OoO

Harry spędził resztę nocy przy drzwiach. Johnson został z nim prawie do północy, po czym wszedł do środka. Chłopak westchnął cicho, był przemarznięty. Johnson nosił satynową marynarkę i zdawał się nie czuć zimna. Za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, w Harry'ego uderzał podmuch zimnego powietrza. Drzwi zamykały się niemal natychmiast, ale nieustanne ich otwieranie i zamykanie mocno wychłodziło foyer. Harry drżał z zimna, ale uparcie rwał przy stanowisku.

Ostatnia para skarżyła się, na zimno, ale otrzymała bransoletki i szybko weszła do środka. Frankie pojawił się około dziesięć minut później i zamknął drzwi. Odwrócił się do Harry'ego i wyjaśnił:

— Jesteśmy otwarci do drugiej w nocy, ale po północy zamykamy podwoje i nikt nie wchodzi. Zbyt wiele pijanych ludzi się wtedy kręci i chce wejść. Ten manewr oszczędza nam mnóstwa kłopotów. Chodź do środka. — Właśnie wtedy zewnętrzne drzwi się otworzyły i ktoś zapukał do drzwi wewnętrznych. Frankie odparł: — Niestety, zamknięte. Proszę przyjść jutro. — Dały się słyszeć zawiedzione jęki i narzekania. Współwłaścicielowi klubu zrobiło się żal dwóch młodszych mężczyzn i otworzył drzwi, aby dać im ulotkę. Zabrali ją, podziękowali mu grzecznie i wyszli.

Frankie zwrócił się do Harry'ego:

— Cholera, ale lodowato. A ty cały zsiniałeś, biedaku i dygoczesz. Dlaczego nic nie powiedziałeś?

— Nie chciałem sprawiać kłopotu. Johnson nie zwracał uwagi na temperaturę. Jego kolega, który zajrzał na moment, też nic nie powiedział.

— Podejrzewam, że nie. Pamiętaj, zgłaszaj takie rzeczy. To żaden problem. A Johnson i Carl należą do klubu morsów, więc ich opinia nie ma większego znaczenia. Chodź, musisz się rozgrzać, bo się pochorujesz. Będziemy musieli wymyślić coś innego, bo faktycznie w tym się nie da tu wytrzymać. — Frankie wskazał na skórzany strój Harry'ego. — Skóra jest naprawdę seksowna, ale bez podpinki niestety nie zapewnia ciepła w taką pogodę.

Harry podążył za nim do środka. Zauważył, że przy szatni było niewielkie, puste i przeszklone pomieszczenie, z uchylanym okienkiem dla klientów. Najwidoczniej nie znalazło jeszcze swojego przeznaczenia.

— Frankie, zaczekaj moment. Posłuchaj. — Harry wskazał na okno. — Tu mogłaby być selekcja klienteli. Byłoby ciepło i wystarczająco dużo miejsca. Co o tym sądzisz? Wystarczy odgrodzić od reszty i zrobić coś w rodzaju ścieżki od wejścia do tego miejsca.

Frankie przytaknął kiwnięciem głową.

— Nie podoba mi się obecność klientów tak daleko w klubie, zanim zostaną podzieleni wedle tego, jak chcą spędzić w nim czas. Jednak przy tak niskiej temperaturze, nie widzę lepszego rozwiązania. Moglibyśmy ustawić mosiężne stojaki w szpaler i zawiesić na nich pasy czerwonego aksamitu. Środkiem poprowadzimy ludzi do ciebie. W ten sposób dałoby się łatwo opanować wchodzących i nasi ochroniarze będą mieć oko na kolejkę.

— Tak, o czymś takim myślałem. Jak stoję w środku, dopiero zaczynam odmarzać. — Harry wzdrygnął się gwałtownie.

Frankie przywołał jednego z ochroniarzy, krążących po sali, aby zabrał go do pokoju socjalnego.

— Do diabła, mały, nieźle przemarzłeś. Jestem Alvin. Chodź. Zaraz się zagrzejesz. Nie wiem, co te dwa głąby myślały, każąc takiemu chudemu drobiazgowi wpuszczać ludzi. Na dodatek w takie zimno.

Harry wsunął ręce pod pachy i ruszył za Alvinem.

— Nie sądzę, żeby sami zdawali sobie sprawę, że zrobi się tak paskudnie. Gdy drzwi są zamknięte, da się znieść. Wystarczy parę razy je otworzyć i wpada powietrze zimne jak z kręgów podbiegunowych. A przy okazji, co to jest klub morsów?

— Pozwól, pomogę ci. — Alvin delikatnie zaczął rozpinać i zdejmować z niego rzeczy. — Klub morsów to grupa wariatów, co wpadają na genialny pomysł pływania w Tamizie w środku zimy. W Ameryce nawet robią przeręble na jeziorze i kąpią się w lodowatej wodzie. — Strój Harry'ego trafił do niewielkiej torby, a on sam został owinięty w gruby, miękki szlafrok. Alvin polecił mu usiąść na kanapie i skrzywił się, kiedy dotknął jego stóp. — Chłopie, zimne jak sople lodu. Skarpety, gdzie je mamy? A tu są! Załóż je, a ja ci zrobię gorącej herbaty. — Mężczyzna znikł we wnęce kuchennej. Harry wciągnął skarpetki i w momencie poczuł się lepiej.

Alvin wrócił z dużym kubkiem słodkiej herbaty z mlekiem i kocem. Przykrył Harry'ego i podał mu herbatę.

