Ten rozdział różni się od innych z dwóch powodów. Po pierwsze: nie jest widziany z punktu Leona, ale kogoś innego (chyba zgadniecie, to nie trudne:]) i drugie: jest to poemat. Następne rozdziały będą normalne:)
I jeśli zauważycie, że jest coś nie tak, to napiszcie, pierwszy raz tłumaczę poemat.
Rozdział dziesiąty, zostało dziewięćdziesiąt!:D
Byłeś taki młody.
Siedem czy osiem?
Może młodszy; nie miałam cierpliwości,
do liczenia twoich nędznych
ludzkich lat.
Nie liczyły się lata,
czy ludzie,
kiedy ja,
która usłyszała krzyk twojej matki,
wzrosłam w sile.
I będę wzrastać,
bo wiem jak
zmanipulować Cię
na moją korzyść.
To przyjemność dla mnie,
że Twój duch
jest złamany,
i może być jeszcze
znacznie bardziej.
Jak odłamki szkła,
rozbite w mniejsze
i mniejsze kawałki.
Kruszone bardziej
i bardziej
w pył.
Szkło powstaje z piasku.
Kiedy topnieje,
powraca do ziemi.
Tak jak ty.
Powąchaj, herosie.
Nadal możesz wyczuć
dym
z tego spalonego magazynu,
możesz?
Nadal czujesz tą samą
wściekłość i rozpacz,
które przyszły później,
czy nie?
Zrobiłam to, czy nie?
Złamałam Twojego ducha?
Z innymi, będzie trudniej;
nie mają
Twoich błędów,
Twojej skazy,
Twojej tendencji do winy.
Oni nie mają
Twojej tendencji do zemsty.
Żadne z nich nie ma osobistej zemsty
do mnie,
z wyjątkiem, być może,
dla Hazel.
Och.
Nie spodobało Ci się,
że o niej wspomniałam?
Interesujące.
Bądź ostrożny mój pionie:
Twoja pierwsza tragedia
nie będzie ostatnią.
Następna miniaturka nazywa się: Rodzice
