Była połowa grudnia. Za kilka dni miały być moje urodziny. Nie bywam zwykle radosna w tym terminie, bo docierało mnie jak przyziemne jest moje życie i jak mało w nim osiągnęłam. Że poza paroma sukcesami w pracy, właściwie nic konkretnego nie zrobiłam dla świata. W tym roku postanowiłam jednak nie dołować się w domu, a wyjść na miasto z przyjaciółmi. Pobawić się. Urodziny wypadały w niedzielę, więc idealny termin na wyjście to poprzedzającą ową niedziele sobota. Poszliśmy, tańczyliśmy. Piliśmy. Dużo.

Wróciłam zmęczona rano do swojego mieszkania. Zrzuciłam z siebie buty i padłam tak jak stałam na łóżko i usnęłam snem kamiennym. Jak bardzo był kamienny okazało się dopiero jak wstałam, a było już grubo po 12. Wcześniej nic nie było w stanie mnie wyrwać z krainy snów. Gdy silna potrzeba kąpieli mieszała się z chęcią wypicia morza wody, poszłam do łazienki, by napuścić wody do wanny. Wstawiłam do zaparzenia dzbanek z herbatą. Wypiłam na biegu pół litra wody i wskoczyłam do wanny.

Cudowne bąbelki o zapachu cynamonu i goździków okalały moje ciało. Zrywały ze mnie resztki imprezowych stempli. Gdy woda zaczęła stygnąć, wyszłam z niej, niezadowolona. Ale byłam już pomarszczona jak orzeszek i dłużej nie dało się moczyć skóry, w obawie przed jej permanentnym rozpuszczeniem. Nakremowałam nogi, i weszłam do pokoju, żeby ubrać bieliznę. Zaciągałam na siebie czarny, luźny sweter, gdy poczułam anyż i lukrecje.

Dziwne. Pomyślałam, a potem szybko rozejrzałam się po pokoju. Nie było nikogo. Na wszelki wypadek poszłam sprawdzić drugi pokój, kuchnię i łazienkę, ale też były puste. Wzruszyłam ramionami i wróciłam do sypialni po jakieś spodnie. Gdy już je na siebie włożyłam, uświadomiłam sobie, jak bardzo moja spostrzegawczość jest dziś upośledzona przez kaca. Okazało się, że na moim łóżku leży paczka. W srebrnej folii kartonik przewiązany zieloną wstążką. Rozejrzałam się jeszcze raz niepewnie wkoło. Nikogo. Delikatnie potrząsnęłam pudełkiem. Cisza. Wzięłam swoją różdżkę – 'Relisio' – próbowałam uwidocznić cokolwiek się w tam ukrywało, ale nic się nie wydarzyło… powoli trzymając różdżkę w pogotowiu zaczęłam ciągnąć za wstążkę. Nic nie wybuchło. Zdjęłam więc papier i powili zaczęłam otwierać pudło. W środku był zielony aksamit i koronki, na nim leżało pudełeczko. Malutkie srebrzyste, z przyczepioną do niego karteczką. Otworzyłam tą niewielką szkatułkę. W środku był komplet biżuterii. Kolczyki wraz z wisiorkiem. Oczywiście srebrne węże z zielonymi kamieniami w miejscach oczu. Na przyczepionej karteczce widniał napis, kaligrafowany ręcznym pismem:

Wszystkiego najlepszego – urodzona Ślizgonko.

Lucjusz

p.s. Będę o 20.00. Bądź gotowa.

hmmm, gotowa? Przymierzyłam biżuterię. Kolczyki zadawały się wić na moich uszach, wisior gdy tylko dotknął skóry na mojej szyi zawinął się wokół niej niczym prawdziwy wąż. Piękne. Pomyślałam… ale do czego gotowa? Pomyślałam przez chwilę, a potem niedbale wzruszyłam ramionami.

Postanowiłam posprzątać łóżko, wywalić resztę niepotrzebnego opakowania po prezencie. Ale ten Lucek ma pomysły, żeby zapakować niewielki kartonik w takie wielkie pudło, a potem spojrzałam na pudło jeszcze raz. Wyjęłam powoli materiał z pudełka. Zorientowałam się, że patrzę na sukienkę. Obejrzałam ją z powątpiewaniem, a potem wsadziłam na siebie. Góra była z aksamitu. Lekko wydekoltowana, dopasowana w talii, w dole przechodząca w delikatne koronki. Wszystko w różnych odcieniach butelkowej zieleni. Łał! Lucek, jesteś niemożliwy, pomyślałam.