— I jak, lepiej? — Harry przytaknął z uśmiechem, popijając gorący napój. — Muszę cię na chwilkę zostawić. Wedle grafiku trzeba wymienić stoliczki. Wrócę za jakieś dziesięć, piętnaście minut.

Harry zamrugał, zastanawiając się, co Alvin miał na myśli. Dowiedział się chwilę później.

Alvin wprowadził do pokoju drugiego mężczyznę. Pomógł mu zdjąć skórzaną uprząż i odczepić mnóstwo łańcuchów. Niecodzienny widok zaintrygował Harry'ego. Opatulony w szlafrok nieznajomy opadł na szezlong i westchnął.

— Ale jestem zmęczony. Chyba powoli robię się na to za stary, bo kolana mi strasznie nawalają. Nawet jeśli to tylko dwie godziny klęczenia w bezruchu. Będę musiał porozmawiać o przeniesieniu na inne stanowisko.

Harry przyglądał się w milczeniu, jak Alvin przysiadł obok i zaczął masować nogi mężczyzny. Tamten westchnął z ulgą.

— Panowie? Frankie proponował mi zostanie żywym stolikiem, ale sam nie wiem…

— Cześć. Nie pozwól, żeby te akcesoria cię odstraszyły. One wbrew pozorom bardzo pomagają. Jestem George, tak przy okazji. — Harry przywitał się i nic nie mógł poradzić na to, ale starszy od niego mężczyzna o szczupłej sylwetce, o czarnych włosach nie przypominał mu wcale George'a. — Sala dla wybranej klienteli wyposażona jest każda inna, ale różni się jednym szczegółem. Stoliki, stojaki lamp, podnóżki i nie tylko to prawdziwi, żywi ludzie. Nic w tym złego, ale ja jako stolik odpadam. Nie mogę już klęczeć. Może się uda i będę podtrzymywał kwiaty?

Harry parsknął do herbaty, wyobrażając sobie człowieka stojącego z wazonem kwiatów na głowie. Odkaszlnął i odparł:

— Jasne. Frankie i Johnny na pewno coś ci znajdą. Już jest mi dużo cieplej. Napijesz się herbaty? Chętnie zrobię, ale ktoś mi musi powiedzieć, gdzie mam iść.

Alvin wskazał w odpowiednim kierunku.

— Kuchnia jest tam. George lubi z dwiema kostkami cukru. Jakby co, krzycz, chłopaki pokażą ci, gdzie wszystko jest. Czuj się jak u siebie.

Na szczęście w kuchni był Mikey.

— George chce herbaty. Mógłbyś mi pomóc, nie wiem, gdzie co jest?

Mikey z uśmiechem pokazał mu, co i jak. Harry zrobił herbatę i dodał cukru. Zaniósł George'owi, który przyjął ją z westchnieniem i uśmiechem. Następnie chłopak rozsiadł się wygodnie na kanapie, aby dokończyć swoją herbatę.

Przyglądał się też z coraz większymi oczami, co się dookoła dzieje.

W pokoju przybywało pracowników nierzadko wniesionych przez potężnie zbudowanych mężczyzn schludnie ubranych w czarne spodnie i koszulki. Niektórzy z nich wciąż mieli bardzo dziwne, wymyślne stroje. Harry zadrżał, gdy zobaczył kogoś z rękami skrępowanymi na plecach za pomocą złączonych ze sobą, skórzanych rękawic.

Jednak nie zaprzątał sobie tym głowy. Postanowił się do czegoś przydać i zrobić przynajmniej herbaty. Zalał kilka kubków. Jak ochroniarze przyszli do kuchni z tym samym zamiarem - herbaty dla ich podopiecznych były gotowe. Wszystko, co musieli zrobić, to dodać cukru i mleka lub cytryny. Kiedy był już pewien, że wszyscy mieliśmy herbatę, zalał sobie kolejny kubek i wrócił. Wszystkie kanapy były już zajęte. Każdy pracownik był w szlafroku, na nogach miał grube skarpetki lub kapcie, a w ręku kubek herbaty. Harry usiadł na podnóżku przy jednym z zajętych foteli i rozejrzał się.

— Hej, to pierwszy dzień Harry'ego. Musimy zrobić coś miłego. — Wszyscy jednogłośnie się zgodzili, poza jedną osobą, skandując coraz dobitniej: — Tort! Tort! Tort! — Ktoś wyciągnął niewielkie pudełeczko, a pracownicy rozbiegli się po pieniądze. Każdy wrzucał, ile mógł i wkrótce uzbierali odpowiednią kwotę.

— Jutro, bo dziś nigdzie nic nie kupimy o tej porze.

Harry zaczerwienił się.

— Słuchajcie, jest mi bardzo miło, ale nie ma potrzeby, żebyście się…

Niestety nikt go nie rozumiał, bo został uciszony a jego protesty zagłuszone parsknięciami.

Kiedy Frankie w końcu pojawił się po niego, był ubrany w swoje rzeczy i trochę zakłopotany uwagą pozostałych pracowników skupioną na jego osobie.

— No, jak tam pierwszy wieczór w klubie?

— Całkiem dobrze. Ale zrobili ściepę z okazji mojego pierwszego dnia pracy i chcą kupić mi ciasto. Powiedz im, że nie muszą, naprawdę. Proszę, zrobisz to?

Śmiech Johnny'ego rozbrzmiał na opustoszałej ulicy.

