10.: Fear of flying

Jeśli droga gdzieś wydaje się podejrzanie łatwa i przyjemna, oznacza to, że trzeba przygotowywać się psychicznie na długi i męczący powrót. Sasori może i nie obraził się na Deidarę, może i nadal mniej więcej z nim rozmawiał, ale coś się zmieniło. Przede wszystkim skończył się dla młodego rzeźbiarza okres ochronny. Maszerowali nawet w nocy, postoje robili tylko, gdy było to koniecznie potrzebne – mianowicie gdy blondyn chwiał się na nogach i nie potrafił zrobić ani kroku dalej. Przez cały czas nieszczęśnik doświadczał też tej specyficznej dla rudzielca, wymuszonej uprzejmości. Pełen politowania uśmiech, szybkie, niecierpliwe ruchy, przesadne wzdychanie i kręcenie głową. Artysta podejrzewał, że Sasori chce jemu, albo samemu sobie coś udowodnić. Co? – tego już nie potrafił rozstrzygnąć. Może po prostu liczył na to, że słaniający się na nogach partner nie będzie miał sił ani chęci na poważną rozmowę?

Dość, że po powrocie z tej misji Deidara był tak wyczerpany i obolały, że przez tydzień nie miał siły dosłownie na nic – ani na treningi, ani na wyprawy do kamieniołomu, co dopiero mówić o próbie wyjaśnienia z Sasorim nieprzyjemnej sytuacji, jaka między nimi zaistniała. Widząc kiepską kondycję artysty lider udzielił lalkarzowi pisemnej nagany, przypominając, że partner nie jest zrobiony z drewna i gdy raz na jakiś czas nie wymieni mu się baterii, to przestaje działać. W odpowiedzi otrzymał informację, że rudzielec owszem, doskonale zdaje sobie z tego sprawę ale nie jest jego winą to, że ów partner żąda wymiany baterii w najmniej odpowiednich momentach. Deidara dostał tydzień zwolnienia i surowy nakaz wypoczynku. Korzystał, a jakże. Przez pierwsze dwa dni zastanawiał się nad tym, co też powinien powiedzieć lalkarzowi na przeprosiny. Owszem, zachowywał się prowokująco, rzeczywiście, trzeba było zostawić mistrza marionetek w spokoju, nie dotykać, uszanować drewnianą prywatność. Tak, jak najbardziej, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Przepraszam, mistrzu, co mam zrobić, żebyś mi wybaczył?

Resztę danego czasu wykorzystał na projektowanie ogromnego malowidła, którym zamierzał pokryć ściany oraz sufit w swoim pokoju. Sztuka zawsze dawała ukojenie, pozwalała rozładować napięcie, zapomnieć. Nie w tym przypadku. Okazało się, że w praktyce poważna rozmowa z Sasorim jest niewykonalna. Lalkarz unikał drażliwego tematu jak ognia. Gdy partner choćby półsłówkiem napomknął o Krainie Chihów, milkł i udawał kompletnie głuchego. Dusza zasklepiała się w drewnianej skorupie i udawała, że nikogo nie ma w domu. Rozmowa z drewnem nie była specjalnie rozwijająca, więc Deidara też milkł i przyglądał się dłoniom pracującym nad kolejnym miniaturowym dziełem sztuki. Już nie wydawały mu się tak piękne i fascynujące. W powolnych, precyzyjnych ruchach, w towarzyszącym im ledwie dosłyszalnym klekocie było coś niezwykle smutnego i przerażającego. Nie rozmawiali o wydarzeniach tamtej sierpniowej nocy, w żaden sposób nie nawiązywali też do drewnianego ciała lalkarza. Blondyn po prostu z punktu przestał się nim interesować i już nie zamęczał dociekliwymi pytaniami. Nie wzdrygał się, nie marudził, że Sasori zapomina o spaniu i jedzeniu , nie straszył go wyczerpaniem organizmu. Owszem, czasami z rozpędu robił dodatkową herbatę albo otulał ciało lalkarza kocem, szybko jednak spuszczał wzrok uświadomiwszy sobie swoją niezręczność.

