01 stycznia 1939 roku
Milo obudził się nas ranem. Otworzył zaspane oczy, ziewnął i wstał. Tom i Preston jeszcze spali. I nic dziwnego, poprzedniej nocy w pokoju wspólnym trwała impreza sylwestrowa i, mimo że nie mogli zostać do samego rana, byli wykończeni. I Milo również. Rozmasował łokieć, bolał go i miał siniaka, którego zrobił przez chwilę nieuwagi w tłumie, uderzając o kant kominka.
Chwilę zajęło mu przygotowanie się do dnia, wziął szybki prysznic, umył zęby i założył szatę. Wyciągnął różdżkę z szafy i schował ją głęboko w kieszeń. Trasmutował jeszcze tylko talerz w dług sznur. Teraz był gotowy.
Wstał tak wcześnie nie bez powodu. Od rozmowy z Dumbledore'm i Dipett'em minęło kilka dni. Bardzo nudnych dni, podczas których Milo dusił w sobie złość. W większości z powodu Avery'ego, który za każdym razem stawał w obronie Gatari Wokner. To potęgowało tylko niechęć do niej.
Wyszedł z dormitorium, skierował się do pokoju wspólnego, w którym, o dziwo, nie było żadnego bałaganu. Już miał wychodzić, kiedy usłyszał szelest. Zawahał się na moment, zatrzymał i odwrócił powoli, rozglądając bacznie. Nie ujrzał jej od razu. Siedziała na podłodze, obok fotela, w dłoni ściskała książkę i pociągała nosem.
– Gdzie idziesz tak wcześnie rano? – zapytała cicho, patrząc na niego.
Wtedy ją rozpoznał. To ta głupia dziewczyna, właścicielka upośledzonego kota, którego zatłukł. Nie odpowiedział jej. Wpatrywała się w niego dziwne, wzrokiem pragnącym rozmowy, może pocieszenia lub przynajmniej kilku słów otuchy. Milo nie wiedział, co się stało, od czasu kiedy wyrwał biały kieł z pyska jej zwierzaka minął długi czas. To chyba nie możliwe, by nadal rozpaczała za sierściuchem lub Lupką, jeśli być dokładnym.
Milo odwrócił się powoli, nie odrywając od niej wzroku, a później uśmiechnął się szeroko i wyszedł. Nie chciał z nią rozmawiać, nie chciał jej znać, nie wiedział nawet, jak ktoś taki trafił do Slytherinu. Żałosne, pomyślał poirytowany. Ona naprawdę myślała, że z nią porozmawiam? Niedoczekanie.
Korytarze lochów były puste, wszyscy z pewnością nadal spali. Może kilka osób z kadry nauczycielskiej było na nogach. No i ten woźny, Rancorpus Crape. Milo coraz częściej przyłapywał się, że jego myśli zbaczają na jego tor. Tor, z którego musi się w końcu wykoleić, ale zanim to zrobi, zagra z nim.
Gra. Tak, to było dla niego idealne określenie. Rancorpus rzucił mu wyzwanie, ostrzegł go, próbował zagrozić, równie d obrze mógłby powiedzieć: „Złapię cię, gówniarzu". I to był jego największy błąd. Milo postanowił – przyjmie ofertę i zagra. I albo zostanie złapany i przegra, albo zwiedzie starca na manowce i zwycięży. A porażka nie wchodziła w grę, miał plan. Potrzebował tylko jeszcze kilku ofiar. Najlepiej w jednym miejscu.
Chodząc po korytarzach rozglądał się w poszukiwaniu potencjalnych świadków, profesorów lub samego woźnego. Nikogo nie spotkał. Skierował się do zachodniego skrzydła, przeszedł kilka korytarzy i stanął przed schodami prowadzącymi na szczyt wieży. Pobiegł, miał bardzo mało czasu. Wejść, zrobić co trzeba i zejść niezauważony.