— To czyste samobójstwo, Harry. Nie ma szans. I tak nie posłuchają. Znaleźć się między tą bandą i ciachem? Niezależnie od tego, co to za ciacho. O nie, podziękuję.

Frankie roześmiał się, a Harry rozluźnił.

Dotarli do domu tuż po drugiej trzydzieści rano. Młody czarodziej skierował się prosto do swojego pokoju. Miał niecałe pięć godzin, aby się przespać, zanim będzie musiał iść do dojo.

OoO

Harry dotarł na lekcję z zapasem czasu, tylko dlatego Johnny dosłownie wyciągnął go z łóżka, wręczył mu torbę treningową i popchnął go w stronę drzwi. Jęknął tylko i pobiegł.

Na miejscu zdążył ochłonąć i złapać oddech, ale niestety był bez śniadania. Żołądek dawał o sobie znać, ale chłopak z gracją skłonił się krzesłu i czekał na mistrza Liu, aż ten przyjdzie do dojo. Wkrótce się pokazał. Harry miał wrażenie, że był tu cały czas, jedynie go obserwował z ukrycia.

— Dzień dobry, Harry. Jak się czujesz? Słyszałem, że zdecydowałeś się pracować w klubie.

Harry skłonił się mistrzowi Liu i pokiwał głową.

— Tak. Poprzedniego wieczora zacząłem od wpuszczania ludzi.

— Niewiele spałeś, rozumiem.

Harry wzruszył ramionami.

— Miałem w planach popołudniową drzemkę. Jestem przyzwyczajony do braku snu i wysiłku fizycznego..

— Bardzo dobrze. — Mistrz Liu gestem polecił Harry'emu wstać. Harry wstał i czekał, co ma zrobił. — Pokażę ci dziś krótkie kata. To sekwencja ruchów ciała, kopnięć i uderzeń. Popracujesz nad opanowaniem podstawowych elementów.

Harry skinął głową i zadrżał. Poczuł dziwną falę mocy, która przeszła przez pomieszczenie. Rozejrzał się dyskretnie dookoła, zupełnie nie dostrzegając Zgredka stojącego na krokwi.

— Wszystko w porządku, Harry? — Mistrz Liu spojrzał na niego z niepokojem.

— Tak, to tylko nagły dreszcz. Trochę zmarzłem w klubie. Nic mi nie będzie.

Mistrz Liu zademonstrował kata, a następnie pokazał Harry'emu każdą formę, element po elemencie. Chłopak szybko załapał i nauczyciel zażądał, aby bezbłędnie powtórzył kata pięciokrotnie. Harry jęknął cicho i zaczął ćwiczenia. Pracował sumiennie i w końcu mu się udało zrobić, co mistrz Liu mu polecił.

Miał wrażenie, jakby bardzo długo ćwiczył. Spojrzenie na zegar na ścianie dojo uświadomiło mu, że tak naprawdę trwało to nieco ponad godzinę. Mistrz Liu pogratulował mu samozaparcia i sprawnych prób opanowania kata tak szybko. Oświadczył też, że zanim jego uczeń zacznie sprzątanie dojo w ramach zapłaty za lekcję, powinien zjeść miseczkę ryżu i wypić herbatę. Harry pokłonił mistrzowi Liu i podziękował mu za jego dobroć.

OoO

— Dobrze, Harry. Jestem bardzo dumny z ciebie. Bardzo szybko się uczysz i sumiennie, odpowiedzialnie traktujesz ćwiczenia. — Mistrz podał Harry'emu herbatę i miskę wypełnioną ryżem posypanym czymś zielonym.

— Dziękuję, ale to mistrz jest znakomitym nauczycielem. — Harry poruszył się niespokojnie, słysząc pochwały. Nigdy nie był pewien, jak na nie zareagować.

— Sądząc po twoich wynikach, nauczyciel potrzebuje jedynie dobrego ucznia, żeby samemu stać się jeszcze lepszym. — Mistrz posłał Harry'emu ostre spojrzenie. — Nie jesteś przyzwyczajony do chwalenia, prawda? Pokorny człowiek przyjmuje pochwały z podziękowaniami. Głupiec zaprzecza własnej wartości.

Harry napił się herbaty i zdał sobie sprawę, że to żaden ze znanych mu gatunków herbaty, ale napar ziołowy.

— Co to za napar? Smakuje mi.

— Korzeń lukrecji, sproszkowane listki królewskiego ziela, nieco kory wierzbowej, kokoryczki i kilka innych ziół. Dlaczego pytasz?

Harry napił się ponownie.

— Ciekawość. Zielarstwo jest interesujące. Po prostu nigdy nie miałem na nie czasu. Proszę mi powiedzieć, jeśli to tajemnica, albo zadaję męczące pytania.

Mistrz Liu uśmiechnął się znad swojego kubka.

— Jestem po prostu przyzwyczajony do studentów, jak to się mówi... udają zainteresowanie, chcąc mi się przypodobać. Przepraszam cię.

Harry prawie popluł się herbatą. Nikt nigdy go nie przeprosił, za nic.

— Och, nie, proszę pana... To znaczy, sensei, jestem naprawdę zainteresowany. Gdy skończę tutaj, mogę przyjść do sklepu i pomóc?

— Oczywiście. Chętnie skorzystam z twojej pomocy. Teraz jedz ryż i możesz zabierać się do pracy. Będę czekać w sklepie.

— W porządku. Postaram się pospieszyć.