Wyglądała bardzo dystyngowanie, a jednocześnie zwiewnie na mnie. Miała idealny rozmiar. Podkreślała wszystkie moje kobiece atuty. I moje oczy. Moje czarne włosy idealnie kontrastowały z tą zielenią. I pasowały do butów. Chwała bogu, miałam jakieś szpilki w domu. Gdy się sobie przyjrzałam, byłam zachwycona, kac minął bezpowrotnie. A ja poczułam się 10 lat młodziej. Uśmiechnęłam się. To będą ciekawe urodziny. Resztę dnia spędziłam oglądając seriale, ale byłam zbyt podekscytowana by jeść.

O 15 przyjechali rodzice, a z nimi ciotka i 2 kuzynów. Jedli ciasto. W prezencie dostałam książki. Dobrze, pomyślałam, zawsze będzie co czytać. Ale gdy o 19 jeszcze nie wychodzili, zaczynałam się denerwować. A jak nie zdążę się przebrać? O 19.30 zadzwonił dzwonek do drzwi. Jasna cholera! Kogo jeszcze niesie? – otworzyłam drzwi z impetem przygotowana do udawania zadowolenia z odwiedzin. Ale za drzwiami stał on.

Czarny płaszcz, oczywiście guziki zastępowały mu małe wężyki. Włosy spięte klamrą, srebrny szal, jego uśmiechnięte stalowe oczy spoglądały na mnie radośnie.

- Witaj. – powiedział szeptem

– Wszystkiego najlepszego. - po czym wręczył mi tak dobrze znajome mi małe białe kwiatuszki. Jaśmin. Zaciągnęłam się świeżym, cudownym zapachem.

– Dziękuję. Skąd je wytrzasnąłeś?

– Wyczarowałem. – mrugnął porozumiewawczo. Po czym zrzucił z siebie płaszcz, podając mi go. – typowe. – pomyślałam. – Cała ta szarmancka poza Tylko na pokaz. Nie nauczy się. – ale wsadziłam kwiatki do małego wazonika, chociaż wiedziałam, że za dwa dni będzie z nich jedynie śmierdząca kupka zwiędłych łodyżek.

– Chodź Lou, załapiesz się jeszcze na torcik. – uśmiechnęłam się wprowadzając go do bandy mugoli, którzy nie mieli bladego pojęcia o jego istnieniu. Spodziewałam się katastrofy, jednak poszło dość dobrze. Zjadł ciasto bez wybrzydzania. Sprzedał rodzinie bajkę o tym, jak to poznaliśmy się w pracy i zrobił ogólnie dobre wrażenie. Krewni pewnie założyli, że jest jakimś prawnikiem, a ja nie wyprowadzałam ich z błędu. Słuchajcie moi drodzy oto najgorszy mag, łajza, jaka kiedykolwiek próbowała sprzedać swoją duszę za dobrą pozycję w społeczeństwie. Jednak rodzina widząc, że przyszedł mężczyzna, postanowiła się dość szybko upłynnić. Gdy tylko wyszli przypomniał mi, że mieliśmy już pół godziny spóźnienia.

– Śpieszymy się gdzieś Lou?

- Nie. Będę trzymał nerwy na wodzy. To w końcu twoje, a nie moje urodziny. Uśmiechnął się słodko. Mogę jeszcze ciasta?

– Pewnie. Czuj się jak u siebie, a ja w tym czasie się przebiorę.

#

Po kilkunastu minutach byłam gotowa. Kiecka. Buty. Biżuteria. Makijaż. Włosy. Stanęłam w progu salonu

– Możemy iść. – powiedziałam opierając się o framugę. Lucjusz zamarł w pół drogi ciasta do ust.

- Wyglądasz… olśniewająco. - Szepnął i pocałował mnie w policzek.

- Ty też nie najgorzej. - dopiero teraz mu się przyjrzałam. Miał na sobie zieloną koszulę, rozpiętą do połowy klatki piersiowej. Obcisłe czarne skórzane spodnie. Buty z czarnej… żmii? No jaja sobie robi. Na to wszystko zarzucona czarna marynarka, haftowana w gadzie wzory. Zamiast spinek do mankietów , oczywiście srebrne wężyki. Uśmiechnęłam się do tego widoku. Podał mi płaszcz. Owinął mnie nim szczelnie. Sam się ubrał płynnym kocim ruchem. Podał mi moją różdżkę – Shall we? – i podał mi ramię. Zanim szarpnęła mnie znajoma siła teleportacji, zobaczyłam jeszcze jak w pokoju gasną światła.