Biegnąc spoglądał na Zakazany Las, na góry i jezioro, w którym, według opowiadań, żyją trytony. Milo nie miał wątpliwości, że to prawda. Czytał o tym, tak samo jak o jednorożcach i innych stworzeniach występujących w mugolskich bajkach opowiadanych przez jego matkę.
W końcu stanął na szczycie, sowy pohukiwały cicho, niektóre spłoszone jego widokiem wzbiły się w górę, siadają na wyczarowanych żerdziach. Jednak niektóre zostały. Milo uśmiechnął się, podszedł do nich powoli.
– Spokojnie, ciii… – szepnął. Podszedł do pierwszej sowy, przywiązał jej sznurek do nogi, ta tylko spojrzała na to mało bystrze. Z drugą zrobił to samo, wystarczyła mała pętelka. Trzecia i czwarta również nie stawiały oporu.
Zdziwił się. Podejrzewał, że będą odlatywać, uciekać, a tymczasem były grzeczne i posłuszne.
Pociągnął sznurek, sowy uniosły się w powietrze i zmusił je do wylądowania na stole.
– Musimy się pożegnać, moje drogie panie – powiedział, patrząc na każdą z osobna. – Żałuję, że nie dane nam było poznać się bliżej.
Po tych słowach gwałtownie i mocno pociągnął sznurek, sowy zahukały rozdzierająco głośno, rozłożyły skrzydła i spróbowały wzbić się w powietrze, ale było już za późno. Milo chwycił sznur bliżej nich, machnął i trzasnął. Pierwszemu ptakowi przetrącił kark, jego ciało przez krótki moment drgało konwulsyjnie. Wszystkie sowy nagle zerwały się do lotu, opuszczając wieżę. Milo machnął znowu, znowu trzasnęło, tym razem bryznęła krew, ale nie wiedział, z której ofiary. Machnął jeszcze kilak razy, chcąc mieć stuprocentową pewność, że się udało.
– Cholera – szepnął, pocierając czoło i masując nadgarstki. Na szczęście lina nie otarła mu dłoni. – Taniec z wami, moje panie, był naprawdę męczący – sapnął.
Uklęknął przy nich, rozwiązał i schował sznur do kieszeni. Krew zdobiła niewielką część podłogi, jej metaliczny zapach sprawiał, że Milo przechodził dreszcz. Nie pierwszy raz zabił ptaka, ale pierwszy raz tyle na raz. Wyrwał każdemu po szponie.
Nic nie mówiąc opuścił wieżę.
***'
Następnego dnia w poniedziałek na śniadaniu plotkowali.
– Słyszeliście – mówił Nott cichym, nieco wystraszonym głosem – że ktoś zabił cztery sowy? W sowiarni! I nikt nie wie, kto. Podobno tak je zakatował, że krew była nawet na ścianach.
– To straszne – powiedziała Gataria Wokner. – Dlaczego robi coś takiego?
– Nie wiem, może jest jakiś nienormalny?
– Musi być, skoro robi takie straszne rzeczy – rzuciła.
– Niekoniecznie – wtrącił Tom. Nott i Wokner spojrzeli na niego, Avery i Lestrange zajęli się śniadaniem, a Macnair rozmawiał z drugoklasistami. Milo słuchał uważnie, udając, że rozmowa go nie interesuje.
– Niekoniecznie? – spytał Tarsen Nott. – To świr!
– Nie wiem czy nazwałbym świrem osobę, która morduje zwierzęta. Nikt też nie wie, kim on lub ona jest, ale spójrz na to od innej strony. Dla niektórych ludzi, nielicznych, jest to normalne. To, co dla nas jest straszne, nienormalne i godne pogardy, dla nich jest zwykłe. Tak jak zabijanie zwierząt.
– To bym bardziej są ześwirowani!
– Nie powiedziałem, że nie są. Powiedziałem, że nie nazwałbym tak tej osoby. Bardziej pasuje słowo… Inni.