Harry ruszył pod prysznice ze wszystkim, co potrzebne do posprzątania. Westchnął ciężko, gdy je zobaczył. Poprzedniego wieczora odbywały się zawody i prysznice były opłakanym stanie. Na wpół rozpuszczone kostki mydła leżały na podłodze, obok rzuconych niedbale i wciąż wilgotnych ręczników. Harry dobrze wiedział, że nie powinien zbierać po innych uczniach trenujących u mistrza Liu, ale musiał posprzątać pomieszczenie. Postanowił, że posprząta jak należy i po prostu powie, co zastał.

Zaczął odebrać ręczniki, kiedy usłyszał krótkie pyknięcie.

— Cześć Zgredku. Jak się masz?

— Zgredek ma się w porządku. Co panicz Harry Potter, sir, robi?

— Sprzątam. W ten sposób płacę za moje lekcje, pamiętasz?

— Zgredek nie jest głupi i pamięta. Zgredek chce wiedzieć, dlaczego panicz Harry Potter, sir, nie korzysta z czarów czyszczących.

Harry potarł swędzącą go bliznę.

— Zgredku, jesteś wolny skrzatem. Możesz się zwracać do mnie po prostu Harry, prawda? To naprawdę denerwujące... nieważne. I nie używam magii, nie obchodzi mnie. Boję się, że ministerstwo może śledzić moją różdżkę. Przepraszam cię, jestem zmęczony i łatwo się irytuję.

Zgredek spojrzał na Harry'ego. Wiedział, że dla Harry'ego skrzacia usłużność była czymś trudnym do zaakceptowania.

— Zgredek będzie się zwracać do panicza Harry'ego Pottera po imieniu, jeśli to sprawi, że będzie szczęśliwy. I Zgredek nauczy Harry'ego odpowiednich czarów, z których korzystają skrzaty. Ministerstwo, paskudni czarodzieje, nie wyśledzą tej magii. Harry się zgadza?

Młody czarodziej z niechęcią spojrzał na bałagan. Był taki zmęczony, marzył o położeniu się do łóżka, ale z drugiej stronu chciał się dowiedzieć o naparach mistrza Liu.

— Tak, pokaż mi.

Zgredek wskazał palcem na ręcznik i pokręcił nim, mrucząc coś niezrozumiałego.

— Tam.

Ręcznik wzbił się w powietrze i poleciał do kosza. Harry poprosił Zgredka o powtórzenie mu inkantacji i ruchów kilka razy, aż je właściwie zapamiętał. Potem spróbował rzucić czar. Wskazany przez niego ręcznik wzbił się w powietrze i przeleciał nad całym pomieszczeniu, trzepocząc dziko. Zgredek zachichotał i spojrzał na Harry'ego, nieznacznie przewracając oczami.

— Nie trzeba tak wiele magii, sir. Odrobina mocy i zamiar wystarczą. Jeszcze raz.

Harry powtórzył i wkrótce ręczniki frunęły do kosza jak ptaki.

— To było genialne. I mydło, mogę nadać mu właściwy kształt i złączyć resztki bez konieczności ich dotykania. Nigdy nie lubiłem sprzątania łazienki i walki ze śliskim mydłem. Fuj!

Zgredek pokiwał głową.

— Tak, Zgredek się domyśla. Kiedy Harry, sir skończy, Zgredek nauczy, jak posprzątać i umyć. Chłoszczyć to dobre zaklęcie, ale Zgredek zna inne czary, które są lepsze i stworzone specjalnie do tego zadania. Będzie dobrze.

Harry uśmiechnął się do Zgredka.

— Dzięki. To jest genialne. Używałem już magii u Frankiego i Johnny'ego, ale muszę przyznać, że za każdym razem nieciekawie się czułem. Chciałbym wiedzieć... ale… Nieważne.

Zgredek wyciągnął rękę.

— Czy Harry Potter, sir… Zgredek przeprasza. Czy Harry zaufa i powierzy na chwilę Zgredkowi swoją różdżkę?

Harry przekazał różdżkę tylko z lekkim wahaniem.

— Jasne. Proszę. Co zamierzasz zrobić?

Zgredek ostrożnie ujął palcami różdżkę i przez chwilę badał ją uważnie.

— Ach! Tutaj. W tym miejscu można to wyczuć. Harry sam może zobaczyć, gdzie ministerstwo założyło swoją ... smycz. Rozumie Harry?

Harry położył dłoń w miejscu, gdzie były palce skrzata i skoncentrował się, na tym, aby poczuć to, co skrzat.

— Tak! Jakby coś lekko szarpało, jak struna. Dokładnie w tym miejscu, gdzie pokazałeś. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby teraz złamać ten czar?

Zgredek wzruszył ramionami.

— Ministerstwo od razu by się dowiedziało, Harry. Ale można wyczuć i sprawdzić, czy paskudny czar zdradzi miejsce pobytu.

Harry przytaknął kiwnięciem głową.

— Tak, rozumiem. Więc mogę rzucić czar i zaraz sprawdzić, czy nie uaktywni śledzenia. W razie kłopotów mogę szybko zakończyć rzucone zaklęcie, zanim ministerstwo mnie namierzy. Dzięki, Zgredku. Bardzo mi pomogłeś i sprawiłeś, że czuję się znacznie lepiej.