Otworzyłam oczy. Było ciemno, ale dość ciepło.

- Gdzieś ty mnie wywiózł do stu piekieł? Pamiętaj, że jutro mam pracę. Nie chciałabym się obudzić na pustyni w Australii…- zdążyłam z siebie wyrzucić, ale zaraz pożałowałam tych słów. Lucjusz stał wyraźnie zmartwiony.

– Nie? A ja właśnie kupiłem bilety do opery. – powiedział. Przed nami stał wielki oświetlony gmach opery… w Sydney.

– Whow! - pisnęłam mu do ucha. Po czym rzuciłam mu się entuzjastycznie na szyję i pocałowałam w policzek. Zamurowało go.

– Teraz to już przyznam, zgłupiałem. Chcesz wracać? Bo nie wiem czy jesteś zła czy szczęśliwa.

– Jestem zachwycona! – powiedziałam i pocałowałam go jeszcze raz. – Jesteś niemożliwy.

– Spokojnie… popsujesz mi makijaż. – szepnął radośnie. Leciało moje ukochane przedstawienie, które do tej pory oglądałam we fragmentach jedynie w Internecie. Notre Damme de Paris. Najpiękniejsze 3 głosy sceniczne Paryża. Byłam jak w jakiejś czarodziejskiej bajce. Australia na urodziny. Szok. Powiedziałam mu o tym. W przerwie między aktami. Wydawał się zachwycony, że trafił w sam środek mojego serca.

– Do pełni szczęścia kup mi jeszcze tato koalę

- hmmm? - Zastanawiał się wyraźnie czym to 'coś' może być.

– Żartowałam. Żartowałam kochany. Co ja zrobię z misiem w domu, który wpierdziela tylko bambusa!?

– Dziwne są czasem te twoje żarty. – potem była druga część przedstawienia. I jak się okazało after-party po jego zakończeniu. Na które dziwnym zbiegiem okoliczności mieliśmy zaproszenia. Mogłam w końcu osobiście poznać moich ulubionych śpiewaków. Popławić się w ich blasku. Przez chwilę pomyślałam, że mogłabym się przyzwyczaić do życia jakie prowadził ten piękny mężczyzna przy moim boku.

– Chcesz powiedzieć, że mogłabyś się przywiązać do moich pieniędzy i podróży?

– Nie . Do ciebie nie ociekającego samozadowoleniem, sarkazmem i nadętością rodu Malfoyów. Jak robisz coś dla innych potrafisz się do tego przyłożyć. Nie myślałeś czasem, żeby robić dobre rzeczy? Chciałabym cię częściej takiego widzieć. Sprawiasz, że się uśmiecham. – Uśmiechnął się. Wychylił do końca szklankę z drinkiem.

– Chodź. – chwycił mnie za rękę i pociągnął na parkiet. Nie wiem ile czasu wirowaliśmy razem. Nie wiem gdzie nauczył się tak tańczyć. Wiedziałam, że mogłabym z nim tańczyć do białego rana. – O której chcesz być w domu księżniczko?

– Wcale, dzisiaj chcę tu tańczyć z tobą, aż padniesz

– Niedoczekanie twoje. Malfoyowie się nie męczą.

– Zobaczymy. – Zaśmiałam się kolejny raz. I zawirowałam obracana przez niego w kolejnych krokach. A potem muzyka zwolniła. Słyszałam spokojne ballady. Ciche rytmy. Odległość między nami skurczyła się drastycznie. Czułam jego dłonie na swoich plecach. Ja zaplatałam swoje na jego karku. Czułam jego gorący oddech przy swoim uchu. Zapach jego ciała doprowadzał mnie do szaleństwa. Nigdy nie lubiłam specjalnie anyżu, a teraz przyprawiał mnie o dreszcze. Delikatnie zdjęłam spinkę z jego włosów. Spłynęły delikatnie na jego plecy i ramiona dotykając mojej twarzy. Mogłam się w nich ukryć. Zaplatać ich srebrzyste końcówki wokół swoich palców.

