Remus z dłońmi wbitymi w kieszenie i czarnym kapturze naciągniętym na głowę stanął na środku błoni zupełnie jakby padający deszcz wcale mu nie przeszkadzał. Przemoknięty płaszcz w końcu przylgnął do jego ciała ale blondyn drżąc lekko nie ruszył się ani o milimetr z zaciętym wyrazem twarzy pozwalając żeby chłód przenikał mu kości. Lubił deszcz. I co dziwne lubił też chłód. Po jakimś czasie jednak zwiesił niżej głowę i powoli ruszył w kierunku zamku. Jeszcze tego by mu do szczęścia brakowało jak znowu złapać przeziębienie i narazić się na spotkanie z rozjuszonym Syriuszem. Black po jego ostatniej anginie obiecał, że jeśli jeszcze raz przyłapie go na moknięciu na dworze zrobi mu szlaban na czekoladę. A znając Syriusza wiadome było, że to obietnica nie bez pokrycia. Dlatego wchodząc do szkoły Remus dyskretnie się rozejrzał i na wszelki wypadek wciąż nie ściągał kaptura z głowy. Czuł się trochę jak szpieg przemykając przez ukryte przejścia aby jak najszybciej dostać się do pokoju wspólnego. Marzył o tym by zrzucić ciążący mu już, przemoczony płaszcz. Kiedy na sekundę się odwrócił z irytacją dostrzegł, że zostawia za sobą całkiem wyraźny ślad złożony z małych kałuż.
Zaklął.
Czasami bywał wybitnie mało inteligentny. Wyciągnął z kieszeni różdżkę i rzucił zaklęcie wysuszające rozkoszując się suchym nagle ubraniem. Przeczesał rękami mokre, złote włosy i stanął w kręgu światła sączącego się przez grube okiennice.
I wtedy ją dostrzegł.
Siedziała na oknie z nogami podciągniętymi pod brodę, zaczytana w tomie poezji, zgadywał, że to Tennyson. I faktycznie, kiedy przyjrzał się lepiej dostrzegł charakterystyczną granatową okładkę wierszy Alfreda Tennysona, które sam jej podarował parę lat temu. Ucieszył się, że ich nie wyrzuciła. Wiedział, że byłaby do tego zdolna. Znał ją. Na tyle dobrze, że wiedział iż coś ją gryzie. Nie siedziałaby z wierszami na oknie, ryzykując, że ktoś ją zobaczy gdyby nie to, że coś ją męczyło. Zmartwił się. Rysujące się pod oczami dziewczyny cienie zdradzały zarwaną noc. Chciał do niej podejść ale nagle brakło mu odwagi. Tak. Jemu. Gryfonowi, jednemu z Huncwotów. Sam się za siebie wstydził. Targały nim sprzeczne w sobie uczucia. On sam czuł się rozdarty. Jak zawsze. Z jednej strony rwał się do naprawienia zniszczonej między nimi przyjazni, może czegoś więcej ale...
Oboje dokonali wyboru.
A ona wybrała inną stronę. Ciemną stronę. Gdyby nie rozgoryczenie to może nawet by zachichotał z tego rozróżnienia. Ciemna i jasna strona mocy. Zabawne. Tyle, że wcale takie nie było. Miał piętnaście lat i już zdawał sobie sprawę, że między czernią i bielą występują też różne odcienie szarości. Tak samo jak wiele jest odcieni miłości. Zatopiony w myślach dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że dziewczyny już nie ma. Pozostała po niej jedynie książka uchylona, pewnie przypadkiem na jednej ze stron. Remus podszedł bliżej i przeczytał ów otwarty fragment.
,,I gdy żagle złocone zachodem
Ku przystani lecą stadem wilg —
Dałbym świat, by móc dotknąć tej dłoni, co znikła,
By usłyszeć głos, który zmilkł!"
Remus westchnął. Dałbym świat, by móc dotknąć tej dłoni, co znikła.
Świat? Ha.. Dałby dużo więcej.
Bellatrix wiedziała, że ta cisza jest zła. Zwiastuje coś nieprzyjemnego. Niesie ze sobą zmiany. Miała rację.
Isabelle z nienawiścią wpatrywała się w oblicze starszego brata, który z irytacją trzymał ją za rękę. Napięcie między tą siedzącą na kanapie dwójką wydawało się unosić w powietrzu jak zasłona mgły. Bellatrix dziwiła się, że Izzy jeszcze nie wyrwała swojej ręki ale dopiero za parę chwil zdała sobie sprawę, że skamienienie Lestrange nie jest normalne. Wtedy zassała głośno powietrze przez zaciśnięte zęby. Nie podejrzewała, że Rudolf okaże się tak wielkim dupkiem. Rzucać zaklęcia na własną siostrę. Bella wyciągnęła różdżkę z kieszeni tylko po to żeby Rabastan wepchnął ją tam z powrotem. Młodszy brat rodzeństwa siedzącego na kanapie jak na patykowatego czternastolatka okazał się wyjątkowo silny.