Zgredek nauczył Harry'ego zaklęcia czyszczącego kafelki, chromowaną armaturę i porcelanę. Rzucał również czary za pomocą różdżki, zatwierdzone przez Zgredka, a które znalazł w książce podarowanej mu przez Hermionę. Działały bez zarzutu i co ważniejsze, żaden z nich nie zaalarmował Namiaru.

— Świetnie. Zrobiłem wszystko. Jeszcze raz ogromnie ci, Zgredku, dziękuję. Teraz mogę iść do sklepu i pouczyć się o ziołach.

Zgredek pokiwał głową z powagą.

— To bardzo dobry pomysł. Harry Potter musi nauczyć się wszystkiego, co może. Zgredek wraca teraz do Hogwartu. Do widzenia. — Pstryknął palcami i znikł.

Harry, zmęczony, ale zadowolony udał się do sklepu zielarskiego mistrza Liu.

OoO

Draco skrzywił się niezadowolony, drugi semestr zapowiadał się naprawdę koszmarnie. Musiał dobrze wyważyć swoje działania w Slytherinie i zbliżenie do Granger i Weasleya. Jakby na to nie patrzeć do Neville'a Longbottoma i Seamusa Finnigana też powinien. Chociaż Longbottom nie był taki zły. To nie będzie łatwe, drwiny z Weasleya i Granger same pchały mu się na usta. Z drugiej strony, Longbottoma i Finnigana do tej pory przeważnie traktował jak powietrze, więc z nimi nie powinien mieć większego kłopotu. Omal nie wyskoczył ze skóry, kiedy usłyszał:

— Cóż za imponujący grymas. Co się stało, mój synu?

— Nie mogę się doczekać powrotu do szkoły. Ludzie się dowiedzą, że Dumbledore zgubił Złotego Chłopca i szkoła zamieni się w dom wariatów. I zbliżyć się do paru, kluczowych Gryfiaków będzie ciężko. Chyba będę musiał udawać, jak nigdy dotąd.

— Udawać, mój smoku? — Lucjusz położył dłoń na ramieniu Draco i ścisnął pokrzepiająco.

— Grać rolę pozytywnego bohatera, ojcze. Nie jestem taki, wiesz o tym. Jestem twardy i zimny jak ty. To nas się prosi o przysługi, a my w żaden sposób nie zginamy karku. Z wyjątkiem musimy się płaszczyć. Dyskretnie, oczywiście.

— Rozumiem. Tak, a teraz musimy się płaszczyć. Najbardziej dyskretnie jak się da. Mój synu, uważaj, co udajesz, bo prędzej czy później stanie się to prawdą. Może jeśli udajemy wystarczająco mocno? — Pozwolił myśl powiesić między nimi.

— Masz rację, ojcze. Udam się bardzo ciężko. Może to będzie łatwiej uzyskać jak płaszczyć razem. Mam nadzieję.

Lucjusz objął syna, całując czubek jego głowy.

OoO

Harry szperał w kuchennych szafkach i lodówce produktów na szybki lunch.

— Hej, Harry, czego szukasz?

— Czegoś na lunch. Co chcesz, abym przygotował?

Frankie tylko wzruszył ramionami.

— Cokolwiek chcesz. Nie jestem głodny, a poza tym mam dzisiaj zawody, więc skuszę się na coś lekkiego.

— Zawody? Jakie?

Frankie wręczył Harry'emu puszkę tuńczyka.

— Sałatka z tuńczyka będzie dobra. W dojo. Chodzi o prezentację umiejętności. To część wymagań do następnego pasa.

Harry wziął puszkę i zaczął rozglądać się w lodówce, wypatrując składników na sałatkę.

— Możesz otworzyć puszkę? — Sięgnął po inne składniki. — Jest jeszcze jedna? Nie sądzę, żeby ta jedna wystarczyła. Yy... Jeśli jem, znaczy… Z wami.

Frankie wciągnął powietrzem nosem, ledwie powstrzymując gniewny pomruk. Zamknął powieki i po chwili mrugnął i odparł:

— Co masz na myśli, mówiąc: „jeśli jem z wami"? Skarbie, jeśli my jemy, ty też jesz, jak masz na to ochotę. Zauważyłem, że zawsze pytasz o to przed posiłkiem. Myślałem, że to tylko przez grzeczność. Coś w rodzaju przypomnienia, żeby dany produkt ci pasuje i powinniśmy dopisać go na listę zakupów. Teraz zaczynam sądzić, że pytasz, żeby się upewnić. Że nie będziesz chodził głodny, jak wcześniej. Trafiłem?

Harry wzruszył ramionami.

— Tak, Dursleyowie zawsze powtarzali, że przejadam wszystkie pieniądze. Ale... to co mi dawali, nigdy nie było wystarczająco, aby zaspokoić głód. W szkole jedzenia było w bród, ale cóż, oni… To kwestia przyzwyczajenia chyba, bo jadłem tyle, ile powinienem. To nie ma już znaczenia.

Frankie uderzył otwartą dłonią w blat, co sprawiło, że Harry się wzdrygnął. Gwałtownie.

— Nie wzdrygaj się, Harry. Nikt cię tutaj nie uderzy. Nie pozwolę na to. A jesz, co chcesz, kiedy tylko chcesz. Mała prośba z mojej strony jest taka, że jeśli weźmiesz coś, czego już nie będzie, powiedz, to się zapisze. Dobra?

Harry przytaknął, zaskoczony gniewem Frankiego.