Rozmawialiśmy tańcząc niemal cały czas. O jego obawach. O moich pragnieniach. O tym co jeszcze przed nami. Czego muszę się nauczyć. O tym co on musi zrobić. Przez tą jedną noc nie było niczego, co bałby się powiedzieć. Byliśmy ze sobą bezpieczni. Mówił o wszystkim co przychodziło mu do głowy. Ja robiłam to samo i kolejny raz czułam się sobą. Wiedziałam, że to jego zasługa. Wydobywał ze mnie dzikość.

#

Kiedy oboje nie byliśmy już w stanie ustać na nogach, choć upierał się, że da radę, postanowiłam że wracamy. Ubraliśmy się i opuściliśmy bar. Poszliśmy na krótki spacer.

– Zabierz mnie tutaj kiedyś jeszcze raz. Chciałabym zobaczyć to za dnia. Wiesz, te wszystkie pająki i skorpiony.

– Dobrze. Ale latem. Gotowa? – spytał. Kiwnęłam głową i wtuliłam się w niego mocno. Szarpnięcie. Mrok. Zimno. Znów szarpnięcie. Otworzyłam oczy, byliśmy w mojej sypialni. Ale Lucjusz nie wyglądał dobrze. Jego prawe ramię zwisało dziwnie. Różdżka upadła na podłogę. On zrobił się zielony na twarzy. Pojawiła się krew. I upadł. Nie zajęło mi wiele czasu zorientowanie się, że się rozszczepił. Musiał być jednak mocno zmęczony.

Chwyciłam różdżkę i wyszeptałam zaklęcie leczące. Potem poszłam do apteczki, przynosząc różne specyfiki, delikatnie zdjęłam z niego płaszcz i koszulę. Obejrzałam dokładnie, na szczęście ucierpiała tylko ręka. Nie wyglądała jakby miała odpaść, ale dobrze też - nie za bardzo. Położyłam go na łóżku i zaczęłam smarować maścią, którą zostawił mi na wszelki wypadek, jakby znów coś przydarzyło się Snape'owi. Zrobiłam mu lekką herbatę z rumianku.

Rozebrałam do końca ze spodni i butów. Obwiązałam ramię bandażem. Cieszyłam się w tym momencie jak dziecko, że mam pojęcie jak tego dokonać. Co chwila sprawdzałam czy jest lepiej. Miał wysoką gorączkę. Dałam mu tabletkę. Na początku strasznie wybrzydzał, że nie będzie jadł żadnego mugolskiego świństwa. Ale w końcu nie miał siły się kłócić i ją połknął. Po chwili zasnął. Po godzinie znów posmarowałam rany. Powoli się zasklepiały, ale wyraźnie niechętnie.

O 7 rano zadzwoniłam do szefowej, że jestem chora i mnie nie będzie. Nie powiem, że raczej się tego spodziewała, z uwagi na moje urodziny. Lucjusz spał. Więcej magicznej maści jego rana nie była w stanie pomieścić. Gorączka w końcu opadła. Posprzątałam. Naprawiłam jego rozwalone rozszczepieniem ciuszki. Wrzuciłam na siebie piżamę i położyłam się obok niego, żeby go słyszeć gdyby się obudził i czegoś potrzebował.

#

Było pewnie koło południa gdy się obudziłam. Nie wiem jak do tego doszło, ale spaliśmy wtuleni w siebie jak dwa miśki koala. Otworzyłam oczy. Spał. Jego twarz tuż przy mojej. Pogładziłam go delikatnie po włosach. Mruknął jak kot i przyciągnął mnie bliżej do siebie. Uważając by nie dotykać jego uszkodzonej ręki pozwoliłam się otulać. Czułam jego oddech na swoim uchu. Jego twarz przy moim policzku. Wrzało we mnie wszystko, co krążyło w moim organizmie. Krew. Osocze. Woda. Chciałam obudzić go pocałunkiem, ale nie śmiałam. Chciałam, żeby się leczył. Nie chciałam by się obudził i cierpiał. Zasnęłam.

Po jakimś czasie otworzyłam oczy, a on wpatrywał się we mnie

– Dziękuję. – szepnął gdy na niego spojrzałam

– Nie ma za co. Odpoczywaj teraz. – i pogładziłam go po policzku. Spróbował mnie ugryźć w palec. - Ej! Nie gryzie się zbawcy wstrętna żmijo!

