I ship it. Tak po poprzedniej miniaturce doszłam do wniosku, że I ship it (na mój sposób, czyli raczej wspólne knucie niż wspólne chędożenie, no ale), a w ogóle rzecz się domaga kontynuacji. I zamiast pisać ludziom kramiki, pornografię (wielki post. szlus) czy choćby zaplanowane cracki i wizyty w theatrum anatomicum, napisaliśmy rzecz, co nikogo, poza nami, nie obchodzi i nie bawi. I mówię o sobie w różnych osobach. Całe małe ja.
Wielu bohaterów Sapkowskiego nazwałoby ambrę po prostu rzygowinami wieloryba i to byłby świetny tytuł, gdyby nie chodziło o elfy. Tytuł został więc wybrany metodą historycznoliteracką pt. już-rozumiem-jak-się-męczył-Prus-i-gotowam-uwierzyć-że-po-prostu-spojrzał-w-rozpaczy-na-tę-gazetę... Oooo! Dzięki ci, Aleksandrze!
Lalka
Ściana się rozstąpiła. Proszę, proszę. Franceska nie odwróciła głowy od lustra w ciężkiej, złoconej ramie. Dzieło modnego artysty. Podarek od wielbiciela.
— W co ty grasz, Francesco?
— Witaj, Crevan. Zaszczyt dla mnie.
— Nie chodzi o ciebie.
— Wiem. — Uśmiechnęła się, nie odwracając twarzy od lustra. — Chodzi o Larę. Z żadnego innego powodu nie zniżyłbyś się do przebywania w jednym pokoju ze mną. Ile to już lat... Jesteś teraz Wiedzącym. Lara mi mówiła. Gratulacje.
— Nie przyszedłem wymieniać informacji towarzyskich.
— Ojciec wpoił mi, że grzeczność i opanowanie to cnota. Szlachetne cechy naszej rasy. Coś się zmieniło? Nowy świat, nowe zasady?
Róż zabarwił Avallac'howi policzki. Do doskonałego opanowania, jakie Francesca pamiętała u swojego ojca, sporo mu wciąż brakowało. Ale przecież był jeszcze młody... nie, już raczej nie-tak-stary, młodzi już nie byli. I kochał, przypomniała sobie, Crevan kochał. Jeszcze potrafił. Jeśli jej ojciec kiedykolwiek dokonał tej sztuki, miało to miejsce zdecydowanie przed jej narodzeniem.
Ale i Lis opanował się szybko. Zdolny uczeń. Najzdolniejszy.
— Dziękuję — oznajmił.
— Wchodzenie przez ścianę... Przypomniałeś mi dzieciństwo. I ani jednej rysy, jeśli dobrze widzę. — Wciąż patrzyła w lustro. — Gratuluję.
— Dziękuję — głos miał mechaniczny. — Francesco... Enid. W cokolwiek grasz, to nie jest pora. Los naszego ludu zależy...
— ...od przepowiedni, twierdzicie. Przepowiedni, której nie można zmienić. Przepowiedni, której nic złamie. Los naszego ludu nie zależy od niczego, jest zapisany i nie drgnie w nim ni zgłoska. Podobno w to wierzysz. Skoro tak, nie musisz się martwić.
— Lara jest kluczem. Wiesz, o czym mówię, twój ojciec musiał ci...
— Czy ma się dobrze?
Zbiła go z pantałyku.
— Mój ojciec. — Ułożyła ręce równo na blacie; byłoby nieuprzejmym, gdyby się malowała, nieodwracanie twarzy wystarczająco łamało protokół. — Z pewnością go widujesz. Często. Jesteś utalentowany i żądny wiedzy, a on nie ma następcy.
Odwrócił wzrok. Biedny Lisek, dużo nauki jeszcze przed nim. Ale tak, jego ród był nieco niżej w hierarchii niż jej czy Lary, szlachta, tak, doskonali wojownicy, tak, ale nie Wiedzący. Crevan zaczynał z gorszej pozycji, nie mógł się uczyć przez osmozę w rodzinie. Ale miał wielki dar: talent, magię, pracowitość, ambicję. I idealne geny.