— Jasne, pewnie. Ee, otworzysz? Znaczy się puszkę…

Frankie zrobił, o co chłopak poprosił, mamrocząc pod nosem na Dursleyów.

Harry mieszane tuńczyk i inne składniki, a następnie spojrzał na miskę.

— Nie wystarczy wam. Zjedzcie wy, ja jestem przyzwyczajony, że opuszczam posiłek…

— Nawet mowy nie ma. Ugotuj cztery jajka i posiekaj je. Dodamy je do sałatki w ostatniej chwili. W lodówce jest trochę sałaty i pomidory. Trochę zieleniny się też przyda i gotowe.

Harry'emu poprawił się humor.

— Znalazłem paczkę chrupek tutaj. Moglibyśmy wysypać po garści na talerz. O! I jeszcze coś. Deser. Wygląda na to, że lunch to będzie niezła wyżerka.

— Świetnie. Ja zrobię herbatę.

We dwóch krzątali się po kuchni, gotując jajka, przygotowując sałatę i pomidory, wyjmując kubki. Kończyli, gdy Johnny wrócił do domu.

— Wróciłem! Gdzie jedzenie?

Frankie parsknął i szepnął teatralnie do Harry'ego:

— I teraz wiesz, dlaczego tak go kocham.

Harry właśnie zaczął kroić jajka, parskając śmiechem.

— Za pięć minut możemy jeść. Umyj ręce.

Johnny stanął na baczność i zasalutował. Po czym roześmiał się i poszedł do łazienki, wciąż się śmiejąc. Frankie tylko pokręcił głową, nastawiając czajnik.

OoO

Po posiłku Harry zaproponował posprzątać kuchnię, żeby Frankie i Johnny mieli trochę czasu dla siebie. Mężczyźni uśmiechnęli się i poszli usiąść na kanapie, aby się trochę zrelaksować przy telewizji.

Kiedy skończył, powiedział im, że idzie się zdrzemnąć. Musiał się odespać. W odpowiedzi uzyskał jedynie nieobecne „jasne" ze strony Johnny'ego, on i Frankie pochłonięci byli programem informacyjnym.

Harry ledwo miał siłę zrzucić buty. Opadł na łóżko i zasnął momentalnie. Kiedy jakiś czas potem wyczuł kogoś w pokoju, uchylił powieki. Ale to był tylko Frankie, który okrywał go kocem. Wymamrotał podziękowania, zasypiając ponownie.

Gdy znów się obudził, Johnny pukał do jego drzwi.

— Wstań, Harry. Jeśli to zrobisz teraz, będziesz mieć czas na prysznic, nim będziemy musieli udać się do dojo.

Harry wygramolił się z łóżka i skierował się pod prysznic.

Szybko wziął prysznic, umył włosy i je wysuszył. Ale kiedy zaczął się ubrać, miał mały problem.

Maść zdobyta przez Zgredka przyniósł pomogła mu wyleczyć. Po treningach w dojo trochę był obolały ale Harry nie sądził, aby o tym komuś powiedzieć. Był tak przyzwyczajony do bólu, że nie przyszło mu do głowy, że kogoś to będzie obchodziło. Ale teraz miał problem, strupki zaczęły odchodzić i czepiać się materiału koszulki. Okropne uczucie.

— Johnny? Możesz tu przyjść na chwilę? — Harry stał na środku pokoju z koszulą w ręce. Zarówno Frankie, jak i Johnny powtarzali mu przy różnych okazjach, że musi jedynie poprosić, jeśli czegoś potrzebuje. Teraz nie miał specjalnie wyjścia.

— Jasne, Harry, co się dzieje? — Johnny zajrzał do pokoju. — Och, trzeba nasmarować? Myślałem, że maść nie będzie konieczna, jak sam mówiłeś.

— Tak, nic nie boli i prawie się zagoiły. Problem w tym, że strupy zaczynają się odrywać. Czy można coś z tym zrobić?

Johnny wszedł do pokoju, wciąż patrząc na plecy Harry'ego.

— No, pewnie. Usiądź na krześle, okrakiem. Muszę po prostu… — Johnny delikatnie dotknął pleców Harry'ego. — Nie ruszaj się. Będę musiał niektóre z nich nieco przyciąć. W ten sposób nie zerwiesz ich całkiem przy przebieraniu. Potem pomogę ci się ubrać. Siedź grzecznie.

Harry posłusznie usiadł i cierpliwie czekał, aż Johnny przytnie, co przeszkadzało. Następnie uniósł ręce nad głową, pozwalając sobie pomóc przy zakładaniu koszuli.

— Dzięki. Czuję się dużo lepiej.

Johnny w końcu doszedł do wniosków, które mu się wcale nie spodobały.

— Harry! Uczyłeś się upadać, prawda? Cholera! Jak zniosły to twoje plecy?

— Trochę bolało. Ale mistrz Liu nie kazałby mi ćwiczyć nic niebezpiecznego.

— Durny chłopak. — Johnny westchnął głośno i posłał mu zirytowane spojrzenie. — Jeśli coś cię boli, musisz nam powiedzieć. A jeśli coś cię przestraszy w klubie, cokolwiek, też masz powiedzieć. Rozumiesz?! — Potrząsnął nim lekko. — Mówię poważnie.

Harry spojrzał na Johnny'ego, zaskoczony.

— Jasne! To znaczy, powiem. Wiem, że to nie żarty, naprawdę.

— Nie, mówię całkiem poważnie. Frankie urwie nam głowy, jak się dowie. A ty masz się odzywać, słyszysz?