Milo uśmiechnął się stało. Tom po części miał rację, a Milo sam siebie nie uważał za normalnego. Ludzie inni od reszty są wyjątkowi, a reszta normalnego społeczeństwa nie akceptuje zmian. Nie zabił też tych sów dla czystej przyjemności. Nie, żeby jej z tego nie czerpał, ale to wszystko było częścią planu. Planu mającego na celu pokonać Rancorpusa Crape'a.
Kiedy śniadanie się kończyło, dyrektor Dippet wstał i stuknął w puchar. Echo uderzenia poniosło się na salę.
– Moi drodzy, proszę o uwagę – powiedział donośnie i stanowczo. – Większość was pewnie już wie o incydencie mającym miejsce w sowiarni, a dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, wytłumaczę. W sowiarni doszło do zbrodni, cztery sowy należące do uczniów zostały brutalnie zamordowane. – W Sali w jednej chwili rozległy się szepty, które Dippet, po odczekaniu chwili, przerwał. – Chcę tylko ogłosić, że dołożymy wszelkich starań by złapać winnego! Wyznaczyliśmy już do tego odpowiednie osoby z kadry nauczycielskiej i nie tylko. Chciałbym również osobiście, jako dyrektor i posiadacz własnej sowy, przeprosić, że coś takiego w ogóle się wydarzyło. Od dzisiaj podejmiemy odpowiednie środki, by zatrzymać winnego i możecie być pewni, że nie popełni już żadnej podobnej zbrodni!
Milo o mało co nie wybuchł śmiechem. Ha! Czy on naprawdę wierzył w to, co właśnie powiedział? Powstrzymać go? Nie wiedzą nawet kim jest ani kiedy to zrobił. Co oni mogą? Mogą tylko mówić, próbować, ale nigdy go nie złapią.
Milo zauważył, że Tom mu się przygląda. Jego szare spojrzenie zdawało się go przeszywać na wylot, mówić: „Ja wiem", ale nie mógł wiedzieć. Milo nie był jeszcze gotowy zdradzić prawdy nawet jemu – swojemu starszemu bratu, w którego rękach złoży przyszłość. Milo uśmiechnął się, Tom odpowiedział tym samym, a następnie wrócili do swoich zajęć.
Rancorpus Crape stał w rogu Sali, wykręcał sobie palce i wściekle obserwował uczniów. Krąg poszukiwanych tym razem był zbyt wielki. Kiedy zamordowano Lupkę, wiedział prawie dokładnie, kiedy to się stało, mógł to określić dzięki zaschniętej krwi. Tym razem była niemal świeża, a uczniów na korytarzu zbyt wiele. Jednak było tam jedno imię i nazwisko osoby, której oczy go niepokoiły. Bardzo niepokoiły. Były puste i przerażające.
Spojrzał na Milo Thomasa Riddle'a, siedział jak należy, wyprostowany, dumny, jego twarz nie wyrażała nawet najmniejszej emocji, którą potrafiłby odszyfrować. Chłopak nie odzywał się wiele, przez całe śniadanie wymienił tylko dwa słowa z chłopakiem siedzącym naprzeciwko, chyba Prestonem Lestrange'em. Rancorpus warknął i odszedł, ciągnąc za sobą magiczny łańcuch, którego dźwięk tym razem słyszał głośniej i wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.
– Szybciej, Milo! – zawołał Preston, wbiegając po schodach.
– Spokojnie – odpowiedział mu. – Mamy jeszcze kilka minut, zanim zacznie się lekcja.
Wszedł powoli, na górze, na końcu korytarza, czekała już prawie połowa klasy. Mieli lekcję z borsukami – uczniami Hufflepuffu. Milo wyrównał krok z Prestonem, który był dzisiaj dziwne zadowolony. Uśmiechał i wypinał pierś, jakby nosił na niej medal, którym chce się wszystkim pochwalić. Riddle'a zastanawiało, co takiego mogło się stać, by jego towarzysz zachowywał się w taki, a nie zwyczajny sposób.