Nie miał pojęcia, jak bardzo partnera zranił, także tym nagłym brakiem ciekawości i przedłużającym się milczeniem. Nie dano mu takiej szansy, nie pozwolono mu odkryć ani zrozumieć, co właściwie ta biedna połamana marionetka teraz czuje. Sama marionetka zapobiegliwie budowała dookoła siebie ścianę, ukrywając się za nią ze swoim rozgoryczeniem i rozczarowaniem. Sasori był wściekły na Deidarę, zawiedziony, że go odrzucił, że…że był tak bardzo różny od Orochimaru. I chyba tylko do tego wszystko się sprowadzało. Wcześniej akceptował jasnowłosego artystę, kochał go nawet na swój sposób między innymi dlatego, że przypominał poprzedniego partnera. Prawdziwy Deidara był jednak inny. Gwałtowny, kłótliwy, bezczelny. Brutalny. Nie patrzył, po czym stąpa, chciał po prostu biec przed siebie, naprzód, ku słońcu. Do siebie lalkarz miał żal tylko o to, że tak łatwo dał się oszukać. Uległ wyobrażeniu, które sam stworzył. Uległ do tego stopnia, że na chwilę, na jeden moment przestał myśleć racjonalnie i to właśnie go zniszczyło.

Po tygodniu Deidara rzeczywiście był już zdolny wrócić do systematycznych treningów. Do kamieniołomów nie chodził. Głęboka rysa w wapieniu przyprawiała go o dreszcze i nieubłagalnie przypominała o tym, że powinien przeprosić. Tylko jak miał, do cholery, powiedzieć „przepraszam", skoro Sasori wcale nie chciał go słuchać?! Prace nad przemalowywaniem pokoju ruszyły za to pełną parą. Z pomocą pożyczonych od lalkarza farb i pędzli blondyn systematycznie zapełniał ściany pokoju wedle nakreślonego wcześniej projektu. Żywe kolory, wyraźne, geometryczne motywy, ostre krawędzie. Kontrast. Prowokacja. Przecież to jest prawdziwą sztuką, prawda? Nie żadne głupie, zielonookie lalki. Sasori zgadzał się na wykorzystywanie jego ekwipunku z obojętnym milczeniem. Nie chciał przyznać, że właściwie szalenie interesuje go, co też partner wyrabia w swoim pokoju. Artysta zawsze pozostanie artystą, zawsze będzie choć trochę ciekaw efektów pracy rywala. Możliwe, że właśnie dzięki malowidłu ich kontakty nieco się poprawiły. Wciąż zręcznie omijali temat marionetek i Krainy Chichów, przynajmniej jednak rozmawiali. Bez niepotrzebnej wyniosłości i niechęci, bez przymusu. Rudzielec wpadał do pokoju artysty i w milczeniu siadał na łóżku, przyglądając się, jak pracuje. Od czasu do czasu komentował zjadliwie dobór kolorów i zastanawiał się głośno, jakie też współpracownik będzie miał dzięki nim koszmary. Ponieważ każdy kąt przesiąknięty był duszącym zapachem farby, blondyn na noc znów lądował w nieużywanym łóżku lalkarza. Swego rodzaju kompromis został osiągnięty, chociaż na dobrą sprawę był to krok w tył. Zupełnie tak, jakby Deidara nigdy się nie dowiedział, że mistrz marionetek dla nieśmiertelności zmienił swoje ciało w kukiełkę. Jakby te kilka letnich miesięcy w ogóle nigdy nie miało miejsca. Pozostali mieszkańcy bazy oddychali z ulgą, widząc, że dwa najbardziej rozpraszające indywidua większość dnia spędzają w jednym pomieszczeniu i właściwie nie ma ryzyka natknięcia się na nie w najbardziej krępujących sytuacjach.