— Twój ojciec ma się dobrze. Doskonale.
— Me coer esse aen haelle. Przekaż mu moje pozdrowienia, proszę.
— Doskonale wiesz, że nie mogę przekazać twojemu ojcu ani słowa. Opłakał cię.
— Długo i głęboko, i szczerze, nie wątpię. — Zawodziłeś jako płaczka?, chciała spytać, ale się ugryzła w język.
Crevan wreszcie podszedł bliżej. Napięta skóra na kościach policzkowych. Nerwowy uśmiech, którego jeszcze nie nauczył się do końca zamieniać w uśmiech nonszalancki. Ciemne włosy, długie do ramion. Krótsze niż ostatnio, gdy go widziała. Moda. Albo pragmatyzm. Nie wiedziała już, od lat nie wiedziała.
— Pachniesz różą i ambrą. Dla swoich ludzkich kochanków? Wolą to od leśnych kwiatów?
— To prezent, owszem. Ale ludzi nie obchodzi, jak pachnę. Za bardzo ich zajmuje mój biust... moje gruczoły mlekowe. I moja wagina. I moja uroda, tak po prostu. Nie jestem zbyt wulgarna?
— Zapach jest. Ale skoro mówisz, że ludzi nie obchodzi...
— Mnie obchodzi. Nie chcę budzić wspomnień. Ty za to nadal pachniesz książkami, eliksirami dezynfekującymi i rozpuszczalnikiem. Do farby, prawda?
— Enid...
— Uprzejmość, Avallac'h. Biegłość w pogawędkach. Zimna krew. Mój ojciec je bardzo ceni, pomogą ci w...
— To miło, że tak się troszczysz o moją karierę. Dziękuję. Ale mylisz się w swojej ocenie mojego charakteru.
Położył dłoń na blacie. Obok jej rąk. Nie dotknął ich wszakże.
— Nie sądzę. Zawsze byłeś ambitny. I jesteś nadal. I nie cierpisz się mylić. Też taka jestem, łatwo mi rozpoznać.
Zacisnął na sekundę wargi.
— Wiem, co chcesz powiedzieć. Że gdybym była ambitna, to nie odrzuciłabym wszystkiego. Ale widzisz, ja nie wierzę w wasze wszystko. Nie wierzę, że źródło władzy i wiedzy bije u was. A pragnę władzy i wiedzy.
— Wierzysz, że osiągniesz więcej, wysługując się małpoludom niż oddaniem własnemu ojcu i tysiącleciom tradycji.
— Mniej więcej.
Uśmiechnął się ironicznie. Z wyższością. Tym razem mu wyszło. Milczał jednak nadal. A Francescę znużyło praktycznie monologowanie.
— Skomentuj. Niech to, że przychodzisz z prośbą, nie wiąże ci języka. Prośbie i tak odmówię.
— To nie jest gra — powtórzył z naciskiem. — Potrzebujemy Lary.
— Jej dziecka. Jej genów. Wiem, że wam zależy na pierworodnym, magia jest wtedy najpotężniejsza, ale bogowie, przecież to nie jest tak, że kolejne są całkiem pozbawione talentu. Zdolności. A, Crevan, mogę cię zapewnić, że od stosunków płciowych się nie umiera. Nawet od stosunków z Dh'oinne. Dostaniecie swoje dziecko. Współżycie z ludźmi nie ma wpływu na nasz cykl... naturalny. Podstawowy. Nic nie opóźnia ani nie wydłuża. Po prostu daje dodatkową szansę pomiędzy. Ten temat jest akurat całkiem nieźle zbadany, jest sporo materiału, sprawdziłam...
— Metodami czarodziejów?
— Naukowymi metodami. Czarodzieje niewiele się tu różnią od Wiedzących. Właściwie robią... robimy to samo.
— Nie neguję. Chciałem raczej spytać, czy naukowo, czy po prostu doświadczalnie. Z pewnością masz głęboką wiedzą praktyczną na ten temat...
— Nie bądźmy wulgarni.
— Przepraszam.
To nie była grzeczność. Spłoszył się. Całkiem szczerze.