– O, patrz! – zawołał Lestrange. – Gryfki!
I faktycznie, na korytarzu pojawiła się trójka gryfonów, którzy szli im naprzeciw. Prosto na nich, nie schodząc z drogi. Milo miał złe przeczucia.
Zatrzymali się, zanim na siebie powpadali.
– Zejdźcie nam z drogi – powiedział wrednie Ulder Prewett, rudowłosy chłopak, którego twarz zdobiły ledwo widoczne piegi. – Chcemy przejść.
– Nie wiem czy zauważyłeś – zaczął spokojnie Lestrange – ale szliśmy tym korytarzem pierwsi. To wy powinniście odejść, najlepiej do domów.
– Sam wracaj do domu! – krzyknął jakiś gryfon, którego Milo nie kojarzył. – To my byliśmy pierwsi.
– Nie, bo my!
– Zjeżdżajcie z drogi, bo skopiemy wam tyłki! – warknął Hortes Rnator. Był nieco niższy od Uldera, na głowie jednak miał czuprynę blond włosów, która, jak oceniał Milo, jeszcze nigdy nie widziała grzebienia. Włosy wydawały się sklejać.
Lestrange spojrzał na niego morderczo.
– Co ty powiedziałeś? – zapytał zimnym, stanowczym głosem, który podpowiadał Hortesowi, by poszedł w swoją stronę. I pewnie by się posłuchał, ale był tylko głupim gryfonem.
– Że wam przywalę, jak nie zejdziecie z drogi!
Milo dostrzegł, że Avery i Nott szli w ich stronę, ale Tom nagle ich powstrzymał, a później posłał bratu pełen zadowolenia uśmiech. Młodszy Riddle westchnął, tamta dwójka była ich liną ratunkową, a Tom perfidnie ją odciął.
– Dobra – powiedział w końcu Ulder Prewett. – Załatwmy to jak czarodzieje! Pojedynek! Tu i teraz!
– Nie będę walczył – odezwał się Milo. Cała czwórka, łącznie z Lestrange'em, spojrzała na niego dziwnie. – Kłócicie się o jakieś nic nie znaczące brednie. Mogliście spokojnie nim przejść obok i nie narażać nas na wdychwanie waszego smrodu – powiedział, czując narastającą irytację, nie mógł się powstrzymać. Gryfoni czerwienieli ze złości, a on mówił dalej. – Do tego uważam, że żadni z was czarodzieje, najwyżej mierni. Nie wiecie jak się zachować, a to znaczy, że nie znacie podstawowej etykiety pojedynków.
– Zamknij się – warknął Rantor.
– Ktoś taki jak wy z pewnością nie może równać się w pojedynku nawet z głupią małpą, która ma tylko garść piachu w ręce. A my, ślizgoni, naprawdę szanujemy swój czas, w przeciwieństwie do osób głupich, którzy…
– Zamknij mordę!
– … którzy marnują go na budowanie swojego wybujałego ego, które kiedyś pęknie jak nadmuchany balon.
W tym momencie Hortes Rantor nie wytrzymał. Wziął zamach, Milo uśmiechnął się szeroko. Wiedział, że jeśli się nie uchyli, będzie miał limo pod okiem, więc tylko poruszył głową do przodu, by dostać co najwyżej w ucho. Pani Merythought miała naprawdę dobre wyczucie czasu. Milo widział ją już chwilkę wcześniej, ale ona spojrzała na niech dopiero teraz – kiedy pięść Rantora spotkała się z uchem Milo.
Ślizgon upadł, Lestrange stał z szeroko rozwartymi oczami. Ulder i nieznany Milo gryfon stali jak wryci, wpatrzeni w Rantora, który oddychał ciężko i nadal trzymał pięść w powietrzu.
– Dość! – wrzasnęła nauczycielka OPCMu. Rantor odwrócił się przerażony. – Co tu się dzieje, gówniarze? Bójki są zabronione!