– Przepraszam, głodny jestem. – Uśmiechnął się z udawaną skruchą

–Zaraz coś dostaniesz. Na ciepło. A na razie – Czekolada.- powiedziałam wychylając się przez niego w kierunku półki, na której leżały czekoladki

– Nie mam sił… potrzebuję karmienia. – zażartował. Podałam mu kawałek. Zatrzymałam się jednak na granicy jego ust. Delikatnie muskając ich powierzchnię kostką słodyczy. Zadrżał. Przymknął oczy i rozchylił wargi.

– Pogryź dokładnie. Nie chcemy żebyś się jeszcze udławił do kompletu. – powiedziałam wsuwając kawałek czekolady do jego ust i zatrzaskując zręcznym ruchem jego szczękę.

– Długo nad tym myślałeś?

– Hmmm? – Nad sposobem zaciągnięcia mnie drugi raz do łóżka? - Parsknął słysząc moje pytanie – Wiesz… wystarczyło poprosić. Nie trzeba sobie było zaraz urywać kończyn.

– Ha, ha, muszę to przemyśleć. Jako nowy sposób zdobywania. Nie masz lepszych pomysłów – Obetnij sobie nogę, przy okazji zrzucisz kilka funtów!.. Poprosić? Malfoy nigdy o nic nie prosi. – zreflektował się nagle.

- A ty?

– Co ja? – spytałam. – To nie ja się rozczłonkowałam. Nie ja umęczyłam się tańcem do tego stopnia, że nie miałam się sił deportować.

– Za ciężka jesteś. Zjadłaś za dużo ciastek na przyjęciu i źle wymierzyłem masę powrotną. – walnęłam go z pięści w tors

– Au! Bohatera bijesz? To się nie godzi! Ja cię tu z pustyni sprowadzam!Au!

– Ucałować na przeprosiny?

– Tak! Należy mi się… - pogładziłam delikatnie jego klatkę. Wypiął ją w łuk pod dotykiem mojej ręki. Pojawiła się gęsia skórka, a sutki wyraźnie stwardniały pochyliłam się nad nim powoli, przymknął oczy. Ja szybkim ruchem ucałowałam go w czoło.

– Nie chcę, żebyś za bardzo opadł z sił. Jeszcze ci się w głowie zakręci od zbyt wysokiego ciśnienia. Poczytaj sobie coś. A ja w tym czasie zrobię coś, czym mogę zapchać twój pusty brzuszek. – uśmiechnęłam się i wyszłam z sypialni. Usłyszałam jęk, jakby w poduszkę. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem i poszłam smażyć naleśniki.

#

Po chwili pojawił się w kuchni. Stał tam, z zabandażowanym barkiem. Włosy w kompletnym nieładzie. Ślady braku świeżego golenia wychodziły na jego delikatną twarz, nadając mu wygląd neandertalczyka. W samych bokserkach. Czarnych. Obcisłych. Przełknęłam ślinę.

– Pomóc? – spytał

– Możesz zanieść herbatę, jak dasz radę. – Odwróciłam od niego siłą swój wzrok.

- Chciałem pomóc w tym… – spojrzał wymownie na patelnię. –… Cokolwiek to jest.

– Lepiej nie. Nie chcemy żebyś się jeszcze poparzył, byłoby to stanowczo zbyt wiele – odpowiedziałam przewracając smażącego się naleśnika na drugi bok.

– Myślałby kto, że się o mnie martwisz. – mruknął do mojego ucha, a ja zesztywniałam. Dreszcz przebiegł po moim kręgosłupie.

– Jak nie chcesz mieć śniadania na podłodze, to idź olśnić lusterko.

- Czego się boisz? – spytał nagle gdy jedliśmy śniadanie

– Ciebie.

– Przecież wiesz, że cię nie skrzywdzę. Uratowałem ci życie.

– To nie znaczy, że mnie nie skrzywdzisz.

– Czego się boisz? - Że wpuszczę cie zbyt blisko Lucjuszu.

– Już to zrobiłaś. – uśmiechnął się wgryzając w naleśnika, którego dopiero co zdążyłam zawinąć w rulonik. Resztki dżemu z wiśni spływały po jego brodzie. Wytarłam je palcem, po czym oblizałam.

– Być może, ale im głębiej cię wpuszczam, tym bardziej zaboli gdy znikniesz.

