Rozdzial 10
Przez całą noc padał deszcz. Gdzieniegdzie słychać było gwałtowne wybuchy i niespokojny szum wody. Ta noc nie należała do spokojnych.
W domu Pretterów, a raczej mniejszym wydaniu zamku, zgromadziły się małe grupki kobiet. Przybywały przez całą noc, przez co żadna z gospodyń nie miała zbytnio czasu na sen. Podzieliłyśmy się pracą, by nie narobić zamieszania. Narcyza, Eldona i Nancy prowadziły część gość do pokoi umieszczonych na wschodniej stronie zamku, Lavender, Kayla i Melissa udały się z swoimi podopiecznymi na zachodnią część, a ja i Alyson prowadziłyśmy na północ. Przez jednego ze służących zamku wysłałyśmy wiadomość do rodziców Emmy, ale ten tylko wrócił zmarznięty i wykończony oznajmiając:
- Dom był zupełnie pusty. Nie było tam ani państwa Maxwell, ani ich służących.
Nie zastanawiając się dłużej, pomyślałyśmy, że pewnie ktoś już ich poinformował, gdzie mają się udać i właśnie są w drodze. Przeczekałyśmy chwilkę, aż zrobiło się trochę spokojniej i wysłałyśmy kolejnych służących. Ich zadaniem było przyprowadzenie mojej przyjaciółki, Brooke, wraz z jej rodziną ( oczywiście tą płci żeńskiej) oraz tych nielicznych, którzy zdecydowali się nie brać udziału w tym ataku na czarownice.
Gdy już drzwi frontowe zostały zamknięte, służby zajęły swoje stanowiska, a my mogłyśmy pomóc w kuchni, z ulgą uświadamiając sobie, że wszystko jest już gotowe, na swoim miejscu. Każdy ma dach nad głową i pożywienie. Nikt nie musi bać się o swoje życie. Wykonałyśmy swoje zadanie. Jednak nie było to wystarczające, by zapomnieć, że to właśnie przedstawiciele naszych rodzić, być może zorganizowali ten atak i to oni przyczynili się do tego, że teraz zostali bez dachu nad głową w potwornym niebezpieczeństwie.
- Pani! Pani! - Do kuchni wbiegł jeden z wysłanych służących, poruszając energicznie prawą ręką, którą miał uniesioną wysoko w górze i w której miał coś, co wyglądało jak przemoknięty kawałek papieru. Rzucił to na stół kuchenny i popatrzył na nas zachęcająco. Melissa podniosła papier z stołu i przebiegła po niej wzrokiem, a następnie wybałuszyła oczy i zaczęła czytać na głos.
- Jest to fragment gazety, być może codziennej. Podali tu statystyki egzekucji. – Odwróciła papier tak, że mogłyśmy dokładnie przyjrzeć się tabeli.
Przybliżone statystyki dotyczące liczby procesów o czary i egzekucji w poszczególnych regionach Europy w okresie 1450–1750:
Region
Liczba procesów
Liczba egzekucji
Wyspy Brytyjskie i Ameryka Północna
~5000
~1500–2000
Cesarstwo (Niemcy, Niderlandy, Szwajcaria, Lotaryngia, Austria i Czechy)
~50000
~25000–30000
Francja
~3000
~1000
Skandynawia
~5000
~1700–2000
Europa Wschodnia (Polska i Litwa, Węgry i Rosja)
~7000
~2,000
Europa Południowa (Hiszpania, Portugalia i Włochy)
~10000
mniej niż 1000
- Mamy tysiąc sześćset osiemdziesiąt jeden, a już podali ile przypuszczają wykonać procesów przez następne sześćdziesiąt dziewięć lat! - oburzyła się, a po chwili dodała: - Francja: Przewidują trzy tysiące procesów i tysiąc egzekucji. Mają być, z czego dumni.
- Oburzające! - wykrzyknęła Kayla.
- Coś my takiego zrobiły, że tak nas karzą? - zapytała Nancy z łzami w oczach.
- Nie wszystkie są tak wspaniało duszne jak ty, Nancy - odpowiedziała Narcyza.
- Jednakże są inne kary niż te, które teraz stosują - rzekła spokojnie Eldona.
- Ale któżby chciał o nich wiedzieć? - zapytała Lavender.
- Problem w tym, że nikt - mruknęłam smutno.
- Porozmawiamy o tym później. Teraz trzeba nakarmić gości - oznajmiła Alyson, wstając z krzesła, które stało przy stole, i udając się do kuchni, by dalej pomagać w przygotowaniach.
- Poza tym, chyba zapomniałaś, droga Alexis, po kogo poszli ci dobrzy słudzy - przypomniała mi Melissa.
Nie zdołałam wykrztusić z siebie słów, i nawet się nie zorientowałam, a już wybiegałam z jadalni i biegłam małym korytarzem prosto do drzwi prowadzących do Pokoju Przejściowego, inaczej holu. I tak jak się spodziewałam, zastałam tam cztery kobiety w płaszczach z walizkami. Jedną z nich natychmiast rozpoznałam.
- Brooke! – zawołałam, podbiegając do przyjaciółki, jej matki i dwójki rodzeństwa.
- Alexis! - zawołała promiennie i odwróciła się w moim kierunku. - Bardzo dziękuje za zaproszenie. Nasz ojciec także poszedł na to głupie polowanie zostawiając nas. Chwilę przed tym jak w naszym domu znalazł się twój sługa, dowiedziałyśmy się, jakie losy nas czekają.