Lestrange pomógł wstać swojemu przyjacielowi.
– Uderzył mnie bez powodu – powiedział szybko, trzymając się za policzek. – Podszedł i mnie uderzył!
– To prawda? – zapytała Rantora.
– Nie! – krzyknął spanikowany. – On… Ja… On mówił, że… – zaczął szybciej oddychać, przełykać ślinę i się jąkać, a nauczycielka patrzyła na niego wściekle. – On powiedział, że my… ja… on mówił, że my nie potrafimy się pojedynkować… że…
– I fatycznie – przerwała mu. Tymczasem całą reszta klasy podeszła posłuchać. – Nie potrafisz się pojedynkować, skoro użyłeś do tego pięści! Spodziewałam się po tobie większego opanowania, naprawdę się zawiodłam. Gryffindor trafi pięćdziesiąt punktów! A ty… panie Rantor, masz szlaban. U mnie, a później pomyślimy, jak jeszcze można cię ukarać.
Milo uśmiechnął się półgębkiem. Był to uśmiech szczerej satysfakcji.
– Ale proszę pani…
– Bez gadania! – wrzasnęła. – I marsz na lekcję!
Trójka gryfonów ulotniła się natychmiast, ale Milo miał wrażenie, że poruszające się usta Rantora mówiły: „Jeszcze się spotkamy". A on miał taką nadzieję.
Pani Merythought próbowała odesłać Milo do pielęgniarki, ale uparł się, że zostanie. Uderzenie Rantora nie było mocne, wywrócił się specjalnie, żeby nadać sytuacji jeszcze większego dramatyzmu. Nie było też bardzo mocne, jakby chłopak w ostatniej chwili się zawahał.
– Dałeś się uderzyć – powiedział cicho Tom, siadając obok niego.
– Tak myślałem, że zauważysz.
– Bolało?
– Troszeczkę – przyznał.
– Dlaczego mu na to pozwoliłeś?
– Żeby stracił punkty i dostał szlaban – odparł. – Do tego teraz w oczach borsuków jest tym złym, rozejdzie się plotka, że uderzył mnie bez powodu, inni zaczną trzymać od niego dystans. Nawet jeśli wytłumaczy im, że go sprowokowałem, ziarno wątpliwości zostanie zasiane – powiedział. W szkole zawsze miał wymówkę na wszystko i, mimo tego, że nigdy nie udowodnili mu winy, uczniowie i nauczyciele trzymali się od niego na dystans.
Wiedział, o czym mówi.
I miał zamiar zniszczyć Hortesa Rantora.
– Bardzo do podstępne – powiedział Tom.
– Dzięki!
Lekcję spędzili zapisując notatki i przerabiając zaklęcia. Uczniowie co jakiś czas spoglądali na niego niepewnie.
Po skończonych zajęciach dowiedział się, że profesor przydzieliła Rantorowi zadanie czyszczenia łazienki na pierwszym piętrze, a później musiał zgłaszać się do Rancorpusa. Milo miał nadzieję, że otrzyma taką samą karę jak Macnair, ale to były płonne marzenia. Gryfoni byli traktowanie nico inaczej.
Wydawało się, że mają opinię lepszą od innych domów. Milo nie wiedział, dlaczego tak jest i co się do tego przyczyniło, ale wiedział, że taki san rzeczy nie może trwać cały czas. Zmienię to, pomyślał. Zniszczę gryfonów i pokażę, jacy naprawdę są. Nie ma w nich za grosz męstwa i odwagi, jest tylko głupota.
W pokoju wspólnym przeglądał książkę „Niewspomniana Magia", szukając czegoś, co mógł przeoczyć. Przeczytał już całą, zrobił sobie kopię i zastanawiał nad tym, czy powinien ją odnieść do biblioteki. Jeśli każdy uczeń miałby wgląd to takiej wiedzy… Zaklęcia odsyłające, obronne, przyzywające, wszystkie były wyjątkowe, a na lekcjach nie uczyli się niczego podobnego. Dlaczego? To pytanie tkwiło mu w głowie od kiedy przeczytał pierwszą stronę.