Nadchodziła tymczasem jesień, chłodna i deszczowa. Żadnych rudozłotych liści przykrywających sad, żadnego słońca przeświecającego przez puste gałęzie. Każdego dnia te same ciężkie chmury, ten sam monotonny szum deszczu. Nieznośna, dostrzegalna na każdym kroku nuda. Jedyną swego rodzaju sensacją było to, że Kisame i Itachi nie wrócili do bazy na czas. Oczywiście oficjalnie datę ich ostatniej misji znał tylko lider, wszyscy jednak przeczuwali, że się spóźniają. Kisame swoimi podróżami nadawał życiu w bazie swego rodzaju cykliczności, powtarzalności. Wszyscy czuli, że coś jest nie tak, stąd też narastający niepokój i dociekliwość. Pogłoski, że tamci dwaj zaginęli w akcji były pokątne i pozbawione wszelkich podstaw, jednak przez tydzień czy dwa emocjonowała się nimi cała organizacja. Gdzie też się dwaj dzielni woje mogli podziać? Uciekli? Nawiązali kontakt z Orochimaru? Wpadli w ręce ANBU? Zostali zamordowani? Im mniej prawdopodobna wizja, tym goręcej nad nią debatowano. Wreszcie – według oficjalnych informacji – z zaledwie miesięcznym opóźnieniem Uchiha i Hoshigaki powrócili. Dotarli na miejsce dopiero późną nocą, więc oprócz pracującego nad swoimi marionetkami Sasoriego nikt nawet nie zdawał sobie sprawy z ich przybycia. Rankiem lalkarz wbrew swoim przyzwyczajeniom wślizgnął się do kuchni. Zastał tam Zetsu, Kakuzu i Deidarę rozważających kolejny nieprawdopodobny powód zniknięcia dwóch potężnych shinobi z powierzchni ziemi. Z okrutnym uśmiechem człowieka psującego innym świetną zabawę poinformował, że zguby się znalazły. Chyba pół nocy spędzili w biurze dowódcy Akatsuki składając wyjaśnienia. Jedynym słowem, jakie dało się wyłowić ze słyszalnej na całym piętrze – oczywiście dla tych, którzy nie marnują nocy na sen – tyrady lidera było „Konoha".

- Konoha, hmm? – podchwycił Deidara. – A czy to nie stamtąd nasza ślicznotka pochodzi?

- Stamtąd – zgodził się swoją czarną częścią Zetsu. Biała część natomiast zainteresowała się: - A po cholerę ich tam poniosło?

- Ja tam nie wiem – Kakuzu ziewnął, co sprawiło, że czarne szwy na jego twarzy się zaskrzypiały, naciągnięte do granic możliwości. – Ale mógłbym się założyć, że…

Deidara uciszył go machnięciem ręki i wskazał na wysoką postać Kisame, który właśnie pojawił się w drzwiach

- Nie wiem, od kiedy to jest waszą sprawą – powiedział spokojnie mężczyzna i błysnął pożółkłymi, rekinami zębami. – Ale pojechaliśmy do Konoha, żeby zobaczyć, co zostało z rodowej posiadłości Uchihów.

W kuchni zapadła przeciągła, wyjątkowo niezręczna cisza. Kakuzu przypomniał sobie, że ma do Zetsu jakąś sprawę i w swój ulubiony, niezwykle subtelny sposób zaczął dawać mu to do zrozumienia. Wojownik szybko opuścił pomieszczenie, próbując pozbyć się natrętnego cienia, Kakuzu oczywiście podążył za nim. Sasori długo przypatrywał się Hoshigakiemu. Wyglądał przy tym, jakby poruszanie drewnianą szczęką sprawiało mu nadludzką trudność.

- Wszystko w porządku u was? – spytał w końcu, głosem, który brzmiał, jakby musiał przedostawać się przez wyjątkowo grubą warstwę pustynnego piasku. Deidara rzucił mu pełne aprobaty spojrzenie. Kiedyś w końcu trzeba zacząć rozwijać umiejętność życia w społeczeństwie, prawda? Nawet, jeśli to tylko bardzo małe i bardzo nietypowe społeczeństwo.

- A całkiem nieźle, nieźle – wzruszył ramionami Kisame. Podszedł do stołu, oparł swój nieodłączny miecz o ścianę i rozsiadł się wygodnie na jednym z krzesełek. Tak, to się nazywa pewne, stabilne umeblowanie, które nie rozpada się, gdy człowiek próbuje na nim przycupnąć. – Nagana w papierach i kupa zmarnowanego czasu, ale widoki po drodze niezgorsze. Co u was? Udała się wycieczka?

-…wycieczka? – blondyn zmarszczył brwi i spojrzał niepewnie na partnera. Sasori machnął ręką sugerując, że Deidara może sobie na temat Krainy Chichów mówić ile chce i jak chce. Oczywiście chłopak wiedział, że gdyby pisnął chociaż słówkiem, któraś z ukrytych w drewnianym ciele zabawek uśmierciłaby go w mgnieniu oka. – Aa, tamta wycieczka, hmm? Całkiem nieźle. I wiesz, jak wróciłem, zacząłem malować pokój, już prawie skończone. Pokażę ci któregoś dnia, jeśli chcesz, hmm? I w ogóle to…- paplał z pozorowanym entuzjazmem i lekko bujał się na taborecie. Wojownik i mistrz marionetek wymienili ponad jego głową porozumiewawcze spojrzenie.