Harry przytaknął.

— Tak. Dzięki raz jeszcze. Nie jestem... — urwał i spojrzał na budzik stojący na jego nocnym stoliku. — Cholera! Lepiej już chodźmy.

Frankie niecierpliwie czekał przy drzwiach, gotów ich zawołać, kiedy wybiegli z pokoju.

— Przykro mi, kochanie. Musiałem zająć się plecami Harry'ego. Strupy zaczynają się odrywać. Chodźmy.

— Cholera, jestem takim idiotą. Zapomniałem, że jego plecy jeszcze się goją. Nic mi nie mówił, jak go smarowałem. — Frankie zwrócił się do Harry'ego: — Harry, tak mi przykro. Trzeba było coś powiedzieć. Mistrz Liu wie? Uczyłeś się upadać, jestem pewien, że to musiało boleć.

Harry podniósł rękę.

— Nie denerwuj się przed zawodami. Dziś twój ważny dzień. Czuję się dobrze. Jestem przyzwyczajony do dyskomfortu. Poza tym, maść ma właściwości uśmierzające ból. Wiesz o tym. Spokojnie. Johnny już zajął się moimi plecami. Lepiej chodźmy, bo się spóźnimy.

Tak więc temat pleców Harry'ego został chwilowo zamknięty, ku jego zadowoleniu. Ale Johnny zanotował sobie w pamięci, aby bardziej mieć oko na uparciucha.

OoO

Zdążyli na czas. Frankie zniknął z tyłu, ruszył do szatni. Harry rozejrzał się po sali, centralnym miejscu dojo i uśmiechnął się z satysfakcją. Jego ciężka praca się opłaciła i to było widać w każdym szczególe. Podłoga błyszczała, filary i nawet krokwie były czyste.

Johnny szturchnął ramię Harry'ego.

— Świetna robota, Harry. Miejsce jest bez skazy. Chodźmy usiąść. Chcę mieć miejsce z przodu, żeby wszystko jak najlepiej wszystko widzieć.

Harry poprowadził go do odpowiedniego siedziska i pozwolił mu się umościć, zanim sam usiadł. Uśmiechnął się trochę. Z przodu trzy rzędy miejsc tworzyły tradycyjnie japońskie, cienkie, kwadratowe poduszki zwane zabuton z okrągłą poduszką na szczycie - zafu. Harry ukląkł na jego zabuton i schował zafu pod pośladkami. Westchnął, po czym uśmiechnął się, obserwując, jak Johnny jęknął, wiercąc się.

— W porządku? — Johnny jedynie się skrzywił. Harry mruknął cicho: — Wsuń zafu bardziej do przodu, kolana ci tak nie ścierpną. Zawsze możesz usiąść po turecku, złamiesz tradycje, ale jeśli będzie ci wygodniej…

— Wiem, najlepiej by było, gdybym mógł odłożyć zafu. Jest mi bardziej wygodnie bez. Ale nie chcę, żeby Frankie miał jakieś nieprzyjemności przeze mnie.

Harry potrząsnął głową.

Zafu jest dla ludzi, którzy nie są przyzwyczajeni do klęczenia przez długi czas. W czasie medytacji zabuton i zafu mają pomóc się jeszcze bardziej odprężyć i skupić tym, co jest ważne. Jeśli ci zafu przeszkadza, odłóż na bok.

Johnny odsunął zafu na bok i westchnął z ulgą, gdy jego kolana przestały protestować.

— Od razu lepiej.

Jak tylko goście usadowili się na swoich miejscach, mały gong dał sygnał o rozpoczęciu zawodów. Harry spojrzał na Johnny'ego, który zwrócił się ku drzwiom po jednej stronie "tronu", na którym mistrz Liu siedział. Harry westchnął, będzie musiał przyzwyczaić się do myśli o nim jako Liu-sifu. podsłuchał rozmowy niektórych uczniów, że woli ten tytuł, niż sensei.

— Co wzdychasz?

Harry uśmiechnął się do Johnny'ego.

— Mistrz Liu woli być tytułowany sifu, a ja zapominam. I ciągle zwracam się per „mistrzu" lub „sensei."

— Jeśli to robisz z szacunkiem, nie sądzę, żeby to naprawdę miało takie znaczenie. Niezależnie od tego, jakiego zwrotu użyjesz, ten człowiek zdobył je po tysiąckroć. Cicho, zaczynają.

Harry poprawił się i czekał na pokazy. Zastanawiał się, czy on kiedykolwiek będzie miał szansę starać się o swoje własne pasy.

Odetchnął, odsuwając te myśli. Z zaciekawieniem obserwował pokazy. Zaczęły się od prezentacji najmłodszych uczniów starających się o żółte pasy. Stopniowo wychodzili coraz bardziej zaawansowani, aż do tych pretendujących do zdobycia brązowych pasów. Harry przyglądał się wszystkim z należną uwagą, ale zastanawiał się, kiedy zobaczy to, co przygotował Franki. Był piekielnie ciekawy.

Niestety musiał poczekać jeszcze kilka minut.

Harry westchnął i wstał, aby rozprostować nieco nogi. Klęczał prawie trzy godziny i zaczynał to czuć. Krótka przerwa okazała się wybawieniem.

— Johnny, kiedy Frankie zamierza wystąpić? Robi się późno.