– Nigdy nie zniknę. – dotknął delikatnie mojej skroni – Jestem tu. – po czym złapał mnie za rękę i dotknął nią swojej skroni. – A ty jesteś tu.

Pojawiła się sala, w której tańczyliśmy poprzedniego wieczora, i jego głos: Sprawiasz, że się uśmiecham. – Chciałam zaprotestować, że wszystko pomieszał. Że to były moje słowa. A potem usłyszałam jak ja je wypowiadam do niego. – Sprawiasz, że wbijam się w te okropne bawełniane koszulki. I czarne jeansy. I piję ten dziwny napój. Sprite? I że wstaję rano i czekam na powód, żeby cię zobaczyć, odezwać się.

– Nie potrzebujesz powodu.

– A jednak. Nie mogę włączyć naszej „gorącej linii" z mojej strony. Tylko ty ją włączasz. Potem jest zablokowana. Mimo tego, że wpuściłem cię do moich wspomnień, do mojego umysłu, ty się zamykasz. Czego się boisz?

Że… że cię skrzywdzę. Że nie wiem…

- Nie wiesz? - spytał

- Kochasz Severusa.

– Kocham. Umrę za niego.

– No właśnie - powiedziałam.

– Ale dla ciebie chcę żyć. A to też znaczy, że

– Co to znaczy? Że jestem iskrą, która rozświetla na chwilę twój świat?

– To znaczy, że gdy ta iskra zniknie, to mój świat znów będzie ciemny.

– Ale będzie Severus.

– Tak. Ale on już i tak jest. A bez ciebie jestem niekompletny… A ty?

– Ja? Nie wiem. Gdyby nie to, że to wydaje się być absurdalne… jesteście jak ogień i woda. Noc i dzień. Wdech i wydech. Nie potrafię wyobrazić sobie świata tylko z jednym z was. Nie potrafię bez was. Boję się.

Puścił moją dłoń. Odstawił nasze kubki i talerze na stolik przy łóżku.

– Chodź tu. – Szepnął i objął mnie czule. Czułam jak całuje moje włosy. – Ja też się boję. Sev… on cię kocha. Wiem, że tak jest. Boję się, że znikniecie, jak tylko on opuści to miejsce gdzie się znajduje. Jest tam tylko dla ciebie.

– Nie to jest dokładnie to czego się obawiam, że wy znikniecie. Musicie sobie wiele rzeczy wyjaśnić. Jest między wami 40 lat wszystkiego. Od zabawy, przez przyjaźń do nienawiści. Wszystko. Musicie to ułożyć. Ale ja zawsze będę. Kocham was obu. Nie chcę bez was żyć. Nie wiem czy Sever to zrozumie. To co czuję do niego jest zupełnie niezachwiane. Ale tak samo jest z tobą. Nie chcę nikogo ranić. Wybierać. Nie chcę tego, dlatego wydaje mi się, że dopóki nic się nie stało, wszystko wydaje się bezpieczne.

– Nie, kochana, to nie jest bezpieczne. Chodzisz sobie na spacery do mózgu Severusa. Co najmniej raz w tygodniu. Jesteś tam od dawna. W jego życiu. Ja cię do swojego mózgu wpuściłem z własnej próżności, by cię zastraszyć. A ty to przetrwałaś. A w dodatku zostawiłaś kawałek siebie, swój uśmiech, który budzi mnie co rano i krzyczy – Lucjuszu, ty stary leniu, wstawaj, masz życie do przeżycia. Świat się nie skończył.

– Nie znikaj.

– Co? Nigdzie się teraz nie wybierałem.

– Nie teraz. Nie znikaj w ogóle. Zostań. – Wiesz, że mam pracę, że muszę… - urwał. – Nie zniknę.

Położyłam się. Było tego za wiele. On położył się obok mnie. Otulił mnie swoim ramieniem. Czułam jego oddech na karku.

–Jestem tu, Aga, jestem. Zawsze byłem i zawsze już będę. Jesteś…

- Zamknij się już. Zrozumiałam. – mruknęłam wtulając się w niego. Zasypiałam, odpływałam, zmęczona, ale zadowolona. Mój śliczny srebrnowłosy chłopiec zasypiał przy mnie. Byłam bezpieczna. Czułam jak jego puls zwalnia, a oddech spłyca się. Spał po chwili tuląc się do mnie jak kociak.

#

Gdy się obudziliśmy był już wieczór.