— Lara do ciebie wróci. Do was. Spełni, co do niej należy, nieważne, ile dzieci będzie miała po drodze. Myślcie o tamtym, jak o kopii. Zabezpieczeniu. Mniej doskonałe, ale a nuż się przyda.
— Ludziom.
— I nam. Crevan, nie mów mi, że wcale nie chcecie ratować Aen Seidhe, tylko pragniecie, by Dh'oinne zginęli.
— Przysięgaliśmy chronić i działać dla dobra naszego oraz światów. Działać dla najwyższego dobra kosmosu. Musimy chronić.
— Cały cymes w definicji dobra i ochrony, prawda? Loteria reprodukcyjna, wszystkie wasze… nasze kłamstwa też miały być ochroną. Dobrze, że w końcu nie wygnali poetów i artystów, jakżebyś wtedy malował?
— Sugerujesz, że Lara…
— Miała dość bycia przedmiotem, naczyniem losu? Możliwe. Chce uciec w przelotny romans, spontaniczne uczucie od wszystkich kłamstw naszej klasy? Niewykluczone. Ale nie bój się. Ona wróci. Nie jest, jak ja.
Crevan prychnął drwiąco.
— I czarodzieje niby dali ci prawdę? Wolność? Ich wolność jest niewiedzą, Francesco. Ułudą. Nieświadomym kłamstwem wobec samych siebie. Ich wolność to opowieść idioty, pusta, wrzaskliwa i nic nie znacząca.
— Ale daje nadzieję.
— Przez zapomnienie! Przez jakieś narkotyczne odurze…
— Myślę, że tego właśnie chce Lara.
Zamrugał.
— Zapomnienia?
— Albo czułych słówek idioty, pustych, wrzaskliwych i nic nie znaczących… Za to wypowiadanych przez język zdolny przynajmniej przynieść kobiecie trochę przyjemności.
— Nie uwierzę, że Lara aen Saevherne, Lara Dorren aep Shiadhal — te słowa prawie syknął — mogłaby rzucić wszystko dla czynności, trwającej przeciętnie niecałe dziesięć minut i kończącej się…
— …wytryskiem. Zapłodnieniem.
Nie musiała kłaść nacisku na te słowa, by elf się zarumienił.
— Wedle twojej nomenklatury — dorzuciła uprzejmie; od wyprostu pleców i trzymania nieruchomej sylwetki zaczynały ją boleć mięśnie — właśnie o to Larze chodzi. Nie dziwota, wszystko w jej genotypie pcha ją do rodzenia, jak najszybciej, jak najczęściej, już się o to twoi poprzednicy postarali. Dla ciebie o to Larze chodzi. — To było okrutne, wiedziała, Crevan zastygł, jak uderzony, to było okrutne i niskie, mścić miłością miłość. — Poeci i ludzie ujęliby to trochę inaczej.
— A jakbyś ty to ujęła?
Czy się jej wydawało, czy cień urazy zabrzmiał w jego głosie? Tak czy siak, wzruszyła ramionami.
— Ja nie jestem Larą. Nie potrafię zapomnieć.
Nie mam jej przywilejów, miała ochotę dodać, nie mogłam sobie nigdy pozwolić na zapomnienie. Ale Crevan przecież nie był jakimś Dh'oine, żeby mu wszystko wykładać. Rozumie. Lepiej może niż ktokolwiek.
Ta myśl, połączona z jego ewidentnym spłoszeniem, jego dyskomfortem – przebywał w jednym pomieszczeniu z wyrodną córką swojego mentora, źle odpłacał łaskę i tak dalej – jego poświęceniem, złagodziła jej głos.
— Mnie też to nie cieszy. On ukradł mi przyjaciółkę, tak samo, jak tobie ukochaną, a naszemu ludowi czas i geny. Ale ona do was wróci. Nie wyrwie się. Za dobrze jej u was jest i było. Łatwo wracać, gdy się nie poniesie konsekwencji swoich wybryków. A nie poniesie, bo jest zbyt ważna. Zawsze to wiedziała.
Elf zaprotestował, uniesiony honorowym oburzeniem. W imię umiłowanej. U każdego człowieka uznałbym to za słodkie, dumała Francesca, ciekawe, czemu u niego tak mnie denerwuje.
