zanim jednak zdążył się jeszcze bardziej pogrążyć w tych ponurych rozmyślaniach pojawił się skrzat prosząc ich na lunch. Z ulgą odłożył więc księgę i swoje myśli ruszając na dół do sali jadalnej, zanim Voldemort zdąży przekazać skrzatom, że zjedzą w gabinecie.
Skrzaty nie miały z nimi dwoma zbyt wiele do roboty, dlatego wszystkim zajmowały się bardzo starannie, najzwyklejsze rzeczy robiąc wyjątkowymi. Podejrzewał, że kiedy Voldemort mieszkał sam musiały być naprawdę sfrustrowane: z tego co wiedział czarnoksiężnik żył jak asceta, nie chciał i nie doceniał niepotrzebnej elegancji.
Harry za to doceniał i zachwycał się wszystkim a stworzenia prześcigały się, by zrobić na nim wrażenie i wywołać uśmiech. Tak jak i dzisiaj.
Mimo, że był to zwykły lunch w zwykłym dniu i tylko dla dwóch domowników użyły ręcznie malowanej porcelanowej zastawy, srebrnych sztućców i jedwabnych serwetek z ich monogramami. W szklanych wazach stały kompozycje ze świeżych kwiatów.
Sałatki były ułożone tak, że same wyglądały jak egzotyczne kompozycje, a kanapki dla Harry'ego zamiast w trójkąty tym razem były wycięte w kształt znicza, skrzaty nawet chleb zapiekły na dokładnie taki sam zloty kolor, jaki ma oryginał.
Na ten widok chłopak roześmiał się radośnie a szczęśliwe z efektu skrzaty ukłoniły się głęboko i zamiast zwykłej aportacji równie radośnie w podskokach pobiegły do kuchni.
Harry usiadł przy stole, nałożył sobie trochę sałatki i zaczął jeść popijając sok pomarańczowy. Czarodzieje zwykle pijali sok dyniowy, ale skrzaty wiedziały, że chłopak woli ten i zawsze przygotowywały świeżo wyciśnięty - specjalnie dla niego.
Przełknął pierwszy łyk - jak zawsze idealny i westchnął radośnie, przechylając głowę i pocierając nią o ramię, potem z delikatnym uśmiechem zwrócił się do Voldemorta.
- Na pewno chciałbyś usłyszeć, jak spędziłem czas w Londynie? – Na pół stwierdził i zapytał. Mężczyzna pokiwał głową, oczywiście, że chciał o to zapytać, ale przez ten dziwny nastrój Harry'ego po jego powrocie, sam wolał nie poruszać tego tematu.
– A więc… - Harry zabrał się za sałatkę i przerywając na kolejne kęsy dokładnie opisał czarnoksiężnikowi, jak im poszło, pomijając tylko szczegóły swojej dyskusji z dyrektorem, a potem z przyjaciółmi.
Zdawał sobie sprawę, że jego towarzysz bez problemu się domyśli, że właśnie one są najbardziej interesujące, jednak do rozmowy o tym jeszcze nie był gotowy. Najpierw musiał sam wszystko dokładnie przemyśleć, zanim będzie mógł o tym z kimkolwiek rozmawiać.
Hermiona Granger najchętniej od razu by się udała do Hogwartu i jego dyrektora żeby czarodzieja o to, co powiedział im Harry zapytać, no i żeby zażądać wyjaśnień.
Jednak mieli jeszcze wolne i może to nawet lepiej, wykorzysta ten czas by jednak nad tym trochę pomyśleć i pójść do Dumbledore'a już z konkretami. Kiedy Ron pożegnał się z nią i udał się do Nory, Hermiona także aportowała się do domu.
Jej rodziców nie było w domu, wyszli do swoich przyjaciół, zrobiła więc sobie herbaty i usiadła z nią swoim ulubionym, starym fotelu przy oknie. Teraz mogła spokojnie zająć się swoimi myślami.
Na początku była tak przejęta i oburzona tym, że Harry tak po prostu wszystko rzucił, nie mówiąc nic nikomu (to bolało najbardziej – przecież byli jego najlepszymi przyjaciółmi, owszem w pierwszej chwili mógł zareagować impulsywnie, ale potem miał czas uspokoić się, przemyśleć i skontaktować się z nimi, a on nawet dzisiaj w Londynie wyraźnie nie chciał z nią – z nimi - rozmawiać.), że wcale nie chciała słyszeć wyjaśnień - oczekiwała od przyjaciela jedynie przeprosin, przyznania do błędu i powrotu razem z nimi do Zamku.
Ale widząc jego zdenerwowanie zrozumiała, że nie odezwał się dotąd bo nie chciał konfrontacji, Harry nie lubił się z nikim kłócić, musiał być poważnie sprowokowany, by walczyć, a tu nie było innego wyjścia: nie mógł się z nimi zgodzić, więc ich unikał, by nie mieli okazji go oceniać i namawiać do zmiany zdania. Nie mogła go za to winić.