- Po kilku godzinach to jest tak, jakbyś słuchał radia, co nie? – uśmiechnął się posępnie Kisame. Sasori nie miał wyboru, jak tylko przyznać mu rację. Artysta urwał swoją tyradę i obrzucił towarzyszy. wściekłym spojrzeniem.

- Po co tam pojechaliście, Hoshigaki? – zainteresował się rudzielec. Brunatne oczy spoczęły na siedzącej przy stole sylwetce, lustrujące, nieustępliwe. – Tak naprawdę?

- Tak naprawdę to też chciałbym wiedzieć – przyznał Kisame. – To jego sprawy, ja się nie mieszam.

Deidara przez chwilę miał wielką ochotę zapytać, jak się ma jego ulubiona gotycka nastolatka, wyczuł jednak, że żaden z towarzyszących mu mężczyzn nie ma ochoty rozmawiać o Itachim. Albo raczej: z jakiegoś powodu nie mają ochoty rozmawiać o nim, gdy jasnowłosy artysta plącze się w pobliżu.

- Idziemy, mistrzu – zadecydował, zrywając się z miejsca. Zaintrygowała go ta dziwna, niezręczna wymiana zdań między Sasorim a Kisame. – Ej, jak dobrze pójdzie, dzisiaj skończę malować ten nieszczęsny pokój..

Rudzielec odsunął się od szafki, o którą dotąd się opierał. Rozłożył ręce w bezradnym geście i wraz z artystą opuścił kuchnię.


Malowidło zostało ukończone późnym popołudniem. Deidara dokonał ostatniego, niejako podsumowującego całość pociągnięcia pędzlem i bez żadnego skrępowania ułożył się na kolanach Sasoriego, który swoim zwyczajem okupował łóżko. Cichy, spokojny, zmęczony i obolały po długiej pracy. Najpierw z szeroko otwartymi oczami kontemplował namalowane na suficie zielono-różowe koła i spirale. Opowiadał o nich, ściszonym, sennym głosem, a rudzielec odruchowo słuchał i wyławiał poszczególne, przedstawiające dla niego jakąś wartość zdania. Po jakimś czasie wywód o doborze kolorów będącym metaforą niestabilności i bliskości wybuchu zlał się w niezbyt zrozumiałe mamrotanie, aż wreszcie gadatliwy artysta umilkł. Leżał z głową opartą o kolana towarzysza, co jakiś czas pomrukując z przyjemności. Drewniane nogi zapewne nie były zbyt wygodne i zapewne wpijały się w ciało, ale mimo to zdawał się być całkiem zadowolony. Twarz rozjaśniał lekki, nieco dziecinny uśmiech, przysłonięte jasnymi kosmykami oczy przymykały się powoli. Szczupłe, drewniane dłonie gładziły jego włosy, przesuwały się powoli po ciepłym, pulsującym karku. Sasori nie czuł tego ciepła i pulsowania, wiedział jednak, że jest. Potrafił je sobie wyobrazić. Było cicho, było spokojnie. Za oknem słońce zachodziło powoli, podświetlając chmury i nadając im niepokojący, różowawy poblask. Ot, nakreślony niewprawną ręką ślad na niebie. Łagodne smugi rozświetlały wściekłe barwy ściennego malowidła, nadając im cokolwiek przerażającą intensywność.. Sasori nie zwracał jednak uwagi ani na panujący wokół chaos barw i niepokojące cienie na kolorowych ścianach, ani na zapadającą za oknem intymną, jesienną ciemność. Zauroczony przyglądał się spoczywającej na kolanach płowej głowie. Deidara leżał tu, przy nim, spokojny i odprężony jak rzadko kiedy. To tylko moment, trudna do zarejestrowania chwila, a była przecież taka piękna. Nie, nie piękna. Była doskonała. Powinna trwać tak przez całą wieczność. Gdyby tylko dało się to zatrzymać. Tą bliskość, ten wyimaginowany dotyk, rozchodzące się po całym ciele ciepło i przyjemne zmęczenie. Spokój kruchy i właściwie niemożliwy do utrzymania.

- Mistrzu – wymamrotał sennie blondyn, przekręcając się nieco i próbując wtulić się w chłodne, drewniane ciało. – Dobrze mi z tobą.