– Nadal to czytasz? – spytał Tom, siadając na fotelu obok.
– Właśnie skończyłem – odparł, wręczając mu książkę. – Jest dla ciebie.
Tom przyjął ją bez słowa.
– Co planujesz? – zapytał w końcu.
– Ja?
– Tak. Od kiedy Rantor cię uderzył, wydajesz się zamyślony.
– Wydaje ci się…
– Mów – nakazał. Milo spojrzał na niego. Miał ochotę powiedzieć mu, by nie pozwalał sobie na za dużo, że jego nie zastraszy, ale był pewny, że Tom to wie.
– Jeśli ty mi powiesz, jak idą twoje badania – odparł, łącząc dłonie na brzuchu i uśmiechając się.
Starszy Riddle rozejrzał się wokoło.
– Nie idzie mi za dobrze – szepnął. – Jest bardzo mało informacji o „Marvolo". Znalazłem tylko jednego. Nazywa się Marvolo Gaunt, ale nigdy nie ukończył Hogwartu. Nie wiem też gdzie mieszka, informacji jest tyle, co nic. Tylko nazwisko.
– To już coś – odparł młodszy brat.
– Teraz twoja kolej – przypomniał mu.
– Fakt. Masz rację, chodzi o Rantora. Chcę sprawić, żeby jego życie w Hogwarcie stało się piekłem, ale nie wiem do końca jak to uczynić – głównie dlatego, że mam woźnego na karku – dodał w myślach.
– Piekło – powtórzył Tom. – Czyli odebrać mu wszystko. Myślisz, że to może się udać?
– Byłem w wielu szkołach, ja wiem, że to może się udać. Niejednokrotnie widziałem takie rzeczy, grupka uczniów, która odrzuca jednego z nich, a ona popada w rozpacz.
Tom pokiwał głową. Wyglądał na zamyślonego. Siedzieli tak przez dłuższą chwilę. Milo zastanawiał się, co Tom planuje. Czy podzieli się przemyśleniami, zatrzyma je dla siebie, a może myśli o czymś całkowicie innym. Jego wzrok nic nie zdradzał, zawiesił się w przestrzeni niczym księżyc, który od czasu do czasu spojrzał to w lewo, to w prawo.
– Dobrze – powiedział w końcu, wyrywając Milo z zamyślenia. – Rantor cię upokorzył w oczach ślizgonów. Trzeba się zemścić, ale nie w pojedynku, a na nasz, ślizgoński sposób. Nie damy mu odetchnąć. Musimy bronić nazwiska Riddle.
Milo uśmiechnął się na te słowa. Tak, tego oczekiwał. Tom zajmie się Rantorem, a on woźnym. Ale…
Wydawało mu się, że Dumbledore również ma na nich oko. Może nie obserwuje tak uważnie jak, dajmy na to, Rancorpus, ale obserwuje. Świadczyła o tym rozmowa, którą przeprowadzili zaraz po świętach w gabinecie dyrektora Dippeta. Cóż, Milo wolał zapomnieć o tamtej chwili.
.
Kilka dni później Milo mógł powiedzieć, że nieco przyzwyczaił się do obecności Gatari Wokner na obiadach i teraz łatwiej mu było ją ignorować. Nawet jej znajomy mu już głos nie był tak irytujący jak wcześniej. Nadal jednak jej nie lubił.
Tarsen Nott usiadł obok Wokner, nałożył sobie kilka skrzydełek i zaczął jeść palcami. Dziewczyna patrzyła na niego zniesmaczona.
– No co? – zapytał w końcu.
– Nic – odparła. – Myślałam tylko, że przez twoje kłótnie z gryfonami nie staniesz się podobny do nich. Widocznie się pomyliłam.