- Bardzo ci dziękujemy - odezwała się starsza kobieta i przytuliła mnie mocno, potwierdzając swoje słowa. - Nie wiem, gdzie bym udała się z swoimi córkami, gdyby nie ty.
Już chciałam odpowiedzieć, że to nic takiego, gdy moją uwagę przyciągnęła uroda dotychczas nieznajomych mi trzech kobiet. Wszystkie miały podobne do Brooke ciemne, prawie czarne oczy. Były uśmiechnięte, ale w ich oczach dostrzegłam strach. Ich cera była ciemniejsza od mojej. O wiele ciemniejsza. Wszystkie były mulatkami. Włosy ich były ciemniejsze od skóry, ale jaśniejsze od ich tęczówek.
Wszystko bardzo ładnie z sobą współgrało.
- To naprawdę nic wielkiego - wykrztusiłam wreszcie. - Proszę iść za mną. Zaprowadzę was do waszej sypialni. Zaraz podamy śniadanie.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że zza okien widać było blask ponurego słońca, wokół którego kłębiły się szare chmury. Znów zapowiadało się na deszcz.
Zaprowadziłam szybko rodzinę Brooke na północną część zamku, gdzie było jeszcze kilka wolnych pokoi i obiecałam, że postaram się ich później odwiedzić i porozmawiać, po czym pobiegłam do kuchni, by pomóc w przygotowaniach, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę fakt, że mamy sporą ilość gości.
Podczas śniadania ten sam służący, co przedtem przyniósł kawałek przemokniętej gazety, tym razem przyniósł całość. Była to odnowiona wersja. Podawano więcej szczegółów i opisywano dokładnie wszystkie zdarzenia, jakie miały miejsce tej nocy.
Przy tak wielkiej ilości zebranych nie miałam czasu przeczytać dokładnie, co tam pisało. Gdy wszyscy skończyli jeść, zabrałam się za sprzątanie. Ten dzień i kolejne tygodnie polegały ciągle na tym samym. Przygotowanie do podania posiłku, sprzątanie, pomiędzy tymi czynnościami znajdowało się pomaganie podopiecznym, na przykład dojść do innej części zamku, przynoszenie różnych książek... Czas tak szybko płynął, że gdy wreszcie mogłam położyć się u siebie w sypialni zastąpiona przez matkę w swojej pracy zauważyłam, że na dworze robi się coraz ciemniej.
- Nie śpimy! - zawołała Alyson, wpadając do sypialni. - Dzisiaj jest przyjęcie pożegnalne jesieni i witające zimę!
- I co w związku z tym? - zapytałam sennie.
- To, że skoro mamy trochę czasu wolnego szkoda by było przegapić taką okazję. Przyjęcie organizuje Eldona, a Benjamin, Erik i ich dziadek już tam są i przygotowują ich dom do przyjęcia.
- To trochę dziwne, nie uważasz? Eldona ma tyle spraw na głowie, a jeszcze ma ochotę na jakieś przyjęcia.
- Och, nie marudź. Ona robi to dla nas, by mogliśmy się trochę odprężyć. Zaprosiła wszystkie młode panny i młodych panów, którzy w tym dziwnym czasie potrzebują trochę spokoju. Masz być dosłownie za moment na dole ubrana i przygotowana do wspaniałej zabawy! - Po tych słowach wybiegła z pokoju równie szybko i nagle, jak się zjawiła.
- Chyba nie mam wyboru - powiedziałam do siebie. - Jak pójdę będzie źle, jak nie pójdę będzie jeszcze gorzej…
Z wielkim ciężarem podniosłam się z łoża i podeszłam do garderoby. Wybrałam tam jedną z nielicznych sukienek, które udało się matce zabrać z domu, i włożyłam niezdarnie na siebie. Później uczesałam włosy i poprawiłam makijaż. Gdy byłam już gotowa, zeszła na dół do holu, gdzie czekała już zniecierpliwiona Alyson.
- Wreszcie - skomentowała krótko i zaciągnęła mnie do karety, która stała przed domem.
Przebyliśmy tą samą drogę, którą dostaliśmy się do tego domu. Na miejscu było już dużo osób, które rozmawiały wesoło w ogrodzie i pobliżu domu. Zapadał już zmierzch.
Gdy wysiadałyśmy z karety rozejrzałam się dookoła. Nagle zauważyłam jakiś cień, niewyraźnie dostrzegłam postać podobną z figury do Emmy. Ciekawość zapanowała nade mną i ruszyłam w tym kierunku, podczas gdy Alyson była zajęta szukaniem Benjamina.
Postać kierowała się w stronę lasu.
Podążała coraz dalej, i dalej. Wreszcie zatrzymała się pośrodku lasu i odwróciła w moją stronę.
- Zawsze ojciec powtarzał mi: ,,Uważaj na siebie, nie na innych" - odezwała się ochrypłym, niepodobnym do siebie głosem. - Oni nie chcą mnie, ani nikogo innego z miasta. Faktem jest, że likwidują przeszkodę bez skrupułów, ale... Oni chcą ciebie. - Ostatnie słowo podkreśliła podle i uśmiechnęła się z satysfakcją.
W tym momencie znikąd przybiegają Alyson, Benjamin i Erik. Alyson krzyknęła:
- Alexis, uważaj!
Gdy Benjamin i Erik padają na ziemie. Wszystko działo się tak szybko. Bracia wili się na ziemi z bólu, Alyson szlochała obok Benjamina, zanim się zorientowałam ktoś przygniótł mnie swoim ciężarem i wbił się w moją szyję. Gdzieś tam słyszałam wrzaski i łomoty, ale wszystko było tak odległe, jakby należało do innego świata.