-Więc siedź cicho – odparł oschle Sasori i niezdarnym, pieszczotliwym gestem odgarnął mu grzywkę z oczu. Z trudem udało mu się ukryć zdenerwowanie. Spokój, błogie zmęczenie, chwila absolutnej perfekcji. Wszystko to nagle zamarło i rozbłysło mlecznobiałym światłem, o moment tylko odległe od katastrofy. Zupełnie jak latem, w Krainie Chichów.

- Kocham cię, mistrzu – powiedział blondyn, otwierając oczy i spoglądając na niego z natężeniem. Jawnie rzucał wyzwanie, jak zawsze po dziecinnemu prowokujący i denerwująco bezczelny. Sasori nachylił się nad nim i lekko musnął wargami jego policzek, na co Deidara zareagował dreszczem. – Przestań - poprosił łagodnie i przełknął ślinę. Nie chciał znowu odrzucać, nie chciał reagować strachem i obrzydzeniem. – Nie pozwalaj sobie za bardzo, hmm?

Sasori łagodnym, ale zdecydowanym gestem odsunął go od siebie, tak, jak się odsuwa zbyt spragnionego pieszczot kota. Wstał i z cichym klekotem drewna ruszył w stronę drzwi. W progu odwrócił się niespiesznie, z wahaniem.

- Dlaczego ty zawsze wszystko psujesz? – spytał, nie kryjąc frustracji. Deidara gwałtownie zerwał się z łóżka i nie zastanawiając się wiele wyszedł za nim na korytarz. Lalkarz ignorował go, kierując się w stronę swojej kwatery, więc blondyn musiał wyprzedzić go i zastąpić drogę.

- Co ja niby znowu zepsułem, co? – spytał, krzyżując ręce na piersiach i spoglądając na współpracownika wyczekująco. Nie musiał pytać. Przecież doskonale wiedział, o co chodzi. W oczach rudzielca wyczytał ten szczególny rodzaj pogardy i zniecierpliwienia. Tak, znowu trzeba tłumaczyć dziecku najprostsze rzeczy.

- Przeliczyłeś się, co Deidara? – wykrzywił się w małym, złośliwym uśmieszku Sasori i oparł się plecami o ścianę. – Myślałeś, że jeśli uda ci się mnie złamać, stanę się piękny? Spójrz, teraz jestem tylko zepsutą marionetką.

- Mistrzu… – chłopak wyciągnął rękę, by przyciągnąć przyjaciela do siebie. Przeprosić go, powiedzieć, że żałuje tego, co zrobił i że to już nigdy się nie powtórzy. Nie ma prawa się powtórzyć.

- Weź rękę, Deidara – powiedział chłodno tamten i odsunął się nieco. – Gwałcisz moją przestrzeń intymną.

Niebieskie oczy rozszerzyły się lekko, jakby dzieciak nie dowierzał słowom, które padły. Przełknął ślinę, wziął głęboki oddech. Dobrze wiedział, że powinien milczeć. Jest zbyt nerwowy, nie panuje nad słowami, uderza na oślep. Nie wytrzymał.

- I powiedz, pomaga ci to, że nazywasz siebie zepsutą marionetką, hmm? Czujesz się lepiej? Możesz się w spokoju nad sobą użalać?

Sasori zmierzył blondyna ciężkim, pełnym znużenia spojrzeniem,

- Czyżbyś miał poczucie winy?

- Niby dlaczego, co? Co? – Deidara aż podskoczył, rozdrażniony. Aż zabawny w tym swoim oburzeniu i zacietrzewieniu. – Mam się czuć winnym twoim problemom emocjonalnym? Mam się czuć winny temu, że wciąż nie potrafisz zapomnieć tamtej durnej sytuacji? Mam z tego powodu przeżywać załamanie nerwowe?!

- Nigdy tego nie oczekiwałem – odparł z powagą mistrz marionetek. – Nie jesteś osobą, która potrafi przystanąć i zastanowić się nad tym, co powiedziała.

- Że co? – partner nie potrafił ukryć, że jest coraz bardziej podenerwowany.– Za kogo ty mnie uważasz, co? Za jakiegoś idiotę? Za głupiego dzieciaka?

- Za kogoś, kto woli wysadzić swój problem w powietrze, niż go rozwiązać.

- A ty może próbujesz rozwiązać, hmm? – zaatakował. Celnie. Dotkliwie. – Ty po prostu wolisz z nim tkwić i użalać się nad sobą przez całą pieprzoną wieczność! To przykre! Nie, poczekaj…- uśmiechnął się jadowicie. – To żałosne, mistrzu.