– Jeść! - zerwał się Lou z łóżka i rzucił na zimne naleśniki.

– Czekaj. Nie jedz zimnych. – spojrzał na mnie zniecierpliwiony.

– Będziesz je teraz jeszcze raz zawijać czy jak?

– Nie. – wyjęłam różdżkę i uczyniłam je smażonymi. Uśmiechnął się i zaczął pałaszować. Po połknięciu niemal trzeciego w całości, zreflektował się.

– Chszesz? Pyszchaaa.

– Nie chcę. Smacznego – uśmiechnęłam się i opadłam na poduszki. Gdy skończył jeść wrócił pod kołdrę.

– Zimno, ciemno i do domu daleko.

– Zostań.

– Muszę znikać, rano mam spotkanie z …

- Wiem. Ja muszę się zjawić w pracy.

– Nie wiem kiedy znów się spotkamy. –posmutniał nagle.

- Rozumiem. Tym bardziej zostań. – Dotknęłam jego policzka. Stałam przy bloku w którym się wychowałam. Mała brukowana uliczka była cicha i spokojna. Przy ulicy rosło stare, powykręcane drzewo. Było lato. Na drzewie wisiały małe żółte śliwki. Lou stał przy ,mnie. Chwyciłam za rękę jego personifikację w mojej głowie.

- Tu mnie znajdziesz. Tu jest furtka do mojej głowy. Tam, na gałęzi w górze jest pudełko. W nim możesz zostawiać wiadomości, gdybyś mnie nie zastał. - Uśmiechnął się.

A tam? – wskazał na horyzont porośnięty drzewami. – Tam zwykle bywam, jak nie ma mnie tutaj. - puściłam jego policzek. Znowu byliśmy moim łóżku.

#

Tego wieczora długo rozmawialiśmy. Zajadaliśmy lody. Pokazałam mu mój ulubiony film. Cieszył się jak dziecko, gdy Scar zabijał Mufasę. Upewniłam się, że jego ramię ma się dobrze, a po rozszczepieniu nie ma śladu. W tym czasie zupełnie nie mieliśmy ochoty by opuszczać łóżko, poza wyprawami do kuchni i łazienki. Leżeliśmy obok siebie tuląc się jak młode koty.

Opowiadał mi historie ze swojego życia. O tym jak Draco pierwszy raz zleciał z miotły i jak oskarżał o to biednego Zgredka. O najlepszych sposobach tresowania skrzatów domowych. Próbowałam mu perswadować, że to są też myślące i czujące stworzenia, ale najwyraźniej ta koncepcja była mu zupełnie obca. Położyłam w pewnym momencie głowę na jego ramieniu.

– Opowiedz mi bajkę na dobranoc. – powiedziałam wtulając się w niego, oplatając go ramionami. Pogładził mój policzek, czułam jak wplata swoje długie, zwinne palce w moje włosy.

– Było to nie dalej niż 120 lat temu. W czasach kiedy stary Drops był jeszcze pacholęciem, a jego przyjaciel Grinewald miał na głowie sporo włosów. Nad jeziorem nieopodal… - zaczął swoją opowieść melodyjnym, miękkim głosem prosto do mojego ucha. Słuchając jego szeptu, wdychając jego zapach, zapadałam w sen. Spałam w tym śnie w jego sypialni, na tym łóżku ze srebrzysta pościelą, otoczona jego ramionami. Śpij kochana. Śpij. Jestem przy tobie, moja zielonooka wiedźmo.

Obudziło mnie delikatne łaskotanie w kark. Otworzyłam oczy. Ujrzałam jego idealną twarz przed sobą. Wyciągnęłam ręce by jej dotknąć. Przemknęłam palcami po jego ustach. Przygryzł lekko wargi. Uśmiechnął się.

– Znikam kochanie. Wstań za godzinę do pracy.

– Zostań. Jeszcze tylko jeden dzień Lou.

– Do zobaczenia. – szepnął i pocałował mnie delikatnie w policzek. Odpłynęłam spowrotem w senne marzenia. Świat dookoła był różowy. Godzinę później zadzwonił budzik, wrzucając mnie brutalnie w ramiona rzeczywistości. Otworzyłam oczy. Zaciągnęłam się zapachem, który został po nim w pościeli. Natrafiłam na coś miękkiego, otworzyłam oczy, przede mną na poduszce, na której wcześniej spał Lucjusz siedział pluszowy miś… koala.