— W każdym razie — przerwała mu — romanse, nawet z czarodziejami, nie mogą trwać długo. Któraś strona zawsze się znudzi. Po prostu poczekajcie trochę. Poczekaj. Możemy nawet zabić czas tego oczekiwania razem. — Przykryła mu dłoń własną.
Bez większych nadziei. Crevan był w końcu Wiedzącym. I to, cud, paradoks, przypadek raz na tysiąc podbitych przez nich światów, zakochanym.
Brak nadziei okazał się wieszczbą rozsądną, elf strząsnął bowiem jej dłoń, odsunął się o kilka kroków, ostentacyjnie okazując niesmak.
— Nie jestem jakimś małpoludem, żeby mnie kupić seksem — warknął. — I nigdy bym nie dotknął...
— ...zdrajczyni? — podrzuciła Francesca.
Dostrzegła w jego oczach potwierdzenie, nim choćby wymówił słowo, uczynił gest i chociaż wiedziała, chociaż sprowokowała, to gniew zawrzał jej w żyłach. Odwróciła się od lustra, wstała, mięśnie westchnęły z ulgi:
— Dla Aen Seidhe wszyscy jesteśmy zdrajcami, Crevan. Patrzyliśmy na ich śmierć, patrzyliśmy na śmierć naszych dzieci. Patrzyliście. Spluwaliby ci pod nogi.
Nie dodała, kto, nie dodała „mnie niekoniecznie", przecież wiedział. I domyślała się, co odpowie. Proszę, może coś było w tych gadaninie o zdolnościach wieszczych jej rodu, sprawdzały się nieźle.
Pytał, tonem, jakim prowadzi się zwykle akademickie debaty, czy to nie dziwne, że zdrajcami nazywa się tych, którzy nie wystąpili przeciwko władzy, która to władza, jak czas pokazał, miała zresztą całkowitą rację, że zdrajcami nie są ci, którzy musieli błagać o przebaczenie ponieważ nieomal – albo i omal, lękałby się, gdyby nie przepowiednia – zabili całą rasę, czyż to nie ciekawe przesunięcie semantyczne? I co właściwie mieliby niby zrobić, perorował, teraz z odcieniem bardziej zapalczywym, też pójść, by głupio zginąć? Pogrzebać ich wszystkich ostatecznie? Pozwolić umrzeć przyszłości? Jednej obłąkanej wystarczy...
— Boli cię — stwierdziła Franceska, powoli, wyraźnie akcentując słowa, poniekąd zdumiona. — Boli cię to.
Nie zaprzeczył, nie potwierdził, utrzymywał idealnie obojętną minę, może z ociupinkę tej poprzedniej ciekawości badacza. Elfka podeszła bliżej, stałą teraz o krok, o wyciągnięcie dłoni. Powalałabym mu szaty, gdybym dotknęła, pomyślała z rozbawieniem, musiałby się tłumaczyć z tej ambry i tych róż.
— Patrzyliśmy, jak ginęli — powtórzyła. — A teraz Lara szaleje za Dh'oine, sypia z nim i marnuje wasze cenne geny. Ale to ja jestem zdrajczynią, tak, Crevan? Bo jestem, jak tamci, nie dość ważna? Bo wam wcale nie chodzi o rasę, a o urażoną dumę kasty? Bo ona być zdrajczynią nie może, za wiele od niej zależy, bo jej ojciec ją ślepo kocha? Bo ty...
— Widzisz emocje tam, gdzie jest tylko logika. Strategia. Gdzie chodzi o naszą...
— Mądrość nie sądzi po słowach, Crevanie. — O, to było miłe, jak musiał wstrzymywać wzdrygnięcie. — Spójrz na mnie i na Larę, na mnie i Aelirenn. Która z nas lepiej przestrzega przykazań naszych ojców?
Choćbym zresztą chciała, nie mogłaby przestrzegać ich mniej, dorzuciła w duchu, prawie rozgoryczona.