Lalkarz przez chwilę milczał, niejako namyślając się nad odpowiedzią.

- To nie jest dobry pomysł, żebyśmy nadal byli partnerami. - rzekł wreszcie, wyłamując drewniane palce. Towarzyszył temu nieodłączny, przyprawiający o dreszcze klekot.

- Co ty chrzanisz?! – wrzasnął Deidara. Nagle umilkł, nasłuchując. Najpierw były kroki, ciche, równe, w jakiś niewytłumaczalny sposób uspokajające. Zza zakrętu korytarza wyszedł Uchiha, przeparadował obok zdumionych artystów, skinął im głową z drwiącym uśmiechem, po czym zaczął wspinać się po schodach.

- Nie będziemy o tym rozmawiać na korytarzu – zadecydował Sasori i stanowczo odsunął od siebie rozwścieczonego blondyna.

- No to kiedy, hmm?!

- Wcale nie będziemy – odparł, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku swojego pokoju. Tym razem nikt go nie powstrzymał. Energiczne trzaśnięcie drzwi rozległo się echem po całym korytarzu. Zupełnie jak dziecko, pomyślał ze złością Deidara. Był zbyt wściekły, by biec za mistrzem i kontynuować rozmowę. Znowu to niepokojące uczucie, drażniący nozdrza widmowy zapach prochu. Nie myśląc nawet o tym, by wziąć ze sobą płaszcz, wybiegł z budynku i ruszył tyle razy już przemierzaną przez niego ścieżką.

Ogień. Niewielki płomyczek pełzający wzdłuż nasączonego naftą sznura, a później piękny, wielobarwny ogień eksplozji, rozrywający powietrze huk, cienie tańczące w kłębach dymu. Gdyby tak móc wysadzić to wszystko w powietrze, tak po prostu, nie pozostawić żadnego śladu, nawet garści popiołu. Żeby przestało boleć, żeby już nie dokuczało, żeby jeszcze przed zniknięciem ucieszyło oczy. Na chwilę, na nic nie znaczącą sekundę. Żeby dało trochę satysfakcji, żeby znów przekonało drobnego, skulonego z zimna artystę o niosącej ze sobą zapach prochu potędze sztuki. Jednak mimo, że kolejne kamienie rozpadały się pod wpływem wybuchającej gliny, mimo że dym zupełnie uniemożliwiał widzenie, wiara w sztukę nie przychodziła. Deidara miotał się wściekle, krzyczał, wysadzał w powietrze kolejne skały. Na poły tylko zdawał sobie sprawę z tego, że jest zimno, że wieje, że cały przemókł od drobnego, ale wyjątkowo upartego deszczu. Nie chciał wracać do siedziby Akatsuki, do tej pieprzonej drewnianej lalki, Sasoriego. Nie chciał też ani chwili dłużej pozostawać w opustoszałej, beznadziejnej i mokrej okolicy. Po raz pierwszy chyba doszedł do wniosku, że chciałby być nigdzie. Po prostu nigdzie, ani tu, ani tam. Najpierw jednak musiał dokonać czegoś wielkiego, eksplozji potężnej, olśniewającej, takiej, jak nigdy dotąd. Absolutnie niepowtarzalnej. Wysadzić w powietrze całą bazę Akatsuki, wszystkich zamieszkujących ją potępieńców o pustych uśmiechach, nawet samego mistrza marionetek. Zwłaszcza jego. Wysadzić, pozbyć się ich raz na zawsze, zapomnieć o problemie, a później wrócić tam, skąd przyszedł. Albo być nigdzie.

- Skończyłeś już? – dobiegł go cichy, przesiąknięty sarkazmem głos. Szybko zwrócił głowę w stronę, z której dochodził. Z tańczących pośród dymu cieni wyłoniła się szczupła postać Itachiego. Deidara wzdrygnął się nieznacznie, dłonie zacisnęły się w pięści. Znał te jego piękne, bezduszne oczy. Gdyby nie one, nigdy by tu nie trafił, nigdy nie musiałby się mierzyć z zimnymi, pustymi korytarzami. Że się musiał akurat teraz przyplątać…

- No co? – warknął, spoglądając na niechcianego obserwatora spode łba. – Co?!