Nie potrafiła jednak zrozumieć dlaczego wybrał akurat Malfoyów na swoich opiekunów – i im zaufał, gdy nie potrafił zaufać swoim przyjaciołom. Nie było pewna, czy bardziej ją to zraniło, czy uraziło.
Teraz jednak, gdy ochłonęła zaczęła faktycznie rozważać to, co Harry im powiedział i musiała przynajmniej w części przyznać mu rację: dyrektor wiele razy słyszał, nie tylko od Harry'ego o jego traktowaniu przez Snape'a a nic z tym nie zrobił, mówiąc tylko, że to chłopak ma się bardziej starać, żeby profesor nie mógł mu nic zarzucić. Jakby ten rzeczywiście potrzebował jakiś powodów, by go gnębić.
Zresztą tak samo było w przypadku jego mugolskiej rodziny, nawet gdy na drugim roku bliźniacy i Ron przekazali rodzicom a potem innym członkom Zakonu, że Harry był zamknięty za kratami i głodzony - nawet wtedy dyrektor nie zareagował, nie sprawdził sytuacji i znowu go do nich odesłał tak jak robił to do tej pory, rok za rokiem.
W innych sprawach też Dumbledore nie bardzo dbał o dobro i bezpieczeństwo Harry'ego: zawsze dobrze wiedział czego szukają i na co się narażają, bo sam przekazywał im wszystkie wskazówki, podpowiadał i niby pomagał... ale kiedy przychodziło co do czego sami musieli sobie radzić a w ostatecznej rozgrywce tylko Harry - całkiem sam. A to były naprawdę groźne sytuacje, gdzie większość dorosłych czarodziejów nie dałaby sobie rady.
Tak, Harry może zareagował impulsywnie, ale prawidłowo - nie miał podstaw, by dłużej wierzyć dyrektorowi i tak dziwne, że wytrzymał aż do tej pory. Nie miała wątpliwości, że to była w stu procentach wina Dumbledore'a, gdyby dyrektor wcześniej go tak nie traktował, gdyby choć raz stanął po jego stronie - Harry by nie uciekł.
Miał wszelkie prawo mu nie ufać i samemu próbować zadbać o swoje bezpieczeństwo. Niechętnie musiała przyznać, że teraz wyglądał o wiele lepiej: spokojniej i pewniej niż w Hogwarcie, w towarzystwie Ślizgona i jego goryli najwyraźniej czuł się swobodnie i bezpiecznie a jego nowo odnaleziony kuzyn - Malfoy wydawał się mówić szczerze i zachowywał się przekonująco.
W porządku, nie miała złudzeń, sprawa wyglądała na przegraną.
Nie przekona Harry'ego do zmiany zdania, nie będzie nawet próbować, ich przyjaciel miał dobre powody i zrobił to co uważał za słuszne. Z tego, co wiedziała miał rację.
Ale mogła, musiała zrobić coś innego.
Harry nie chciał z nim dłużej mieć do czynienia, ale Hermiona chciała z Dumbledorem porozmawiać. Należy się jej – im, wyjaśnienie, dlaczego tak wszystko spieprzył.
Zaczerwieniła się, nie tolerowała używania brzydkich słów, nawet tylko w myślach – tyle, że do tej sytuacji żadne inne nie pasowało.
Zaraz po lunchu Harry zostawił Voldemorta i poszedł do siebie przebrać się w strój treningowy a potem ruszył do prawej wieży. Pamiętał jak na początku Voldemort zmienił jego manekina w Snape'a, żeby go sprowokować do reakcji, w ten sposób pomógł mu zrozumieć swoje emocje i zmierzyć się z nimi.
Teraz też potrzebował takiej pomocy. Do tej pory nie pozwalał sobie na zbytnie zagłębianie się w swoje relacje z Dumbledorem, nawet gdy przyznał, że dyrektor go zawiódł wciąż czuł do niego szacunek i nie potrafił...
Wykorzystanie tamtego pomysłu nie wchodziło w grę - nie potrafiłby uderzyć Starca, ale mógł uderzać swojego mechanicznego partnera za każdą sprawę, o którą go winił i każdą, która go bolała:
- Za to, że nie zadbał o bezpieczeństwo jego i rodziców.
- Za to, że zostawił go u Dursleyów.
- Za to, że go nie słuchał.
- Za to, co przed nim ukrywał.
- Za to, co robił.
- Za to, czego zaniedbał.
- Za Quirella.
- Za Riddle'a.
- Za Syriusza.
- Za Croucha.
- ...I za Snape'a...
NIGDY więcej.
Nigdy więcej nie pozwoli mu się tak zbliżyć, nigdy więcej nie pozwoli mu się kontrolować, nigdy więcej nie pozwoli mu być częścią swego życia. Nigdy więcej nie pozwoli mu się zranić.