-Rab, odbiło ci?-syknęła Bellatrix próbując wyrwać się z uścisku ślizgona.
-Bella zaufaj mi. To nie jest najlepsza chwila.-Rabastan wydawał się zdenerwowany.
-Nie najlepsza chwila?-prychnęła czarnowłosa uwalniając wreszcie swój nadgarstek.-Twój brat zaklął moją przyjaciółkę!
-Musiał.
Coś w głosie chłopaka kazało Bellatrix zrezygnować z szarpaniny i rozejrzeć się po pokoju wspólnym.
Siedząca na kanapie Isabelle wydała z siebie gniewne warknięcie kiedy w kominku ukazała się wirująca postać, która okazała się być ciemnowłosym chłopcem. Bellatrix wstrzymała na chwilę oddech kiedy zobaczyła, że oczy chłopaka są zupełnie białe. Niewidomy zdawał sobie chyba sprawę, że jest obserwowany bo na jego usta wypłynął krzywy uśmiech. Oczy Belli zarejestrowały jeszcze wiele innych niepokojących szczegółów. Policzek chłopaka przecinała czerwona, nabrzmiała blizna przechodząca również przez środek powieki. Ręce, które wsparł na czarnej lasce ze srebrną główką ukształtowaną na podobieństwo chińskiego smoka, również przecinały niezliczone srebrne kreski.
-Witaj Aurielu.-powitał przybysza Rudolfus a Rabastan wcisnął Bellę za kanapę.
-Rudolfie przyjacielu.-głos Auriela okazał się być głęboki i niski, przywodził na myśl spiżowy dzwon.-Zakładam, że jest tu z nami twoja siostra.
Zaklęcie Rudolfusa zdawało się tracić na swojej mocy bo Isabelle już nie tylko świdrowała obcego wzrokiem ale też udało jej się zwinąć dłonie w pięści.
-Tak, Isabelle.-potwierdził gorliwie Rudolf kładąc dłoń na ramieniu Auriela.
-Chciałbym jej dotknąć, jeśli pozwolisz?
Bellatrix za kanapą powstrzymała się od pogardliwego śmiechu czując jak robi jej się trochę niedobrze. Gdyby nie to, że Rabastan uspokajająco trzymał jej ramię już dawno walnęła by w przybysza jakąś nieprzyjemną klątwą. Siedząca na kanapie Isabelle wydawała się jeszcze bardziej wkurzona niż jej skryta za kanapą przyjaciółka. Kiedy dłonie Auriela dotknęły jej twarzy ledwo powstrzymała jęk protestu.
-Masz piękną twarz Isabelle.-szepnął Auriel wprost do ucha dziewczyny.
-Nie mogę tego samego powiedzieć o twojej.-wycedziła Isabelle uprzejmym tonem głosu choć dało się w nim wyłapać nutkę zjadliwości.
Ku jej zdziwieniu Auriel zachichotał cicho ale wrażenie było takie jakby cały pokój wspólny zawibrował.
-Owszem Isabelle Naurio Lestrange. Kiedyś moja twarz była równie gładka jak twoja. Oczy równie żywe jak twoje. Jednak na świecie istnieje wiele istot zdolnych do tego aby nam to odebrać.
-Przykro mi.
-Nie musi Isabelle. Pogodziłem się już z tym.
-Ja bym się nie zgodziła.-mruknęła pod nosem Isabelle odtrącając jego dłoń.
Auriel spojrzał na Rudolfusa stojącego w kącie salonu z ostentacyjnie odwróconą głową, można by pomyśleć, że chce im dać trochę prywatności. Ukryta za kanapą Bellatrix musiała mocno wytężyć słuch aby usłyszeć kolejne słowa Isabelle i Auriela.
-Nie wątpię w to Isabelle Lestrange.-Auriel skrzyżował ręce na piersi.-Wiesz dlaczego się dziś spotkaliśmy?
-Moi rodzice wybrali mi cię na męża.
Wściekłość Isabelle wydawała się nie robić na nim żadnego wrażenia.
-Wiesz dlaczego?
-Bo masz dużo kasy.-prychnęła Izzy.
-Bo to był jedyny sposób żeby moja siostra przeżyła.
Obie, Isabelle i Bellatrix z wrażenia rozchyliły usta i zaklęły głośno, jedna głośniej, druga szeptem.
-Isabelle!
Ciemnowłosa syknęła i przyspieszyła kroku próbując umknąć goniącemu ją chłopakowi, powinna się domyślić, że nie miała na to nawet cienia szansy.
-Ma Belle.
-Nie mów tak do mnie Black.
-Teraz już Black?-zapytał z odcieniem pretensji w głosie odgarniając czarne włosy, jego chmurny wzrok spoczął na całej postaci drobnej ślizgonki.
-To zawsze powinien być Black.-warknęła ostro Isabelle zakładając ręce na piersi.-Bella miała rację, zapomniałam się.
-Naprawdę słuchasz mojej kuzynki? Bella ma masochistyczne myśli co najmniej raz dziennie.