– Że jak?! – krzyknął. – Nie jestem podobny do gryfonów!
– Jesz palcami.
– To skrzydełka! Zawsze jem je palcami. Da się w ogóle inaczej? – rozejrzał się. Wszyscy byli zajęci jedzeniem, tylko … – Milo, powiedz, czy skrzydełka je się palcami czy widelcem?
Milo spojrzał na niego i westchnął.
– Nie jest powiedziane, że nie można jeść palcami – rzekł. – Ale, z tego, co wiedzę, większość ślizgonów je widelcami. Nie pytaj mnie, dlaczego.
Tarsen spojrzał na stół i warknął pod nosem coś wulgarnego. Wokner zachichotała. A Milo obserwował stół za nimi. Stół gryfonów.
Hortes Rantor jadł skrzydełka palcami, dłonie miał brudne od sosu i tłuszczu.
– Przestań – powiedział Milo. Nott znieruchomiał.
– Co?
– Przestań jeść palcami – sprecyzował. – To naprawdę przypomina gryfońskie podejście. – Nott westchnął, spojrzał na gryfonów, a później na swój talerz. Następnie chwycił widelec i nóż.
Rantor, pomyślał Milo. Zmienię jego życie w piekło.
Od świąt ćwiczył impermencję, potrafił wkraść się do słabego umysłu i coś zasugerować. Zwykle był to rozkaz; spójrz tam, ziewnij, kaszlnij, zamknij oczy, mrugaj często. Jednak nie wiedział, jak poradzi sobie z bardziej skomplikowanym rozkazem. Impermencja działała gorzej, kiedy rzecz, którą miała wykonać ofiara, była sprzeczna z jej naturą.
Milo skupił się tylko na Rantorze, poczuł jak wchodzi mu do umysłu, nie wyczuł barier. Zostało tylko jedno.
Rozkaz: Uderz go. Z całej siły. Nie wahaj się. Unieś pięść powoli, uśmiechnij się przyjaźnie i uderz. Niespodziewanie.
Uderz go, zasłużył. Uderz… Z całej siły. Uderz… Uderz… Uderz…
Rozkaz nie działał, nie ważne ile Milo go wysyłał. Obiad powoli mijał, zostało coraz mniej czasu. Tom spoglądał na Milo niecierpliwie. To była część planu, jeśli Rantor nie uderzy kogokolwiek, jeśli Milo nie będzie w stanie wysłać rozkazu, nic nie wypali.
No tak, pomyślał. Już wiem w czym robię błąd!
To było takie łatwe. Jedna, prosta myśl, dała mu odpowiedź, co powinien zrobić, a czego w książce nie doczytał.
Znowu wysłał rozkaz: Hortesie Rantorze, twoi przyjaciele z ciebie szydzą. Żartują z ciebie za twoimi plecami. Szydzą, śmieją i żartują z ciebie.
Powtarzał rozkaz do czasu, aż Rantor zaczął się nerwowo rozglądać. Działa! – pomyślał. To naprawdę działa!
Pokaż im, że nie mogą. Nie pozwól sobie na to! Daj im nauczkę. Spójrz, Ulder się śmieje. I to nie z żartu, a z ciebie! Uderz go! Unieś pięść, wyceluj i traf! Z całej siły! Pokaż mu…
Milo nie zdążył dokończyć rozkazu, bo nagle Rantor wstał, spojrzał na Uldera wściekle i wymierzył mu potężny cios w szczękę. Ulder wywalił się, uderzył twarzą o niedokończony na talerzu kawałek kurczaka, chwycił misę i spadł z ławki, a zawartość wysypała się na niego. W Sali nastąpiła głucha cisza, wszyscy wpatrywali się w Rantora. Kadra nauczycielska wstała i opiekunowie już szli w ich stronę.
Milo uśmiechnął się z satysfakcją, oczy Toma błyszczały z zachwytu.
Spojrzeli po sobie.
Zaczęło się.
Czas na kolejny krok.