- Pytałem, czy już skończyłeś – powtórzył bez pośpiechu brunet i posłał mu leniwy, bardziej niż zazwyczaj wymuszony uśmiech. Nonszalancko opierał się o skałę, którą Deidara właśnie planował wysadzić. Chudy, blady, z wypisanym na twarzy zmęczeniem, z mokrymi kosmykami opadającymi na czoło wyglądał prawie jak upiór. Jak ktoś stojący jedną nogą w grobie. Zupełnie inaczej niż latem, podczas przypadkowego spotkania w górach, jakby przez ten miesiąc czy dwa coś się w nim złamało.

- Dobrze się czujesz? – spytał blondyn, przezwyciężając chęć wysadzenia towarzysza w powietrze. Zaciśnięte w pięści dłonie włożył do kieszeni spodni.

- Obrzydliwie. – kącik ust młodego Uchihy delikatnie uniósł się do góry.

- No to dlaczego cały czas tutaj stoisz, hmm?

- Żeby było jeszcze bardziej obrzydliwie – odparł z prostotą i zmierzył Deidarę nieco ironicznym, ale uważnym spojrzeniem. Odsunął się od ściany i jak gdyby nigdy nic ruszył przed siebie, rozchlapując dookoła grudki błota.

- Gdzie leziesz, co?! – zawołał za nim blondyn, zupełnie zbity z tropu. Gdyby tylko mógł coś zrobić, jakoś intruza uciszyć. Sprawić by zniknął, by razem zniknęli w smudze dymu, w ostrej woni prochu. O tak, wysadzić go w powietrze, pozbyć się go jak każdego innego problemu, zapomnieć.

- Skończyłeś już swój mały pokaz pirotechniczny, więc idę w swoją stronę – dobiegła go zniekształcona przez wiatr odpowiedź. – jak chcesz, możesz iść ze mną.

Nie zastanawiając się wiele Deidara ruszył w ślad za Uchihą. Nie to, żeby szukał jego towarzystwa, o nie, wręcz przeciwnie. Przecież chciał się go pozbyć, chciał się pozbyć wszystkich i wszystkiego, chciał to poświęcić na ołtarzu sztuki, wyrzucić z siebie, zanim urywki myśli, wrażenia, gorzki, nieprzyjemny, suchy smak drewna, dotyk drewnianej ręki, drewnianych ust… zanim to wszystko rozsadzi go od wewnątrz. A może Itachi zaprowadzi go do tego nigdzie, może powie, jak tam trafić? To tylko głupi, nadęty szczeniak, ale kto wie, może będzie potrafił pomóc? Pozwoli wypalić się od wewnątrz, razem z nim spłonie w eksplozji, zostanie uwieczniony w wielobarwnej, nietrwałej sztuce, która nie przynosi szczęścia. Ciepło, może odrobinę satysfakcji, a później pustkę i chęć trafienia do nigdzie. Szli w milczeniu i blondyn zastanawiał się, jak długo właściwie będą tak wędrować. Z każdym krokiem robiło mu się coraz ciężej, coraz bardziej obrzydliwie. Coraz wyraźniej docierało też do niego to, co zrobił. Zepsuł marionetkę. Nie, nie tylko. Popchnął człowieka, który i tak stał na progu katastrofy. On, Deidara, wielki, pełen nadziei artysta o czystym sercu, ten, który lubił zniszczone zabawki. Zawsze podnosił je z ziemi i stawiał na półce podziwiając ich kruchość. Właśnie on pchnął Sasoriego do zniszczenia. Zabawne, prawda? Bliskość drewna była nie do zniesienia, była obrzydliwa, budziła odrazę, nienawiść, nietolerancję, strach i rozczarowanie. Najbardziej bolała świadomość, że nie jest tak dobrym człowiekiem, za jakiego zawsze się uważał. Nie jest w porządku, stał się taki, jak oni wszyscy, jak Sasori, jak Itachi.

Wreszcie Uchiha się zatrzymał. Dotarli na niewielki, kamienny mostek. Przepływała pod nim rwąca rzeka. Woda była mętna, wymieszana z błotem, razem z nurtem płynęły gałęzie, mniejsze kamienie, jakieś przegniłe liście. Na sam widok tej ohydnej, spienionej topieli Deidara poczuł, że robi mu się niedobrze. Odwrócił głowę.

