10.
Kiedy zobaczył ją w tym przedpokoju - zapłakaną, bosą i potarganą - natychmiast poczuł się jak ostatnia świnia. Znowu płakała przez niego. Zachował się jak słoń w składzie porcelany, przypomniał jej o wszystkim co było paskudne, o wszystkim, co ją bolało - a ona i tak na niego czekała i się o niego martwiła. I kiedy rzuciła się ku niemu, nie przestając beczeć, mógł tylko otoczyć ją ramionami i trzymać blisko przy sobie, wdychając zapach jej włosów.
Przeprosiny przyszły mu tak łatwo, prawie bezwiednie - jak nigdy przedtem. Dotychczas myślał, że wystarczy tylko powtarzać ludziom, że ci przykro i to w zupełności wystarczy. Myślał, że nie ma potrzeby ich przepraszać, bo przecież i tak robi to, co należy zrobić - stara się pomóc.
Myślał jak Tamten.
Rose miała rację, kiedy mu to wytknęła.
Objął ją mocniej i stali tak przez dłuższą chwilę, dopóki nie poczuł, że robi mu się coraz zimniej. Cholera, zapomniał z tego wszystkiego, że jest cały mokry. Na dodatek drapało go w gardle.
Odsunął się od niej, odwrócił głowę i kichnął, a potem zaniósł się kaszlem.
Szlag, jeszcze tego brakowało, żeby się rozłożył.
Spojrzała na niego z niepokojem, a potem wskazała mu drzwi łazienki.
- Idź pod prysznic - poprosiła cicho. - Bo jeszcze się rozchorujesz.
- Nic mi nie będzie.
- Głupio brać zwolnienie pierwszego dnia pracy - stwierdziła z uporem. - Idź, zrobię ci coś gorącego do picia.
Nie protestował dłużej. Zabrał z szafy ciepły dres, a potem wszedł pod prysznic i odkręcił gorącą wodę. Wreszcie wyszedł na posadzkę. Stojąc w kłębach pary, ubrał się szybko. Odruchowo przeczesał grzebieniem mokre włosy i wyszedł z łazienki, zastanawiając się, czy Rose poszła już się położyć.
W mieszkaniu było cicho i ciemno. Westchnął lekko. Czuł się trochę rozczarowany tym, że nie powiedziała mu dobranoc. Chociaż może to i lepiej, biorąc pod uwagę okoliczności - nie był wcale pewien czy zdołałby nad sobą zapanować. Dość już mieli dziś trudnych sytuacji. Poza tym, jak by na to nie spojrzeć, rzeczywiście za jakieś trzy godziny powinni iść do pracy.
Wzdrygnął się na samą myśl o spojrzeniach, jakimi wczoraj obrzucali go pracownicy Torchwood. Na pewno wiedzieli, kim jest. Mogli nie znać całej prawdy, mogli przyjąć do wiadomości jego podrobiony życiorys, ale nie wierzył by plotki na temat córki ich szefa nie przedostawały się do publicznej wiadomości. Cholera, miał najprawdziwszą w świecie tremę.
Wszedł do kuchni i zobaczył, że Rose zostawiła mu na stole herbatę z cytryną i paracetamol. Uśmiechnął się mimowolnie i zażył grzecznie leki, a potem wypił duszkiem ciepły jeszcze płyn. Czuł się całkiem nieźle jak na kogoś, kto kilka godzin sterczał na lodowatym wietrze w samym środku ulewy.
Wstawił pustą szklankę do zlewu i ruszył szybko w stronę gabinetu. Mijając otwarte drzwi salonu, odruchowo zerknął do środka i znieruchomiał na progu.
Rose spała na siedząco, wtulona w róg kanapy, opierając policzek o zagłówek. Musiała chyba zasnąć, kiedy na niego czekała. Zawahał się, a potem cicho podszedł bliżej i pochylił się nad nią. Bał się, że ją obudzi, więc tylko zdjął jej kapcie i ostrożnie ułożył wygodniej na tej nieszczęsnej kanapie, żeby rano nie wstała kompletnie obolała. Sięgnął po leżący na podłodze koc i okrył ją starannie. A potem bez zastanowienia usiadł obok, przyglądając jej się w milczeniu.
Po chwili dotarło do niego, że zachowuje się jak romantyczny głupek, ale to było silniejsze niż wszystko inne.
Wyciągnął rękę i lekko odsunął jej z twarzy kosmyk włosów. Postanowił, że jeszcze chwilę przy niej posiedzi. W sumie, nigdzie się przecież nie spieszył, prawda? Najważniejsze, że była przy nim. I że była bezpieczna.