Cisza. Odpowiedź była jasna, tylko nie przeszłaby rozmówcy przez gardło. Ojcu Franceski pewnie też nie i ta myśl uczyniła elfkę okrutną. Tak, jak trzeba. Logicznie. Zgodnie z wiedzą.
Położyła dłoń na ramieniu gościa. Odruch odsunięcia się było widać, choć spróbował je pokryć zdumionym spojrzeniem.
— Francesco...
— Kochasz Larę, Crevan — szepnęła miękko. — I nie wątpię, że zdobyłeś spore wpływy. Cel... uczucia... to tak dobrze napędza. Bo zrobiłbyś wszystko, żeby ją chronić, prawda? To, o co proszę, to znacznie mniej niż wszystko.
Skrzywił wargi w drwiącym grymasie, zbyt brzydkim, by nie być szczerym, zbyt brzydkim, jak na ich wychowanie. Ojciec skarciłby ją, gdyby sobie kiedykolwiek na taki pozwoliła.
— Zazdrościsz jej? — spytał obojętnym tonem analizy. — Miłości? Czyjej, mojej, ojca? Genów? Pozycji? Wiedzy? Myślisz, że jak je odbierzesz mnie, to...
— Jak to mawiałyśmy z Larą: ty się nigdy nie mylisz. — Zacisnęła palce na jego szacie, mocno, delikatny, cieniutki materiał – materiał stamtąd – prawie ustąpił pod paznokciami. — Czy to, czego chcę, to więcej niż wszystko?
Nie odpowiedział, ale objął ją ramieniem, pochylił się, przycisnął wargi do jej warg. Szło mu, caerme me ichaer, tak bardzo niezręcznie, jemy, tak znakomitemu uczniowi. Zdrętwiał cały, wargi i ciało miał, jak z kamienia, w nie było w tym nic gracji, bardziej tępe wyczekiwanie, monotonny, niepewny siebie samego ruch – ust, palców, języka, jakby tamtego sparaliżowało. Nic instynktu. Zabawne, że to sprawiło jej, Francesce, która sypiała z setkami zręczniejszych kochanków, z najlepszymi, najwytrawniejszymi w swej epoce, aż taką satysfakcję.
A potem, dosłownie w ułamku chwili, zrobiło się jej żal. Bloede cáerme, zrobiło się jej żal. Tego jego czekania czy tej jego miłości. Albo może Lary, która chciała tylko przeżyć wreszcie młodość, a wplątała się w uczucia. Albo może siebie samej, chociaż tak nie chciała myśleć.
Położyła opuszki palców na jego wargach. Zatrzymał się. Trochę zdumiony, trochę przestraszony (zrobił źle, nie był dość dobry, nie umiał, pokpił sprawę, utracił, widziała, jak na dłoni).
— W porządku — głos sam układał się w delikatne brzmienie. — Wszystko w porządku. Po prostu... — Ty na nią czekasz i to byłoby strasznie podłe, ukraść jeszcze to. — Nie musisz. Zrobię co trzeba. — Jak, bloede pest, zawsze. — Zrobię, co będzie trzeba, jeśli będzie trzeba. Gdy będzie trzeba. Obiecuję. — Uśmiechnęła się promiennie, szczerze, szczerze. — A skoro się mnie wyrzekliście, skoro dla mojego ojca jestem, jak martwa, to będziesz mógł, tradycjonalisto, szczerze się potem zaprzysięgać, że nasz lud nic nie zrobił. To też jest ważne, prawda? Nasz... przepraszam, wasz honor.
Odeszła o parę kroków. Zaśmiała, perliście – i znowu szczerze, po sekundzie, bo na widok jego miny – okręciła wokół własnej osi.
— Pomyliłeś się — dorzuciła, bo naprawdę, taki zdumiony wyglądał uroczo po prostu, jakby to powiedziały jej koleżanki z akademii. — Chciałam tylko, żebyś wrócił do mojego ojca, do ojca Lary, do was wszystkich, i pachniał mną. — O, to by się ojczulek zdumiał; ciekawe, jak bardzo by nie zareagował, jak bardzo by się nie zniżył. — Ale przecież teraz pachnę ambrą. Różą. Nie rozpoznałby.