- Po co mnie tu przywlokłeś, co? – spytał, nie kryjąc frustracji. Przeszło mu przez myśl, że wolałby jednak być w domu, przy Sasorim. Cóż, w kwaterach przynajmniej było ciepło. Nikt się na niego nie gapił spokojnym, pełnym pogardy wzrokiem, nikt się tak gorzko nie uśmiechał.

- Każdy potrzebuje miejsca, do którego może sobie pójść – odparł sentencjonalnie Itachi i zapatrzył się w przepływającą pod mostem wodę z błąkającym się po twarzy wyrazem chorej fascynacji. – Jak się na coś takiego napatrzysz, to wszystko inne będzie ci się wydawało piękne – dodał cicho. Deidara mimowolnie zbliżył się do niego, przyciągnięty tym czymś dziwnym, chorym malującym się na jego twarzy. Brunet momentalnie stracił zainteresowanie rzeką. Przyciągnął blondyna do siebie i brutalnie wtargnął językiem do jego ust. W pierwszej chwili Deidara był tak zdumiony, że nie zdołał zareagować, pozwalał, by mokra dłoń błądziła w okolicach jego karku, by druga z całej siły obejmowała go w pasie, żeby Uchiha po prostu go całował, nie przejmując się tym, że jest to ostatnia rzecz, jakiej jasnowłosy artysta sobie życzy. Obrzydliwość osiągnęła poziom krytyczny. Jeszcze chwila i zwymiotuję, nie zniosę tego, zabiję go, utopię, wysadzę w powietrze, zniszczę. Podpalę lont, będę obserwował pełzający po sznurku jasnofioletowy płomień, a później wszystko zniknie i umilknie. Może na chwilę przed katastrofą Itachi też stanie się piękny, stanie się świadomy swojej słabości, stanie się lepszą osobą? Chociaż przez tę jedną sekundę. Energicznie wyszarpnął się z uścisku bruneta, po czym z całej siły uderzył go pięścią w twarz. Nie myślał, nie starał się już nad sobą panować, pozwolił, by wyciekło z niego całe obrzydzenie do siebie i świata, cała frustracja, wszystko, co dusił w sobie od nieszczęsnego incydentu z Sasorim. I było mu z tym dobrze. Później uderzył po raz drugi, później jeszcze raz, a później uświadomił sobie, że po prostu nie potrafi przestać i jeśli nic go nie powstrzyma, zatłucze dziedzica klanu Uchha na śmierć. Z tym też było mu dobrze. Przez chwilę odczuwał cholerną satysfakcję i podniecenie, jakie wywołuje tylko zapach prochu i widok tlącego się lontu.

- Masz już dość?! – krzyknął, gdy Itachi skulił się na ziemi, próbując uniknąć kolejnych ciosów. Wyglądał koszmarnie. Mokre włosy w całości zasłaniały twarz, po brodzie ciekła krew z rozbitej wargi. – Czujesz się obrzydliwie? Wystarczająco się zeszmaciłeś, czy chcesz jeszcze?

- Już starczy – odpowiedział brunet, uśmiechając się z wysiłkiem. Dyszał ciężko, ale niewątpliwie w jego głosie zabrzmiała radość, jakby ten cały incydent, ten cały niezrozumiały wybuch Deidary w jakiś sposób mu pomógł. – Dziękuję ci.

- I po co ci to było, co? – blondyn spojrzał na niego z góry. – Żeby się odreagować? Żeby się znieczulić? Znieczulić się moim kosztem, hmm? Myślisz, że ci wolno, że ja na to pozwalam? Że tak po prostu daję się wykorzystywać?!

Z trudem to przyznawał, ale również czuł się nieco lepiej. Już nie tak obrzydliwie, nie tak ciężko. Cały czas jednak miał ochotę wysadzić ten cały świat w powietrze, powiedzieć mu „do widzenia" i udać się do nigdzie. Tam nikt niczego nie będzie chciał, nikt nie będzie próbował całować, dotykać, kochać. On jest artystą. Kimś, kto nie musi się z niczego rozgrzeszać, kimś, kto ma prawo krzywdzić ludzi, jeśli sztuka tego wymaga. I nie musi z tego powodu czuć się winny ani upokorzony. O tak, właśnie tak.

- Nie chciałem się znieczulić – powiedział Itachi, powstając z klęczek. – Ja chciałem zacząć czuć.

- Nawet, jeśli to miałoby być tylko obrzydzenie do siebie?

- Zwłaszcza, jeśli obrzydzenie –uśmiechnął się, odgarniając włosy z czoła