Isabelle drgnął kącik warg kiedy odwracała głowę unikając spojrzenia w szare oczy chłopca.
-Bella to moja przyjaciółka.
-Bella udaje twoją przyjaciółkę. Od dawna nie ma w niej nic prócz pogłębiającego się szaleństwa.-prychnął Syriusz przekrzywiając głowę.
-Nie waż się tak o niej mówić. Nie znasz jej.
-A ty ją znasz?
-Powiedz mi, jesteś zbyt niedojrzały na rozmowę o nas czy poprostu brak ci odwagi?
Zatkało go. Na moment.
-Przypominam ci, że nie było żadnych nas.-odrzekł chłodno, zbyt chłodno by dała się nabrać.
-Wciąż nie potrafisz kłamać Riu.
-Izzy...
-Nie mogę już z tobą rozmawiać. Przykro mi. Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj.
-Catie?
-James?
-Peter?
-Syriusz?
-I ja.
Cała piątka popatrzyła po sobie nieco nieprzytomnie.
-Okej, co za debil przysłał mi tą karteczkę?-Cat pomachała im przed oczami małym kartonikiem.
Teraz każdy z nich patrzył w inną stronę. Starali się wyglądać niewinnie. Nie wyszło im.
-Czyli mam rozumieć, że to pomysł całej czwórki?
Odpowiedziało jej wymowne milczenie. Catie westchnęła głośno.
-Mogę wiedzieć po co mnie tu zwołaliście?
BUM! Bum! bum!
Catie zastygła kiedy złoty proszek przylgnął do jej twarzy sprawiając, że cała dziewczyna rozbłysła.
-Wszystkiego najlepszego Cat.
Półifrytka otworzyła szeroko usta a potem wybuchnęła płaczem. Syriusz dobiegł do niej pierwszy ale za chwilę cała piątka tuląc się mocno wylądowała na podłodze.
Bellatrix ze zmarszczonym czołem przespacerowała się po dormitorium. Isabelle leżąc na łóżku wydawała się zupełnie pozbawiona życia.
-Więc...wychodzisz za mąż?-spytała siedząca przy kominku Nikodel.
Isabelle westchnęła ciężko.
-Tak.
-Za jakiegoś ślepego, poznaczonego bliznami, osiemnastoletniego łowcę magicznych zwierząt?-Nikki wypluła te słowa jakby się ich brzydziła.
-Tak.
-Ale dopiero jak skończysz szkołę?
-Tak.
-Za rok odbywają się wasze zaręczyny?
-Tak.
-I nie masz zamiaru coś z tym zrobić?
Tym razem Nikodel odpowiedziała pełna zdziwienia cisza.
-Co miałaby zrobić?-syknęła spod okna Bellatrix.-Znasz Izzy, to masochistka. Poświęci się za jakieś dziecko.
-Daj spokój Bella.-matowy głos Isabelle uspokoił roztrzęsioną Black.-To moje życie.
-I masz zamiar tak je zakończyć?-prychnęła Nikodel.
-To nie będzie koniec. Tylko nowy rozdział.
-Jesteś idiotką Isabelle Lestrange!-warknęła Bellatrix patrząc na początki burzy za oknem.
-Przestań Bella.-Izzy poderwała się z łóżka.-Jeśli ocalę tym jego siostrę to się zgadzam. Nie ważne, że...chcę czegoś innego.
-Więc się poświęcasz? W imię czego?
-Życia.
Remus poskrobał palcami w okno zasnute kroplami deszczu. Przy jego boku siedział Syriusz z ponurą miną przewracający kolejne kartki wiersza. Spokojny James z nieobecnym uśmiechem patrzył w czerniejące niebo, może myślał o Lily Evans. Peter ze smutną miną składał swoje ubranie. Każdy z nich wyjątkowo nie miał nic głupiego do powiedzenia, może to ostatnie wydarzenia to sprawiły? Kto to wie? Coś jednak zgasiło radość tych chłopców i to tak łatwo jak wiatr zdmuchuje świeczkę.
Zagrzmiało.
Remus mocniej wcisnął twarz w zimną szybę. Jego rozgrzany oddech sprawił, że szyba zaparowała. Syriusz zerknął przez okno.
-Słyszysz Remusie? Te grzmoty są jak bębny.
-Grzmij, grzmij, grzmij.-szepnął cicho Remus.
W pamięci,
będziesz jak szum morskiej bryzy,
jak mewy wołanie o świcie,
wpisana w me serce,
na wieki, na zawsze,
więc jak mam zamilknąć?,
słyszałem cię w lamencie nieba,
w błysku piorunów,
w bębnach niebiańskich,
słyszałem jak mówisz,
-rozstanie mój miły,
a ja ci mówiłem,
-grzmi, grzmi, grzmi,
ty zaś mi rzekłaś,
-zostań więc miły,
dopóki tak grzmi,
odpowiedziałem,
-grzmij, grzmij, grzmij,
na wieki,
na zawsze