— Wkrótce, prawdopodobnie po przerwie. Wiem, że tylko on ma czarny pas, a dziś walczy o następny dan — odparł mężczyzna i sapnął po chwili: — Muszę przyznać, że nawet moje nogi są obolałe.

Obaj przeszli się po sali pomiędzy innymi gośćmi, starając się rozluźnić bolesne skurcze. Gdy rozległ się gong sygnalizujący początek demonstracji, pośpieszyli spocząć z powrotem na zabuton.

OoO

Frankie wyszedł tymi samymi drzwiami uczniowie co inni uczniowie. Nie wyglądał jak ten Frankie, którego Harry znał. Bez makijażu wyglądał poważniej. Jego włosy były gładko zaczesane do tyłu i związane na karku. Pewnym krokiem podszedł i stanął przed Liu-sifu, kłaniając się.

Wyprostował się i następnie oznajmił stanowczym tonem:

— Próba rozbijania. — Po tych słowach nastąpił pokaz rozmaitych metod i technik łamania, rozbijania drewnianych desek i betonowych bloków. Harry'emu oczy niemal wyszły z orbit. Nie zdawał sobie sprawy, że Frankie może z taką łatwością przełamać pojedynczy element, a tym bardziej dwie i cztery warstwy różnych materiałów

Kiedy skończył, nastąpiła krótka przerwa techniczna. Trzeba było zaczekać, aż paru starszych uczniów ściągnie płachty z połamanym drewnem i pokruszonym betonem, umieści z powrotem maty, które zostały usunięte w czasie poprzedniej przerwy. Gdy wszystko było jak trzeba, Frankie powiedział:

— Wielu przeciwników.

Na tę komendę podeszło do niego kilku starszych uczniów, którzy stali w pobliżu, atakując go w jednej chwili. Walczył z nimi wszystkimi jednocześnie, zadając kilka „śmiertelnych" ciosów. Harry obserwował, starając się bardzo, aby z wrażenia nie siedzieć z rozdziawioną szeroko buzią.

Wreszcie Frankie ogłosił:

— Broń: kij bo, kama, wachlarz.

Frankie przyjął kij bo od sędziego, uważnie zbadał, czy ma wymaganą długość pięciu stóp bambusa i następnie zaczął pokaz. Kij jedynie błyskał w ruchu, dźgając i tnąc. Przy tej prezentacji swoich umiejętności, Frankie skoncentrował się na pracy stóp. Harry nie mógł powstrzymać westchnienia. To istotnie był pokaz mistrza. Po kilku minutach Frankie oddał kij i wziął kama, broń, która wyewoluowała z niewielkiego sierpa używanego niegdyś do zbioru ryżu. Z jednym ostrzem w każdej ręce, Frankie tańczył na matach, tnąc bambusowe paliki i wirując kama z zabójczą precyzją. Jego ostatnia broń sprawiła, że Harry zamrugnął, a Johnny uśmiechnął się szeroko.

— Wachlarz.

Frankie podał kama sędziemu i wziął dwa zwyczajnie wyglądające wachlarze. Były proste, pokryte jednobarwnym jedwabiem. Nic specjalnego. W dłoniach Frankiego przemieniały się w coś zabójczego i niesamowitego. Rozłożone wachlarze przecinały powietrze niczym nóż, a złożone stawały się miniaturowymi bo, przeszywając powietrze silnymi pchnięciami. Ta część trwała dwadzieścia minut, a mimo to twarz Frankiego była tylko nieco zroszona potem. Kiedy skończył, skłonił się przed Liu-sifu oraz sędziemu, a następnie wyszedł tymi samymi drzwiami, którymi wszedł na początku.

Harry siedział oszołomiony i oniemiały z wrażenia.

— Johnny, to było niesamowite. Po prostu obłędne. On jest świetny. Absolutnie fantastyczny! Nigdy nie przypuszczałem, że... On jest genialny.

Johnny roześmiał się cicho.

— Tylko dlatego, że zachowuje się i wygląda w określony sposób, wcale to nie czyni z niego ani miękkiego ani słabego. Nie zapominaj, że my sami też spędziliśmy na ulicy jakiś czas. W przypadku Frankiego to było ładne parę lat. Ja może przesadnie dbam o paznokcie i ręce, on lubi swoje nieposkromione loki i makijaż. Ale jeśli nas sprowokujesz, przekonasz się, że obaj potrafimy się odgryźć i zaleźć za skórę.

Harry nie wiedział przez chwilę, co powiedzieć, patrząc na niego rozszerzonymi oczy.

— Och, dobrze. Jasne. Będę pamiętać, aby cię nie denerwować. Ani jego. — Harry posłał Johnny'emu spojrzenie pełne wątpliwości. Co jeśli zachował się nie tak? Co jeśli chcą, żeby ich zostawił, ale są zwyczjnie zbyt uprzejmi, aby mu to powiedzieć?

Johnny okazał się czytać mu w myślach.

— Och, skarbie, nie patrz tak na mnie. Wszystko jest w porządku. Nie chcemy, abyś nas opuszczał. Jesteś naprawdę dobrym dzieckiem, a nikt ci tego powtarzał wystarczającą ilość razy. Jesteś naszym gościem, aż sam zdecydujesz, że chcesz odejść. Teraz lepiej chodźmy przytulić Frankiego. Znając go, martwi się, czy prezentacja się podobała i czy ma szanse zdobyć swój pas.

Poszli więc przytulić i wesprzeć duchowo zdenerwowanego oczekiwaniem na wyniki Frankiego.

OoO